Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

sobota, 11 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Od akcji na "stołówce" minął dzień, lub dwa, a cała sprawa ucichła, jakby zniknęła kart historii i pamięci innych. Szczerze mówiąc bardziej dobił mnie fakt iż kogoś skrzywdziłem, niżeli to, że powyzywali mnie od Szlam. Jestem już uodporniony na to przezwisko, nie robi ono na mnie zbyt dużego wrażenia, mówię sobie, że oni wykrzykują to z własnej słabości... a co z Amir'em? Sam nie wiem czemu, unikam go. Gdy wchodzi do salonu Orlaków, ja spi*rdalam stamtąd jak oparzony i próbuję o tym nie myśleć. Sytuacja nie jest tak dobijająca, bo (z tego co pamiętam, a moja pamięć nie jest zbyt dobra) wymieniliśmy ze sobą dwa całusy. Gorzej byłoby gdyby był to tuzin, czy coś koło tego, ale dwa?! Wiem jedno, pierwszy pocałunek był... pierwszym pocałunkiem(?), a drugi (najpewniej) ostatnim.
~Ej, ale Jonasz, nawet nie postarasz się o więcej?~ Haha! Kocham cię wewnętrzny głosie, ale w tym wypadku raczej NIE. Lubię go, jesteśmy... kolegami? I gites!
~ Ale widać, że nie chcesz go stracić Smerfie!~ Aj zamknij się! To mój koleżka, on ma być od pocieszania i noszenia mnie do łóżka, gdy zasnę na kanapie w salonie. Gadamy sobie normalnie, nic nas więcej nie łączy, KONIEC KROPKA!
~ Nie denerwuj się tak słodziaku!~ jestem nienormalny, gadam sam ze sobą i dodatkowo nazywam samego siebie słodziakiem... choć po części to prawda... ale wracając do sytuacji mojej i Amir'a, niech ludzie mówią co chcą, jesteśmy kolegami i możemy być najwyżej przyjaciółmi... PRZYJACIÓŁMI! GŁUPIA WYOBRAŹNIO ZABIERAJ MI TE GRZESZNE OBRAZY SPRZED OCZU!

***

- Nico ja wariuję- wyszeptałem drżąc.
- Co jest?
- Ta sytuacja z Amir'em! Dodatkowo nie mogę spać, ROZUMIESZ?! JA NIE MOGĘ SPAĆ! Ach i zaczynam mieć zachwiania emocjonalne... jestem psychiczny, to są skutki nie uprawiania seksu od dwóch miesięcy...
- Człowieku ty masz 15 lat...
- ALE JESTEM OD TEGO UZALEŻNIONY! DAJ MI PODUSIĘ!- ryknąłem zrozpaczony. Chłopak cofnął się nieco i rzucił mi miękkie, puszyste cudeńko, które po chwili leżało w strzępach na podłodze. Mrugnął parę razy, chrząknął i zabrał się za zbieranie materiału i piór.
- Jak tak dalej pójdzie to ja ci chyba lalkę kupię...
- Yhhh... muszę się opanować... wdech... wydech... wdech...- zatrzymałem się na chwilę i zacząłem węszyć- czekolaaaadaaaa...- wymruczałem.
- Co?
- Chodźmy na... czekolaaaaadę- oblizałem się zacierając złowieszczo łapki- gorącą...
- Jest weekend... więc okay- ubrał się porządnie, a potem zapiął mi płaszcz. Nienawidzę guzików.
Ledwo wyszliśmy z salonu niebieskich, od razu trafiliśmy na zaczytanego Amir'a. Czy on nawet w niedzielę nie da sobie odpocząć? Ostatnio gadaliśmy tydzień temu i czuję się dobrze, ale dziwnie pusto i z chęcią zamieniłbym z nim chociaż jedno słówko. Brunet szybko się otrząsnął i pozbierał porozrzucane książki.
- Nawet w niedzielę siedzisz nad podręcznikiem? Nie lepiej gdzieś wyjść i się przewietrzyć?- rzuciłem z wymalowanym na twarzy uśmiechem.
- Jest zimno...
- Ale później będzie jeszcze chłodniej, radzę ci, odpocznij sobie, za ciężko "harujesz"- zrobiłem palcami cudzysłów w powietrzu.
- Jutro mam "egzamin"- też zrobił cudzysłów, ale jedną ręką, bo na drugiej spoczywały książki o roślinach i ich magicznych właściwościach.
- Zielarstwo?
- I eliksiry- westchnął ciężko.
- Chcesz, to mogę robić ci z tego korki, profesor nawet mnie lubi i o dziwo radzę sobie z tą "czarną magią".
- Nie dzięki, ale może kiedyś... a gdzie idziecie?
- Na czekoladę, Jonasz nalegał- wtrącił się Nico, a ja wyszczerzyłem się jak głupi.
- Okej, ja idę się dalej uczyć- westchnął tak ciężko, że zrobiło mi się go żal.
- Kupię ci coś!- krzyknąłem, bo Nico już ciągnął mnie na dół, po schodach.

***

- Czekolada jest uzależniająca- wysapałem kończąc kubek gorącego napoju. Byliśmy już w szkole, więc wyrzuciłem, dziwne, że tu takie mają, plastikowy kubeczek.
- Wypiłeś cztery kubki, nie boli cię brzuch?
- Nie... po czekoladzie nigdy!- weszliśmy tanecznym krokiem do salonu Orlaków. Pierwsze co zobaczyłem, ślęczącego przy książce Amir'a. Zdjąłem płasz i niedbale go odwiesiłem, podszedłem do niego i położyłem na stoliku torbę.
- O, hej...
- A ty dalej nad podręcznikiem?
- Teraz czytam jakąś powieść przygodową, sam za bardzo nie wiem o czym...
- Yhh... masz- wręczyłem mu dwa pudełka Fasolek Wszystkich Smaków, przemyconą butelkę piwa kremowego i słynne słodkości umożliwiające naśladowanie odgłosów danego zwierzęcia- odpocznij sobie, odpręż się, porób cokolwiek, tylko błagam, NIE CZYTAJ WIĘCEJ!- zaśmiałem się gardłowo i czmychnąłem za Nicolasem do kominka, ogrzać się nieco. Amir miał rację, było zimno. Bardzo...

Amirku?

Bellefeuille: Od Tymoteusza cd. Summery

Wszedłem do Herbaciarni i zacząłem się rozglądać.
Czemu tu byłem? By zepsuć randkę siostruni.
Czemu? Ponieważ, tak mi się podoba. I oczywiście by uratować ją przed głupotą Papillonów.
Jeszcze się czymś zarazi. Na przykład wirusem G Ł U P O T A.
Oczywiście, nie obyło się bez trudności.... W postaci Susan Darlson.
Ale sobie poradziłem.
Summi siedziała przy stoliku z tym... Eee... Vako?
Taaa, chyba tak mu było. Z tego co gadał Ori.
O tak! Czas na przedstawienie, zacząć! Muahahahahaha!
- Oooooooo! Kogo moje piękne oczka widzą!?!?! - Zawołałem rozradowany, widząc
moją siostrę siedzącą przy stoliku, w końcu była na swojej "Randce".
Ha! Ha! Ha! Teraz się odegram, za tą akcje na lekcji z Tymusiem, Lemusiem, Alfusiem
i popijaniem mleka!
- Co ty tu robisz?! - Zawołała wzburzona, że przeszkadzam jej w małym randew - Spadaj...
- Oh! Ale Kochana, ma! - Facio robi minę ,, Eee.. O co kaman? Jaka kochana?'' - Łamiesz
mi serce! To ja nic, już dla Ciebie nie znaczę?! - Chłopak zmieszany, spojrzał na wściekłą
Summery chcąc wyjaśnienia, ale nie dałem mu rzecz jasna, nawet otworzyć ust! - Tyle lat!
Czy to nic dla ciebie nie znaczy?
- Tymoteusz!
- Czy ma miłość jest tylko nijakim, strumyczkiem w twych uczuć morzu? - Zacząłem
wygłaszać poemat dalej, padając przed siostrą na kolana i łapiąc ją za rękę. Zwracając
oczywiście uwagę nie tylko zdezorientowanego i zmieszanego, brata mego przyjaciela ale
także i innych.- Czemuż mnie wyganiasz?!
- Tymon!
- Czym, żem zawinił! - Mówiłem dalej, nie słuchając co raz bardziej zirytowanej siostry,
która nie wiedziała jak się z tego wyplątać.
- Nie słuchaj go, to tylko... - Chciała powiedzieć mu, że jestem jej bratem, lecz to by
zniszczyło mój genialny plan!
- CZYM! Odpowiedz! Kim dla ciebie jestem?
- Tymoteusz to tylko m...
- Tylko nie wielki strumień, w głębi twych oczu! W oczach, których się roztapiam przez
ich...
- Ok, o co tu, do diabła, chodzi? Kim jest ten pajac?! - Wnerwiony chłopak, w końcu nie
wytrzymał. PUNKT DLA MNIE SIOSTRA.
- To nikt ważny! To tylko m...
- NIKT WAŻNY? Kalasz me serce! Mą dusze, gnieciesz i wyrzucasz do kosza tymi słowami!
 - Powiedziałem udając zrozpaczonego, podchodząc bliżej, a raczej kolanami szurając po
podłodze ponieważ, dalej klęczę na nich przed nią. Podniosłem jej dłoń o mych ust. - A gdzież
ta miłość, co mi ją zarzekałaś! Gdzież nasz miłość, która łączy nas od...! - Tu przerwało mi
szurnięcie a następnie odejście chłopaka.
- Nie! Czekaj! - Zaczęła wołać, lecz rękoma przytrzymałem ją by dokończyć..
- Od.. Dziecka jako bliźnięta, z jednej matki, z jednego ojca, jednej krwi i więzów ich!
Dokończyłem po czym, usiadłem na miejscu uciekiniera.
- COŚ TY ZROBIŁ!
- Oj tam, uratowałem Cię, Szopen. Powinnaś mi dziękować. - Powiedziałem, zajadając się
przysmakami, które jedli zanim im przerwałem.
- PODZIĘKOWAĆ? WŁAŚNIE ZNISZCZYŁEŚ MI RANDKĘ!
- Hehe, no fajna zabawa, no nie? - Zaśmiałem się. - Te miny co strzelał...
- Zabiję Cię!
- Oj tam, takim idiotą się przejmujesz? Tsss, nawet nie potrafił rozpoznać, żeśmy rodzeństwo!
Rozumiem jakbyśmy  byli w różnym wieku czy coś.. Ale my jesteśmy bliźniakami. Głupi, że
podobieństwa nie zauważył więc, powinnaś mi dziękować. Od głupoty tego młotka, Cię
uratowałem siostra! - Powiedziałem, chodź cóż nie on jedyny się na tym kopną, co chwila myślą,
że my para nie rodzeństwo ale mniejsza o to nie będę jej o tym przypominał... Tylko się zaśmiałem
- Hehe. Nie no.. Skąd ty go wytrzasnęłaś, co?
- ...
Nie odpowiedziała, na co tylko się roześmiałem jeszcze głośniej.

Koniec.

Ps. Robimy osobne do tego konika i ćmy ty zaczynasz, prześle ci te sceerny na pocztę.
Ty zaczynasz! :D

Bellefeuille: Od Amir'a cd Davida

Skrzywiłem się widząc dziwny płyn w fiolce. Znowu muszę pić coś, co nie koniecznie przypomina smaczną herbatę, czy ożywiającą kawę. Mimo to przechyliłem się wypijając do dna całą zawartość. Odłożyłem naczynie, po czym popatrzyłem prosto na jego twarz, czekając aż wykona jakiś ruch.
- Tylko tego nie wypluwaj bo potem będzie, że ją zignorowałem. - mruknął i odwrócił się idąc do wyjścia. Moja ciekawość się ujawniła, rzuciłem w jego stronę czekaj. Zwrócił ku mnie twarz, robiąc ruch głową mówiący ,,co?" w górę i w dół. Wstałem z łóżka, poprawiłem mundurek i podszedłem do niego. - Nie mam czasu.
- Dobra, dobra. - przerwałem mu. - Po co tu przyszedłeś?
Przetarłem swoje dłonie, gdyż zrobiło mi się znowu zimno. Nie rozumiem własnego ciała, ostatnio na prawdę źle znoszę powiewy i niskie temperatury. Może zje*ał mi się wewnętrzny termometr który mówił kiedy mam się trząść a kiedy pocić.. Tak czy siak, nic na razie z tym nie zrobię.
Zrobił minę jakby ktoś go kopnął, a potem jakby się obrzydził. Założyłem ręce na klatkę piersiową, ten gest przejąłem od otoczenia, nigdy wcześniej tak nie robiłem. Z westchnięciem poirytowania złapał za klamkę i już miał pociągnąć, gdybym go nie wyprzedził.
- Nie wiem co odpier*alasz ale lepiej wracaj na łóżko, zanim siostra zaciągnie cie tam siłą. - warknął odpychając mnie lekko. Udało mu się wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Wzdrygnąłem się, bo w momencie kiedy zostałem odepchnięty poczułem coś na wzór impulsu, a potem na myśl przyszło mi, że jest dziwną osobą. Tak nagle, bez sensu myśl.
Wykonałem polecenie i w parę kroków doskoczyłem do łóżka, kładąc się i gapiąc w sufit. A może on tu jeszcze przyjdzie, w końcu coś chciał. Przyszła pielęgniarka, rozejrzała się i podeszła.
- I jak się teraz czujesz? - zapytała miło. Podrapałem się po głowie oceniając samopoczucie i jakoś tak średnio, ale dla świętego spokoju wyszczerzyłem się.
- Idealnie, lepiej być nie mogło. - pobłażliwie poklepała mnie po ramieniu.
- Zostaniesz tu jeszcze do wieczora. - jęknąłem głośno, a ona się zaśmiała. - Ciesz się!
- Nieee..! Tyle godzin nudy. - zawyłem i znowu się zaśmiała. Odeszła do siebie gdzie pewnie zajęła się swoimi sprawami.
Położyłem się wygodniej, poprawiłem poduszki i powoli odpłynąłem, by co parę minut budzić się i obracać w drugą stronę.
- Za jakie grzechy..

< rym cym cym >

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Usiadłem przy stole z westchnięciem i nałożyłem sobie trochę sałatki, a do tego kanapkę z dżemem i herbatę. Nie pierwszy raz całowałem się z kimś po pijaku, ale gorzej, że każdy tak się z tym odnosi. Jak nauczyciele by się dowiedzieli, większość byłaby w bardzo złej sytuacji.
Popatrzyłem na stół Papciów, ale nie zauważyłem Summer. To dobrze, oszczędziła sobie tego widoku. Co do reszty; patrzyli na mnie, ale ja na te zaczepki nie odpowiadałem. Jeśli mają problem z krwią, niech się pie*dolą, przecież to bez znaczenia, co w tobie płynie dopóki dajesz radę z nauką i nie jesteś słabeuszem. Kiedy dokończyłem śniadanie, od razu zacząłem iść ku drzwiom, lecz wtedy zawołał mnie Cas mówiąc bym zaczekał. Odwróciłem się i oberwałem chlebem. Zaśmiałem się sam z siebie, bo rzucił to ktoś kogo znam.
- Dzięki! - zawołałem do stołu i razem z blondynem wyszedłem. Nie mówił nic specjalnego, co mogłoby mnie zaciekawić, dla tego tylko przytakiwałem.
Doszliśmy do dormitorium, zastukaliśmy i odpowiedzieliśmy na zagadkę, by wreszcie znaleźć się w środku. Zignorowałem płacz dobiegający z drugiej strony gdzie mieszkał niebiesko-włosy, rozumiem, że jest bardzo wrażliwy, ale mała nauczka w życiu nikogo jeszcze nie zabiła. Będzie wiedział, co stoi za poszczególnym zachowaniem.
- Może lepiej go pocieszyć.. - zaproponował kumpel, kiedy rzuciłem się na łóżko by poleżeć i pomyśleć. Uniosłem głowę, spojrzałem na niego po czym pokazałem mu środkowy palec. - Frajer.
- Też cie lubię. - odparłem z uśmiechem. Zabrał coś z kufra i wyszedł zostawiając mnie całkiem samego. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale jednak siedzenie i słuchanie wycia bo ktoś nazwał sie szlamą, po prostu żałosne. - Lucyfereest!
Zawołałem ni stąd ni zowąd. Kot wyszedł zza szafy jak ninja i wskoczył na łóżko przytulając się do boku. Pogłaskałem jego pyszczek, a potem grzbiet. W ten sposób spędziłem kolejne piętnaście minut, gdy płacz ucichł. Zaciekawiony [pełny chęci wyrzucenia w twarz, że trzeba być ostrym] wyminąłem towarzysza, na paluszkach podkradłem się pod drzwi i nastawiłem ucha. Na kanapie siedziało parę osób rozmawiając cicho, ale gdy zobaczyli co robię zrobili się o wiele głośniejsi, jak na złość. Zmarszczyłem brwi, po czym nacisnąłem klamkę. Suseł po prostu zasnął..
- Odwiedzasz swojego chłopaka? - zapytała dziewczyna za moimi plecami. Zamknąłem drzwi, odwróciłem się i już normalnie, życzliwie uśmiechnąłem.
- Dalej jestem singlem. - puściłem do niej oczko. Wywróciła oczami.
Dokonałem szybkiego wyboru, pójdę dzisiaj do stajni i zajmę się koniem. I tak nic lepszego do roboty nie mam, a cóż; jest na tyle zimno, bym nie chciał latać na miotle.

~

Napisałem ostatnie zdanie piórem na kartce. Nareszcie, skończyłem wypracowanie i jestem wolny jak ptak. Podniosłem się z krzesła, wziąłem na ręce książki i odniosłem odkładając na miejsce. zabrałem torbę z resztą rzeczy, pożegnałem się z regałami i przeszedłem przez drzwi. Na korytarzu było dużo osób, ale w środku nikogo; tylko ja jestem taki głupi by przerwy wykorzystywać na naukę zamiast zjeść lub posiedzieć ze znajomymi.
Odnalazłem wzrokiem przyjaciółkę i podszedłem do niej. Przywitaliśmy się.
- Rany, zamarzam. - pożaliłem się.
- Domyślam się. - rzuciła sprawdzając coś w dzienniku. Mruknąłem cicho, że za dobrze mnie zna, a ta tylko zamrugała. - Dostałeś jakiś list od rodziców?
- Nope. - westchnąłem.

< huehuehuehue >

Bellefeuille:Od Summery -c.d. Vako

Spojrzałam na niego i od razu usłyszałam w głowie głos Tymcia "Szopen idzie na randkę? Uuuu co za nowość! Jest ślepy?No dobra żartowałem... Pewnie głuchy." Uśmiechnęłam się do chłopaka w końcu jest papilonem a papiloni to młotki. Jednakże co mi szkoda? 
- Oczywiście -odpowiedziałam. Uważałam że odpowiedź "Ok" czy też "Spoko" jest takie pospolite,a nasz język jest tak piękny że aż szkoda żeby go nie używać. Chłopak podrapał się po karku. Czyżby układał sobie scenariusz ale zapomniał kwestii którą właśnie teraz miał wypowiedzieć.
- Szopen! -gdzieś z dala odezwał się braciszek. Odwróciłam się by spojrzeć jak daleko jest. On i ten jego przyjaciel. Orion zmarszczył brwi widząc swojego brata i podobnie zrobił sam Vako. -Szopuś, kochanie! Co ten młotek od ciebie chce? Czy ci nie mówiłem że papiloni do idioci? Och głupiutki człowieku mój kochany! Przyniosłem babeczki! Ej, gdzie idziesz?! Hildi!
Próbowałam nie dawać po sobie tego iż to wszystko było zwrócone do mnie. Wstałam a dziewczyny za mną. Uniosłam brew pytająco w stronę chłopaka który stał i próbował się nie uśmiechać.
- To jak? Jesteśmy umówieni -skwitował a ja przytaknęłam i trybem incognito zaczęłam iść w stronę szkoły tak żeby Tymuś w końcu dał mi spokój. Lecz to jak marzenie indyka który myślał o niedzieli a któremu w sobotę łeb ścieli. Tymuś dorwał mnie na korytarzu i odciągnął od grupy wsparcia.
- Ej! Co ty kręcisz z papilonem? I to jeszcze z jego bratem! -wskazał na kolegę. -Czy mam ci przypomnieć twoje słowa? Szopuś! Odradzam. Ej pomóż mi! Ona się pcha na stryczek Oruś! W sensie metaforycznym.
- Tymciu skarbie. Jakoś ci nie jojczałam nad uchem kiedy umówiłeś się z papilonką -warknęłam po czym napięcie zaczęłam iść przed siebie.
- Nie Tymcio, Tymoteusz Szopenie. -wyszczerzył się i wziął mnie pod ramię.-Dokąd zmierzasz?
- Idę grać na moim Flecie Picolo. Chcesz posłuchać? -chłopak skrzywił się. Może przypomniał sobie może lekcje nauki kiedy to rozbrzmiewał na cały dom piskliwy dźwięk tego cudownego instrumentu. -A tak naprawdę to idę to Beatrice.
- To jej koleżanka? -spytał Orion a obydwoje zaśmialiśmy się równocześnie. -Co? Nie rozumiem?
- Beatrice to moja wiolonczela -powiedziałam. Chłopak miał dosyć zabawny wyraz twarzy. Według naukowców przywiązujemy się bardziej jeśli nadamy tej rzeczy imię i tak oto przywiązałam się do Beatrice. Jest to instrument wielu smutków i wylanych łez ale chyba nie oddałabym jej teraz.
- No to Szopuś idź graj Chopina ale wpierw babeczka! Specjalnie dla ciebie! Pełna laktozy! -powiedział. Jak dla mnie nie było to zabawne ale ten sobie drwił. Ach... Jakbym zjadła babeczkę albo muffinkę tylko szkoda że moje muszą być z soi jak prawie połowa moich potraf.
- Tymciu stój. -powiedziałam, a braciszek uniósł brew. -Jak przestaniesz się ruszać to łatwiej przywalę ci w nos.Chodź w twoim przypadku paznokcie wystarczą.
Braciszek posłał mi piorunujące spojrzenie po czym wziął gryza babeczki. Odszedł z koleżką a ja mogłam spokojnie ruszyć w swoją stronę lecz wiedziałam że długo nie nacieszę się samotnością. Zwłaszcza że to był Tymuś ,a Tymuś jak to Tymuś kocha mnie tak że już odkąd dowiedziałam się o narzędziach tortur w średniowieczu nie mogę się zdecydować co wybrać
***
- Gdzie tak pędzisz? -powiedziała jedna z moich współlokatorek kiedy miałam zamiar wychodzić z Pokoju wspólnego orlaków. -Pełnymi zdaniami i mam nadzieje, że z idealną składnią, bo inaczej nie puszczę.
- A do czego potrzebna ci ta informacja Susan Roveno Darlson? Czyżbyś zamierzała pisać o mnie biografię? -uśmiechnęłam się do niej. Susi tylko zmarszczyła nos. -Wybieram się na randkę... Z chłopakiem. I to nie jest mój brat! Tak przy okazji mogłabyś go jakoś... Upilnować by tego nie zepsuł? On potrafi wszystko...
- Jasne. Summer masz słowo zwiadowcy. Będę on dla mnie tytanem którego nie wolno przepuścić dalej! Mogę mu coś złamać? -spytała. Susi była tak zwanym mangozjebem podobnie jak Tymuś i zazwyczaj się kłócili o bohaterów i anime jakie oglądali. Jednakże naprawdę niechętnie zaprzeczyłam. Gdyby umarł to babcia przetrzepałaby mi skórę a to nie jest przyjemne.
Ruszyłam niczym tajny ninja tak żeby na pewno nie wpaść na brata do herbaciarni gdzie byłam umówiona z owym chłopakiem. Łatwiej byłoby gdybyśmy się umówili gdzie się spotykamy ale wyszło jak wyszło. Chłopak stał przed herbaciarnią. Próbowałam być poważna by swoją prawdziwą ja nie odstraszyć jego jak to robiłam z poprzednimi chłopakami. Weszliśmy do środka oraz zamówiliśmy każde z nas po daniu. 
- A więc... Jesteś orlakiem? -powiedział nie spuszczając ze mnie wzroku. -Słyszałem że orlaki są zarozumiałe ale ty chyba taka nie jesteś. Co nie?
- No tak... Jednakże wy też bez skazy nie jesteście. Jak to twierdzi mój brat "Papilloni to głupie, bezmyślne i mało rozgarnięte młotki. Najpierw robią później myślą, o ile znajdzie się taki który potrafi myśleć." -wyrecytowałam dokładnie formułkę którą mówi Tymuś kiedy ktoś go spyta co myśli o papillonach. I chyba to nie było dobre posunięcie. Chłopak chyba się nieco obruszył tym faktem iż jego dom uważany jest za bandę głupków. Ja twierdziłam tak samo ale jakoś musiałam to ratować. -Ja tak nie twierdzę... Znaczy się nie do końca... No bo... Ten... Jakoś dziwnie ociągają te zamówienia. Czyż nie? 
-Taak. -przyznał. Chyba też poczuł że ta sytuacja stała się dosyć niezręczna. -Czym się interesujesz? Oprócz wkówania całymi dniami i siedzenia przed książkami?
- Uczenie się wcale nie jest takie złe... Ale Qudditch. Gram razem z bratem w jednej drużynie ja ścigająca a on to pałkarz. Słyszałam że grasz na obronie -uśmiechnęłam się. Wreszcie jakiś temat który można rozwinąć. -Założę się że podczas meczu po między naszymi domami strzelę w twoją bramkę więcej razy niż wasi w naszą! 
- Ha! Nie jestem co to tego pewien Summer -powiedział uśmiechając się. -No i to wszystko co cię interesuje? U mnie jest jeszcze jazda na desce i wróżbiarstwo.
- Przepraszam że cię poprawię. Deskorolce. Na desce to sobie raczej długo nie pojeździsz -powiedziałam. Jednak orlak pozostanie orlakiem. -Gram na wiolonczeli i ogólnie uwielbiam muzykę. I jeśli powiesz że pewnie słucham tylko klasyki bo tak wyglądam to stwierdzę iż jesteś stereotypowy. Tak samo jak inteligencja zależy od koloru włosów! Rudy się nie dostał, blondynka głupia i nadzieja w brunetach. Stek kłamstw które się utrzymują na porządku dziennym...
- Jak na orlaczkę przystało widzę że lubisz gadać. -uśmiechnął się. Coś czułam, że jednak za dużo gadam i w ten sposób chce zwrócić mi uwagę żebym przestała gadać. Znowu nie wiedziałam co robić na szczęście z opresji uratowała nas kelnerka z zamówieniami. -To mówisz że masz brata?
- Bliźniaka. Nieznośny. Do tego szczyci się tym że jest starszy. Bo się wepchał i urodził 3 minuty przed mną. -prychnęłam. Jednakże nie chciałam rozmawiać tylko o mnie. -A ty... Też masz brata. Oriona. Co nie? Znaczy się jestem pewna że to twój brat jednakże macie mniej więcej takie same relacje a może jest lepiej?
Chłopak otworzył usta żeby coś powiedzieć. I wtedy wszystko poszło nie tak. W drzwiach pojawił się Tymoteusz i odszukał mnie wzrokiem. Chyba gorzej być nie mogło.
[Tymusiu? :3]

Ombrelune: Od Adama cd Amira

- Adam, wyjebałeś z półobrotu jakiemuś trzecioklasiście?! - zapytała Clary przed klasą do eliksirów. Eliksiry były następną lekcją po zaklęciach, co oznaczało, że wiadomość rozniosła się po szkole w tempie ekspresowym, obejmując tym samym czas jednej przerwy.
- Ta, bo co? - Uniosłem na nią obojętny wzrok, masując bezwiednie prawą dłoń, która przed paroma minutami zadała wzorowy cios w nos.
- W sumie to nic. - Wzruszyła ramionami. - Bardzo płakał?
- Trochę się przewrócił. - Mimowolnie się uśmiechnąłem.
- A co zrobił? Powiedział, że ma lepszy żel do włosów od ciebie? - spytała niewinnie zza mojego ramienia Ell, która niepostrzeżenie pojawiła się przy nas.
- Nie, za to ty za chwilę możesz mieć lepszą ranę od niego - syknąłem, odwracając się.
- Przepraszam. - Spojrzała na mnie dużymi oczami i zrobiła minę szczeniaczka.
- Tak, tak... - mruknąłem, wywracjąc oczami. Niewiele myśląc schyliłem się, chcąc uraczyć ją pocałunkiem, ona jednak odsunęła się w panice i rozejrzała po korytarzu. Znajdowaliśmy się w lochach, była więc tutaj tylko nasza klasa oczekująca na lekcję - nikt normalny nie spędza przerwy w ponurym podziemiu.
- Wybacz, mała - bąknąłem, przypomniawszy sobie, jak przeżywała, gdy David nakrył nas leżących na łóżku - ale jeszcze nie przyzwyczaiłem się do twojego opacznego gustu obejmującego wstyd przed pokazywaniem się ze mną publicznie. Inne na twoim miejscu dostałyby padaczki. - Wyszczerzyłem się. Usłyszałem sugestywne chrząknięcie. Clary stała z rękami opartymi na biodrach.
- A to co, Adamie? - zapytała, udając oburzenie. - Ładnie to tak ignorować przyjaciółkę, która wiernie stała za tobą murem, kiedy INNI wyjeżdżali na pół roku bez słowa? Nawiasem mówiąc nie było to łatwe - wytrwać z człowiekiem o zbiorowej inteligencji ananasa i pamięci godnej rybki akwariowej, który na każdym kroku myśli, jak by cię tu zwabić w jakiś ciasny kącik i zgwałcić.
- No już nie przesadzaj. - Popukałem się w czoło. - Samouwielbienie spływa po tobie wartkim strumieniem w barwie fuksji.
Clary prychnęła z dezaprobatą, robiąc obrażoną minę.
- Hej, dzieci, jeśli chcecie zobaczyć smerfów las, przed ekran dziś zapraszam was! - Usłyszałem śpiew Davida gdzieś obok nas. Nucił jedną z tych dzikich mugolskich piosenek zasłyszanych od Petty'ego. Był dzisiaj w zaskakująco dobrym humorze jak na kogoś, kto przed niecałą godziną prawie wrobił mnie w szlaban. - Żartowałem! Chuja wam pokażę! Chociaż nie... Tego też nie zobaczycie. - Zaśmiał się z własnego, kiepskiego żartu.
- Z kim ja się zadaję? - jęknęła Clarisse, teatralnie kładąc dłoń na czole.
- Tak, Clary, ja też od ponad trzech lat zadaję sobie to pytanie! Ten Adam to jakiś czubek, nie?
- Chyba zrobię ci krzywdę - poinformowałem go życzliwym głosem.
- Dziękuję, postoję.
- Po coś tu przylazł? - zapytała La Rue z wyrzutem.
- Trening, trening, trening!
- Znowu? - Z Ell jak na komendę okazaliśmy swe jawne niezadowolenie.
- A kiedy niby ostatnio był? - obruszył się Dave.
- Przedwczoraj?
- Och, narzekacie! - Aniołek uśmiechnął się słodko. Ta, łatwo jej mówić. To nie ona popyla co drugi dzień na miotle ganiając za piłką, bo jakiś gejas, który sam tylko patrzy i się drze, jej tak kazał.
- Widzicie? Clary się cieszy! - rzucił blondyn. - Chętnie zostanie waszą cheerleaderką.
- Czekaj, co?!
- Cheerleaderką - powtórzył usłużnie. - Będziesz nam tańczyć i skandować "David jest super!".
- Pogięło cię? Nie będę nic tańczyć! Tu się jebnij. - Wskazała palcem na skroń. - Sam możesz przywdziać spódniczkę i zrobić herki na miotle, wysoko w górze. Jak myślisz, polepszy ci się, gdy spadniesz?
- Ja sądzę, że nic mu już nie pomoże - wyznałem.
W tym momencie przyszedł Craxi i wpuścił nas do sali pełnej kolorowych oparów. Czas na lekcję eliksirów.

Po lekcji, na której - przynajmniej teoretycznie - nauczyliśmy się rozróżniać nalewki z asfodelusa, piołunu i mandragory po ich właściwościach fizycznych, cała drużyna jak strzały pobiegła do dormitoriów po sprzęt i wesołą gromadką podążyła na boisko do quidditcha, żartując, podszczypując i popychając się. Kiedy weszliśmy na murawę, spostrzegliśmy jakąś postać balansującą w powietrzu. Szanowny pan kapitan stwierdził, że nic a nic nam to nie przeszkadza, i kazał wskoczyć na miotły, co też uczyniliśmy.
Odbiłem się od ziemi i już po kilku sekundach zawisłem przy obręczach. David gestem dłoni rozpoczął mecz, polegający na tym, że każdy ścigający ma swojego kafla, a ja muszę latać i bronić jak głupek.
- SMOKUUU! SMOOOKUUU!!! - zacząłem się drzeć już po piętnastu minutach.
David pokazał komendę "czas" i podleciał do mnie.
- Czego?
- Czego? Czego?! A chcesz se, kuźwa, tak pobronić? - Ściągnąłem koszulkę z wielką plamą od potu na plecach i rzuciłem mu prosto w twarz.
- Fuj, wiesz, co to mydło?
- Wiesz, co to wysiłek fizyczny? A nie, czekaj, jesteś szukającym - uśmiechnąłem się słodko.
- Okej, dobra, zrób sobie przerwę czy coś. ĆWICZYMY PODANIAAA! - wrzasnął do reszty. Złapałem się za ucho. Głośniej się nie dało, co?
Przerwę postanowiłem wykorzystać na polatanie sobie w kółko. Niczego nie kocham tak bardzo jak tego. Wiatr we włosach, zabójczy pęd, świst w uszach... Wspaniałe! W dodatku chłód uderzający w moją nagą klatę.
Po chwili nie tylko chłód uderzył w moją klatę.
- Boże, znowu ty?! Co to za fatum?!
Miałem miotlarską kraksę z tym samym ziomkiem, który wcześniej wpadł na mnie na korytarzu. Dwa razy. Do trzech razy sztuka, jak to mówią. Tyle że tym razem Orlak zawisł ręką na miotle.
- Sorry. Niezbyt dobrze latam - burknął.
- Wiesz, zauważyłem.

Amir?

piątek, 10 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Jonasza cd Lili

Nagle kichnąłem i mocniej wtuliłem się w dziewczynę.
- O i jesteś chory...
- Wcale nie...
- Wcale tak! Gil ci wisi!- zachichotała, a ja szybko wytarłem nos wierzchem dłoni. Fuknął cicho i odwróciłem głowę- obraziłeś się?- spłonąłem soczystym rumieńcem.
- Nie...
- Boże jaki ty chudy- zacisnęła palce na moim ramieniu- same kości! Ty nie masz anoreksji przypadkiem?
- Nie... po prostu jestem chudy- wyszczerzyłem się i znów kichnąłem.
- Idźmy szybciej, zaraz całkiem się rozłożysz- nagle przyśpieszyła, a ja prawie się przewróciłem.
- Nie tak szybko!- pisnąłem.
- Nie tak szybko, nie tak szybko, a potem przeziębienie i grypa! Nie zwolnimy!
Chwilę później byliśmy przed szkołą. Nim się zorientowałem, siedziałem w salonie, okryty trzema kocami, z kubkiem z herbtą w łapce. Kiedy?! Spojrzałem na krzątającą się Lili. Blondynka czegoś szukała, ale najwyraźniej to znalazła.
- Jak się czujesz?
- Lepiej...
- Idę pozałatwiać pewne sprawy- powiedziała i wyszła machając mi. Siedziałem tak chwilę. Przyszedł Amir, trochę się powygłupialiśmy, ale zaraz poszedł gdzieś z Casperem, więc znów siedziałem sam. Oczywiście znając moje umiejętności, chwilę po tym zasnąłem, jak to Suseł...

Lili? Wena znika :c I dziękuję c:

Bellefeuille:od Lili CD David'a

Uśmiechnęłam się do David'a i, nim zdążył zareagować, wślizgnęłam się do WS i siadlam prędko przy stole Orlaków. Zza drzwi dochodziły krzyki. Po chwili David smętne opadł na ławkę obok mnie, co wywołało poruszenie wsród dziewczyn ze wzystkich domów.
-Dzięki, że wytrwale wspierałaś kolegę, poważnie, doceniam to-burknął i zabrał talerz z sąsiedniego nakrycia.
-Nie ma za co-Uśmiechnęłam się w najbardziej
rozbrajający sposób, na jaki było mnie stać. Była to mina z serii "co złego to nie ja".
Luniak bez słowa zaczął jeść, a mnie zrobiło sie nieco głupio, że doprowadziłam do kłótni, a nie próbowałam zrobić nic, by jakoś załagodzić konflikt chociaż wiedziałam, że Leslie Brooks co najwyżej oblałaby mnie kwasem. O ile jest dziś E dobrym humorze.
-Ale wiesz, musi ci naprawdę na niej zależeć, skoro ona ma takie humory, a wy wciąż jesteście razem-powiedziałam pojednawczo. Rzucił mi uśmiech. Uf, przynajmniej tyle.
-Wiesz, że umiesz mowić, Lilianne?
-Nie no, poważnie!? Dzięki za info! -zawołałam sarkastycznie.
-W sensie że umiesz sie mową posługiwać. Byłabym dobrym prawnikiem. Jak kiedyś zechcą mnie wpakować do pie*dla to będziesz moim
obrońcą.
-Zobaczę-zaśmiałam się-Jeśli cię skażą za nękanie żony to obawiam się, że Brooks'owie znajdą lepszego.
-JA miałbym nękać LESLIE!? Na odwrót raczej!
Zaśmialiśmy się, ci moje przyjaciółki uznały za alarm. Podeszły równym krokiem jak jakieś BOR-owiki.
-Zgubiłeś się?-spytała słodko VI.
-Mamy wskazać drogę?
David spojrzał na mnie pytając.
-Moje przyjaciółki-wyjaśniłam-Bronią mnie przed chłopakami odkąd Luke... No wiesz.
-Nie sądzisz że są nadto troskliwe?

David?

Ombrelune: Od David'a do Volonte

Właśnie kończyła się ostatnia lekcja, czyli OPCM.
Nudziło mi się, ponieważ Diabeł zerwał się z ostatniej lekcji.
Westchnąłem biorąc plecak i kiwnąłem wujkowi głową na pożegnanie i ruszyłem
do drzwi. Będą pogrążonym w myślach, zderzyłem się w drzwiach z kimś.
Gdy obróciłem głowę w bok zobaczyłem Volonte.
- Wybacz. - Mruknąłem, cofając się i przepuszczając ją.
- Nic się nie stało. - Również mruknęła.
- Co się stało, że nie masz humoru? - Zapytałem. Nudziło mi się a rozmowa jest lepsza.
- Nie lubię OPCM. - Skrzywiła się, wymawiając skrót. - A ty?
- Nudzi mi się, Diabeł zwiał i nie mam co robić. - Westchnąłem cierpiętniczo.
- Też bym zwiała chętnie z tej lekcji.
- Masz ochotę przejść się po błoniach? - Zapytałem po dłuższej chwili ciszy.
- Czemu nie. - Odpowiedziała po chwili. - Tylko najpierw może odnieśmy książki co?
Powiedziała lekko się uśmiechając, gdy ja nagle zmieniłem kurs na błonie.
- Taa! Oczywiście. - Uśmiechnąłem się.
Po kilkunastu minutach już byliśmy na błoniach, siedząc pod drzewem.
- Co tam u ciebie, dawno nie rozmawialiśmy... - Zapytała.
- Dobrze.. Chyba... Mam dziewczynę.
- Aha. - Mruknęła.
- Chodzę z siostrą Diabła, Leslie. Ostatnio często się kłócimy ale to chyba tylko taki
przejściowy kryzys.. Mam też nowego przyjaciela z którym dużo czasu spędzam,
przez co ona jest zazdrosna. - Westchnąłem. - A u ciebie? Co tam słychać?


<Volonte?>

Ombrelune: Od David' cd. Lili

- Oczywiście! Lepiej, żeby tak było bo inaczej Les zabije najpierw mnie a później
ciebie - Zaśmiałem się i uśmiechnąłem się. I dodałem. - Eh.. Żeby ona mi tak dziękowała,
za takie pierdoły! - Rozżaliłem jej się, na co ona się zaśmiała.
- Jak ładnie poprosisz to na pewno, Ci da buziaka.
- Oh... Tssaaaa To Brooks'ówna! Ty ich chyba nie znasz! I do tego Luniaczka,
która jest zazdrosna o moich kolegów, więc nawet nie chce wiedzieć, co by było gdyby
zaczęła i o wszystkie dziewczyny być zazdrosna!
- Oj przesadzasz!
- Może troszkę.. - Mruknąłem na co ona parsknęła. - To gdzie idziemy?
- A gdzie chcesz?
- Hym... Może mógłbym ci towarzyszyć przy obiedzie?
- Jeśli chcesz. - Wzruszyła ramionami.
- Baaardzo chce. Moja dziewczyna - Powiedziałem przedrzeźniającym głosem i miną. - Znów
miała do mnie wonty bo wybrałem Ai'ego zamiast zostać z nią. A chciałem z nim spędzić czas.
I teraz jakbym usiadł przy luniakach musiałbym znosić jej fochy i złośliwości.  Eh. - Westchnąłem
teatralnie.
- Ale jeśli usiądziesz ze mną, może być zazdrosna. - Spojrzała na mnie. Zatrzymała się,
zresztą ja też bo byliśmy już przy WS.
- Oh nie przejmuj się nią! - Powiedziałem i objąłem ją ramieniem i pokazując ręką przed
siebie, dodałem. - Po co się nią przejmujesz, skoro możesz sprawić, że ten obiad, będzie
wyjątkowy. Móc mieć takie towarzystwo jak moje? - Wskazałem ręką na siebie patrząc
w jej oczy, dalej ją obejmując i uśmiechając się. - Pozwól nacieszyć się swoim domownikom,
iż ten cudny bożyszczu będzie siedział obok nich, sprawiając, że ten obiad będzie wyjątkowy
przez samą mą obecność. - Powiedziałem strzelając wymyślne miny.
- Jesteś strasznie narcystyczny. - Zaśmiała się kręcą głową, ja zaś ją już puściłem,
widząc kontem oka Les... ,,Przeeeejebaneeee...'' Przeleciało mi przez myśli. A także
dlatego by ktoś nie pomyślał.. Że flirtuję, mając dziewczynę... Chodź cóż zawsze flirtuję
nawet z koleżankami takimi jak Lili, bo to lubię a Flirt to nie zdrada!
- To jak? - Zapytałem.

< Lili?? LES! Mam dla nas kolejny powód do kłótni xD>

Bellefeuille: od Lili CD David'a


Uśmiechnęłam się do Luniaka. Nic sie nie zmienił.
-Nie wiem, czy aby napewno chcesz, bo idę do biblioteki. Ale zawsze możesz nosić mi książki.
Skierowaliśmy sie do biblioteki. David niósł za mną wszystkie moje lektury, stękając cicho, jednak kiedy tylko sie odwracałam, robił wyluzowaną minę, jakby stos ksiąg był dla niego równie ciężki co talerz ze śniadaniem. Uśmiechnęłam się szeroko. Czasem nie cierpię Luniaków, jednak jeśli potrzebuje poprawy humoru, to zaraz po Vi i Pianie są na pierwszym miejscu.

Jak zwykle klimat biblioteki wprawił mnie w dobry nastrój, czego niestety (albo i stety) nie można było powiedzieć o Davidzie. Wyglądał, jakby chciał rzucić książki byle gdzie i uciec. Nie to miałam jednak w planach.
Najpierw spokojnie położyłam stos na ladzie, wdając sie z bibliotekarką w dyskusje na temat poszczególnych tytułów, potem spytałam, co by mi polecała, po czym zanurkowałam miedzy regały, między słowa.
David natomiast ciagle narzekał.
-Mówiłam, że cię to nie zainteresuje-powiedziałam rozbawiona patrząc, jak wzdycha i próbuje wzrokiem przebić sufit by dotrzeć do niebios i tam złożyć skargę.
-Nie sądziłem, że można AŻ TAK długo siedzieć w bibliotece.-odburknął.
-Już kończę. Jeszcze tylko pójdę po stołek, żeby zdjąć tamtą książkę i idziemy.
Luniak nagle sie ożywił.
-Nie, nie, mała blond. Nie po to tu sie za tobą przywlokłem, żeby teraz byc bezużytecznym! Zdejmę ci tę książkę. Która to dokładnie?
-,,Podręcznik młodego farmaceuty"
-Really?-zmarszczył się i podał mi lekturę bez większego problemu-No, teraz uciekamy.
Kiedy załatwiłam formalności z wypożyczaniem i wyszliśmy z biblioteki, David powiedział:
-Wiesz co, nie obraziłbym się o małe dziękuję.
Na widok jego nadąsanej miny zaśmiałam się, wspięłam na palce i pocałowałam Luniaka w policzek. Wiem, wiem, brzmi irracjonalnie.
-Dziękuję-rzekłam, po czym uzupełniłam-To był gest dziękczynny i czysto przyjacielski.

David?

Bellefeuille: od Lili CD Jonasza

Zmierzyłam chłopaka wzrokiem. Niski. Rok młodszy. Niebieskie oczy i włosy. Chudy jak szczapa. Wrażliwy. Łagodne usposobienie. Brak możliwości zakochania. Spacer z nim nie będzie zdradą wobec Luke'a. Boże, Luke...
-OK-zgodziłam się-Ale módl się, żebyśmy nie natrafili na moje przyjaciółki. Są sceptycznie nastawione do moich kontaktów z płcią przeciwną.
-Ah.
Pokiwałam głową i wstałam. On za mną. Wyszłam z pokoju szybkim krokiem, cały czas słysząc za sobą Jonasza.
-Czemu sceptycznie?-spytał, a ja westchnęłam. Bałam sie, że spyta, ale nie odpowiadałam.-Ktoś ci złamał serce? Rzucił cię? Uciekł? Zdradził? Okazał sie krewnym? A może kosmitą?
Odwrociłam sie gwałtownie, aż chłopak na mnie wpadł. Odbił sie od mojej piersi i spojrzał na mnie zdziwiony. Zmroziłam go wzrokiem.
-Nie rzucił. Nie uciekł. Nie zdradził. Nie okazał sie ani kosmitą, ani krewnym. Zniknął. Po feriach świątecznych już nie wrócił. Nie wiem, co sie z nim stało, gdzie jest. Ale nie UCIEKŁ.
Łzy w oczach chłopaka (tudzież raczej chłopca) wyhamowały nieco moją złość. Zimno w mojej piersi sie roztopiło. Tak właśnie działają na mnie łzy. Chole*a.
-Przepraszam-westchnęłam i nagle poczułam, że piecze mnie pod powiekami, a w piersiach zbiera sie szloch.-Po prostu... Po prostu strasznie za nim tęsknię.
Głos mi się załamał. Zacisnęłam wargi i mruganiem
odgoniłam łzy. Żebym nigdy nie musiała powiedzieć, że chłopak doprowadził mnie do płaczu. Nie Luke.
Jonasz pokiwał głową i spojrzał na mnie współczująco.
-To ja przepraszam. Nie powienienem drążyć-spuścił wzrok.
-Ustalmy na razie, że żadne z nas sie nie gniewa, OK?
-OK-zgodził się.



Błonia jesienią to piękne miejsce. Troche tylko zimne. Jonasz trząsł się, a ja powstrzymywałam chęć, by go przytulić i ogrzać własnym ciepłem. Dla jasności: NIE, nie podobał mi się. Budził we mnie jedynie zdrowe, kobiece instynkty, by opiekować się słabszymi.
-Zimno trochę-zauważyłam odkrywczo, gdy szliśmy tunelem.
-A-Aha-zaszczękał zębami.
-Może chcesz wracać?
-N-nie, jest OK.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem. Kolor jego twarzy świadczył wbrew jego słowom. Można powiedzieć, że wargi dopasowały mu sie kolorem do włosów. A co dopiero będzie zimą...
-Wracamy-stwierdziłam kategorycznie. Próbował walczyć mówiąc, że jest mu ciepło, jednak widziałam wdzięczność w jego oczach. Objęłam go za ramiona(były tak wąskie, że wystarczyło mi do tego przedramię i dłoń) i poprowadziłam w stronę zamku.

Jonasz? On jest taki słodki :3

Ombrelune: Od David'a Do Violetta

Siedziałem w PW Luniaków i właśnie kończyłem zadanie domowe, a po chwili byłem
już spakowany. Było już po 21, Diabeł znów gadał z Ell, wolę nie wiedzieć czy się
kłócili czy co. On i Ona to mieszanka wybuchowa! Naprzeciw mnie zaś siedziała jakaś
ruda dziewczyna, głowiąc się nad zadaniem z eliksirów. Patrząc na temat, musiała być
o rok młodsza. Właściwie z nudów, nie z dobrych chęci, postanowiłem do niej zagadać
i pomóc jej w nim.
- Hej, jestem David. - Przedstawiłem się wyciągając do niej rękę. Ona zaś oderwała
wzrok od pergaminu i uśmiechnęła się lekko, przyjmując dłoń.
- Violetta.
- Pomóc Ci może, w tym zadaniu? - Zapytałem, a gdy na mnie zaskoczona spojrzała
dodałem. - Jestem prefektem, moim obowiązkiem jest ci pomóc. -Uśmiechając się.
- Chętnie. Nie mam już siły na to, głowię się nad tym od..
- Wiem, przecież tu byłem, cały czas. - Mrugnąłem do niej siadając bliżej.
Po dwudziestu minutach zadanie było już zrobione, i to i następne z OPCM.
Przez ten czas również gadaliśmy o różnych głupstwach, dopóki nie wspomniałem o Wilczku.
- Skąd znasz Petty'ego? - Zapytała się.
- A ty, zdradzisz mi pierwsza? -Spytałem się.
- Poznaliśmy się w tym roku w ekspresie, siedzieliśmy w jednym przedziale...
- A więc tam się skurczybyk schował! - Zaśmiałem się, lecz po chwili dodałem, wyjaśniając
jej . - Szukałem go, lecz później się poddałem. Wiesz Petty to mój kuzyn, nasi ojcowie są
przyrodnimi braćmi. Mieli tą samą matkę, bo babcia 2 razy zamężna była. - Dodałem.
- On... Zawsze jest taki.. - Zaczęła, lecz zawahała się.
- Jaki? - Zmarszczyłem brwi.
- No... Sztywny lekko, markotny, jak go poznałam było widać w nim smutek chodź
oczy miał zimne i puste.
- Bo widzisz... W tamtym roku po Balu bożonarodzeniowym... Wiesz Petty, zawsze był
delikatny... Ale proszę nie mów mu, że ci powiedziałem.. ok? - Zapytałem zmieszany,
nie chciałem mówić jej o nim za plecami. Tym bardziej, że.. Była trochę do niej podobna..
Więc wiem czemu, on zwrócił na nią uwagę... Nie powinienem się wtrącać.. Lecz gdy
pokiwała głową na zgodę powiedziałem... Powinna wiedzieć czemu Pett, zwrócił na nią
uwagę. - Był też zamknięty w sobie. Chodź zawsze miły i otwarty na wszystkich to nigdy
też nie dopuszczał do siebie osób bliżej niż na relacje, koleżeńskie czy przyjacielskie.
Ja jestem jedną z osób którą dopuszcza do siebie. I także jeszcze jedna osoba była...
Jane, Petty był w niej zakochany po uszy. Była jego dziewczyną, był z nią blisko nawet
mieli dormitorium obok siebie, wiesz i ona i on, byli naczelnymi.
- On nadal jest..
- Tak... Lecz po balu w zeszłym roku, ona.. Nie wróciła do szkoły. Pojechała do domu
i nie wróciła jak reszta uczniów. Petty bardzo się niepokoił. Pisał listy, wypytywał nauczycieli,
nawet do Dyrektorki regularnie chodził. Nic niestety tym nie wskórał, nikt nic nie wiedział
lub nie chciał powiedzieć. A on.. Bardzo źle to przyjął, przestał się uczyć a zawsze był
prymusem, opuszczał lekcje, nie chodził na posiłki. Całe lato przesiedział w łóżku..
I tak jest z nim o wiele lepiej niż było. Teraz czasem się uśmiecha.. Gada z nami, znów jest
prymusem i znów bierze udział w życiu szkolnym. W końcu jest jedynym w tym roku naczelnym
i prefektem swojego domu... Myślę, że on przyjął już z goryczą to, że ona nie wróci...
A ty jesteś do niej trochę podoba wiesz? - Dodałem po chwili. - Myślę, że tym zwróciłaś
jego uwagę. Lecz on nie jest głupi i wie, że ty nie jesteś nią i nigdy nie będziesz... Lecz sam
fakt, że przypominasz... On chyba szuka jakiegoś oparcia na tym..
Po tej mojej wypowiedzi między nami zapadła cisz. Po chwili spojrzałem na nią....

<Viola?>

Ombrelune: Od David'a Do Lili

Biegłem przez korytarz co chwila wpadając na kogoś i przepraszając, chodź
i tak dalej biegłem i znów kogoś potrącałem, szczerząc się do wszystkich.
W końcu gdy miałem do tyłu odwróconą głowę wpadłem w prost na kogoś,
przewracając nas.
- Ał! - Zawołałem - Sorki!
- Nic się nie stało. - powiedziała... Lili siadając i masując sobie plecy.
Ja już się podniosłem i dałem rękę pomagając sarence, również się podnieść.
Ah. Tak, zawsze gdy ją widzę od razu przypomina mi się jak ją poznałem, gdy
będąc w mojej animagicznej formie ścigałem ją po lesie a ona w swojej uciekała.
- Wybacz, nie chciałem Cię potrącić. - Uśmiechnąłem się lekko.
- Chyba staranować.. - Zaśmiała się lekko i zaraz zaczęła zbierać książki, które teraz
walały się na około. I ja się zaraz po nie schyliłem by jej pomóc.
- To.. Zdradzisz mi przed kim tak zwiewałeś?
- Oh.. Ja nie.. Ohh... Dobra z kolegą się bawiłem, później biegaliśmy i pożegnaliśmy
się ale ja dalej biegłem.. Sam nie wiem poco.. - Wyszczerzyłem i podrapałem po karku.
- Czyli energia Cię rozpiera.
- Taa, pewnie tak. Cóż Ai zawsze sprawia, że dostaję głupawki, eh.. Chyba za dużo
z nim przebywam ostatnimi czasy. - Znów się uśmiechnąłem - Dokąd idziesz? Mogę
Ci towarzyszyć? - Zapytałem od razu.

< Lilianne? xD >

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

Wpatrywałem się w jego unoszące się i opadające plecy. Przetarłem oczy.
- Amiir... Aruś- usiadłem przy nim- jestem głodny, Aaaaruuuś, za ile śniadanie.
- Nie wiem...- wyburczał. Po chwili zwinąłem się w "kłębek" i jak kot przylgnąłem do jego boku. Zamruczałem, gdy poczułem jego ciepłe palce na linii szczęki. Leżeliśmy tak w spokoju i byłbym już zasnął gdy... pukanie... CH*LERNE PUKANIE DO DRZWI. Fala bólu nadeszła od razu, a ja zapiszczałem. Bogu dzięki słyszę tylko na jedno ucho i dźwięk ten nie był, aż tak uporczywy. Tak, nie korzystam z aparatów słuchowych, czemu? Nie lubię ich. Dźwignąłem się z łóżka i otworzyłem drzwi.
- Jonasz!- kolega wytargał mnie z pokoju.
- Co?- zasłoniłem ucho dłonią.
- Jest u ciebie Amir?
- Tak...
- Boże, doszło do czegoś między wami?
- Co? Nnie! Tylko spaliśmy!
- Patrz co jest w ukrytej dla nauczycieli stronie w gazetce- wskazał mi ruchome zdjęcie mnie i Amira jak kołyszemy się w tańcu- i teraz!- w tym momencie wspiąłem się na palce i pocałowałem go czule. Dostałem wytrzeszczu.
- Co?! To?! Jak?!!!- złapałem się za głowę.
- Wczoraj na imprezie...
- Ale... ja przecież... z... jakąś brunetką!
- Nie, to był Amir...
- Tto niemożliwe... niech chłopak o tym nie pamięta! Ale zobaczy gazetę... po mnie, po mnie, po mnie! MOJA POZYCJA SŁODZIAKA SPADNIE!
- Co? Stary, wszystkie dziewczyny to non-stop oglądają! Jeszcze bardziej wzdychają na twój widok, bo zachowałeś się tak uroczo.
- Kłamiesz...
- Zerknij do salonu...
Jak powiedział tak zrobiłem. Ledwo wystawiłem głowę wszystkie dziewczyny zaczęły piszczeć i śmiać się unosząc zdjęcie. Na mojej twarzy pojawił się soczysty rumieniec i wróciłem do Nicolasa.
- No może i masz rację...

***

- Podaj mi kawę- wystawiłem łapkę na lewo, gdzie siedział Nico. Jedliśmy śniadanie, jak zwykle wszyscy byli głośno. Podał mi dzbanek z napojem, a ja wlałem go do kubka. Nagle do sali wszedł Amir, a wszyscy, po prostu wszyscy, zastygli w bezruchu. Nagle ktoś wrzasnął:
- A gdzie twój chłopak?!- na to Amir się zatrzymał ze zdziwionym wyrazem twarzy. Wyglądał uroczo, tak jak dziecko, które dowiedziało się, że bajka się skończyła.
- Co?- odwrócił się. Szybko zasłoniłem twarz od jego strony ręką. W tym momencie chłopak siedzący koło mnie, popchnął mnie do tyłu, a ja spadłem na podłogę.
- Tam leży!- wskazano mnie palcem.
- Dodatkowo ze szlamą!- ryknął jakiś zielony, a ich grupa wybuchła gardłowym śmiechem. Żółty zerwał się z miejsca i pokazał Amir'owi stronę z gazety. Podniosłem się i ponownie usiadłem- SZLAMA!- ponownie zawołał.
- Przestań go tak nazywać!- usłyszałem z tyłu głos Amir'a. Po sali rozległo się westchnięcie.
- Zakochaaany!
- To mój przyjaciel!- zerwałem się zaciskając powieki i piąstki- Dostałem wyzwanie, jasne?! Dajcie nam spokój, a nawet gdybyśmy byli razem w czym by to wam przeszkadzało! Założę się, że ponad połowa z was z chęcią pocałowała by osobę tej samej płci!- odwróciłem się. Zacząłem wychodzić...
- Szlama...
Nie wytrzymałem i cisnąłem chłopakiem w ścianę. Opadł bezwładnie na ziemię, a wszyscy jego koledzy podbiegli do niego w przerażeniem na twarzy. Ledwo wstał.
- Nie odzywaj się tak, bo nie tylko ja jestem mugolakiem! Też powinieneś o tym wiedzieć! Szlama!- ryknąłem. To prawda, tamten chłopak był mugolakiem, miałem nadzieję, że zniszczyłem mu reputację, choć i tak wiem, że ośmieszyłem sam siebie. Ze łzami w oczach wybiegłem z sali. Dobrze, że dziś wolne i mogę cały dzień przeleżeć w łóżku zalewając się słonymi kroplami. Wbiegłem do dormitorium i rzuciłem się na materac. Skuliłem się na nim i zakryłem kołdrą.
Szlaaaaamaaaaa...

(Ar?)

Ombrelune: Od David'a do Percy'ego

Szedłem właśnie do dormitorium Percy'ego. Z miotłą w ręku oczywiście.
- Percy! - Zawołałem pukając.
- Czego? O cześć. - Wyszczerzył się.
- Chcesz iść pograć w quidditcha? - Zapytałem pokazując miotłę.
- Pewnie! Diabeł też idzie? - Zapytał biorąc swoją w rękę.
- Nie... Ogólnie nie mogę go nigdzie znaleźć więc wiesz.. - Mruknąłem.
- Oh.. Spoko to idziemy? - Uśmiechnął się.
- Tak, tak.. O! A później możemy iść na piwo do Trzech różdżek, co ty na to?
- Pewnie!
Gdy po kilku minutach byliśmy na boisku zaczęliśmy grę.
Po pół godzinie było nas już razem 14 i graliśmy na drużyny, gdyż w czasie gry
podłączyło się 10 starszych chłopaków oraz 2 młodszych.
Walka była zacięta, lecz po półtorej godziny gry drużyna w której byłem w raz z Percy'm
wygrała a my, razem z nimi wybraliśmy się do Pubu pod Trzema Różdżkami.
- To była super gra panowie! - Zawołał jakiś z szóstego roku od razu zagadają kolegów.
Ja po chwili zaczepiłem Percy'ego, by z nim pogadać  i oderwać na chwilę od prowadzonej
rozmowy ze starszymi.
- Percy bo wiesz.. Ostatnio tak mało gadaliśmy i w ogóle.. - Zacząłem niezręcznie - Co
tam u ciebie, jakieś dziewczyny, czy coś? Wiesz chciałbym tak trochę, znów się za kumplować
bo się oddaliliśmy.. - Spojrzałem na Percego...

< Percy? xd>

Héroiqueors: Od Petty'ego Do Clarisse

Szedłem szybko korytarzem, nie bacząc na nikogo, potrącając czasem kogoś.
W pewnym momencie tak, uderzyłem o kogoś, że wylądowałem na ścianie zaś
tamta osoba o mało nie upadła.
- Cholera - Syknąłem, rozmasowując sobie bolące ramię. Podniosłem wzrok na 'tego kogoś'
i od razu tego pożałowałem... Ponieważ spojrzałem w oczy najgorszej jędzowatej, krowy
na świecie. Dokładnie mówiąc Pannie Clarisse La Rue, dla której jestem tylko, łagodnie
mówiąc, Szlamowatym Futrzakiem.
Do dziś żałuję, że była jedną z osób, którym powiedziałem o swojej likantropii.
Niestety ale jak powiedziałem wszystkim z paczki kuzyna i wiewióreczce to i ona do tej
paczki należy, chodź jak nie miałem nic by wiedzieli Percy, Adam, Ell.. To cóż jej bym
najchętniej nie mówił.. Lecz cóż nie wszystko można mieć...
- Pacz jak chodzisz, Szlamo! - Krzyknęła zła.
Ja tylko westchnąłem i chciałem iść, gdy nagle... Usłyszałem to.

''- Chyba nie dasz jej się tak poniżać młody!? - Zabrzmiał mi w głowie, oburzony 
głos Szachara. - Nie możesz dawać jej sobą tak pomiatać! Co ty Ciota czy facet?
  - Zapytał kpiąco.
- Nie twoja sprawa! - Ofuknąłem go.
- A właśnie, że moja! Jakbyś nie pamiętam ja jestem..
- Mną a ja tobą, tam gdzie ja tam i ty. - Mruknąłem dokończając jego ulubiony tekst.
- Oh jak miło, że pamiętasz. - Powiedział przemiłym głosem.
- Powtarzasz mi to za każdym razem, gdy chcę byś się nie wtrącał, więc to chyba
oczywiste, że umiem to już na pamięć!
- O Jezu, nie bulwersuj się tak. Po prostu wygarnij jej co o niej myślisz i będzie spokój.''

- Wybacz, jędzo lecz nie zwracam uwagi na takie, durne Krowy jak ty! - Zawołałem zły.
Nie na nią. Byłem po prostu zły na Szachara. Cóż czasem trzeba się na kimś wyżyć.
A kłótnia z La Rue jest na to najlepszą opcją.

< Clar? :D>

Ombrelune: Od Davida cd. Amir'a

Wszedłem do Skrzydła szpitalnego, a widząc chłopaka na łóżku zmarszczyłem
brwi, otarłem czoło. Zaraz podeszła do mnie pielęgniarka.
- Panie Martínes! No wreszcie! - Powiedziała zniecierpliwiona pielęgniarka wyciągając,
rękę w moją stronę.
- Proszę wybaczyć.. - Zacząłem jednocześnie grzebiąc w torbie, wyjmując inną
mniejszą od mojej. - Proszę. - Powiedziałem dając go jej. - Profesor Craxi, kazał
przekazać, że za godzinę przyniesie jeszcze kilka eliksirów czyszczących rany oraz Wiggenowy.
- Oh, cudownie! Zaczyna mi już ich brakować. - Powiedziała kręcąc głową. - Coś jeszcze,
Davidzie? - Zapytała, tym razem zwracając się do mnie po imieniu.
- Yy... Tak ale.. - Zerknąłem na chłopaka leżącego na łóżku nie opodal.
- Oh! Chodź ze mną do gabinetu... - Kiwnąłem głową i ruszyłem za nią. - Więc?
- Mój wuj... Eem, Profesor Emiliano, prosił o przyszykowanie Wywar Tojadowy, które
robi Psor Craxi by mógł je zabrać od razu, jak po nie dziś pod wieczór przyjdzie.
- Ah! No tak to już za kilka dni.. - Mruknęła, zagarniając jakieś rzeczy z biurka. - Dobrze,
zaraz je przyniosę, a ty już idź.. Tylko daj ten eliksir, proszę paniczu Tuasion'owi i każ
wypić! A ja pójdę po wywary... - Dała mi i od razu wyszła.
Wyszedłem i zaraz skierowałem się do chłopaka.
- Ej, masz - Powiedziałem i podałem mu eliksir. - Siostra Helena kazała ci to całe wypić.

<Amir? Brak weny do tego xP xD>

Papillonlisse: Od Vako cd. Daniela [Do Summer]

Siedziałem przez 10 min. na błoniach i...
I właśnie... Można by powiedzieć, że się czaiłem. Na kogo?
Dziewczynę z 2 roku, Summery Thewlis... Czemu?
Ponieważ, osobnik płci męskiej, który znajduje się obok mnie i na siłę
próbuje przekonać bym już podszedł do niej i zaprosił ją na... RANDKĘ!
Czemu? By wzbudzić zazdrość w osobniku [tym razem] płci Pięknej, która siedzi
ze swoimi dwoma przyjaciółkami kawalątek dalej od Summery.
Czemu Summery Thewlis? Ponieważ zna ją mój brat i jej jakiegoś brata, podobno się
z nim przyjaźni, nie wiem i nie obchodzi mnie to, szczerze mówiąc. W końcu nie o jej
brata chodzi, więc nie muszę wiedzieć kim on jest.
- No idź już do niej! VAKO! Wóz albo przewóz!
- Ale, ale!
- Nie ma ale! Ale są dwie, jedna ma kota, a druga nie! - Powiedziała już pod irytowany.
  - Jeśli zaraz tego nie zrobisz to Vinylia sobie pójdzie i będzie kicha!
- No dobra! Już idę, idę! - Powiedziałem i ruszyłem w stronę dziewczyny.
Widziałem jak Vinylia patrzy na mnie, chwilę jej się przyglądałem lecz po chwili spojrzałem
na ładną blondynkę, która siedziała z koleżankami na trawie pod drzewem.
Spojrzała na mnie, a ja się zacząłem denerwować... ''Jesteś Papillonem do Cholery!"
Powtarzałem sobie dla otuchy...
- Cześć.- Uśmiechnąłem się najbardziej czarująco jak tylko potrafiłem. Gdy młodsze
dziewczyny zwróciły na mnie uwagę, od razu zaczęły się ze mną witać. Może nie będzie
tak, źle? W końcu jestem starszy, brzydki wcale też nie jestem... A młodsze zawsze zabiegają
o zainteresowanie starszych chłopaków... Rozluźniłem się i z lekkim uśmiechem spojrzałem
na dziewczynę, która najbardziej mnie w tej chwili interesowała. - Jestem Vako, trzeci rok,
Papillon, a ty zdradzisz mi swoje imię, miła? - Spytałem na co ta lekko się zarumieniła, słodko.
- Summery, drugi z Bellefeuille. Mogę wiedzieć, czemu do nas podszedłeś?
- Ah, tak zapomniałbym o najważniejszym! - Zawołałem z lekkim śmiechem. - Czy zgodziłabyś
się Summy, pójść ze mną.. zjeść jutro obiad Madame Bovary? Zgodzisz się pójść ze mną na Randkę?


<Summery? XD>

Ombrelune: Od Davida cd. Leslie XD

- Przecież, nie ma nic złego w spotykaniu się z kumplami.. - Powiedział diabeł drapiąc się
po głowie jakby główkował nad ciężkim zadaniem, na co Les prychnęła niczym wściekła kotka.
- To samo jej mówię! - Zawołałem i zwróciłem się do Les - TO, że nie lubisz Sola to nie znaczy,
że od razu możesz mi robić jakieś wonty, że za dużo czasu z nim spędzam! - Zakończyłem
przez co ona znów ciskała we mnie, błyskawicami.
- Nie robię tego, bo go nie lubię...! - Zaczęła się wściekać...
- Oczywiście a ja jestem zakonnicą! - Znów mi ciśnienie, zaczęło podnosić się...
- Kim...? - Spytał Diabeł...
- A tobie pozwolił ktoś się WTRĄCAĆ!! - Wrzasnęła na niego zła.
- Nie krzycz na niego! Nic ci, kurwa nie zrobił! - Zacząłem go bronić.
- A TY mi nie mów, co ja mam robić! Wiem lepiej!
- Będę! W końcu ktoś musi ci pomóc w rozumowaniu, bo TWÓJ MÓZG chyba ma zwarcie!!
- ZWARCIE to TY będziesz miał jeśli..
- Jeśli co? - Przedrzeźniałem ją. - Może jeszcze dasz mi szlaban i zamkniesz mnie na siedem
spustów, BO CI KURWA NIE PASUJE Z KIM SIĘ ZADAJE!??? - Piekliłem się - Albo
pilnowała bym o 22 był już w łóżeczku i wydzielała czas na spotykanie się z przyjaciółmi!?!?!!
- A TY MYŚLISZ, ŻE CO ?! Jutro przyjdziesz z bukietem jakiś chwastów i urządzisz
pseudo-romantyczną randkę na wierzy i już mnie udobruchasz  i znów zaczniesz mnie Olewać?!!?!
- Eee.. Les... Smoku, może zamiast wrzeszczeć na całą szkolę lepiej spokoj.. -Zaczął Diabeł
nas uspokajać...
- ZAMKNIJ SIĘ!! - ... za co, na niego wrzasnęliśmy oboje.
- Oh, przepraszam! - Zawołał chyba, zirytowany i zły, Diabeł - To JA przychodzę sobie
TU, do również MOJEGO, dormitorium by odpocząć po rundce Quidditch'a, zgodziłem
się was wysłuchać, może coś pomóc, A NIE SŁUCHAĆ JAK NA SIEBIE I NA MNIE
WRZESZCZYCIE! - Krzyknął i podbuzowany wyszedł, trzaskając drzwiami.
- Kehem.. - Odkaszlałem.. -Hym... Tooooouuułłłł... co? - Spojrzałem na także, zdziwioną
i ogłupiałą, co ja, przez wywód diabła...
- Obiad! - Zawołała.
- Za! - I wyszliśmy razem, lekko spięci z dormitorium kierując się do WS.
,,Coś mi się zdaje, że to jeszcze nie koniec rozmowy...'' - Pomyślałem jeszcze.

<Leslie?> XD

Bellefeuille: Od Jonasza cd Lili

Westchnąłem ciężko i przeciągnąłem się. Aż dziwne, że przydzielił mnie do starszej o rok dziewczyny... może aż tak na mnie liczy, że postanowił podnieść mi poprzeczkę. Lili (chyba mogę tak mówić) była urocza, aczkolwiek jej oczy... trochę mnie... przerażały? Były takie... czułeś się jakby cię przewiercały, nie patrzyły na ciebie, a przez ciebie. Wzdrygnąłem się lekko i poskładałem resztę gratów, po czym też uciekłem z salonu. Zasnąłem jak... Suseł!

***

- Jonasz? Śpisz?- dziewczyna trąciła mnie łokciem. Kończyliśmy pisanie historii eliksiru, a ja ponownie zasnąłem z piórem w łapce.
- Co?!- wybudziłem się potrząsając głową.
- Zanotowałeś?
- Nnie... przepraszam, znów odpłynąłem... nie napiłem się rano kawy i widzisz- westchnąłem ciężko. Przeczesałem włosy palcami. Nagle dziewczyna dała mi kubek z gorącym napojem- Skąd?
- Magia!- zachichotała.
- Nie wątpię- uśmiechnąłem się i wziąłem łyk. Po kilku minutach nabrałem energii i dokończyłem pisanie- Gooootooowe- strzeliłem karkiem i przeciągnąłem się.
- Pokaż...
- Prosz- podałem jej świstek.
- Okay... yhym... dobra, to na tyle- wstała i zebrała rzeczy- Ładnie piszesz- wyszła do dormitorium i po chwili wróciła. Oparłem się luźno o krzesło i spojrzałem na nią.
- Chciałabyś się gdzieś przejść?

(Lili?)

Bellefeuille: Od Jonasza Do jakiegoś trzecio roczniaka

Jak ja nienawidzę Mandragor! Czemu one się tak drą?! Ogólnie nienawidzę zielarstwa. Na co mi wiedza co mogę zrobić z Bzu, lub jak przesadzić te wrzeszczące korzenie. Niech ta lekcja się skończy, to ostatnie zajęcia, chcę wrócić do dormitorium, położyć się do łóżka i się zdrzemnąć. Nagle rozbrzmiał głos oznajmiający, że na dziś koniec. Jak torpeda wypadłem z sali i biegiem godnym młodej sarenki. Jeszcze ta zagadka. Kto to wymyśla?! Bogu dzięki jakiś chłopak, około rok starszy, wpuścił mnie.
- Potrzeba cię goni?- prychnął nagle. Wbiegłem do pokoju i rzucając książki na stolik, skoczyłem na łóżko. Oczywiście ledwo zmrużyłem oko, a ktoś tyknął mnie w udo.
- Czego?- wyburczałem w poduszkę.
- Widziałeś gdzieś nasze karty z czekoladowych żab?- spytał mnie jakiś okularnik.
- Nie... nie widziałem i możesz przestać mnie non-stop o to pytać? Chciałbym POSPAĆ- fuknąłem, a on chrząknął poprawiając swoje grube szkła. Wyszedł w poszukiwaniu swoich "drogocennych" kart z różnymi osobistościami. W głowie dalej słyszałem krzyk Mandragor mimo iż miałem słuchawki i dodatkowo nie słyszę na lewe ucho. Już odpływałem w świat snów i fantazji, gdy nagle... pukanie. Poirytowany podszedłem do drzwi, otworzyłem je.
- Ale na pewno ich nie...
- NIE, NIE WIDZIAŁEM TWOICH KART, NIE WIDZIAŁEM TEŻ TWOICH SZACHÓW CZARODZIEI, ANI PODRĘCZNIKA TRANSMUTACJI!- wydarłem mu się w twarz.
- Dobra...
- Ej, ale nie drzyj się tak na niego- dopiero teraz zauważyłem stojącego koło niego trzecioklasistę, który mnie wpuścił. Był wyższy ode mnie, co nie było trudne. Podejrzewam, że jestem najniższym drugo roczniakiem. Mama chciała mi nawet dawać hormon wzrostu, ale nie zgodziłem się. A propos wyglądu, dziwne, że nie kazali mi się przefarbować.
- Pyta mnie o to ósmy raz- podniosłem wysoko brew i zacisnąłem szczęki.
- Może ma amnezję?- prychnął śmiejąc się.
- A może jest upierdliwy? Chciałbym pospać- westchnąłem ciężko- miałem dziś zielarstwo.
- Znam ten ból... ale to nie powód, żeby się tak na niego drzeć.
- Przesadzaliśmy Mandragory...
- Ouch... to zmienia punkt widzenia- podrapał się po karku. Każdy jego ruch był dopracowany w każdym szczególe, nie wykonywał niepotrzebnych machnięć. Zadziwiał mnie, a dodatkowo jego idealne rysy twarzy i onieśmielający mnie uśmiech, przez który cały się rumieniłem. Odgarnąłem kosmyk niebieskich kłaków spadających mi na twarz i poprawiłem mundurek. Kaszlnąłem cicho i spuściłem wzrok. Nie patrzyć na jego usta, nie patrzyć na usta, no nie patrz się na usta! Ale takie ładne są...
- Ummm... Jonasz jestem, Jonasz Milar- podałem mu dłoń i skierowałem wzrok w jego oczy.
- Jonasz?
- Tak, Jonasz, dziwne imię, prawda? Ale słodkie- zaśmiałem się gardłowo i znów kaszlnąłem- a ty?

(Jakiś trzecio roczniak z Bellefeuille?)

Bellefeuille: Od Amir'a do Davida

Nachyliłem butelkę z wodą i łapczywie zacząłem przełykać coraz większą ilość wody, a gdzieś między piciem poczęła spływać mi po brodzie i skapywać na trawę. Dziś wasz szczęśliwy dzień, małe, kiełkujące zielonki. Pijcie, pókim spragniony równie co wy. A czemu się tak zmęczyłem, huh. No właśnie. Mój dzień zaczął się od rannej pobudki zimną szklanką wody na głowie, co wystarczająco pobudziło me nerwy. Wyciągnięty zostałem z dormitorium i bez pytania zabrany na jakieś spotkanie-a-la-nudne, damskie pogaduszki. Chłopcy mnie wyciulali, nawet palcem nie ruszyli by dowiedzieć się czegokolwiek o moim aktualnym stanie psychicznym po takiej akcji.
Ale to jeszcze nic. Zostałem wrobiony i podstępnie zmuszony do rywalizowania z jakimiś głupkami. Jak to się stało? A to była bardzo ciekawa historia, bo.. Może jednak wam tego oszczędzę. Tak, to będzie o wiele lepszy pomysł. Tak czy siak, przed chwilą biegałem dookoła budynku pocąc się jak świnia. I wiecie co, wygrałem. Boże, moja klatka piersiowa..
- Udało ci się~ - powiedziała jedna z dziewczyn od moich rywali. Uśmiechnąłem się w jej stronę, ale zanim zrobiłem krok na przód, by pogadać, zasłabłem i wręcz poleciałem do przodu. Pomogła utrzymać mi się w miejscu przerażona. - Ej, ej, wszystko dobrze?
- Tak, tak. - wymruczałem pod nosem masując nos, z którego pociekła krew. - Ch*lera..
- Zawołam kogoś. - nie pytała, od razu to zrobiła, wołając głośno ,,pomocy". Skrzywiłem się na takie zachowanie. Przybiegło ze swoich kółek zainteresowań około pięć osób, wraz z nauczycielem który obserwował nas z daleka.

~

Skrzydło szpitalne nie było dla mnie miejscem które chciałem koniecznie odwiedzić, ale niestety, dowiedziałem się, że jestem odwodniony, oraz mój organizm jest na skraju wytrzymałości.
- Powinien pan bardziej o siebie dbać. - powiedziała kobieta w fartuchu. Przewróciłem oczami zgadzając się westchnięciem i pokiwaniem głowy. Podała mi eliksir, którego kompletnie nie rozpoznałem, ale w momencie wypicia go, poczułem się nieco lepiej. Chyba chciała zrobić mi kolejny wywód, gdy do pomieszczenia wszedł jakiś chłopak marszcząc brwi i ocierając czoło.

<NYHYHYHY>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Drobne ciało opadło w moje ramiona całym swoim niepozornym ciężarem. Byłem napity, więc zakołysałem się do tyłu, ledwo utrzymując nas obu. Dobra, skoro zasnął, to chyba nic tu po mnie, nie zostawię go w takim stanie samego. Podciągnąłem go na swój bok, objąłem i szurając nogami podążyłem do wyjścia, co rusz potykając się. Jakoś dotarliśmy do schodów wieży, a tam bezsilnie usiadłem, kładąc go sobie na kolana, a dopiero potem wstając i wspinając się dalej. Cała wędrówka trwała nie mniej jak godzinę i na prawdę czułem się zmęczony gdy położyłem go do łóżka. Zakręciło mi się w głowie, dla tego opadłem obok Susła i już nie wstałem. Nawet nie zamierzałem, mój pokój znajdywał się za daleko. Obróciłem się w jego stronę i chrapnąłem, odpływając w krainę snu i marzeń. Gdzieś między snem a jawą poczułem jak mnie objął w pasie.

~

Z chwilą wrócenia do rzeczywistości poczułem ból głowy rozpościerający się aż po ramiona. Nie próbowałem otwierać oczu, wiedziałem czym mogłoby się to skończyć. Za to przewróciłem się nabierając głębokiego wdechu i wydechu. Ktoś leżał obok. Na myśl wpadła mi jakaś dziewczyna którą przypadkiem doprowadziłem do intymnej sytuacji, ale gdy tak podotykałem trochę ramienia, doszedłem do wniosku, że nie znam dziewczyny tak kościstej. A jeśli znam, to nie blisko.
Jakiś czas później osobnik ten również się zbudził i popełnił podstawowy błąd; gwałtowne podnoszenie się i rzucanie. Skończył spadając na podłogę z jękiem. Już upewniłem się, że jestem ubrany, a to istny dowód na czystość.
- Jonasz.. - westchnąłem w stronę podłogi. - ..Joonasz.
- Co..? - odparł podnosząc się chwiejnie. - Nigdy więcej nie piję.
- Każdy tak mówi. - zachichotałem lekko. - Kładź się.
Nie widziałem jego twarzy, ale nie ruszył się o krok. Po prostu zastygł. Zdecydowałem się zacząć walkę ze słońcem, które świeciło w okna i uniosłem powieki. Mój drogi niebiesko-włosy znikł i tylko wymiotowanie w łazience mówiło o czyjejkolwiek obecności. Zmartwiony jego stanem zajrzałem do środka, uwcześnie zwlekając się z kołdry.
- Wszystko spoko? - i kolejna fala wymiocin. Odsunąłem jego grzywkę, dotykając rozpalonego czoła. - Słabo.
Wsadziłem go pod prysznic w gaciach, bo upierał się jak księżna, że da sobie radę, wstydliwiec. Pomogłem mu się potem ogarnąć, ubrać i zrobić coś z twarzą, by nie wyglądał na kompletny wrak.
- Kiedy ja w ogóle zasnąłem.. - zapytał powietrze, bo ja dawno tuliłem twarzą poduszkę. Tak czy inaczej wzruszyłem ramionami. Ziewnąłem potężnie i ściągnąłem cisnącą mnie marynarkę.

< omnomnomn >

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Zawał. Przyrzekam, jutro mu coś zrobię. Wszyscy na mnie patrzyli, a szczególnie dziewczyny, które już się śliniły i zachowywały się jakbym był jakąś cenną zdobyczą. Przełknąłem ślinę. Bogu dzięki, że wszyscy są upici i ledwo się trzymają. Powoli się dźwignąłem i zabrałem jednemu chłopaczkowi szklankę z alkoholem. Na raz przełknąłem gorzki napój i wyrzuciłem szkło. Przeciągnąłem się i rozglądnąłem. Uroczo uśmiechałem się do każdej dziewczyny, ale najbardziej wyszczerzyłem się do ładnej brunetki siedzącej po drugiej stronie kółka. Obszedłem kilka razy kółeczko i w końcu zatrzymałem się przy niej. Dostała wytrzeszczu, gdy podałem jej dłoń.
- Zatańczysz?- wszystkim w tym momencie opadły szczęki, a ja nie przejmowałem się, byłem zbyt nietrzeźwy. Uścisnęła ją niepewnie i wstała, by po chwili zacząć kołysać się ze mną w wolnym tańcu. Była wyższa, nic dziwnego, wszyscy byli ode mnie wyżsi. Na końcu uniosłem głowę i pocałowałem ją lekko. Jej usta były pełne i tak przyjemne... wszyscy w tym momencie zachłysnęli się powietrzem, a potem zaczęli krzyczeć coś w stylu: "więcej!", "gorzko, gorzko!". Odsunąłem się od niej- dziękuję... odwdzięczyłem się, Amirze- uśmiechnąłem się do "niej" słodko. Jego mina była bezcenna.
- Wpadłem ci w oko?- wyszeptał nagle.
- Saaam nie wieeem... jestem nietrzeźwy, dziękuję!- po tym czknąłem i wróciłem na miejsce. Gibnąłem się do przodu i przewiercany przez wzrok wszytkich na sali, zakręciłem butelką. Wypadło na blondynkę obok chłopaka, który siedział prze Amirze- Uuum...- podrapałem się po karku- Kto ci się podoba? Wskaż tą osobę pocałunkiem, niekoniecznie w usta- wyszeczerzyłem się. Nagle podeszła do mnie i cmoknęła mnie w policzek, co nieco mnie zawstydziło. Chociaż też czuć było od niej alkohol więc...
*
Zabawa trwała w najlepsze i nic nie wskazywało na to, aby miała się szybko skończyć. Dodatkowo atmosferę podkręciła ruda, która dostała wyzwanie, aby wykonać szybki striptiz, tylko do bielizny. Faceci się ślinili i wrzeszczeli, ja też w pewnym momencie pisnąłem wznosząc łapki do góry. Po kątach leżeli już nieprzytomni uczniowie, który trzymali kurczowo butelki i zapowiadało się, że i ja zaraz do nich dołączę, bo powoli urywał mi się film no i wiecie. Skończyli grać w butelkę, a ja podreptałem pod ścianę i ledwo widząc oparłem się o nią ciężko wzdychając.
- So tam Suśle?- usłyszałem głos Amir'a.
- Mam słabą głowę, chyba pójdę się położyć...
- Spać?! W środku imprezy?!
- Raczej nocy, ale tak, jestem zmęczony i wiesz...
- Pff... ja ci nie dam pójść, idziemy!- złapał mnie pod łokieć i pobiegł ze mną gdzieś na parkiet. Czułem jakbym zaraz miał odlecieć, ale wiedziałem, że nie mogę zasnąć, bo chłopak nawet nie da rady mnie złapać w razie czego. Poczułem jak gibię się do przodu, a potem silne ręcę które mocno mnie trzymają. Bezpieczeństwo. Pierwsze słowo, które nasunęło mi się na język, gdy znalazłem się w objęciach.
- Nie puszczaj mnie...- wyszeptałem już na skraju wytrzymałości, po czym padłem...

(Hue... hue...)

Bellefeuille: Od Amir'a do Vinylii

- Ar, do jasnej ch*lery! - zawył Alhar unosząc się gładko na miotle, kiedy ja znów próbowałem załapać równowagę. - Poczuj ten je*any rytm!
- Nie drzyj się na mnie ku*wa! - odwarknąłem. Próby nauczenia się ciągle kończyły się nędzną porażką i choć wiele innych grup już próbowało, ja dalej nie umiałem. Może ja po prostu nie jestem stworzony do tego sportu?
Nie, stop.
Ja JESTEM stworzony do wszystkiego, jak każdy człowiek. Tylko muszę ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, aż uda mi się osiągnąć efekty. To jest dobre myślenie, a przynajmniej takie jakie powinno być. Zero doła, sama satysfakcja. Boże, jestem coraz gorszy w poprawianiu sobie humoru.
- Schodzimy, to nie ma sensu. - powiedział ktoś dalej i wylądował. Za nim poleciała reszta, tylko ja zostałem w powietrzu wpatrując się tępo na przód. Sens, sens.. Nic nie ma sensu, dopóki się go nie odnajdzie. Te drzewo; stoi samo, gołe i nie koniecznie wesołe, ma mały dostęp do wody, wokół niego rosną ciernie, a na całość pada cień. Nie może się rozwijać jak normalne drzewa, ale stoi i próbuje. Czyli ma nadzieję na lepsze jutro. Pesymizm jest do bani. - AMIR!
Zbyt mocno pociągnąłem i miotła w mig zakołysała się, zrzucając mnie w dół. Trzymałem się jedną ręką, aż zakołysała po raz drugi. Zacząłem spadać, zasłaniając głowę rękoma i zanim poczułem uderzający ból na całym ciele, coś przytrzymało mnie i lekko opadłem. Drgając otworzyłem oczy i ujrzałem rude włosy oraz ładną twarz nad sobą. Dziewczyna, bo to ona, trzymała mnie jedną ręką i uniosła brew.
- Beznadziejny przypadek beztalencia. - skomentowała. Stanęła na nogach, już mnie puszczając. Cała jej poza zdradzała, że miała w sobie klasę, styl, a już na pewno coś wspólnego, czyli tą aurę którą czuć tylko od Orlaków. - Ej, spadać.
Drugoroczniacy, którzy nie powinni latać i uczyć pana Amir'a, a już na pewno nie przeklinać [choć ja też nie] zrezygnowani odeszli klepiąc się po ramionach i rozbawiając. Wstałem na chwiejnych nogach, czując jeszcze ten przypływ paniki.
- Dzięki. - rzuciłem w jej stronę. - Jestem..
- Zwyczajnym głupkiem. - zatkało mnie. Ale mogłem się tego spodziewać po niej, w czasie kiedy razem się uczyliśmy w tej samej grupie uczniów, zdążyłem każdego poobserwować i zapamiętać ich zachowania. Odchrząknąłem znacząco wskazując zamek.
- Może lepiej by było pogadać w środku? Mimo wszystko jest chłodno. - przystanęła na tą propozycję. Wróciliśmy w ciszy, podczas której zastanawiało mnie skąd ona się tam wzięła. Trenowała? A może tylko zauważyła jak próbuję nie zabić się i zrobiło jej się mnie żal. Cokolwiek to było, chętnie ją zapytam.

<MUAHAHAHAH>

Bellefeuille: Od Amir'a do Volonte

Przegryzałem pióro wpatrując się w tablicę z nudą w duszy. Zostałem w wolnej klasie tylko po to, by pooglądać ściany i nauczyć się na numerologię. Dla czego tu, a nie w dormitorium, cichym i miłym.. wróć, właśnie odbywa się tam kłótnia i besztanie przez nauczyciela każdego po kolei. Nie chcę sobie nagrabić u ulubionego belfra, nie tym razem Mariasie.
Lucyfereest wskoczył przez okno do środka i usiadł na jednej z ławek, bacznie mnie obserwując. Na jego pyszczku były ślady krwi, na pewno polował na myszy albo inne małe stworzonka. Niesiony opiekuńczym drygiem podszedłem do niego i wziąłem go na ręce delikatnie [choć z boku mogłoby to wyglądać na agresywne]. Przysunąłem bliżej swojej twarz i starłem pozostałości rękawem. Jego oczy czasami mnie odstraszały; wyglądał jakby widział co mam w duszy, a to nie zawsze są dobre rzeczy.
Tak, czułem się teraz okropnie, być może jest to taki okres, że podupadam psychicznie, albo to tylko przerwa spowodowana kłótnią. Jestem egoistą, który wiecznie potrzebuje czyjegoś wsparcia, bo sam sobie nie poradzę. Jak dziecko, gubiące się we mgle, dryfujące między falami, tonące w morzu własnych cierpień. Czy jestem tego świadom, owszem. Doskonale wiem, co z siebie robię.
- Jestem żałosny. - warknąłem w twarz kotu. Jakby mnie zrozumiał, podrapał mnie po twarzy zostawiając rankę z której pociekła krew. Nie byłem na niego zły, miał całkowite prawo do tego. Puściłem małego wracając do ławki, w której czekała cała sterta materiału. Gdybym tylko się skupił, gdyby tylko! Pojmuję bardzo szybko, tak samo zapamiętuję, ale problemy z koncentracją rujnują wszystko. Jak takie złe duszki.
,, Zostaw to! Nie ucz się! " - podpowiadają.
Rozmyślałem dalej nad jednym zadaniem wreszcie odprężając się i zagłębiając w treść. Dobijanie się jeszcze nikomu nie pomogło, a czas leci, wystarczy go tylko dobrze wykorzystać, prawda? Tak powinienem myśleć.
A może ktoś z rodziny za mną zatęsknił.. może nawet bardzo, tylko oczekują dnia w którym wrócę. To miłe, ale co ja im powiem, że udawałem emo w klasie od mugolskiej matematyki? Nieee, to niezbyt dobre wyjście.
Coś stuknęło, a drzwi zamknęły się za mną. Podskoczyłem wystraszony, po czym podbiegłem do nich i rozejrzałem się po korytarzu. Po prawej odchodziła pośpiesznie czarnowłosa dziewczyna, dookoła której wręcz emanowała złość. Przyjrzałem się bliżej, lecz nie rozpoznałem jej sylwetki. Ciekawe, co jej się stało?

<MUAMUAHAHAHA>

czwartek, 9 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Widząc, że uśmiecha się głupio, a w kącikach ust zalegają mu resztki ciastka upewniłem się, że dobrze sie bawił. Co prawda była to impreza bardziej dla czwarto-roczniaków, oraz starszych, ale nikt nie będzie miał problemu, kiedy jest ze mną.
Było dużo osób, ktoś zażyczył sobie dużą salę, to taką dostał. Co rusz pojawiały się następne osobistości w luźnych przebraniach. Skinąłem w kierunku mojego roku, po czym zabrałem go do nich.
-Yo, Ar.-czarnoskóry chłopak imieniem Ferys podał mi dłoń. Uścisnąłem ją chętnie, zaszczycając każdego perlistym uśmiechem. Od razu poczułem się tak, jak powinienem; balowy nastrój zaczął się udzielać, upiłem dwa kieliszki przemyconego alkoholu, porwałem do tańca czyjąś partnerkę, żartowałem i wygłupiałem się, a gdy ktoś marudził, podejmowałem odpowiednie kroki. Niebiesko-włosy tchórzył, gdy chciałem dać mu łyka tego gorzkiego płynu.
- Nie pękaj! - zaśmiałem się i przybliżyłem do niego podsuwając mu pod nos szklaneczkę.
- Nie, dzięki.. - wzdychał. Wkurzyłem się i sam wypiłem, a gdy się rozejrzał, pochwyciłem jego ramię, a dłonią brodę i niespodziewanie wpiłem się w jego usta. Zdezorientowany utworzył je i zachłysnął się gdy ciesz spłynęła do jego gardła. Puściłem go, poklepałem i wróciłem do rozmowy z innymi.
~
- Butelka! - zaproponował ktoś i od razu przyniesiono jakąś pustą. Około trzydziestu osób utworzyło dwie grupy i w ten sposób zaczęliśmy grać. Wylosowali niską blondynkę, z przerażeniem na twarzy.
- hm.. kto z tej grupy ci się podoba? - spłonęła rumieńcem po same uszy. Ktoś ją ponaglił, więc pokazała na kręcącego. Rozbrzmiały oklaski i gwizdy oraz typowe buczenie. Tak czas mijał, aż wypadło na mnie. Polecenie brzmiało ,,pocałuj osobę po lewej. Po mojej lewej był jakiś chłopak, a po prawej dziewczyna. Wziąłem ją za rękę i pocałowałem ją lekko. Wszyscy się zbulwersowali.
- Osoba po lewej! - mówili. Wyszczerzyłem się głupio.
- Nie powiedziałaś po kogo lewej. - ah ja taki sprytny. Dali sobie spokój, kiedy sam zakręciłem. Stanęła na ledwo trzymającym się Jonaszu. - Suseł, Suseł, Suseł.. poproś do tańca kogoś, kto wpadł ci w oko, albo chciałbyś go pocałować.
I znów wszyscy zaczęli buczeć i gwizdać, patrząc na dziewczyny, które uśmiechały się do niego zalotnie. Każda chciała by wypadło na nią ale to ze względu na słodkość całej jego osoby. Zakłopotanie wymalowane na jego twarzy doprowadziło mnie do głupawki.

<HUEHUEHUE>

Bellefeuille:od Lili do Jonasza

Nie lubię Craxi'ego.
Nie dość, że poodejmował nam punkty, to jeszcze dał karne zadanie.
-Dobiorę was w pary. Każda para będzie musiała wybrać eliksir z ostatniego działu, POPRAWNIE go przyrządzić i opisać receptę, proporcje i historię eliksiru. Na pojutrze.
Przez salę przebiegł jęk niezadowolenia.
-CISZA! Fiodorow-Massleton.-Biana jęknęła cicho na wiadomość, że będzie musiała pracować z konfidentem.-Howard-Le Grand.-Vija spojrzała ze zgrozą najpierw na nauczyciela, a potem na Dorothy, zwaną Didi, która w Belle znalazła się najpewniej z powodu awarii czarodziejskiego proszku.-Lavali-Milar.
Wywróciłam oczami i zwróciłam wzrok na niebieskowłosego chłopaka o dziewczęcej twarzy. On natomiast spojrzał na mnie, co mnie speszyło. Spusciłam wzrok i poczułam, że się rumienię. Nie lubię, kiedy mnie przyłapują na przyglądania się.
Westchnęłam. Zapowiadała się wspaniała nauka.


-Jonasz-wymamrotał chłopak w pokoju wspólnym.
-Lilianne-mruknęłam.-No... Jaki chcesz robić eliksir?-spytałam, by przerwać milczenie.
-Płynna smierć jest dość łatwa-stwierdził nieśmiało.
-OK, niech ci będzie, ale ja tego nie testuję.
Niebieskowłosy się uśmiechnął i usiadł przy stole, klepiąc krzesło obok siebie. Usiadłam na samym skraju, w dystansie od chłopaka. W milczeniu otworzyliśmy książki i zaczęliśmy z dziwną synchronizacją przygotowywać ingrediencje. Ustawiłam kociołek na palniku, a ciemnobrązowa
ciecz zaczęła bulgotać. Ściemniało się.
-No-westchnęłam, odpadając ciężko na oparcie.
-No-zgodził sie chłopak i ziewnął.
-Miło sie pracowało-powiedziałam i wyciągnęłam do niego rękę. Uścisnął ją niepewnie. Ze zdumieniem stwierdziłam, że ma dziwnie dziewczęce dłonie i jeszcze mniej mięśni niż ja, a jestem dość wątła, chociaż ćwiczę.
-Dzięki, wzajemnie. Czyli co, jutro napiszemy tę historię i amen, można powiedzieć?
Kiwnęłam głową, pozbierałam swoje bety i mamrocąc ciche pożegnanie, wróciłam do dormitorium.

Jonasz?

Ombrelune: Od Clary do Adama

„Clarisse będąc sobą, siedziała w bibliotece zatapiając smutki w książkach.” Gdyby istniała książka opisująca moje życie w każdym rozdziale to zdanie było by gdzieś na początku. Siedziałam w ciszy w najbardziej oddalonym dziale w całej bibliotece, gdzie nikt nie zagląda, przedstawiam wam dział ksiąg z podpisem dzieła naukowe. Oczywiście że tu nikt nie zagląda, kto normalny czyta książki o fizyce… Dobra ja jestem wyjątkiem. Oczywiście po reszcie wesołej kompanii nigdzie nie było widać. Zapewne Adam i Eli poddają się romansowi, David ucieka od Leslie, a mój kochany „braciszek” ucieka przed fankami… nie wróć psycho-fankami. Książka którą czytałam była.. no cóż wymagająca w pewnym stopniu, a było to „Cierpienia młodego Wertera” autorstwa Johann Wolfgang von Goethe, która nie dość że po wydaniu wzniosła ilość samobójstw w Europie, to zmieniła modę na nowego bohatera w jego czasach, choć większość zna go z dramatu „Faust”. Nagle ktoś oderwał mnie od mojej lektury, moja kochana kotka zapragnęła mnie podręczyć.
-I ty Brutusie przeciwko mnie?!- jednak Bastat spojrzała się na mnie z miną „chodź ty szalony kapeluszniku i wyjdź na dwór. Na dwór, powiadam!”. Przyznam że zawsze się słucham jej sugestii. Nie wiem czemu, ale jakoś czasem ona jest moim głosem rozsądku. Gdy wyszłam z biblioteki i ruszyłam w stronę błoni, ludzie którzy kłębili się na korytarzach rozstąpili się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Nie powiem popularność wśród wszystkich jako nadzwyczajna piękność czy największy wróg wszystkich pół-krwi i mugoli była mi na rękę. Chodź nie w święta te chrześcijańskie czy kobiet, a już najgorsze były walentynki. Dostaje tyle kwiatów że mogę otworzyć zakład pogrzebowy! Boże, jeśli istniejesz, to spraw żeby nie dowiedzieli się o moich urodzinach, bo chyba wtedy urządzą paradę! Już i tak miałam dosyć atrakcji na cały rok. Jednak nie dotarłam do błoni, moja kotka poprowadziła mnie na boisko Quidicha, na którym był sparing po między Luniakami, a Orlakami. Mój dom jak zwykle dawał nauczkę wszystkim drużyną, ale dziś to przeszli samych siebie, nawet ten rezerwowy, który grał zamiast Percy’ego był dobry, ale nie dorównywał poziomowi reszcie drużyny. Ha, nawet rezerwowy jest lepszy od innych zawodników z innych domów. Oczywiście mecz skończył się tak szybko jak się zaczął. Usiadłam na trybunach AM gdzie było wolne, ale oczywiście zaraz wszyscy na trybunach spojrzeli na mnie, jak no nie wiem… ciastko z kremem. Rozumiem czym sobie zasłużyłam na uwagę płci przeciwnej, ale nadal nie wiem dlaczego dziewczęta patrzą na mnie jak na siódmy cud świata? Oczywiście zaraz podleciał do mnie Adam, który jak zwykle wyglądał jak tania trapezopodobna wersja elfa św. Mikołaja.
- Witam, a cóż do na anioła sprowadza?
-Nic. Bastet zapragnęła Świerzego powietrza i sama tu ciągnęła.
-ma dobry gust.
-Słuchaj mam takie pytanie, może jest trochę ono dziwne, ale nie wiesz może za co mnie podziwiają te zacne niewiasty, bo ja bladego pojęcia nie mam.


TANIA TRAPEZOPODOBNA PODRUBO ELFA ŚW.MIKOŁAJA?
PS. Na mą duszę jak dawno nie pisałam opowiadania
PS.PS. Ombrelune musi wygrać puchar, bo jak nie to wam wszystkie kości porachuje :D

Ombrelune: Od Ell cd. Adama

Nie skrzywdzi? Tak. Znając Adama Brooksa wyrzuci mnie jak niepotrzebnego śmiecia po tygodniu. O ILE na cokolwiek bym sie zgodziła. Ale hej, życie jest po to, żeby z niego korzystać. A może sie zmieni... Tak, Ell karm sie kłamstwami w które sama nie wierzysz - skarciłam się myślach. Podniosłam wzrok na chłopaka w tym samym momencie zdając sobie sprawę w jakiej dwuznacznej pozycji leżymy. Co gorsze - nie przeszkadzało mi to. Jemu najwyraźniej też.
- Co jest? - zapytał widać lekko zdezorientowany tym, że sie w niego wgapiam intensywnie o czymś rozmyślając.
- Y... Nic. Wiesz, wygodny jesteś - powiedziałam uśmiechając się lekko.
- Dzięki.
Popatrzyłam mu głęboko w oczy. Nie zobaczyłam w nich cienia.. Hm. Pożądania? W sumie to nic w nich nie zobaczyłam. Adam nachylił się chyba z zamiarem pocałowania mnie i sumie nie miałabym nic przeciwko, ale... W tym momencie drzwi otwarły sie na oścież, a stanął w nich nikt inny jak David Martiness. Jego twarz zdradzała osłupienie i nawet lekkie rozbawienie.
- Okej, nie przeszkadzam - powiedział szybko zamykając za sobą drzwi.
- To nie jest to na co wygląda, Martiness! - wrzansnęłam za nim. Odpowiedział mi cichym chiochotem.
- Ale idiota - mruknął Adam.
- No... - wymamrotałam przetaczając sie na drugą stronę łóżka. - To była najbardziej żenująca sytuacja w moim życiu. Ukryłam twarz w poduszce.
Westchnęłam.
Teraz David wymyśli niestworzoną historię i poleci do Clarr ją opowiedzieć. Clarr będzie męczyć mnie. Potem Clarr powie Leslie, a ona pewnie palnie swoim koleżankom zakochanym w Adamie, kiedy będą ją wkurzać. Krótko mówiąc, za chwilę cała szkoła będzie miała plotkę.
- Ej, wyluzuj - powiedział Adam łagodnie. Zaraz, zaraz! Łagodnie? Oderwałam głowę od poduszki i spojrzałam na niego.
Obszedł łóżko dookoła i usiadł obok mnie.
- David to idiota - powiedział.
- Adam, zaraz cała szkoła będzie myślec nie wiadomo co. Nie chce być w centrum ploteczek. Ok?
Chłopak nic nie odpowiedział. Chciałabym żeby tak było zawsze. Żebyśmy sie nie kłócili, a Adam sprawiał wrażenie człowieka z uczuciami. Nawet nie spostrzegłam kiedy nachylił się i lekko musnął moje usta swoimi. Nie protestowałam, ale kiedy chciał pogłębić pocałunek odsunęłam sie lekko zaczerwieniona.
- To ja już będę lecieć - oznajmiłam i szybkim krokiem wyszłam z pokoju.
Na korytarzu co druga osoba dziwnie sie na mnie patrzyła. To nie wróży nic dobrego. Ledwo przekroczyłam próg dormitorium, a wpadła do niego cała czerwona... Victoria.
- Robisz mi to na złość, co?! Zawsze musisz być lepsza! To ty musisz wszystko mieć! - wydarła się.
- Ej, młoda o co ci chodzi, co?! - zapytałam, choć łatwo było sie domyślić. Dziewczyna prychnęła.
- Wiedziałaś, że Adam mi sie podoba! I jeszcze przespałaś sie z nim jak jakaś p*erdolona dzi*wka!
- Co?! - tym razem to ja wrzeszczałam - Ty chyba jesteś niepoważna! Wynoś sie z mojego dormitorium! Już!
Po tych słowach wykopałam ją za drzwi.
Nie wierzę. Po prostu nie wierzę.


Adam? Pisane na telefonie i wgl zakończone dramatycznym akcentem xd Ej ci z Belle coś za dużo opek piszą ;-;

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Patrzyłem zdezorientowany na niego i jego koleżankę z jeżem. Wzdrygnąłem się lekko i otrząsnąłem. Czy przed chwilą CHŁOPAK zaprosił mnie na imprezę? E tam, pewnie w akcie desperacji, no bo może nie miał z kim iść, a taki "macho" nie może iść sam, to popsułoby jego reputejszon. Jednak wzbudziło to we mnie pewną radość i dumę, a miłe ciepełko ogrzało moje serduszko. Uśmiechnąłem się sam do siebie i wróciłem do znajomych, którzy jak wariaci śmiali się z jakiegoś żartu, który od niedawna krążył po szkole. Nie słyszałem go jeszcze i nie było mi do tego śpieszno. Spoglądnąłem jeszcze w stronę, z której dobiegał głęboki, zaakcentowany głos Amir'a. Zadzwonił dzwonek, a nasz grupka jak szalona pobiegła do lochów, na lekcję z eliksirów. Lubiłem tego profesora, mimo iż był oschły i negatywnie nastawiony do nie swoich wychowanków. Jednak było w nim coś interesującego i intrygującego. Niestety nie mogłem się skupić, bo po głowie wciąż krążyła mi propozycja Amir'a. Niektórzy mówią na niego Ar, ale ja jakoś tak... nie czuję się jeszcze na tyle blisko jego osoby, aby tak się do niego zwracać.
- Milar- usłyszałem szorstki głos nauczyciela, który wybudził mnie z transu.
- Ttak?
- Czy odpowiesz na pytanie?
- Ehh...
- Nie uważał pan- wysyczał i zaczął notować coś w zeszyciku. Zawzwyczaj uważałem na jego lekcjach i chętnie brałem w nich udział- Zasmucił mnie pan- z hukiem zamknął dziennik- A więc powtórzę pytanie...

***

- Nieźle mu dziś podpadłeś- kolega trącił mnie ramieniem.
- Wiem, wiem... nie moja wina, że nie mogę się skupić.
- Ale aż tak?! Nie pamiętałeś najłatwiejszego przepisu, co się z tobą dzieje?!
- Nie wiem, naprawdę- oczywiście kłamałem. Nagle zobaczyłem Amir'a, od razu złapałem Nicolas'a za łokieć i skręciłem z nim w inny korytarz.
- Jonasz? Co ty robisz?
- Idę na spacerek?- wykrzywiłem się.
- Oj to beze mnie, ja idę na lekcje transmutacji, pa!- pobiegł w drugim kierunku. Cały zadrżałem i westchnąłem głośno.
- Uciekasz przede mną?- usłyszałem nagle za sobą. Odwróciłem się zaskoczony i odskoczyłem widząc Amir'a.
- Nnie...
- Jonasz jeśli nie chcesz iść, to powiedz...
- Chcę! Oczywiście, że chcę, ale... stresuję się?
- Czym?! To tylko impreza!- wyszczerzył się- będzie okay... ja spadam, zaraz lekcja! Ej Cisa!- pobiegł do dziewczyny, która rano trzymała jeża.

***

Niestety jestem bardzo punktualny i dokładnie z nadejściem 22 stałem już w komnacie życzeń. Było już kilkanaście osób, które popijały piwo kremowe. Chrząknąłem cicho i poprawiłem kołnierz koszuli, by po chwili podejść do jakiegoś stołu(?) i wziąść muffinkę czekoladową... sztuk pięć... a Amir'a jak nie było, tak nie ma. Nie dziwię się, chłopak często zarywał noce i może chciał to odespać przed "imprezą". Zacząłem nieśmiało skubać ciasteczko, błądząc niespokojnie wzrokiem po twarzach innych. Oblał mnie pot i zacząłem się denerwować. Rzadko chodzę na imprezy, a w starszym towarzystwie, którego nie znałem, czułem się nieswojo i byłem zestresowany. Przestąpiłem z nogi na nogę, przygryzając przy tym wargę. Rozglądnąłem się panicznie i szybkim krokiem podszedłem do kąta, w którym miałem zamiar przesiedzieć resztę wieczoru. Nim się zorientowałem stał nade mną Amir. Machnąłem mu nieśmiało i uśmiechnąłem się głupkowato, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

(Ar?)

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Śmiałem się jak głupi z jego zachowania, był wariatem, prawie tak głupim jak ja. Bałem się nieco, że pobudzimy pozostałych, ale na szczęście niebiesko-włosy odpłynął do krainy snów kiedy uspokajałem chichot. Wstałem, opiekuńczo podniosłem go jak księżniczkę po czym zaniosłem do jego pokoju. Rzuciłem go na pościel, a ten pół przytomny mruknął odwracając się na drugi bok.
- Sleeping beauty dans son environnement naturel.. - skomentowałem. Powoli ogarniało mnie zmęczenie na widok jego odprężonej twarzy, a na dziś muszę przygotować wypracowanie. Chwała bogu za kopnięcie mnie w stronę biblioteki; nie muszę wychodzić, żeby dobrać się do źródła wiedzy. Wystarczy iść po księgi do pokoju.
Usiadłem obok niego, przecierając twarz. Już odczuwałem tęsknotę za przyjaciółką. Chciałbym jej się wyżalić, powiedzieć jak dużo mnie irytuje. Brooks, woźny, pierwszoroczniacy, im więcej problemów tym bardziej osowiały jestem. Skończę jako beztalencie i nieuk w takim tempie. Rozczochrałem włosy o rok młodszego chłopaka z miną ,,diabelski Ar'' i wyszedłem chcąc zabrać się za pisanie.
Wspomniałem, że mówi do mnie po pełnym imieniu? To dziwne, bo wszyscy od razu mówią Ar, chcąc zaliczać się do przyjaciół.
Gapcio ~ głos Cisy w mojej głowie doprowadził mnie do czułego uśmiechu.
~
- ..Ar, słuchasz? - dziewczyna imieniem Greta oparła ręce na pokaźnych piersiach. Otrząsnąłem się z letargu i pokiwałem głową drapiąc się po głowie. Byłem ch*lernie śpiący i wszystko dookoła rozmazywało mi się przed oczami, przez ostatni tydzień spałem po dwie czy trzy godziny- Zapraszam cię na imprezę w ko..
- Wiem, Gy. - odparłem zanim skończyła. Zaskoczona uniosła brwi nachylając się do przodu, przez co mundurek odsłonił nieco klatki z czarnym stanikiem w koronkę. Zawiesiłem na nim wzrok tylko na sekundę.
- Skąd wiesz? Ktoś cie już zaprosił.. Ellie, prawda? - pokiwałem głową w akcie zgody. Zasmucona spuściła wzrok a palce przyłożyła do ust, przez co wyglądała niewinnie. Takie widoki zawsze mnie rozczulały. Przyciągnąłem ją do lekkiego uścisku, chcąc ją pocieszyć, bo w końcu głupio wyszło. Skorzystała wtulając się mocniej.
- Jeśli to cie pocieszy, nie zgodziłem się, bo ide z kimś innym. - skłamałem, nie zgodziłem się, ale z nikim nie idę. Puściła mnie i zadała pytanie z kim. Nerwowo rozejrzałem się po korytarzu w poszukiwaniu ofiary, lecz nikt nie przechodził. - Z Summer..
- Na pewno nie, pytałam ją czy idzie. - uniosła brew. Westchnąłem, a wtem pojawił się Suseł w towarzystwie paru chłopaków. Mruknąłem ,,o'', podbiegłem do niego i przyciągnąłem za nadgarstek do Grety. Przerzuciłem rękę przez jego ramię w kumplowski geście.
- Zaprosiłem Jonasza, chcę trochę rozgrzać jego duszę imprezowicza, wiesz o co chodzi. - przyjrzała mu się podejrzliwie, a on sam nie ogarniał co się dzieje. Jego koledzy podekscytowani gadali o czymś, ledwo zauważając jego brak.
- Skoro tak.. - wzruszyła ramionami, pożegnała się i odeszła kręcąc biodrami. Puściłem go z jękiem.
- Co proszę? - zapytał rozbawiony. Zrobiłem psie oczy i złożyłem dłonie jak do modlitwy. Wytłumaczyłem mu sytuację po kolei, a potem pacnąłem się w czoło za swój idiotyzm.
- Biba w komnacie życzeń, spoko. - i tak nie był zadowolony.
- Będzie piwo kremowe, coś skubniesz. - zauważyłem idącą w naszą stronę brunetkę z jeżem w dłoni. Pośpiesznie nachyliłem się nad jego prawym uchem mówiąc ,,dziś o 22 na miejscu'' i rzuciłem się ku niej całując w policzek oraz witając się z Jerzym.
<hehehehuohuohuo>

środa, 8 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Okej. Przegrałem życie.
Czemu?
Och, minął miesiąc i nadal nie wskoczyła mi do łóżka.
Ale zapewniam, że mi się to uda. Skubana jest całkiem odporna na moje nagabywanie. Właściwie całkiem dawno jej nie całowałem i to mogło wywołać u niej pewien szok w stylu "och, chyba ten bęcwał dał mi wreszcie spokój". O nie, nie. Nie dał. Ten bęcwał dopiero się rozkręca.
Boże, czy ja gadam do siebie?
- Proszę!
W pewną pogodną, październikową sobotę, kiedy zajmowałem się słodkim nicnierobieniem, byłem wobec tego bardzo zajęty, do mych delikatnych uszu dobiegło pukanie do drzwi, przez które weszła Elliezabeth we własnej osobie.
- Co robisz? - spytała pogodnie.
- Jestem zajęty - oznajmiłem, wyciągając się na łóżku i mrucząc z rozkoszy ze zmrużonymi oczami.
- Widzę właśnie. Idziemy polatać?
- Nieee chce mi się - stęknąłem.
- No chodź!
Poczułem jak sześćdziesiąt kilo żywej wagi zwala mi się na przeponę, pozbawiając mnie na chwilę tchu. Mocno klepnąłem w tyłek leżącą na mnie w poprzek dziewczynę i natychmiast poczułem odwet zadany kościstym łokciem.
- Gdzie dotykasz? Nie dla psa kiełbasa - fuknęła. Ani jej się jednak śniło ze mnie schodzić.
- Fajny masz tyłek - powiedziałem tonem znawcy.
Rzeczywiście pupa Ell była wyjątkowo jędrna i całkiem zgrabniutka. Doszedłem do wniosku, że naprawdę zbzikuję, nie mogąc jej nadal legalnie całować, dotykać i pieścić. Legalnie, to jest - bez dostania po twarzy.
- Eee... dzięki? Chyba. No wstawaj z tego wyra, grubasie!
- Ja znam ciekawsze sposoby, żeby schudnąć, poruszać się i miło spędzić czas. Wcale nie muszę w tym celu wstawać z wyra. - Uśmiechnąłem się szeroko. Spojrzała na mnie z mieszaniną strachu, speszenia, zażenowania i odrzucenia. Zdolność kobiet do odczuwania tylu emocji naraz jest doprawdy imponująca. - Możemy na przykład poskakać po łóżku - sprostowałem z miną pod tytułem "i kto tu jest zboczony?".
- Oczywiście, że właśnie to miałam na myśli. - Ell złapała buraka. Rumieńce na policzkach były jedną z bardziej uroczych cech jej aparycji.
- Serio? Bo ja na przykład coś takiego! - Wypowiadając ostatnie słowa, chwyciłem dziewczynę za ręce powyżej łokci i podciągnąłem tak, że leżała na mnie wzdłuż, błękitne oczy mając wprost przed moimi.
- Hej - powiedziała cicho.
- Hej. - Posłałem jej pokrzepiający uśmiech i wychyliłem, by cmoknąć ją w usta.
- Och, nie...
- Znowu wracamy do punktu wyjścia o współrzędnych "Adam, nie mogę" i "Adam, jesteś idiotą"?
- Tak... Nie... Nie wiem... - jęknęła i opadła na mnie, wtulając się w moją pierś, ramię oraz fragment leżącej pode mną poduszki. Cóż, niezbyt wygodna kombinacja, ale skoro jej to pasowało... Wymacałem jej dłoń i splotłem moje palce z jej. Czułem, że całe jej ciało drży.
- Boisz się mnie?
Nie odpowiedziała; poczułem tylko, jak wzrusza ramionami.
- No co ty? Nie skrzywdzę cię...
- Uhm - mruknęła z ironią. Spodziewałem się długiego monologu, tu mnie jednak zaskoczyła, poprzestając na pojedynczym dźwięku wyrażającym dezaprobatę. Najwidoczniej postanowiła dać sobie wreszcie spokój. Dobry wybór, mała.
Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę. O dziwo nie miałem ochoty jej dotykać, gwałcić od razu czy coś. Po prostu leżała sobie i to było bardzo miłe. Po kilku minutach poczułem nawet, że się rozluźnia i swobodnie mości na posłaniu z moich kości.

Ell? ;3
Bam, ten rym na koniec xD
Ale serio nie mam weny kurczę :/ Ale nie mogę pozwolić Orlakom wygrać pucharu xD

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

- Nie powinieneś być w dormitorium?- nachyliłem się nad chłopakiem i podniosłem w geście zapytania brew.
- A ty?- dał mi psztyczka w nos.
- Obaj powinniśmy.
- To co tu jeszcze sterczysz?
- A ty co tu jeszcze leżysz?- usiadłem koło niego.
- Noc jest zbyt piękna by kisić się w tamtejże wieży, jak ogórki w słoiku zakręconym dokładnie.
- Proszę jaki poeta!- prychnąłem- A co tam nuciłeś wcześniej? Do u f*ck, coś tam coś?
- Ta, ta...- spojrzał na mnie.
- Nie tata, Jonasz jestem- wyszczerzyłem się.
- Ha, ha, bardzo śmieszne.
- Dobra chodź, ukarzą nas jeszcze, a chyba nie chcesz spędzić następnego tygodnia na czyszczeniu stajni?
- Ygh...- burknął i dźwignął się z ziemi. Ja też wstałem i ruszyłem szybko za Amirem. Srebrna strużka światła rzucała jasną poświatę przed naszymi stopami. Jak zwykle stawiałem sprężyste kroki. Patrzyłem na jego ramiona, przykryte przez koszulę i szyję. Lubię jak ktoś ma ładne szyje. Szyja jest fajna, możesz ją chwycić gdy kogoś całujesz i go przyciągnąć, tym samym pogłębiając pocałunek. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Co tu dużo mówić Amir był przystojny, mądry, charyzmatyczny i zabawny. Amir... dodatkowo ten akcent rzucany na każde słowo. Moja wymowa była przy tym idiotyczna, a przyznam, że mówię nawet, nawet- Posiedziałbym sobie jeszcze, ale nieee, pan Jonasz musiał tu przyleźć i mnie zabrać- fuknął zatrzymując się i czekając, aż zrównam z nim kroku.
- Nie moja wina, że się o ciebie martwimy...
- Martwicie?
- To znaczy bardziej ten Cas, ale coś tam zaczął narzekać, po czym poszedł spać.
- A ty czemu nie poszedłeś?
- A nie wiem... miałem poczucie, że muszę z po ciebie pójść.
- Ile czasu mnie szukałeś?
- Dość krótko, sam nie wiem...
- Yhm...
- Ale masz rację... ładnie dziś- podniosłem głowę do góry uśmiechając się błogo. Nim spostrzegłem wchodziliśmy do dormitorium. Spojrzałem na Amir'a, nie wyglądał na śpiącego, wręcz przeciwnie, zachowywał się jakby zaraz miał iść na śniadnie. Usiedliśmy przy stoliku z zamiarem zagrania w karty, ale zamiast tego zaczęliśmy się cicho śmiać i wygłupiać. Nie mogłem odwrócić oczu od jego roześmianej twarzy, przez co kilka razy zostałem zganiony surowym wzrokiem przez posiadacza owej buźki, lecz nie zraziłem się. W pewnym momencie wziąłem jakąś butelkę i zacząłem coś mówić, aby po chwili wykonując szybki ruch głową i wykrzywiając się krzyknąć coś na tyle głośno, aby było mnie słychać, ale aby nie obudzić innych uczniów.

http://25.media.tumblr.com/cb48f0a999e432ddc9cfe9605269c0eb/tumblr_mu40qq6nNO1snmwaso1_500.gif

Chłopak zaczął się śmiać łapiąc za brzuch. Nie wiem kiedy znów, ledwo przytomny, byłem przez niego niesiony do sypialni i rzucany na łóżko. Nie moja wina, że mogę zasnąć w środku zdania, taki mój urok.

(Amir? Ja też jakieś takie krótkie, też trza się pouczyć)