Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ombrelune. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ombrelune. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2015

Ombrelune: Od Ell CD Adama

Popatrzyłam na Adama, potem znow na miejsce w którym przed chwilą leżał moj bogin i znow na Adama. Nie będę mu się tłumaczyć. Moze gdyby był choć troche... Milszy...
- Dziękuję, twój też był niczego sobie. - odpowiedziałam z miną silnej i niezależnej kobiety.
Co on sobie przepraszam myśli?! Wlasnie miałam mu wygarnąć i powiedzieć, że moj bogin nie zawsze jest taki sam, że ostatnio to jego widziałam całego we krwi! A dziś zobaczyłam Davida prawdopodobnie dlatego, że... Spójrzmy prawdzie w oczy: nasza paczka sie rozpada. David ma tego Aidena... Adiena... Nie istotne. Jedynymi osobami na które mogłam liczyć byli Rosalie, Clarr i Adam. Ale żadnej z tych rzeczy mu nie powiedziałam, nie będę się przed nim tłumaczyć. Aż tak nisko jeszcze nie upadłam.
Po chwili wysyłania sobie morderczych spojrzeń, Adam odwrócił się ode mnie i udał w kierunku drzwi.
- O co ci chodzi co?! - wrzasnęłam idąc za nim.
- O g*wno! - odkrzyknął.
- Dobrze się czujesz?! Jeśli myślisz, że będę ci się tłumaczyła i przepraszała za to, że to nie ty leżałeś tam zakrwawiony to się grubo mylisz, bo widzisz... - tak, tutaj zamierzałam mu się tłumaczyć. Na szczęście w porę ugryzłam sie w język.
- Bo co?
"Myśl, myśl wymyśl coś, szybko!"
- Wiesz my nawet nie jesteśmy razem, więc nie wiem o co tyle krzyku! - ta wypowiedz jednak nie polepszyła sytuacji, chociaz można by rzec, że Adam trochę złagodniał.
- Może to i dobrze, nigdy bym z tobą nie wytrzymał - Nie, jednak nie - Myślisz tylko o sobie, uważasz, że jesteś najważniejsza! Tobie należy poświęcać całą uwagę, tak?!
- MNIE?! To ty jesteś najbardziej samolubnym człowiekiem jakiego znam! - darłam się już na całe gardło, a wokół nas uzbierała się niemała widownia.
- Wiesz co? Jesteś... - zaczął ale ja w tym momencie zrobiłam coś czego nigdy bym się po sobie nie spodziewałam. Po prostu popatrzyłam w jego oczy. Nie wydawał się zły. Może bardziej... Zraniony. Wiem, że to niemożliwe, ale właśnie tak było. Podeszłam do niego, zrzuciłam ręce na szyję i po prostu pocałowałam. Nie jakoś namiętnie, tak jak to robią te wszystkie panny na filmach, tylko delikatnie, ale wystarczająco, by spięty chłopak rozluźnił się i odwzajemnił pocałunek.
O tym, że otacza nas niemały tłumek zorientowałam się dopiero kiedy wokół rozległy się gromkie brawa. Odskoczyłam od chłopaka jakby podpalił mnie żywym ogniem i nie patrząc mu w oczy (oraz prawdopodobnie spalając buraka stulecia) biegiem udałam się do swojego dormitorium.
Wbiegłam do środka i rzuciłam się na łóżko. Cz ktoś łaskawie wytłumaczy mi co tutaj właśnie miało miejsce? I dlaczego to mi się p o d o b a ł o? I może też dlaczego szczerzę się jak głupia?
Niestety taka była prawda - cieszyłam się z tego co przed chwilą się stało. I zrobiłabym to jeszcze raz... Usiadłam na łóżku. Koniec unikania się nawzajem. Mam wrażenie, że ta historia powtarza się w kółko i w kółko. Ja i Adam się godzimy. Potem coś się wydarza. Nastają ciche dni, i wracamy na początek. Spojrzałam na zegar i z ulgą stwierdziłam, że czas obiadu, bo byłam głodna jak wilk.
Udałam się korytarzem nie zważając na szepty ciekawskich uczniów. Pewnym krokiem przekroczyłam próg wielkiej sali i usiadłam... Obok Adama. Ten popatrzył na mnie lekko zdziwiony. Nalałam sobie kremu pomidorowego i wzięłam łyżkę leżącą obok mojej miski.
- Smacznego - powiedziałam patrzcąc chłopakowi siedzącemu obok mnie prosto w oczy.
Ten uśmiechnął się szeroko, prawdopodobnie na wiadomość, że nie stroję fochów i odpowiedział mi tym samym.
- Więc wytłumaczysz mi dlaczego rzuciłaś się na mnie jak jakaś niewyżyta laska? - zapytał.
- Po prostu taką poczułam potrzebę. - odpowiedziałam.
Adam parsknął śmiechem.
- Mogę wiedzieć co cię tak śmieszy? Chciałabym ci przypomnieć, że ty rownież przygwarzdżałeś mnie do ściany niczym napalony ogr, więc absolutnie nie jesteś usprawiedliwiony.
Rzucił mi rozbawione spojrzenie po czym ze zrezygnowaniem pokręcił głową i wrócił do posiłku.
- Ty jesteś niemożliwa - stwierdził przełknąwszy kolejny kęs pieczeni.
Rzuciłam mu spojrzenie mówiące "Ach tak?" Po czym pociągnęłam łyk soku pomarańczowego. Nachyliłam się i szepnęłam mu na ucho.
- Jeszcze nic o mnie nie wiesz - uśmiechnęłam się tajemniczo, na co on zakrztusił się swoim napojem.
- Kobieto, co się z tobą stało?
Nic mu nie odpowiedziałam tylko wstałam powoli od stołu i zdecydowanym krokiem wyszłam z sali.
Myśli, że tylko on może sobie być mega seksownym i uwodzicielskim? O nie, teraz oboje sobie pogramy.


Adam? Kurde, co we mnie wstąpiło? xD krótkie i pisane na telefonie, ale niedługo prawdpodobnie bd miała komputer *o*

niedziela, 24 maja 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Clarisse

- Może to lesby - skrzywiłem się z niesmakiem. - Albo patrzą na ten metrowy kawałek srajtaśmy, który ciągnie ci się za nogą.
- Jezu, gdzie?! - Clary natychmiast wstała i uniosła nogę, chcąc dokładnie obejrzeć but. W tym momencie nie wytrzymałem i zacząłem pokładać się ze śmiechu, omal nie tracąc równowagi na miotle. - Adamie Brooksie! Zejdź no tylko z tego badyla, a stanę się twoim najgorszym koszmarem! - krzyknęła, robiąc groźną minę, gdy zorientowała się, że żartuję.
- Już biegnę - zaśmiałem się, robiąc w powietrzu korkociąg.
Warknęła na mnie z najwyższą irytacją i pogardą dla mej osoby.
- Dla separacji od takich właśnie ludzi Clarisse nigdy nie opuszczała biblioteki - wycedziła przez zęby głosem lektora deklamującego fragment książki.
- Hm? - Uniosłem brew ze zdziwieniem.
- Nie, nic...
- Nudzi ci się, mała? - zapytałem po chwili zastanowienia.
- Nie. Właściwie to miałam już wra... Au, Bastet! - Kotka wpiła pazurki w nogę swojej pani. - No dobrze, dobrze. Niech będzie. Nudzę się. I co?
- Może gdzieś wyskoczymy? - zaproponowałem, ubierając swoją twarz w jeden z najczarowniejszych uśmiechów.
- Nie wiem, czy mi się chce - odparła, spoglądając na swojego pupila ostrożnie.
- Nie wiem, czy mi się chce - przedrzeźniłem ją. - A co będziesz robić, siedzieć w bibliotece?
- Może - bąknęła.
- No, dawaj, ruszmy się gdzieś! - Zamaszyście uniosłem ręce, składając je w proszącym geście. Gwałtowność ruchu sprawiła, że niebezpiecznie zachybotałem się na miotle, tracąc równowagę, którą jednak w trymiga odzyskałem.
- Matko! Nie rób tak... - Clary autentycznie się przeraziła. Wiedziałem, że od czasu wypadku z dzieciństwa ma fobię przed upadkiem.
- Nic mi nie jest - wzruszyłem ramionami.
- Ale mogłoby być.
- Ale nie jest!
Po tej krótkiej wymianie zdań zdecydowaliśmy się opuścić boisko. Ja na swojej Błyskawicy pomknąłem prosto do szatni, by napić się i mało wiele ogarnąć, Clary natomiast pozwoliłem powoli i spokojnie zejść z trybun, nawet nie śmiąc proponować jej podwózki.
Kilka minut później już byliśmy w drodze do Écuelle. Jesień w południowej Francji nie jest z reguły dokuczliwa, pogoda była naprawdę piękna. Aż chciało się tańczyć i fikać koziołki! Co zresztą robiłem. Całą drogę.
- Przestaniesz?! - Clary w pewnym momencie nie wytrzymała.
- Matko, jesteś totalnie aspołeczna przez tą bibliotekę. Książki szkodzą - rzuciłem.
- Tobie poważnie zaszkodzą, jak dostaniesz takim tomem "Historii Hogwartu" przez łeb - burknęła.
- Ale się boję - zadrwiłem, wykrzywiając twarz w dziwnym grymasie.

Clary?
Krótkie. Nudne. Pisane przez dwa jebane miesiące.
Co jest ze mną?

poniedziałek, 18 maja 2015

Papillonlisse: od Daniela CD Avalone

-Wiem, demonie mój najdroższy - rzuciłem kumplowi przepraszające spojrzenie i pocałowałem dziewczynę, co nieco ostudziło piekielny ogień - Ale ja chcę.
Westchnęła, jednak prędko spojrzała na mnie wściekle.
-Jeśli myślisz, że takie ignorowanie mnie ujdzie ci na sucho po kilku całusach...
-To mam zdecydowanie rację - wyszczerzyłem się i ponownie pocałowałem Amy - A co uchodzenia, może ujdziemy po lekcjach na spacerek? No wiesz, Vako wyrusza zdobywać Vinylię, więc na ten czas jestem wolny.
Spojrzała na mnie ciężko, jednak z błyskami podekscytowania w oczach. Dawno nigdzie razem nie wychodziliśmy.
-OK. Postanowię ci wybaczyć ten jeden raz, tak z dobroci serca.
Odwróciła się i odeszła.
-DOBROCI serca? Jesteś pewna, że nie chcieli cię w niebie?-zawołałem za nią.
Powróciłem do kumpla. Był wyraźnie zniesmaczony.
-OK, rozumiem. Dzień bez podlizania dzień stracony, ale aż tak LIZAĆ to ty nie musiałeś.
Wyszczerzyłem się.
-Chodź, ofermo. Trza się odpicować.
~~*~~
Vako z Lilianne, a ja i Amy poszliśmy Pod Trzy Różdżki. Znaleźliśmy wolny stolik w tyle lokalu i siedliśmy. Od razu zamówiłem dwa piwa kremowe i ciasta z kajmakiem. Na mój koszt. Dodałem nawet napiwek dla kelnerki!
Avalone patrzyła na mnie czujnie. Nawet, kiedy ja zabrałem się do jedzenia, zerkała na mnie znad ciastka.
-No co?-zdziwiłem się.
-Są trzy możliwe wyjaśnienia dla tej skrajnie dziwnej sytuacji: odziedziczyłeś spadek albo wygrałeś na loterii, podoba ci się ta kelnerka albo NAPRAWDĘ chcesz mnie przeprosić za twoją fatalną ignorancję.
Nie odpowiadałem długo. Napiłem się. Zjadłem jeszcze ciacho. Napiłem się znów. Już miałem coś powiedzieć, gdy Amy nachyliła się nad stolikiem i mnie pocałowała. Nie protestowałem, ale gdy skończyła spojrzałem na nią zdziwiony.
-Sorry, nie mogłam się powstrzymać - otarła twarz wierzchem dłoni - Miałeś wąsy - wyjaśniła.
-Hm... w sumie mogłaś mi powiedzieć to bym wytarł serwetką, ale ten sposób chyba bardziej mi się podoba.
Zaśmiała się i wygodniej rozsiadła.
-Mnie też - przyznała - W ten sposób higiena też potrafi być przyjemna. Ale tyłka ci tak nie zamierzam wycierać - uzupełniła. Dostałem ataku. Zacząłem się śmiać, zwijać na krześle, aż obecni w pubie posyłali mi potępiające spojrzenia, jednak ja śmiałem się nadal.
-No co? Co w tym takiego zabawnego, mówię całkiem poważnie - obraziła się.
-Ta, wiem. Po prostu... sobie to wyobraziłem...
Zakrztusiłem się i pacnąłem twarzą w stół i prosto w ciastko z karmelem i bitą śmietaną, ale i tak się tym nie przejąłem.
W końcu i Amy nie mogła powstrzymać śmiechu i chichraliśmy się tak oboje, ciepłe piwo stygło.
-Kurcza, niepotrzebnie to powiedziałam - Amy otarła łzy.
-Nie rycz, bo ci tapeta spłynie - poradziłem jej.
-Choroba, faktycznie - przeciągnęła palcami wskazującymi po dolnych powiekach, a ja się zaśmiałem ponownie - Co? No co? Zwykła maskara, nie kilo fluidu.
-Maskara... czy masakra? - wykrztusiłem.
-Wiesz, mam wszelkie powody żeby obrazić się ponownie - zirytowała się.
-OK, OK, już mi lepiej - odetchnąłem i trzasnąłem się w policzek. Zabolało. Roześmiałem się znowu - Nie, jednak nie!
-Czekaj, poprawię - warknęła i dała mi z liścia.
-Ej! - uspokoiłem się momentalnie - No wiesz, przez tydzień z twoją łapą na poliku będę chodził! Taką urodę rujnować, grzech!
Jakaś blądincia, która akurat przechodziła obok zachichotała i puściła mi oczko.
-No, grzech - zgodziła się szeptem. Amy odprowadziła ją morderczym spojrzeniem.
-Ja nie rujnuję. Ja znaczę terytorium.
Ponownie wybuchłem śmiechem.
~~*~~

-Hejloł, serce moje! - zawołałem do Avalone po drugiej stronie biblioteki. Bibliotekarka spojrzała na mnie krzywo i położyła palec na ustach. Podbiegłem do dziewczyny - Zgadnij co?
-Hmmm... - udała, że myśli - Vinylia fatalnie dała Vakonowi kosza, który załamał się psychicznie i postanowił rozpocząć nowe życie na farmie jeżozwierzy w Wąchocku?
Prychnąłem śmiechem.
-Zła odpowiedź! Nasza metoda na zazdrość zadziałała jak złoto?
Uniosła brew.
-Coś ci nie wierzę. Zadziałał na sto procent?
-No... nie do końca... - wyjaśniłem jej jak to było z tym, jak Lilianne i Vinylia przejrzała nasz genialny, oryginalny i pionierski plan.
-No i poszli w pierony, a wieczorem Vako był totalnie nieprzytomny. Ej, co co? Coś cię bawi?
-Miałam rację! - zawołała Amy radośnie i zaklaskała w ręce jak mała dziewczynka - Było do niej normalnie podejść i poprosić, a nie wydziwiać! I to my jesteśmy skomplikowane!? HA!
-ĆŚŚŚŚ! - syknęła cała biblioteka. Avalone zeszła z tonu.
-Jestem genialna!
Odtańczyła taniec zwycięstwa. Zaśmiałem się cicho i przytuliłem ją do siebie.
-A wiesz co to oznacza? - szepnąłem jej we włosy.
-Nie? - pytająco uniosła wzrok.
-Vako ustawiony...
-Aha
-Już nie muszę go popychać do działania...
-Aha...
-Czyli jestem wolny...
-Aha...? Brzmi obiecująco...
-A że jestem wolny, a my się długo nie widzieliśmy odkąd zaczęły się te jego rozterki, to wypadałoby spędzić trochę więcej czasu razem.
Westchnęła.
-Fajny plan, chyba najlepszy z twoich.
-Wszystkie moje plany są fenomenalne

Amy? :3

niedziela, 3 maja 2015

Ombrelune: od Volonte CD David'a

Uśmiechnęłam się diabolicznie.
-Chodź, blondi - powiedziałam i wstałam - Mamy eliksir niewidzialności do sporządzenia.
-CO!?
-Dowiesz się - wciągnęłam go do zamku i zaczęłam biec w stronę biblioteki - Moje źródła doniosły, że grupa pierwszaczek zdobyła skądś hasło do Łazienki Prefektów i dziś o północy się tam zbiorą na nocnym luksusowym kąpanku. Trza by im nakłuć nieco to nadęte ego - zachichotałam. Myśl o sprawieniu im bólu jakoś mnie rozweseliła - O, tu jest!
Ściągnęłam z półki stary podręcznik do eliksirów.
-Teraz leć, czarcie pacholę, po składniki z tejże listy. I nie zapomnij o kociołku, ofiaro! - zawołałam za nim i z zadowoleniem oparłam się o stół. Uruchomiłam tryb generała i wysłuchałby mnie nawet, gdybym kazała mu wbiec nago do Wielkiej Sali i zatańczyć macarenę na stole nauczycieli.
Po chwili wrócił z koniecznymi składnikami i rozpoczęliśmy przyrządzanie eliksiru, chichocząc co chwila.

~~*~~
-Uh - zmarszczyłam się - Smakuje jak szczyny trolla.
-Dobre określenie - potwierdził David z miną znawcy - Bogaty bukiet aromatów, wytrawne, lekko skwaśniałe.
Wydałam parsknięcie będące czymś pomiędzy dźwiękiem pogardy a rozbawienia.
-Ważne, że działa - powiedziałam - Znikasz.
-Ty też.
-Czyli wyruszamy do Łazienki Prefektów. Będziesz musiał otworzyć dyskretnie, a najlepiej, żebyśmy weszli za którąś z nich.
Podążyliśmy pod drzwi za jakąś zakonspirowaną pierwszaczką. W tym czasie zniknęliśmy całkiem.
-Wszystkie panie kochają David'a-szepnęła do drzwi, które się otworzyły, a my wślizgnęliśmy się do środka. Niemal czułam, jak David się rumieni. Nie wiem tylko czy z powodu hasła, czy takiej ilości półnagich dziewczyn. Niektóre nawet nie miały staników - nieszczególnie miały co ukrywać.
Ta, za którą weszliśmy także zrzuciła ubrania i weszła do parującej wanny, w której już siedziały jej przyjaciółki. Przyjęły ją chichotami. Zaczęły coś tam szeptać, jednak w miarę upływu czasu czuły się coraz pewniej i mówiły głośniej, mniej nachylone do siebie. A tematy stawały się coraz bardziej sprośne.
-Podmieńmy te szampony zanim zaczną porównywać rozmiary swoich pierwsi - syknęłam na ucho David'a. Przynajmniej sądziłam, że tam ma ucho, bo wciąż pozostawaliśmy niewidzialni. Równie dobrze mogłam mu to wyszeptać w potylicę lub czubek nosa. Podpełzliśmy do półeczki z szamponami i płynami i powolutku podmieniliśmy zwykłe szampony na magiczne farby do włosów, które znaleźliśmy w zapasach skonfiskowanych dzieciakom.
Wybiegliśmy z łazienki już nie przejmując się otwarciem drzwi, bo stało się, co stać się musiało. Dziewczynki był już całkiem skupione na okolicach w ciele koleżanek gdzieś pomiędzy szyją a pępkiem.

~~*~~~
Następnego dnia po szkole słychać było zrozpaczone piski grupy pierwszaczek. Ich włosy były w ohydnych kolorach jak brudna zieleń, żółto-brązowe i tego typu. Kiedy obok przebiegła mała, za którą weszliśmy do łazienki, uśmiechnęłam się szeroko do David'a.
-Brzydki ten uśmiech - stwierdził - Wyglądasz, jakby jeszcze nie było ci dość.
-Bo nie dość- odpowiedziałam całkiem poważnie


David?

czwartek, 30 kwietnia 2015

Ombrelune: Od David'a cd. Aiden'a

Uśmiechnąłem się lekko na propozycje uprowadzenia jakiegoś luniak, lecz pokręciłem
głową. Czego to on by nie wymyślił...
- Żyje, po pierwsze. Nie musisz uprowadzać luniaka, po drugie. I możesz wejść, to było po trzecie.
Uśmiechnął się także lekko i podszedł.
- To.. - Zacząłem lekko zmieszany, mimo wszystko to całe zamieszanie... I to co wyznałem
mu przed tym zamieszaniem, dokładając rzecz jasna również pocałunek. - Chcesz zostać na noc?
Zapytałem a on spojrzał na mnie zdziwiony, więc szybko dodałem.
- No wiesz... Oni.. Nie chcę by coś ci się jeszcze stało... I.. un, tak chyba będzie bezpieczniej...?
- Taa, dzięki . - Uśmiechnął się... Chodź widać było, że tak jak ja jest zmieszany.
- To wchodzisz? - Zapytałem i przepuściłem go, by przeszedł i wszedł ze mną do PW Luniaków.
Gdy weszliśmy, luniacy trochę krzywo się patrzyli na Ai'a ale taktownie się nie odezwali i wrócili
do swoich spraw - Każdy w końcu dba o swoje.
- Kto to?- Spytała Ell, gdy przechodziliśmy koło nich ~ Nich czyli nie tylko Ell...
- Ah... No tak, bo wy się jeszcze osobiście nie znacie. - Powiedziałem do Ell, Diabła i Clar...
- My się znamy. - Odpowiedziała chłodno i nieprzyjemnie, Les.. No tak. Ona też, tu była.
Siedziała obok Clar, z którą rozmawiała jeszcze nim wszedł tu Ai...
-Tak, wy się znacie.. Ai, pamiętasz moją dziewczynę, no nie? - Zapytałem uśmiechając się
sztucznie, mówiąc przez zaciśnięte wargi. On pokiwał i też się lekko uśmiechnął, niepewnie.
- Ai, to jest Adam Brooks vel Diabeł, mój najlepszy kumpel i brat Les. - Mruknąłem a on
spojrzał na mnie ze zrozumieniem. W końcu to o czym gadaliśmy na błoniach...
- O a to jesr Ell, Elliezabeth Heap, przyszła chodź jeszcze nie doszła diabła, i moja była. -
 Przedstawiłem Ell, uśmiechając się głupio na ostatnie słowa. Oczywiście Ai też się wyszczerzył
zwyczajowo, zaś od Ell dostałem poduszką.
- Nie słuchaj go, cześć. - Powiedziała podając mu rękę.
- Cześć, Aiden Solance. - Przedstawił jej się.
- O a to, nasza królowa piekieł, pogromczyni szlam, KTÓRĄ! Na szczęście Nie Jesteś.
Clarisse La Rue. - Specjalnie zaznaczyłem, że jest czysty bo nie chciałem by... No cóż
nadal pamiętam nie zbyt miłe poznanie się przez Clar i Petty'ego który jest pół krwi,
a nie mugolakiem a i tak cisnęła po nim, przez co i on stał się wrogo do niej nastawiony.
Po zatym dalej się kłócą i wyzywają ~ Jak to Petty nazywa Clar? Ach no tak ona to jest
Krową a także zołzą, jędzą ale głównie to Krową, a on Szlamą.
 Kiedy Clar i Ai wymienili grzeczności, odezwała się znów Les.
- To czym zawdzięczamy wizytę twojego, Ajusia? - Zapytała przesłodzonym głosem.
- On nie jest mój.. - Mruknąłem bardzo cicho, pod nosem chodź Ai, i tak to chyba usłyszał. - Nic..
Tylko mieliśmy wcześniej nie przyjemną sytuacje z... - Odchrząknąłem. - ..I Ai zostaje u mnie
na noc. - Dodałem uśmiechając się lekko do niej, na co ta zrobiła lekko złą, lekko oburzoną minę.
I starała się to ukryć.. - Nie masz nic przeciwko Diabeł, no nie? - Zapytałem Adama, który
był wyraźnie zmieszany. I miał prawo, bo w końcu tylko on wie, o moim pociągu w stronę chłopaków.
Spojrzał na Aidena, potem na mnie i lekko uśmiechną się, chodź chyba sztucznie i pokręcił głową.
- Nie spoko.. A gdzie zamierzasz go ulokować? - Zapytał niby, się przyjmując ale ja wiem o co
mu chodzi, chyba chciał wyczuć czy może ja i on.. Nie stop. Za dużo myślisz, po prostu chce wiedzieć
gdzie ulokujemy gościa.
- Hym.. Jeszcze nie wiem, ale cóż wyjdzie w praniu. Zawesze może spać u mnie na łóżku jest
duże, ja po jednej stronie, on po drugiej. - Wzruszyłem ramionami jakby to było coś oczywistego.
lecz to była maska, widział lekki cień, który przeszedł przez twarz Diabła i wątpię by nie wyobrażał
sobie mnie i Ai'a... Mniejsza. Oczywiście mina Les, mówiła wszystko.
- To my już idziemy. - Postanowiłem zrobić jak najszybszy odwrót i chwyciłem Aidena za nadgarstek
i pokierowałem się w stronę Dormitorium.

<Ai?>

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Ledwie Ell opuściła moje dormitorium ze speszoną, nieco zatroskaną miną, do środka wszedł David. Wyglądało to tak, jakby koczował gdzieś za rogiem i po jej wyjściu policzył do stu, by nie podpadło, po czym wbił jak gdyby nigdy nic.
- No, Diabełku! I jak było? Będą dzieci?
- Będzie bolało?
- Ale co? - spytał zaskoczony.
- Jak ci przyłożę! - warknąłem.
- Daj spokój, Diable! Żartować nie można? Skąd to spięcie? - Spojrzał na mnie spod uniesionych brwi.
- Po prostu nie jestem z nią, okej? Wszedłeś w... niefortunnym momencie. A nawet jakbym był, to możesz sobie co najwyżej dupę tą informacją podetrzeć i niech cię nie obchodzi - uciąłem.
- Oho, przepraszam, panie królewiczu! Już będę cicho, jak sobie jaśnie pan życzy! - Kumpel zrobił obrażoną minę i wymaszerował z dormitorium.
Prawdopodobnie poszedł do swojego najdroższego przyjaciela Aidena. Niech sobie idzie! Proszę bardzo! Włazi toto bez pukania, ciśnie z tego, że leży sobie na mnie zwyczajnie przyjaciółka (co, zazdrosny hę?), i jeszcze śmie się obrażać kiedy każę mu, kolokwialnie mówiąc, się odwalić. Westchnąłem. Otworzyłem nocną szafkę. Pośród sterty pergaminu, pustych opakowań i zużytych chusteczek znalazłem czekoladową żabę. Pochłonąłem ją dwoma gryzami, kartę wyrzuciwszy za łóżko Davida. Nie bawię się w takie rzeczy.
Strasznie mi się nudziło. Miotałem się po pokoju jak Szatan. Egzamin z eliksirów w przyszły poniedziałek nie stanowił dla mnie najmniejszej obligacji do nauki. Postanowiłem, że pójdę jednak do sypialni Ell. Wyszła strasznie podenerwowana. Chciałem ją upewnić, że David nie puści pary z ust lub przynajmniej nieźle za to oberwie. Ale... moment! Czy ona się mnie wstydzi? Czy nie jest dla niej zaszczytnym być obmawianą jako - mocno naciągnięta, ale jednak - partnerka seksualna Adama Brooksa?! Ooo... tak być nie może. Jeszcze jej się zachce, a wtedy ja nie będę taki miły.
Kiedy stanąłem pod dormitorium Ell i Clary, usłyszałem zza drzwi krzyki dwóch kłócących się dziewcząt. Uświadomiłem sobie, że dobrowolnie wskoczyłem do wulkanu podczas erupcji, gdy drzwi nagle otworzyły się z rozmachem i różowowłosa wypchnęła z nich Victoire - swoją nie do końca poczytalną kuzynkę, która jest we mnie śmiertelnie zakochana.
- O! Nie jesteś z nim, tak?! To po co on tu przylazł?! - wykrzyknęła Vic, machając ręką w moją stronę.
- Ee... pożyczyć szklankę cukru? - wydukałem.
- Dosyć tego! Vicky, wypierdalaj! Nie chcę cię tu widzieć! - Ell wciągnęła mnie do pokoju, który nawiasem mówiąc zawsze wydawał mi się większy niż nasz bez tej otoczki bajzlu na każdej powierzchni płaskiej, i zatrzasnęła drzwi. Oparła się o ścianę i głośno wypuściła powietrze.
- Na coś tu przylazł? - spytała z wyrzutem, gdy nieco się uspokoiła.
- A co, nie mogę do cholery?
- Możesz - szepnęła. Wyglądała naprawdę żałośnie. Serio się martwiła. Stanąłem przed nią i pogładziłem ją po włosach.
- Mam komuś coś przetłumaczyć?
- Nie, jest ok - powiedziała cicho.
- Ellie...
- Po prostu uważam, że powinniśmy przystopować. Nie jesteśmy razem - przypomniała bezlitośnie. Dam sobie rękę uciąć, że usłyszałem, jak pod nosem mówi "jeszcze". Choć to mogła być tylko moja wyobraźnia.
- No spoko. Nie jesteśmy - przytaknąłem.
- I uważam, że nie powinieneś... nie powinniśmy się... dotykać?
- Nie mam cię dotykać? Nie-mam-dotykać? - Zastanowiłem się chwilę. - A jeśli zrobię ci... tak? - Dźgnąłem ją palcem w ramię i zabrałem go, jakby miała kłapnąć na mnie zębami.
- Przestań, mówię poważnie - jęknęła. - Vic przed sekundą nazwała mnie dziwką.
- Zdradziłaś mnie? - udałem oburzonego. - Jak mogłaś mnie zranić?! Kim jest ten mężczyzna?!
- Adam, proszę...
- Dobra, dobra. Sorry.
- Chciałabym, żebyś wyszedł - powiedziała cicho.
Wyszedł? Ale jak "wyszedł"? Zdawało mi się, że zaczyna wreszcie pojmować, że mnie pożąda, a nagle każe mi spadać. Ell zupełnie nie pasowała do ogólnie przyjętego, klasycznego modelu statystycznej dziewczyny, co mnie kołowało. Mimo wszystko nie takie się rozwiązywało problemy. Skoro dotrwałem do czwartej klasy, poderwanie kogoś takiego jak Ell będzie bułką z masłem. Albo raczej croissantem z brzoskwiniowym dżemem.
- Okej, lecę - przystałem na jej prośbę. Rozczochrałem jej włosy i zniknąłem za drzwiami.
Bez uścisku? Bez całusa? O tak. To była część strategii. Docenisz, jak stracisz, jak to mówią. Czy coś.

Poniedziałki są do bani. To jest globalny fakt. Nie jesteście w stanie podać mi nawet jednej osoby, która żywiłaby do tego dnia jakieś pozytywne uczucia. Jeszcze ten egzamin z eliksirów z samego rana... Brr. Kto by pomyślał, że łzy feniksa mają właściwości lecznicze? W moich niepozornych, tylnych zwojach na końcu mózgu zakodowała się informacja, że są dobre na potencję. Ale kwas, Craxi pomyśli, że jestem niewyżyty. A przecież ten fakt wydawał się mieć całkiem pewne źródło... Zaraz, zaraz... Czy to nie... David!  Tak, teraz byłem pewien, że usłyszałem to od niego. Ten szarlatan zrobił ze mnie totalnego głupka. Co za gnojek!
Tyle dobrego, że teraz miało być OPCM. Jeden z nielicznych przedmiotów, na które chce mi się uczęszczać. Lekcję czysto praktyczną wyczułem po samym wejściu do klasy, gdy spostrzegłem ogromny kufer na środku sali.
- Hej, psorze! Naczy... dobry. - Powitałem od wejścia pana Martíneza, który skinął na mnie z uśmiechem. - Co robimy?
- Przypomnimy sobie boginy, które przerabialiśmy zeszłego roku - oznajmił.
- O, super! - Rzuciłem torbę w kąt. Uwielbiam ten przedmiot. Nauczyciel zajebisty, a ciskanie zaklęciami o nieco większym stopniu uszkadzania niż Chłoszczyść też niezgorsze.
Powoli sala napełniła się uczniami. Ledwo zabrzmiał dzwonek, profesor stanął pośrodku klasy, powitał wszystkich i przedstawił pokrótce, czym się dziś zajmiemy. Klasa przyjęła starcie z boginem z wielkim entuzjazmem. W końcu kto nie lubi obrony przed czarną magią? Bez zbędnych wstępów profesor nakazał wyciągnąć różdżki i, spojrzawszy na mnie znacząco, poprosił mnie o demonstrację. Facet nawet mnie lubił. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego o babce od zaklęć...
Stanąłem naprzeciw kufra z wyciągniętą różdżką, gotowy do działania.
- Możemy?
Kiwnąłem głową. Belfer uchylił wieko. Po chwili napiętego oczekiwania z kufra wygramoliła się... Ell, a przynajmniej jej idealny sobowtór. Poprawiła spódniczkę od mundurka i uniosła na mnie swoje ogromne, błękitne oczy. Co jest, kurwa? Zacisnąłem dłoń na różdżce. W tym momencie bogin przemówił wysokim głosem dziewczyny.
- Adam, zostaw mnie. - Spojrzała na mnie z bólem, krocząc w moją stronę. Osłupiałem. - Nigdy z tobą nie będę, słyszysz? Nie chcę cię. Jesteś idiotą. Durniem. Szmatą. Dziwkarzem. Pustakiem. Wypierdalaj!
Spaliłem buraka ze wstydu. Co do diaska?! Za plecami słyszałem chichoty kolegów i koleżanek. Spiąłem się w sobie.
- Riddiculus! - wrzasnąłem tak, że było mnie pewnie słychać w całym skrzydle. Fałszywa Ellie nagle jakby zaplątała się we własnych nogach i wywinęła koziołka. Nieporadnie wstając, podpierała się rękoma o podłogę. Dało się słyszeć dźwięk puszczającego w spódniczce szwu. Dziewczyna odwróciła się w panice, ukazując wszystkim swoje białe majty w serduszka przebite strzałą.
- Ok, Adam. Czy każdy rozumie, co się właśnie stało? W takim razie następny!
Zwolniony przez nauczyciela z obowiązku walki usiadłem pod ścianą na zimnej podłodze. Co się przed chwilą stało?! Ja się boję... Ell? Boję się, że co? Że mnie zwyzywa? Że mnie nie zechce? Pff! Oczywiście, że zechce. To ja w końcu.
- Elliezabeth, zapraszamy - usłyszałem chwilę później.
Uniosłem głowę i z zaciekawieniem obserwowałem, jak dziewczyna podbiega do bogina przyjmującego w tym momencie postać olbrzymiej skolopendry i wyciąga różdżkę przed siebie. Bogin zaczął się transformować. Po chwili w miejscu, gdzie przed momentem wił się olbrzymi bezkręgowiec, leżał... David bez tchu. Ell zasłoniła usta dłonią. Zmarszczyłem czoło. Więc to tak, ta? Tacy wielce zakochani? Davidek, ten szmaciarz, cały czas z nią kręcił, a debila kurna udawał...
Byłem zazdrosny? O Heap?! Nigdy! Po prostu czułem niesmak w ustach na myśl, że mój "przyjaciel" tak perfidnie kombinował coś z lasencją, którą miałem zaklepaną od kilku miesięcy. Proste? Proste.
Dziewczyna wypowiedziała zaklęcie, a z leżącym zaczęło się coś dziać. Dostał drgawek, a za chwilę ze wszystkich jego otworów zaczęły sypać się różnokolorowe cukierki. Po chwili profesor uznał zadanie za wykonane i poprosił kolejną osobę.
- Fajny bogin - mruknąłem, podchodząc do dziewczyny, która oddaliła się od kufra.

Ell?
Yep. I still alive.
Nawet napisałam jedno opowiadanie. Jedno przez ile? Dwa tygodnie?
Ta, więcej. Plik utworzony 11 kwietnia.
Przepraszam.
Nie znam fabuły bloga, przestałam ją czytać. Nie wiem, czy Jonasz przeruchał Ara ani co David ma w planach odnośnie Les. Po prostu staram się wywiązać przed Gwiazdką.

Ombrelune: Od David'a cd. Volonte

Gdy wspomniała o dziewczynie lekko zmarkotniałem.
Zawsze i wszędzie Les! Nawet jak jej nie ma!
Uśmiechnąłem się mimo wszystko, lekko do Volvo - Oczywiście na głos jej tak nie
nazwę, bo mam już powyżej uszu dziewczyn i ich narzekań a wątpię by przychylnie
spojrzała na przezwisko...
Podczas drogi dużo się między nami nie działo... Głównie przekomarzania - Oczywiście
pamiętają by nie przegiąć, bo Volvi rączki latają...
Gdy doszliśmy w ciszy zajęliśmy miejsce i zamówiliśmy 2 piwa kremowe.
- Volv... znaczy Volonte?
- Czego? - Zapytała mrużąc oczy.
- Chciałabyś jutro porobić pierwszakom jakieś dowcipy? - Uśmiechnąłem się. - Wiesz
mój kuzyn od początku roku, skonfiskował kilka ciekawych zabawek i całe pudła łajnobomb.
A on mnie bardzo kocha, i przymknie oko na kilka braków.. Zaś bardzo ostatnio narzekał
na bachory którymi się musi zajmować.. - Uśmiechnąłem się wrednie. To prawda,
ostatnio jak ze mną gadał, to narzekał.. - Cytując go; ''Ciągle tym bachorom, w czymś pomagać!
Jeszcze trochę i będą do mnie przychodzić by im dupy podcierać!'' więc chyba nic się nie
stanie jak te bachorki troszkę przytemperujemy co?

< Volvi? xD>

piątek, 24 kwietnia 2015

Héroiqueors: Od Petty'ego cd. Violetty

Nie mogłem znieść tego, co zobaczyłem.
Jane.
Weszła do Sali. Ale nawet na mnie nie spojrzała.
Nie mogłem znieść tego i zacząłem dłubać widelcem w talerzu.
Poczułem jej wzrok na sobie i podniosłem oczy.
Lecz ona w tym samym czasie, odwróciła wzrok.

" - A mówiłeś, że nie wróci. - Pomyślałem mimowolnie, jedna łza popłynęła
mi po policzku. Lecz szybko ją starłem. Już dość się po niej napłakałem. - Pomyślałem.
- I tu masz racje. - Czułem jak uśmiecha się, paskudnie. Agh.. 
- Mówiłeś, że nie wróci!
- Ale, wróciła. Nic na to nie poradzisz. Olej ją. - Dodał po chwili, Szachar.''

Uniosłem wzrok znów, patrzyłem się na nią, lecz ona nie zwracała już na mnie uwagi.
Jakbym nie istniał. Bolało.
I to bardziej, niżeli by się mogło zdawać.

" - Widzisz. Nie istniejesz, już dla niej. Pewnie znalazła sobie jakiegoś przystojnego,
macho i gdzieś ma takie nijakie, chuchro. Prymusa, który 2/3 swojego czasu spędza
w bibliotece. Olała cię i nie wróciła na 2 półrocze szkolne, przez wakacje nie odzywała
się i teraz gdy zbliża się kolejny bal, już zima tak blisko ona nagle się pojawia
i nawet nie jesteś godzien by na ciebie spojrzała. Zamiast podejść do ciebie, przeprosić,
wyjaśnić! Ona woli gawędzić z koleżankami...
- Zamknij się.."

Nie miałem ochoty, by tego słuchać. A on mówił mi to, co czuje.
I to było najgorsze, że to były moje obawy, a ten mówił je głośno,
podczas gdy ja chciałem strącić je na samo dno umysłu.
Kiedy zjadłem coś - czego akurat zbyt dużo nie było, z racji tego, że straciłem apetyt.
Szybko skierowałem się do wyjścia. Chciałem być jak najdalej od wiewióre... Znaczy Jane.
Chodź tak samo jak chciałem być od niej z dala, to tak samo chciałem by do mnie podeszła.
By rozwiała moje wątpliwości i... I właśnie nie wiem, czego się po niej miałem spodziewać.
Czego chciałem.
Przy wyjściu wpadłem na Viole.
Była lekko zdziwiona, i chciała coś powiedzieć.
Lecz tym razem to ja zrobiłem coś, Pocałowałem ją.
- Przyjdź po lekcjach na korytarz, na drugim piętrze przy nie używanej sali od transmutacji.
Powiedziałem i poszedłem.
Nie wiem czemu chciałem, żeby tam przyszła.
Najprawdopodobniej chciałem tym podnieść swoją dumę, samoocenę czy cokolwiek innego.

~*~

Stałem na korytarzu czekając na Violę, widziałem też Jane... Miałem ochotę podejść do
niej albo się wycofać do siebie. Lecz wtedy podeszła Violetta. A niech to! Niech zobaczy co straciła!
Na własne życzenie! Miała czas by podejść i się wytłumaczyć. Mogła to zrobić na śniadaniu,
mogła to zrobić na lekcji lub pomiędzy nimi. Nie chciała? Bała się? Ma mnie gdzieś?
Mam to gdzieś! Czekałem na nią ponad pół roku! Jak nie prawie rok, licząc rzecz jasna od balu,
przez wakacje aż do teraz gdzie zbliża się bal.
Z taką myślą zwróciłem się do Violetty.
- Cześć, chciałabyś pójść ze mną na randkę? Moglibyśmy pójść do Herbaciarni? - Zapytałem
a ona wydawała się zdziwiona... Wtedy też Szachar podsuną mi myśl zajrzenia do jej myśli.
Co rzecz jasna zrobiłem. I w mik wiedziałem o co chodzi..
Jane...
Myślałem, że zabije Davida! Ale z drugiej strony i dobrze się stało.
- Jest coś o czym musisz wiedzieć. - Powiedziałem. Wyprzedziłem ją ponieważ, już otwierała
usta. - Miałem kiedyś dziewczynę, nazywała się Jane Star. Już od pierwszego roku ze sobą
świrowaliśmy, a także i chodziliśmy. Rok temu znikła, tak po prostu po balu, nie wróciła po feriach
do szkoły, nikt nie chciał mi nic powiedzieć, nikt nic nie wiedział, nie zostawiła nawet żadnego listu.
Cierpiałem, i to bardzo przez resztę roku szkolnego, a także i wakacje. Dziś widziałem jak weszła
do Sali na śniadanie.. Nawet na mnie nie spojrzała, nie podeszła, ani słowem się nie odezwała,
także przez lekcje, które nam razem minęły. Tak jesteś do niej podobna, i dlatego tak dziwnie
się w ekspresie zachowywałem. Lecz potrafię rozróżnić ciebie od niej. Choćby dlatego, że
macie inne charaktery a także są rzeczy, które ją charakteryzują w wyglądzie. Nie rozmawiałem
z nią, nawet do niej nie podszedłem. Rozumiesz? Skończyłem z nią miała pół dnia by do mnie
zagadać i wyjaśnić. Olała mnie, więc ja nie będę się nią przejmował. - Skończyłem i spojrzałem
na nią. - Umówisz się ze mną?

<Violetta? xD>

czwartek, 23 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd David'a

Najeżyłem się słysząc wyznanie o wielce pięknych drapieżcach z kłami niczym sztylety.
Wstałem, otrzepałem szybko spodnie, przy okazji poprawiając kamizelkę i zacząłem iść w stronę półki z książkami w ręce. Poszedł za mną, uśmiechając się jakby wygrał na loterii. Odłożyłem papierowe dzieła i bez skrępowania poszedłem na wyjścia. Przeszedłem przez drzwi i korytarzem ruszyłem do dormitorium, właściwie nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Niby dookoła było dużo osób więc nie musiałem się czuć zagrożony, ale ten dureń zaczął biec w moją stronę i pacnął mnie w plecy, prawdopodobnie chcąc zwrócić na siebie uwagę. Odwróciłem się napięcie, złapałem go za rękę i potrząsnąłem.
- Nigdy mnie tak nie nachodź! - rzuciłem błagalnie.
- Aj marudzisz~ - miałem ochotę pokazać mu, jak potrafię ,,marudzić", czyli z chęcią bym go ugryzł w palec swoimi kiełkami, a nie ma nic gorszego od ugryzienia kocimi zębami, uwierzcie.
- Ja tylko chcę ci przekazać, że nie czuję się dobrze w twoim towarzystwie. - mówiłem powoli, jak do dziecka. Prychnął lekceważąco, a potem jak gdyby nic objął mnie ramieniem za szyję, pokazując dłonią ruch tworzący tęczę na suficie.
- Przyjaźń to magia, a ja jestem tylko małym wilczkiem. - małym? Raczej wielgachnym. Dobra, koniec paniki, Ar. Nie jesteś jakąś tam ci*ą która nie umie się bronić, jak coś zacznie, to po prostu mu przywalisz.
- Skoro tak mówisz.. E, jako, eghem, pierwszy kumpelski wypad proponuję iść na błonia. - wow, dobrze ci idzie.
Pokiwał głową ale zaraz odbiegł, zostawiając mnie samego. Wzruszyłem ramionami i poszedłem się ubrać, w końcu zaczął padać śnieg i coraz bardziej marznę. Może to jakiś gen, rodzinny brak odporności na minusowe temperatury? Nie wiem, kompletnie nie wiem. Ubrałem kurtkę, kozaki [hehe] oraz czapkę, która przyjemnie grzała w uszy..

< hoho >

środa, 22 kwietnia 2015

Ombrelune: Od David'a cd. Amir'a

Spojrzałem na chłopaka i odpowiadając miałem ochotę się roześmiać, lecz rzecz
jasna tego nie zrobiłem. Nie wiadomo co, ten by se pomyślał jeszcze...
- Nie jem kotów, Amir, nie jestem zwierzęciem. - Powiedziałem najspokojniej jak tylko mogłem,
a on na tą odpowiedź podniósł brew.
- Dobra, wierzę ci. Ale ostrzegam, każdy kto się ze mną zadaje, ten choć raz ma
w buzi kupę sierści, albo budzi się z moim miękkim brzuszkiem na nosie. - No to zaś już nie
wytrzymałem i roześmiałem się. Ten wyglądał na lekko oburzonego-obrażonego, mniejsza.
Gdy się uspokoiłem. Spojrzałem na niego i odpowiedziałem.
- Wierzę, un. Spoko. - Zaraz cicho parsknąłem - Ale przestroga, un.. - Ale zaraz odchrząknąłem
i dodałem. - A ja ostrzegam, każdy kto się ze mną zadaje, ten chodź raz miał obślinioną
całą gębę, un. - Ja nie potrafiłem tak jak on, poważnie dlatego w tym miejscu parsknąłem
śmiechem. - albo budzi się staranowany i siłą wyciągnięty z łóżka... Un, No przynajmniej kordłę
kradnę i uciekam, zaś reklamacji za piękne, moje odciski kłów na Kooordle nie przyjmuje.
- Powiedziałem i zaśmiałem się. Rzecz jasna specjalnie źle wypowiedziałem słowo
o Kołdrze. - ,Un. - Dodałem.
- A czy ktoś, powiedział, że chcę się z tobą zadawać.. - Mruknął cicho pod nosem.
Chyba nie zbyt podobała, mu się wizja moich kłów...
- Cóż teraz jesteś na mnie skazany. - Stwierdziłem i uśmiechnięty rozsiadłem się.
- A to niby dlaczego?
- Ponieważ, mam zamiar udowodnić ci, że; a) Nie jestem taki straszny, b) Wilki to piękne
stworzenia!

< Amirek? xD>

Ombrelune: Od Margaret Do Adama

    Rozejrzałam się wokół. Miasteczko Écuelle w godzinach szczytu było oblegane z każdej strony. Mimo to, wciąż zachwycało swoim szlachetnym i niepowtarzalnym wyglądem.

    Nie zważając na zbliżający się, ogromny tłum, skierowałam się w stronę najbliższego sklepu papierniczego. Po chwili znalazłam się w środku pomieszczenia. Z przyzwyczajenia przywitałam się ze sprzedawcą, na co on odpowiedział mi jedynie skinieniem głowy.

    Przechodząc między różnymi działami, natrafiłam na specjalne przybory do szkoły. Wzięłam ze sobą kilka rolek pergaminu, czarny i zielony atrament oraz kilka zapasowych piór, po czym podeszłam do lady i stanęłam w kolejce. Przede mną czekała niska, rudowłosa dziewczyna, trzymająca w rękach koszyk z zapasem pergaminów.

    Minęło kilka minut zanim udało mi się dojść do kasy. Starszy pan uśmiechnął się do mnie poczciwie i powiedział równie przyjaźnie:

    - Należy się dwadzieścia sykli.

    Wyjęłam ze swojej czarnej torebki ciemnoszary portfel i zapłaciłam sprzedawcy, mówiąc ciche 'proszę'. Następnie zajęłam się pakowaniem przyborów do reklamówki.

    Unosząc lekko głowę, zauważyłam wychodzącą rudą dziewczynę. Przez ułamek sekundy wydawała mi się dziwnie znajoma. Niestety już po chwili wyszła z budynku.

    Pospiesznie spakowałam resztę rzeczy do torby i wybiegłam ze sklepu Scrivenshafta. Zmierzyłam wzrokiem część miasteczka, w której aktualnie się znajdowałam, lecz nie znalazłam poszukiwanej istoty. Straciłam ją z oczu, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Przez moment zastanawiałam się, czy w ogóle istniała.

    - Może była wytworem mojej wyobraźni? - pomyślałam. - Na pewno coś mi się pomieszało...

    Westchnęłam ciężko. Miałam jeszcze wiele do zrobienia.

    Lekko zmieszana, ruszyłam w kierunku Akademii. Weszłam do sali wejściowej i udałam się do Gabinetu Dyrektorki. Kobieta wpuściła mnie do środka i nakazała usiąść na fotelu, co zrobiłam bez większych zastrzeżeń. Na moje szczęście zastałam ją w dobrym humorze. Madame Maxime sprawdziła wszystkie papiery dotyczące mojej rekrutacji, aby następnie udzielić mi kilku pouczeń i rad. Rozmawiałyśmy przez około godzinę, może półtorej. Na sam koniec przydzieliła mi odpowiednie Dormitorium i wyznaczyła współlokatorkę.

    Ostrożnie wstałam z fotela i pożegnałam się z Dyrektorką, po czym podeszłam do drzwi. Lekko nacisnęłam na klamkę i je otworzyłam. Wychodząc z gabinetu, wpadłam na wysokiego mężczyznę, czego skutkiem był mój upadek na podłogę.

    - Auć! - krzyknęłam. - Patrz, jak chodzisz - dodałam prędko.

    Spojrzałam na chłopaka, który bardziej przypominał ucznia niż nauczyciela. Miał bujne, czarne włosy, brązowe oczy i pełne usta, które otwarły się w złośliwym uśmieszku, odsłaniając śnieżnobiałe zęby.

    - Wybacz, mój błąd - powiedział z lekkim sarkazmem, jednak to nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia.

    Za to zdziwił mnie fakt, że, mimo podłego podejścia, podał mi rękę bym mogła wstać. Skorzystałam z pomocy i podciągnęłam się do góry.

    - Dzięki - rzuciłam przelotnie, gdy stanęłam na równych nogach, po czym odwróciłam się do niego plecami, zamierzając ruszyć dalej.

    Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, próbującą mnie zatrzymać. Odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i spojrzałam na chłopaka ze zdziwieniem.

    - Co? - zapytałam wprost.

    - Nie uciekniesz mi tak szybko - zaśmiał się. - Jak cię zwą?

    - A co cię to obchodzi? - przewróciłam oczami.

    - Wolałbym wiedzieć, jak się do ciebie zwracać - wytłumaczył.

    - Margaret Destinée - przedstawiłam się. - A ty?

    - Jestem Adam Brooks, należę do domu Ombrelune i jestem jednym z najprzystojniejszych chłopaków z tej szkoły - wyszczerzył się.

    - Taa, miło poznać, ale muszę już... - powiedziałam trochę za szybko, ale pewien głos, dochodzący z wnętrza gabinetu, nie pozwolił mi dokończyć.

    Weszliśmy z Adamem do środka i zobaczyliśmy uśmiechniętą Madame Maxime. Zaprosiła nas gestem, abyśmy zbliżyli się do niej. Niepewnie podeszłam bliżej, czego nie można było powiedzieć o Brooks'ie, który aż poderwał się z miejsca.

    - Adamie - powiedziała donośnie, na co on ponuro skinął głową. - Widzę, że już się poznaliście... - zaczęła z małym odstępem, jakby starając się do czegoś dojść.

    - No nie wiem - spojrzał na mnie przenikliwie.

    - Miałabym do ciebie prośbę - uśmiechnęła się szerzej. - Czy zechciałbyś jako prefekt Ombrelune oprowadzić tą nową, młodą damę, jak również kilkoro innych uczniów, po Akademii bądź przynajmniej po waszym wspólnym domie?

    Stanęłam jak wryta. Zaczęłam przenosić wzrok to z Dyrektorki na Adama i odwrotnie, próbując uświadomić sobie fakt, że chłopak, na którego wpadłam był p r e f e k t e m, a nie jakimś zwykłym uczniem Akademii.

    - Mam przechlapane - pomyślałam, wciąż oczekując odpowiedzi chłopaka.

~~

Adam? xD

niedziela, 19 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Avalone -c.d. Daniela

Chłopcy zaczęli się chichrać nie wiadomo z jakiego powodu. Założyłam ręce na piersiach i westchnęłam. Ja chyba nigdy ich nie ogarnę podobnie jak oni nas(kobiet). Spojrzałam to na Dan'a to na jego przyjaciela
- Jeśli już przestaliście się chichrać dziewczątka. To skądś się mi obiło o uszy że twój koleżka ma problemy sercowe -powiedziałam, a Vako spiorunował Daniela tak jakby to on mi to zdradził.
- A co Amy? Masz dla niego jakiś okaz? Chodź przykro mi to mówić ale on już ma jedną na oku -powiedział i spojrzał na przyjaciela który bezgłośnie mówił "Nie słuchaj go. Nie brał dziś leków".
- Ma jedną na oku a ta ma go wysoko w poważaniu?-uniosłam brew a koleżka przytaknął -Cóż i z takimi przypadkami się spotkałam. Mam tylko nadzieję że nie zachował się bądź ty go nie naprowadziłeś żeby zachowywał się jak ci piękni i młodzi z melodramatów i nie chciał wzbudzić w niej zazdrości...
Chłopcy nie odpowiedzieli. Podłamałam się i straciłam wiarę w chłopców. Chwyciłam jednego i drugiego za ucho i zaczęłam ciągnąć na dziedziniec by tam posadzić ich na ławce i zaserwować im wykład o tym jacy to są głupi i że takim sposobem to poderwie jedynie hipopotama.Oraz narzekałam im że to tak nie działa.
- No to pani psycholog -powiedział Vako nadal trzymając się za ucho. -Co proponujesz?
- Na pewno nie powinieneś umawiać się z dziewczynami myśląc tylko o tym że twoja wybranka zauważy cię i będzie ci zazdrościć -powiedziałam i zmroziłam wzrokiem Dana który zaczął mnie przedrzeźniać.-Możesz też dowiedzieć się co nieco zanim się z jakąś umówisz bo może się okazać że to psychopatka i no cóż przywiąże się do stołu po czym zacznie się skórować albo przyjdzie na randkę z siekierą.
- A ja mam pomysł! -powiedział Dan z uśmiechem od ucha do ucha. Coś czułam że to nie skończy się dobrze. -Vako to jest Amy. Amy to jest Vako. Znaczy się... Już was wam przedstawiałem. Co ty na to koleżko abyś się umówił z nią ale tylko po to żaby wzbudzić w niej zazdrość. Znam ją na wylot i wiem że jest ciupkę sadystyczna ale raczej nie wybiegnie z siekierą. Po za tym...
- Czy ty kochany przespałeś cały wykład o tym co przed chwilą ci mówiłam? -warknęłam. -Nie działajmy na zazdrość bo może powiedzieć sobie "Ojej. Jest zajęty więc po co w ogóle się nim interesować". Po za tym... Czy ty chcesz mnie SWOJĄ DZIEWCZYNĘ umówić ze SWOIM KUMPLEM tylko w celu zirytowania pewnej dziewczyny by ta poczuła się zazdrosna? To takie dziecinne!
- A co masz jakąś dla niego na oku? -spojrzał na mnie spod łba. Wiedział że obracam się najczęściej w towarzystwie tych wytapetowanych lalek. -Dziewczyny "Och jaka ja piękna i w ogóle" się nie liczą. Nie dam swojego kumpla na pożarcie tym... TYM... Blondynkom.
- Oj bo niektóre orlaczki mogą się poczuć urażone -prychnęłam. Nie lubiłam jeśli ktoś żył stereotypami.- Ale czy ja mówię że chodzi mi tylko o Luniaczki? Wiesz mi jest tyle dziewcząt które nie są wytapetowane a na pewno się zgodą pójść z tobą nawet i na spacer po błoniach a będą w siódmym niebie.
- Dobra... Dobra. Ogólnie wiesz o którą chodzi? -spytał koleżka. Przytaknęłam.-I naprawdę chcesz nam pomóc?
- Ja i pomoc? -parsknęłam śmiechem. Jestem luniakiem a nie harpiom. -Chcę was tylko naprowadzić nawet jeśli zaraz za to olewanie mnie dostanie każdy was książką po łbie. Po za tym jestem chodź może nie zauważaliście dziewczyną i chyba lepiej wiem jak wam... Ygh... Pomóc. Znaczy się jeśli nie chcecie pomocy to może... Przemycicie mnie do biblioteki? Rozumiecie inaczej złapią mnie te... Jak wy to mówicie? Plastiki. No i może akurat znajdziesz swoją wybrankę serca i NORMALNIE  z nią porozmawiasz?
- Nie znasz sprawy tak jak my-powiedział Dan po czym zerwał się z ławki. -To jak kiedy cię odprowadzić do biblioteki?W tym momencie za godzinkę? Za tydzień? Rok? Poczekam!
- Dlaczego ja nie mogę mieć takiego szczęścia? -spytał podłamany chłopak. Chciałam być naprawdę miła co samą mnie przerażało ale uprzedził mnie Dan.
- Tam na górze siedzi sobie kupidynek i strzela tymi durnymi strzałami najczęściej po pijaku. Dlatego na razie jeszcze twoja druga połówka nie wie -powiedział wyszczerzając się. -Po za tym. Wiesz jak długo musiałem się ubiegać o serce tej zimnej do szpiku kości kobiety?
- Oj bo się czerwienię kochany -machnęłam ręką. -Zasypywać kobietę tyloma ko komplementami. O! Mam coś jeszcze co powinno ci się przydać! Nie używaj tekstów na podryw typu "Gdybyś była kanapką w Mcdonald's nazywałabyś się Mcbeauty" no chyba że ma specyficzne poczucie humoru.Masz małe szanse że uzna iż jesteś uroczy możliwe że stwierdzi że nigdy takiej gadki na podryw nie słyszała albo będzie się z ciebie śmiała ale raczej nie serdecznie. Podobnie błagam tylko nie tekst "Bolało? Jak spadłaś z nieba?" to takie suche i dobijające... Bądź oryginalny... Czy któryś z was mnie w ogóle słucha?
- Oczywiście Amy -przestają bawić się w kółko i krzyżyk które narysowali na ziemi. Może to po prostu nie miało sensu. Chcesz pomóc olewają, a jak już nie masz zamiaru pomóc to przybiegają i błagają o pomoc.
- Proście minie o coś a zobaczycie -prychnęłam i zaczęłam odchodzić ale w powie drogi do krużganków złapał mnie Dan. Zrobił minkę zbitego pieska. -Co chcesz?  Moja cierpliwość się skończyła z zakończeniem waszej zabawy w kółko i krzyżyk. A ja to nie Caritas i wiecznie pomagać nie będę.
- Ale czy ja proszę o pomoc? -uśmiechnął się a jego koleżka nie śpiesząc się doszedł do nas. -Oczywiście skarbie że będziemy brać twoje rady pod uwagę. A tak w ogóle to... Bolało jak spadłaś z nieba?
- Przecież wiesz, że wyszłam z  piekła więc co za pytanie? W niebie nie chcieli takiego aniołka jak ja. -zatrzepotałam rzęsami.
[Dan? A może Vako? ^-^]

Ombrelune: od Volonte CD Amira



Miałam tego dnia wyjątkowo dobry humor. Nie miałam ochoty zrobić nikomu krzywdy. Co najwyżej go upokorzyć, co oznaczało, że wręcz promieniowałam radością.
Do czasu, gdy jakiś niekompetentny trzeciak podszedł do mnie na przerwie. Stałam oparta o filar, zajmując się tym, co zazwyczaj robię na przerwach, to jest posyłaniu nienawistnych spojrzeń w stronę otoczenia. Tymczasem jakiś mały chłoptaś, młodszy o rok podszedł do mnie z pewnym siebie uśmiechem i zagadnął:
-Masz szczęście!
Uniosłam brew.
-Doprawdy.-odpowiedziałam, nie akcentując pytania.
-No! Masz szczęście iść z kimś takim jak ja na Bal Bożonarodzeniowy!
Wyszczerzył się, co uznałam za świetną okazję do odpowiedzi i walnęłam go z pięści w białe, równiutkie jedynki.
-Sorry, nie umawiam się ze szczerbatymi-syknęłam, ocierając knykcie z krwi.
-Panno la Puita!-zawołał zgorszony głos za moimi plecami. De Maupassant. Super.-Co to miało oznaczać!?
-On mnie obraził, prze pani-mruknęłam, patrząc z satysfakcją na krwawiącą twarz delikwenta. Nie bardzo mnie obchodziła moja poraniona ręka.-Sprowokował mnie, to i dostał.
-Ma pani szlaban, panno la Puita! Minus dwadzieścia dla Ombrelune!
Spojrzałam na belferkę z nienawiścią. Uchwyciła moje spojrzenie i przyhamowała, ale nadal była wściekła.-O szóstej stawi się u mnie i będzie pani porządkowała kartotekę ocen. Dziesięć lat wstecz!
Odeszła prędkim krokiem. Rzuciłam za nią parę przekleństw po wężowemu (uczę się tego języka zapamiętale. Przekleństw nauczyłam się w pierwszej kolejności, bo stwierdziłam, że przydadzą mi się bardziej, niż "dzień dobry" czy "jak się masz?")
Odwróciłam się na pięcie i odmaszerowałam do Pokoju Wspólnego. Po drodze z trzaskiem zamknęłam drzwi klasy, które bezczelnie śmiały stanąć mi na drodze. Nagle za sobą usłyszałam kroki.
-Ej! Ci ci się stało!?-zawołał chłopięcy głos. Zazgrzytałam zębami, ale się nie zatrzymałam. Nie uznałam chłoptasia za godnego mojej uwagi.

Amir?

Ombrelune: od Volonte CD David'a



Zastanowiłam się chwilę, po czym odpowiedziałam.
-Jak zwykle, w wolnym czasie zajmuję się dręczeniem młodszych, czyli standard. Nie mam chłopaka i mieć go nie zamierzam. Dziewczyny też nie mam. Przyjaciół nie mam. Kolegów nie mam. Znajomych też nie. Wrogów też nie bardzo. Kurde, co ja robię ze swoim życiem?
Chłopakowi chwilę zajęło, zanim załapał i się zaśmiał.
-Czyli w porządku-domyślił się.
-No.
-To chyba dobrze?
-Jak jest w porządku to przeważnie jest to dobre. Chociaż... w moim przypadku nie dla wszystkich-uśmiechnęłam się diabolicznie.
-Zawsze byłaś przerażająca, Voli. Nie sądziłem, że aż tak.
Chciał się zaśmiać, ale chyba przeszkodziła mu różdżka wbita pod podbródek. Zbliżyłam swoją twarz do jego i syknęłam:
-Nie mów do mnie Voli.
Odsunęłam się i schowałam różdżkę do kieszeni, a David rozmasował podbródek. Nadal uśmiechał się bezczelnie.
-Zapamiętam.
Coś go to nie obeszło. Nie lubię, kiedy ludzi nie obchodzi mój gniew. Zarabiają wtedy punkty karne i trafiają na czarną listę.
-O, spokojnie. Ja też zapamiętam.-wycedziłam. Teraz dopiero się zaniepokoił.
-Eem... ale co?
-Nic, nic-uśmiechnęłam się słodko.
Coś tam mruknął, ale nie zrozumiałam.
-Dasz się zaprosić na piwo kremowe? Nie bij.-dodał szybko.
-Hm... A twoja dziewczyna nie będzie pultać?
Wzruszył ramionami i znowu coś mruknął.
-OK-zgodziłam się łaskawie.

David? Sorry:
-że tak długo nie odpisywałam
-za to "nie bij". Nie mogłam się powstrzymać default smiley xd

sobota, 18 kwietnia 2015

Papillonlisse: Od Aidena -c.d. Davida

- Smacznego drogi kumplu. Dobre wychowanie zawsze na pierwszym miejscu -uśmiechnąłem się. -Może serwetki? Albo od razu śliniaczek? Mama mi mówiła zawsze. Pytaj się o takie rzeczy bo to cecha dobrego wychowania. Tak więc? Różowy śliniaczek?
- Taa, Dzięki un.. Ale podziękuję - Powiedział uśmiechając się lekko. Lecz po chwili zapadła cisza, którą przerywało jedynie brzdęk odkładanego talerza. Siedzieliśmy tak jeszcze jakiś czas, nim odwarzyłem się odezwać. - Ai...
-Hym? -mruknąłem pon nosem.
- Podobasz mi się.
Nie odpowiedziałem kiedy nagle do pokoju wpadli ciut upici współlokatorzy. Mówiłem im że następnym razem jak tak przyjdą to się wynoszę. Jednakże teraz nie był odpowiedni moment na te słowa. Stanęli na przeciw mnie. Stanley zmierzył wzrokiem blondyna.
- Ej patrz! Lalunia znalazła sobie chłoptasia! -wyszczerzył się. Chyba nawet nie zauważył kolorów luniaków w jego szacie. Zmarszczył brwi jakby próbował się skupić. -Coś mi tu śmierdzi panowie...
- Ja wiem co ci śmierdzi. -powiedział Ludwik. -To jest luniak. Jeszcze aż taki pijany nie jestem żeby tego nie zauważyć. Precelku czemu ściągnąłeś tutaj wroga! To zdrada stanu! A za zdradę traci się głowy.
- Zwołać posiłki! -ryknął Olivier do Stana i Ludwiczka. -Ludwi ty już żyjesz tylko rewolucją. Może się jeszcze poprawi. Coś się utnie coś przyszyje i Ai powróci jak nowy! Precelku! Dlaczego?! -Oliver spojrzał na mnie. Do naszego pokoju wtargnęły te osiłki które bez problemu jednym uderzeniem złamałyby nos no i parę żeber. -Vincent ty bierz blondyna!
- Którego? -kupa mięśni spojrzał to na mnie to na Davida. Olivier wskazał na Davida a ten podszedł do niego. -Idziesz z nami! Znaczy się... Gdzie mam go zabrać?
- Zostawcie go! -warknąłem. Wiedziałem dokładnie że wyżyją się na nim zanim go puszczą. Skopią i pobiją co podobnie zrobią ze mną by odświeżyć pamięć iż luniaki nie są naszymi sprzymierzeńcami tak samo i my ich nie jesteśmy. -Nie powinniśmy temu zaprzestać?!
-Gada jak potłuczony! Omamił go! Vincent wynieś tego luniaka. Ja się rozprawię z młodym -powiedział i zaczął kierować się w moim kierunku. Odruchowo sięgnąłem po różdżkę. -Ej ,ej. Nie chcemy się bić. Przecież wiesz.
-Wiem tylko tyle że gdybyś chciał od razu byś mnie walnął. Co cię powstrzymuje Oli? Hm? Może mam ci przypomnieć z jakiego domu jest twoja dziewczyna! -warknąłem po czym wycelowałem w niego. To on dowodził całą tą akcją. I do tego był najbardziej trzeźwy. To co zrobiłem było głupie bo po chwili ponad 8 różdżek celowało we mnie i Davida. Mieli przewagę liczebną.
- STOP! Opuście różdżki! -Krzyknął David a wszystkie wzroki spoczęły na nim - Nie chcemy kłopotów.. - Próbował jakoś dyplomatycznie dotrzeć do upitych współlokatorów którzy zaśmiali się kpiąco. - Jestem Prefektem!
-Wiecie co? -wyszczerzył się Oliver -Chyba już wiem o co mu chodzi. I że tego nie zauważyłem. Oj precelku masz od nas podwójną nauczkę. Mamy tu dwóch pedziów. Wiesz co robić Sandor?   -Coś ty powiedział? -warknął David i już wiedziałem że to się źle skończy. Miałem tylko nadzieje że nie poniesie się emocjom i nie strzeli w tego debila Avadą. Sandor podszedł do niego był barczysty i ogólnie przypominał młodego Ogara z gry o tron a przynajmniej tak go sobie wyobrażałem. Chłopak jednym zaklęciem sparaliżował Sandora i szedł z w stronę Oliviera który nagle poczuł się osaczony.  -Pół główki! Może jakoś zaatakujecie czy będziecie tak stali i pachnieli! -krzyknął a reszta mięśniaków ruszyła na niego. Rozpętała się niezła bijatyka i słychać było co chwila albo zaklęcie rozbrajające albo do obrony oraz te bardziej w celu ataku. W jednym momencie   dwóch mięśniaków lekko ogłuszonych trzymało Davida który chodź się nadal rwał to jednak kupa mięsa trzymała go w stalowych objęciach. Ja miałem trochę gorzej bo jeden z tych bardziej inteligentnych powiesił mnie za kostkę i teraz dyndałem nie mogąc się uwolnić z zaklęcia ponieważ moja różdżka leżała za daleko a po za tym nie pamiętałem nawet przeciw zaklęcia. Wyprowadzili go chodź ten nadal się wyrywał. Olivier podszedł do mnie po czym kucnął tak by jego twarz była na przeciwko mojej bym czuł lekko odór alkoholu. Splunął na mnie po czym gwizdnął a koło niego pojawił się Ludwik i Stanley. Chłopaki mieli założone ręce na piersiach.  -I co my teraz mamy z tobą zrobić koleżko? -spytał Oli wycierając krew która ciekła mu z nosa. Sam do tego doprowadziłem i byłem dumny.  -Powiesić! -powiedział Ludwik. Zawsze miał takie pomysły. Wszystko chciał albo powiesić albo obciąć głowę. -Albo też dajmy mu popalić. Co nie Stan? Co nie Oli? -Trza tylko go upuścić czyż nie? -Stan rzucił anty zaklęcie a ja poleciałem na ziemię. -Kto by się spodziewał że nasz radosny precelek jest przekleństwem naszego domu. -Oj bo się czerwienię -powiedziałem i próbowałem wstać ale do ziemi przygwoździł mnie Ludwi swoim ciężkim buciorem. -Nie przesadzacie? Idźcie wytrzeźwieć i wrócicie za pół godziny.  -Nie trzeba było nas atakować Aiden! Ludwik niech nasz precelek wstanie. Teraz dostanie lekcję którą miejmy nadzieje zapamięta na długi okres czasu -powiedział po czym zaczął strzelać kosteczkami u rąk. Jednakże mnie ciekawiło co teraz dzieje się z Davidem. Czy dołożyli mu coś od siebie czy wyrzucili z dormitorium na korytarz? Mam nadzieje że tylko wyrzucili i mam nadzieje że chodź wybaczy mi za tych ciołków.Wiedziałem że broniąc się i tak dostałbym większe bencki niż zarobiłem. Ludwik i Stan wzięli mnie za ramiona tak aby Oli miał łatwy cel. Przymierzył się po czym wycelował mi w brzuch pięści i pewnie by mu się udało gdyby nie odruch przez który dostał w klatkę piersiową z kolana. Zaklną pod nosem po czym przywalił mnie w żebra tak mocno że na chwilę straciłem dech w piersiach i świadomość. Straciłem jakby grunt pod nogami i teraz to ci którzy przed chwilą trzymali mnie tylko po to bym nie uciekł trzymali mnie po to bym nie upadł i nie stracił przytomności. Oli uśmiechnął się po czym przywalił mi w nos a ja na chwilę straciłem przytomność. Obudziłem się parę minut później. Chłopaków nie było a ocierając nos poczułem że krew pomału już zasychała. Jeśli miałbym dziś spać z tymi psycholami to wolałbym już spać w Azkabanie przynajmniej dementorzy nie biją. Poszedłem do łazienki zataczając się ale to tylko dlatego że za szybko się podniosłem. Opłukałem twarz i dopiero wtedy poczułem przeszywający ból w klatce piersiowej. Wyszedłem z naszego dromitorium do pokoju wspólnego jakaś dziewczyna podeszła do mnie ale powiedziała mi tylko że  trochę krwi z nosa znalazło się na uszach. Nie wiedziałem czy powiedzieć dziękuję bo raczej chyba tak to nie działa. Wyszedłem z PW do SS bo żebra bolały mnie na tyle mocno że każdy oddech sprawiał mi ból. Pielęgniarka jakby nie zdziwiona podeszła do mnie.   -Co tym razem? -spytała a ja odpowiedziałem tylko że ze schodów spadłem. Kobieta zmarszczyła brwi. -Tak a ja to założycielka Akademii. Nos złamany i 2 pęknięta żebra. Powiedz  mi ile ty tych schodów przeleciałeś? -Wpadłem na... Obraz! -powiedziałem a kobieta zacmokała niezadowolona i tylko podała mi eliksir który miał poskładać popękane żebra. Nie smakował zbyt dobrze. -Oj kochanieńki to nie kakałko a leczący lek.   Podziękowałem i wyszedłem. I właściwie to gdzie teraz miałem iść. Jednakże ciekawiło mnie jak tam z Davidem. Czy w ogóle żyje. Ruszyłem więc w stronę domritorium luniaków. Już w lochach napotkałem te krzywe spojrzenia. Zaczepiłem jakiegoś chłopca który powiedział że pomoże. I nie czekając długo zobaczyłem na szczęście żyjącego Davida.  -Hej. Żyjesz? -chodź chciałem powiedzieć to jako normalne a wyszło jak wyszło. -Mogę wejść? Czy mam uprowadzić luniaka, sparaliżować go i zabrać jego szaty?
[David?]

piątek, 17 kwietnia 2015

Ombrelune: Od David'a cd. Aiden'a

- Smacznego drogi kumplu. Dobre wychowanie zawsze na pierwszym miejscu - uśmiechnął się.
-Może serwetki? Albo od razu śliniaczek? Mama mi mówiła zawsze. Pytaj się o takie rzeczy
bo to cecha dobrego wychowania. Tak więc? Różowy śliniaczek?
- Taa, Dzięki un.. Ale podziękuję - Powiedziałem uśmiechając się lekko. Lecz po chwili
zapadła cisza, którą przerywało jedynie brzdęk odkładanego talerza. Siedzieliśmy tak
jeszcze jakiś czas, nim odwarzyłem się odezwać. - Ai...
-Hym?
Nie wiedziałem jak to zrobić... więc zrobiłem najgłupszą z możliwych rzeczy
jakie kiedykolwiek zrobiłem. Pozwoliłem moim ustom mówić to co im ślina na język przyniosła.
- Podobasz mi się.
Nie odpowiedział, kiedy nagle do pokoju wpadli ciut upici, jego współlokatorzy.
Stanęli na przeciw Ai'a. Jakiś chłopa, zmierzył mnie wzrokiem.
- Ej patrz! Lalunia znalazła sobie chłoptasia! - Wyszczerzył się. Zmarszczył brwi jakby próbował
się skupić. -Coś mi tu śmierdzi panowie...
- Ja wiem co ci śmierdzi. -powiedział inny, drugi. -To jest luniak. Jeszcze aż taki pijany nie jestem
żeby tego nie zauważyć. Precelku czemu ściągnąłeś tutaj wroga! To zdrada stanu! A za
zdradę traci się głowy.
- Zwołać posiłki! -ryknął trzeci chłopak na tamtych . -Ludwi ty już żyjesz tylko rewolucją.
Może się jeszcze poprawi. Coś się utnie coś przyszyje i Ai powróci jak nowy! - Zmarszczyłem
brwi.. Tylko ja mogę na mojego Aidena, mówić Ai! Eee... Znaczy na Aidena, nie mojego...
 mniejsza. To wszystko bardzo, bardzo mi się nie podobało..
- Precelku! Dlaczego?! - Ten pierwszy spojrzał na mnie. Do pokoju wtargnęły te osiłki, które
 bez problemu jednym uderzeniem złamałyby nos no i parę żeber. -Vincent ty bierz blondyna!
- Którego? -kupa mięśni spojrzał to na mnie to na Ai'a. Ten sam co mówił wskazał na mnie
a ten podszedł do mnie zaraz. -Idziesz z nami! Znaczy się... Gdzie mam go zabrać?
- Zostawcie go! -warknął Aiden. -Nie powinniśmy temu zaprzestać?!
-Gada jak potłuczony! Omamił go! Vincent wynieś tego luniaka. Ja się rozprawię
z młodym -powiedział i zaczął kierować się w jego kierunku. Nie wiedziałem za bardzo o co
chodzi, o co IM chodzi. Aiden odruchowo sięgnął po różdżkę. -Ej ,ej. Nie chcemy się bić.
Przecież wiesz.
-Wiem tylko tyle że gdybyś chciał od razu byś mnie walnął. Co cię powstrzymuje Oli? Hm?
Może mam ci przypomnieć z jakiego domu jest twoja dziewczyna! -warknął Ai, po czym
wycelował w niego. Wychodziło na to, że to on dowodził całą tą akcją. I do tego był
najbardziej trzeźwy, patrząc po nich. Po chwili ponad 8 różdżek celowało we mnie i Aia.
Mieli przewagę liczebną. To było chore. Postanowiłem jakoś temu zaprzestać
- STOP! Opuście różdżki! - Krzyknąłem, jednocześnie mając w rękę na różdżce, co znajdywała
się w mojej kieszeni. - Nie chcemy kłopotów.. - Zacząłem, chciałem jakoś uspokoić
podpitych kolesi, na co oni się roześmiali. - Jestem Prefektem! - Zawołałem byłem
podenerwowany a oni chcieli nas rozdzielić. Nie mogłem na to pozwolić, bo nie zniósłbym
myśli, że nie wiem co się dzieje z Ai'm
- Wiecie co? -wyszczerzył się Oliver, jak mniemam. - Chyba już wiem o co mu chodzi.
I że tego nie zauważyłem. Oj precelku masz od nas podwójną nauczkę. Mamy tu dwóch
pedziów. Wiesz co robić Sandor?
-Coś ty powiedział? -warknąłem, wkurzyłem się, sam właściwie nie wiem czemu. Jestem Bi,
tak ale nikt prawie, że o tym nie wie i może to mnie zdenerwowało, że on nie znając mnie
nazwał mnie 'pedziem' na głos i już wiedziałem, że to się źle skończy.
Ten cały Sandor podszedł do mnie, był barczysty i ogólnie przypominał młodego Ogara.
 Jednym zaklęciem sparaliżowałem Sandora. I poszedłem w stronę Oliviera.
-Pół główki! Może jakoś zaatakujecie czy będziecie tak stali i pachnieli! - krzyknął a reszta
mięśniaków ruszyła na mnie. Rozpętała się niezła bijatyka i słychać było co chwila albo
zaklęcie rozbrajające albo do obrony oraz te bardziej w celu ataku. W jednym momencie
dwóch mięśniaków lekko ogłuszonych, trzymało mnie, chodź się nadal rwałem to jednak
kupa mięsa trzymała mnie w stalowych objęciach. Ai miał trochę gorzej, bo jeden z tych
bardziej 'inteligentnych' powiesił go za kostkę i teraz dyndał, nie mogąc się uwolnić z zaklęcia,
a różdżka leżała za daleko. Wyprowadzili mnie, chodź ten nadal się wyrywałem.
Gdy mnie wyciągnęli z pokoju, cały czas się szarpałem chodź nie miałem szans przy nich.
Zabrali mi różdżkę oraz trzymali w żelaznym uścisku ciągnąc mnie przez korytarzyk,
później przez schody a następnie przez PW i wyrzucili mnie, stojąc w przejściu
na korytarz przy ich wejściu do PW. - No i zostaw Precelka, nie będziesz go nam
Luniakował! - Powiedział jeden z nich, kiedy mnie wypchali mocno, tak że się wywaliłem,
a który lekko kulał ~ Oczywiście dzięki mnie. Drugiemu chyba, złamałem rękę lub
przynajmniej coś z nadgarstkiem zrobiłem ponieważ widziałem jak się krzywił na nią.
Gdy już mieli wracać do siebie, ten z bolącą ręką zawrócił się podszedł do mnie.
Nadal leżałem na wpół, na ziemi ponieważ bolała mnie lekko kostka od tego, że nie
dość kopnął mnie ktoś mocno w nią podczas bójki, to również gdy mnie ciągnęli to
uderzałem o różne rzeczy a także i o stopnie. Gdy uniosłem się na łokciach, chcąc wstać
gdy do mnie doszedł ten zamachnął się i kopną mnie w twarz i dopiero potem odszedł, śmiejąc
się i gadając jakieś głupoty chwilę leżałem na ziemi trzymając się  za bolący nos, dopiero
gdy pulsujący ból troszkę zmalał i mogłem już myśleć o czymś innym, od razu się
zorientowałem, że leci mi krew z nosa, a po chwili podeszła też myśl, że Aiden został
tam sam, z tymi głupimi, pijanymi osiłkami. Przestraszyłem się nie na żarty.
Szybka poderwałem się, przy okazji krzywiąc się na ból w kostce. I podszedłem do Obrazu.
- Musisz mnie wpuścić! - Zawołałem do niej, budząc ją. Budząc, ponieważ spała
a teraz wyglądała na niezadowoloną.
- Hasło. - Powiedziała.
- Nie znam! - Odpowiedziałem pocierając czoło. - W takim razie nie wejdziesz.
Odpowiedziała. Ja zaś spojrzałem na nią zły. - ALE MUSISZ MNIE WPUŚCIĆ! TO WAŻNE!
- Nie ma Hasła, nie ma wejścia.
-Jestem Prefektem, do kurwy nędznej!
Uniosłem się zdenerwowany ta zaś spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem.
- Wpuścić bez hasła mogę tylko Naczelnego jak już. - Odpowiedziała i odwróciła się.
- ALE TO WAŻNE! Grodzi mojemu.. przyjacielowi niebezpieczeństwo!
- To idź po profesora. - Odpowiedziała.
- Ale będzie za późno! - Piekliłem się.
- Nie wpuszczę cię. - Odpowiedziała i zaczęła znikać z portretu na inne.
- CZEKAJ! - Zawołałem waląc w obraz. - Masz mnie wpuścić rozumiesz! - Krzyczałem,
 ale na nic to było, jej już nie było a nawet nikt z Papillonów nie poczłapał się by otworzyć
wejście i sprawdzić kto tak wali i się drze.
Zły osunąłem się na ścianie obok obrazu łapiąc się za nos, zatykając go i przechylając twarz
do góry. Byłem pewny, że mam złamany, strasznie mnie bolał a krew cały czas się lała.
Po pewnym czasie zaczęło mi się nawet kręcić w głowie, dlatego postanowiłem iść
do Siostry Heleny, czyli do SS.
Po tym gdy doszedłem siostra nawet nie pytała się o co chodzi od razu 'naprawiła mi nos'
lecz dalej mnie bolał i trochę krwawiłem dała mi eliksir i maść. Założyła mi mały
opatrunek na nos z tą właśnie maścią oraz kazała nosić cały czas także jak będę się kład
spać i dopiero jutro mam przyjść przed śniadaniem to zdejmie [nałożyła specjalne zaklęcie
by mi nie zeszła czy cóś.] i da znów eliksir.
Tak też wróciłem do siebie, zwracając uwagę gdy przechodziłem przez Pokój wspólny.
Dziewczyny się spytały o co chodzi ale zbyłem je mruknięciem i poszedłem do Dormitorium,
Adama nie było - O tyle dobrze. -  Więc miałem spokój i zamknąłem zaklęciem drzwi na
wszelki wypadek.
Po godzinie może dwie? Usłyszałem pukanie. Gdy otworzyłem
zobaczyłem jakiegoś pierwszaka, który mi powiedział, że ktoś do mnie jest przed naszym
 PW, i prosił by mnie zawołać.
Kiwnąłem mu głową i dałem cukierka, a następnie poszedłem z  sercem w gardle do wyjścia.
W myślach wiedziałem kto to jest. Lecz dopiero gdy przeszedłem przez PW luniaków
i wyjrzałem na korytarz, potwierdziłem moje przypuszczenia. Wyszedłem całkiem na
korytarz i stanąłem przed Aid'im.

< Ai? Hehe dobra to co pisaliśmy przekształciłam teraz ty przekształć i tylko dodasz ten
fragment co się działo u ciebie i to jak przyszedł do mnie i wogóle... :p>

czwartek, 16 kwietnia 2015

Uczennica Domu Ombrelune: Margaret Destinée

Margaret Destinée


Imię:  Margaret
Pseudonim/Ksywka: Maggie, Meg, Hiver
Nazwisko:  Destinée
Krew: Czysta
Rok: Trzeci
Data Urodzenia: 22.12
Dom:  Ombrelune
Drużyna Quidditch'a: 
Chłopak: Brak
Rodzina:  mama - Juliette, tata - Matthew, młodsza siostra - Sophie


Sowa: Neige, płomykówka


Towarzysz: Saphir, kot birmański




Różdżka: Włos z grzywy jednorożca, wiąz, 12 cali
Ciekawostki:
~ Bogin - Anioł Śmierci
~ Patronus - Pantera Śnieżna
~ Genetyka - brak
~Zdolności - 
~ Inne - 
• jest wyjątkowo związana z zimą (o czym świadczy jej urodzenie, 
wygląd, zwierzęta, patronus itp.)
• stała się wredna po utracie przyjaciółki
• nienawidzi kłamstw i lenistwa
• uwielbia zwierzęta
• nie przypuszcza, że ktoś z przeszłości również chodzi do tej Akademii

Ulubiony Przedmiot: Eliksiry, Opieka nad Magicznymi Stworzeniami
Znienawidzony Przedmiot: brak
*~ Stajnia - Éternité
Właściciel - Nath Lynch



Zainteresowania: rysowanie (zwłaszcza w 3D, gdyż jej obrazy bardzo często
wyglądają jak prawdziwe), gra na fortepianie i gitarze, śpiew, jazda konna

Aparycja: Maggie jest dość wysoką, bo sięgającą prawie 170cm,
szczupłą dziewczyną o czekoladowych włosach, ciemnobrązowych oczach i bladej twarzy. 
Ubiera się schuldnie, raczej w ciemniejsze barwy, ale czasem pozwoli sobie 
na jaśniejsze odcienie.

Charakter: Ciężko opisać jej charakter ze względu na fakt, że nie da się go określić
 jednym słowem. Zdecydowanie można stwierdzić, że od pewnego czasu 
jest wredna i złośliwa, a przy tym także sprytna. Kiedy jednak się ją lepiej 
pozna potrafi być wesoła, zabawna, śmiała i towarzyska. Czasami nie wierzy 
w swoje możliwości, ale ma wiele motywacji by tak nie myśleć. Można też 
powiedzieć, że w samym środku jest marzycielką i optymistką, którą boi się 
pokazać światu, gdyż sądzi, że ludzie jej takiej nie zaakceptują.

Historia: Urodziła i wychowała się w rodzinie czarodziejskiej. W poprzedniej szkole 
musiała ukrywać swoją prawdziwą naturę przed zwykłymi ludźmi. Miało to jednak 
negatywne skutki - była wyśmiewana i wytykana palcami przez swoją odmienność. 
Przy życiu trzymali ją jedynie najbliżsi, a zwłaszcza jej przyjaciółka, mająca
podobne zdolności. Niestety w późniejszym czasie musiały się rozstać. 
Dziewczyna bardzo to przeżywała. Nie sądziła, że zerwanie więzi przyjaźni będzie 
ją tyle kosztować. Zmieniła się na gorsze. Nie była już zwykłą, szarą myszką, lecz 
wredną i złośliwą istotą. Mimo to, wyrobiła sobie szacunek u ludzi, jednak wciąż 
nie potrafiła się pogodzić z utratą drugiej części siebie. Zapisując się do Akademii, 
pragnęła oderwać się od przeszłości i spróbować wszystkiego od nowa. 
Nie wiedziała jednak, że najważniejsza dla niej osoba na świecie również dołączyła 
do Beauxbatons.





Ombrelune: Od Violi Cd. Davida (Do Petty'ego)

Historia Petty'ego była dla mnie czymś innym. Byłam zmieszana, nie umiałam odpowiedzieć nic Davidowi. W pewnym momencie podniósł na mnie swój wzrok, jednak nie umiał odgadnąć emocji targających moim sercem i moimi myślami. Czułam się dosłownie, jak zmieszana z błotem. Bo jak może się czuć osoba, która zyskała sympatię przeciwnej płci tylko dlatego, że przypominała mu jego byłą dziewczynę? Jak śmieć, jak powietrze.
- Czyli zainteresował się mną tylko dlatego, że przypominałam mu rudą przyjaciółkę, nie... dziewczynę, z wyglądu? - zapytałam, gdy ułożyłam sobie to wszystko w glowie.
- Na to wygląda...
- A ja mam jutro poznać jego znajomych... no. Jednego już poznałam. - usmiechnęłam się szczerze do Dave'a. Z początku nie wiedział czy ponowić mój ruch, jednak ostatecznie na jego twarzy zagościł tak samo szczery i szczęśliwy uśmiech.
- Poczekaj, aż poznasz Adama i Ell! Ci to dopiero mają nierówno pod sufitem! - parsknął śmiechem. - Przedstawię ci jeszcze Clary, Les, Percy'ego, Avalon, Daniela... na pewno nie będziesz się nudzić!
Jego pozytywne nastawienie przelało się też na mnie - po chwili śmiałam się razem z nim z jakiegoś nieudanego żartu o różdżkach i szalonym, mugolskim fryzjerze.

Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale gdy na zegarze wybiła północ postanowiliśmy pójść spać. Pożegnaliśmy się i po chwili byłam w moim dormitorium, gdzie zastałam moją współlokatorkę, smacznie śpiącą na kanapie.
- Levicorpus... - szepnęłam i przeniosłam ją na jej łóżko. Przykryłam ją tylko kocem, gdyż noc była bardzo ciepła. Do tego paliło się w kominku. Zamknęłam książkę do transmutacji, którą najwyraźniej czytała i sama otworzyłam własną, o tytule "Atlas Chmur". Była to książka mugolskiego autora, jednak zaczęłam ją czytać jeszcze w wakacje i bardzo mi się spodobała.
Po przeczytaniu pierwszych pięciu zdań wiedziałam, że nie mam ochoty na czytanie. Rysowanie... to było coś, co mogłam robić zawsze i wszędzie. Podeszłam do mojego łóżka, na ktorym była moja torba. Szukałam w niej szkicownika, jednak zeszytu tam nie było. Sprawdziłam dosłownie wszędzie. Już miałam użyć zaklęcia, gdy przypomniałam sobie która jest godzina. Kilka minut po pierwszej. Szelest kartek mógłby obudzić Avalon. Dałam sobie spokój z rysowaniem i skierowałam się na korytarz.
Pokój Wspólny był dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mogłam więc siedzieć w nim ile tylko chciałam. Usiadłam w fotelu i patrzyłam w ogień - uspokajał mnie widok płomieni tańczących w kominku. Zanim się obejrzałam, wybiła czwarta. Dzień zaczynał się za dwie godziny - tak wstawały wszystkie Luniaki.

Z mojego dormitorium wzięłam ubranie na nadchodzący dzień i skierowałam się do łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Włosy spięłam w koka, a usta pomalowałam na jasny czerwony. Na sobie miałam jeansy, bluzkę z ogromną ilością napisów i białą marynarkę. Na łóżku czekała już na mnie przygotowana czarna szata z godłem Ombrelune. Pośpiesznie ją ubrałam, żeby zdążyć na poranne otwarcie biblioteki.Miałam do przejścia prawie cały zamek, co wiązało się z dużą ilością krętych korytarzy i kilka pięter ruchomych schodów. Wyszłam z dormitorium, a po chwili znalazłam się obok zbroi rycerza. Przywitałam się z rycerzem Hierordem, jak to miałam w zwyczaju i zaczęłam iść w stronę biblioteki.

Kilka minut po szóstej byłam już w świecie książek - moim świecie. W tym roku miałam zamiar zakończyć rok co najmniej z połową Wybitnych, a resztą Powyżej Oczekiwań. Żeby to osiągnąć, musiałam wziąć się do pracy od początku roku szkolnego, a nie czekać do ostatniej chwili.
Weszłam między dwa regały opisane "Mugolska literatura", a w oczy od razu rzuciła mi się książka o tytule "Rywalki". Nie spotkałam się jeszcze z książką o takiej tematyce, więc ułożyłam ją na stosie innych książek, które miałam zamiar przeczytać. Miałam za bardzo ambitne plany, jeśli chodzi o siłę moich ramion. Na szczęście, na pomoc przyszła mi bibliotekarka - pani Harrado, która wzięła ode mnie część książek.
Przy jej biurku, gdy notowała które książki pożyczam, rzuciłam na nie wszystkie zaklęcie 'Reducio'. Wszystkie zmniejszyły się do rozniaru pudełka zapałek. Spakowałam je do kieszeni i wyszłam z biblioteki.

Byłam chwilę spóźniona na śniadanie, ale tylko kilkanaście minut. Usiadłam na swoim miejscu i wzięłam się za jedzenie rogalika z dżemem. Nalałam kawy do filiżanki i szybko skończyłam posiłek.
Wstałam od stołu, jednak gdy wychodziłam z Wielkiej Sali, wpadłam na kogoś, kim okazał się Petty.

~~~
Pett? Dłuuuuuugie :) Poranne natchnienie  xd

Ombrelune: Od Violi Cd. Petty

- Ach... nic takiego. - zarumieniłam się przez jego pytanie. Na ogół nie dzieliłam się chętnie swoimi rysunkami, a teraz nie zamierzałam robić wyjątku. Zamknęłam szkicownik zbyt gwałtownie, żeby nie wzbudziło to podejrzeń chłopaka.
- Nie bądź taka... pokaż! - starał się wyrwać z moich rąk, jednak bezskutecznie. Zrobił obrażoną minę i odwrócił się w przeciwną stronę.
Chcąc zapomnieć o jego obecności, wstałam z ławki i odeszłam trochę w prawo. Zrobiło mi się żal Petty'ego, więc odwróciłam się w jego stronę.
- Petty, idziesz? - zapytałam półgłosem. Nie widząc żadnej reakcji, szłam dalej, rozmyślając. Po chwili usłyszałam swoje imię i zatrzymałam się. Chłopak biegł w moją stronę.
- Viola, mam dla ciebie propozycję... - uśmiechnął się szarmancko. - Czy jeśli przedstawię ci moich przyjaciół, to ty pokażesz mi swoje rysunki?
Przeanalizowałam szybko sytuację, w której się znalazłam: mam pokazać moje prywatne rzeczy Petty'emu? Wprawdzie widział ich już kilka... ba! Widział ich większą większość, a ja nie grzeszyłam ilością przyjaciół...
- Zgoda. - powiedziałam i uścisnęliśmy sobie dłonie.
- No to pokaż, co tam masz!
Podałam mu szkicownik i razem zaczęliśmy oglądać moje prace. Nie obyło się bez komentarzy pozytywnych, jak i lekko negatywnych, na przykład na temat moich niedokończonych rysunków, bądź rysunków nie w stylu Petty'ego. Powiedział nawet "ładna" na portret Jennifer Lawrence, na co się zaśmiałam. Doszliśmy do końca zeszytu i jednocześnie do końca naszego spotkania.
- Widzimy się we wtorek w Pokoju Wspólnym o siedemnastej! - powiedział na odchodne.
Pożegnałam się z chłopakiem i udałam się w stronę zamku, a Pett poszedł w przeciwną stronę.

KONIEC

~~~
Krótkie :c Dłużej tego nie pociągnę...

środa, 15 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd David'a

Przełknąłem ślinę, patrząc na jego twarz z bliska z pewną dozą nieufności. Palcami mocno ściskał moje ramię, więc ucieczka raczej nie wchodziła w grę. Byłem bardzo strachliwy, a w naturze wilki i psy są moimi naturalnymi wrogami. Otworzyłem usta, po czym znów je zamknąłem i otworzyłem.
- Jeśli.. puścisz. - mruknąłem spuszczając wzrok. Oczami wyobraźni widziałem jak uśmiecha się, zmienia w swoją animagiczną postać i chodzi za mną wiecznie napawając strachem. Mimo to zrobił inaczej. Zabrał rękę, oparł się o oparcie krzesła i kiwnął.
- I bardzo dobrze. - rzucił.
- Duży, miły piesek? - zapytałem z nadzieją wpatrując się w jego twarz i luźną postawę. Sam zaciskałem ręce na wszelki wypadek, gdyby chciał coś odwinąć.
- Noo.. jak mnie zdenerwujesz.. - znowu poczułem falę zimna, którą zauważając pomachał ręką uspokajająco. - Nic złego.
- Skoro tak. - westchnąłem. Wziąłem znów książkę, wsadzając w nią nos i zaczytując się. Nie zbliżę się do niego bliżej, niż na dwa metry. To moje postanowienie. Jeśli zachce mu się rozmawiać, okej, ale z dala od mojego młodego, nieukształtowanego ciała, ono nie jest gotowe na śmierć.
Byłem pewien, że sam fakt iż przestałem trząść się ze strachu przed nim mu wystarczy, ale widocznie woli coś więcej, bo przysunął się i zajrzał mi przez ramię jeżdżąc wzrokiem po tekście. Było to opowiadanie w którym przytoczono dużo cytatów, dla tego żeby go przeczytać ze zrozumieniem trzeba się skupić, a ja nie koniecznie potrafię z drapieżnikiem nad głową.
- Czy mógłbyś.. - przeciągnąłem znacząco patrząc w prawo, gdzie umiejscowił swoją twarz. Mruknął jasne i znowu wrócił na miejsce.
- Czyli nie będziesz przede mną uciekał.. - wyszczerzył się zwycięsko.
- Tak, tak. Skoro i tak zawracasz mi głowę, powiedz, ile kotów zjadłeś? - to pytanie było konieczne, bardzo. Musiałem wiedzieć, ile procent mówiło; w tym roku nie pożyjesz dłużej niż następny tydzień.
- Nie jem kotów, Amir, nie jestem zwierzęciem. - na tą odpowiedź podniosłem brew.
- Dobra, wierzę ci. Ale ostrzegam, każdy kto się ze mną zadaje ten choć raz ma w buzi kupę sierści, albo budzi się z moim miękkim brzuszkiem na nosie.

< Jakie przestrogi :O >