Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opo. Udobruchać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opo. Udobruchać. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Davida cd. Leslie XD

- Przecież, nie ma nic złego w spotykaniu się z kumplami.. - Powiedział diabeł drapiąc się
po głowie jakby główkował nad ciężkim zadaniem, na co Les prychnęła niczym wściekła kotka.
- To samo jej mówię! - Zawołałem i zwróciłem się do Les - TO, że nie lubisz Sola to nie znaczy,
że od razu możesz mi robić jakieś wonty, że za dużo czasu z nim spędzam! - Zakończyłem
przez co ona znów ciskała we mnie, błyskawicami.
- Nie robię tego, bo go nie lubię...! - Zaczęła się wściekać...
- Oczywiście a ja jestem zakonnicą! - Znów mi ciśnienie, zaczęło podnosić się...
- Kim...? - Spytał Diabeł...
- A tobie pozwolił ktoś się WTRĄCAĆ!! - Wrzasnęła na niego zła.
- Nie krzycz na niego! Nic ci, kurwa nie zrobił! - Zacząłem go bronić.
- A TY mi nie mów, co ja mam robić! Wiem lepiej!
- Będę! W końcu ktoś musi ci pomóc w rozumowaniu, bo TWÓJ MÓZG chyba ma zwarcie!!
- ZWARCIE to TY będziesz miał jeśli..
- Jeśli co? - Przedrzeźniałem ją. - Może jeszcze dasz mi szlaban i zamkniesz mnie na siedem
spustów, BO CI KURWA NIE PASUJE Z KIM SIĘ ZADAJE!??? - Piekliłem się - Albo
pilnowała bym o 22 był już w łóżeczku i wydzielała czas na spotykanie się z przyjaciółmi!?!?!!
- A TY MYŚLISZ, ŻE CO ?! Jutro przyjdziesz z bukietem jakiś chwastów i urządzisz
pseudo-romantyczną randkę na wierzy i już mnie udobruchasz  i znów zaczniesz mnie Olewać?!!?!
- Eee.. Les... Smoku, może zamiast wrzeszczeć na całą szkolę lepiej spokoj.. -Zaczął Diabeł
nas uspokajać...
- ZAMKNIJ SIĘ!! - ... za co, na niego wrzasnęliśmy oboje.
- Oh, przepraszam! - Zawołał chyba, zirytowany i zły, Diabeł - To JA przychodzę sobie
TU, do również MOJEGO, dormitorium by odpocząć po rundce Quidditch'a, zgodziłem
się was wysłuchać, może coś pomóc, A NIE SŁUCHAĆ JAK NA SIEBIE I NA MNIE
WRZESZCZYCIE! - Krzyknął i podbuzowany wyszedł, trzaskając drzwiami.
- Kehem.. - Odkaszlałem.. -Hym... Tooooouuułłłł... co? - Spojrzałem na także, zdziwioną
i ogłupiałą, co ja, przez wywód diabła...
- Obiad! - Zawołała.
- Za! - I wyszliśmy razem, lekko spięci z dormitorium kierując się do WS.
,,Coś mi się zdaje, że to jeszcze nie koniec rozmowy...'' - Pomyślałem jeszcze.

<Leslie?> XD

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Leslie cd. Davida

Spojrzałam na tego czubka, który ubrał się w koszulę jak na imieniny ciotki Hermenegildy i stał na środku sali wejściowej z bukietem jak jakiś łom, i parsknęłam śmiechem. Co prawda zgodnie z jego życzeniem i ja ubrałam się ładnie, kolejny raz korzystając z dobrodziejstw szafy Clarisse, jednak nie sądziłam, że jego wejście będzie aż tak pompatyczne i do obrzygania oficjalne. Wzięłam od niego fioletowe kwiaty i wycharczałam jakieś "Dźkuję".
- Chodźmy. - David podsunął mi swoje ramię, sugerując, bym go złapała.
- Nie przesadzasz? - uniosłam brew, w tej sekundzie przypominając sobie, że powinnam być na niego śmiertelnie obrażona za traktowanie mnie jak piąte koło u wozu.
- Oczywiście, że nie! Ten wieczór jest tylko dla ciebie, kochanie.
Poruszył brwiami w górę i w dół, a ja wyobraziłam sobie miny stojących wokół mnie przyjaciółeczek, które nie wiedzieć czemu nie ruszyły swoich ciężkich zadków do lochów, tylko stały i przysłuchiwały się rozmowie. Uśmiechnęłam się pod nosem zuchwale.
- Nie pójdzie ci ze mną tak łatwo - powiedziałam i ruszyłam przed siebie, zupełnie nie zwracając na niego uwagi.
- Ej, laleczko! - zawołał za mną. - Wiesz aby, gdzie masz iść?
- Oczywiście - prychnęłam. Zaraz jednak odwróciłam się do niego. - ...to gdzie?
- Wieża - uśmiechnął się szeroko, wskazując palcem na sufit.
Po kilkunastu minutach wspinaczki znaleźliśmy się na najwyższych kondygnacjach akademii. Z dumnym uśmiechem David zaprezentował mi udekorowaną salę. Stolik, dwa krzesełka, świece... W powietrzu unosiły się zaczarowane skrzypce wygrywające smętną melodię, która zapewne miała rozkochać mnie w nim i jego randkach za dychę do szaleństwa.
- To tyle? - spytałam z pretensją. - A gdzie szampan, fajerwerki, szwedzki stół i fontanna z czekoladą?
- Mamy winko - odparł z uśmiechem, prowadząc mnie do stolika. Po dżentelmeńsku odsunął krzesło.
- Co dobrego jemy? - dopytywałam się, odkładając bukiet do przygotowanego wcześniej wazonu.
- Aaa... Same smakołyki. - Po jego twarzy błąkał się tajemniczy uśmieszek. - Co powiesz na spaghetti bolognese?
- Ewentualnie zjem - prychnęłam, czułam jednak, że długo nie wytrzymam udając nadąsaną. Chłopak się postarał, a dla kogoś, kto zwykle wysługuje się służbą, musiało być to niemałe wyzwanie.
W ciszy nawijaliśmy nitki na widelce. To znaczy - nie całkowitej ciszy. Akompaniowało nam rzępolenie skrzypiec. Z rozmachem wciągnęłam kluskę i rzuciłam widelec na stół.
- To ma być romantyczne, tak?! - spytałam zniecierpliwiona.
- Nie podoba ci się? - W jego spojrzeniu dostrzegłam cień rozczarowania, maskowany przez zwykłą, codzienną obojętność.
- Irytuje mnie - odparłam szczerze. - Ale... To naprawdę... miłe z twojej strony.
Spuściłam głowę i z najwyższym zainteresowaniem zajęłam się swoim talerzem pełnym makaronu. Usłyszałam, jak odsuwa krzesło. Instrument zamilkł, a ja poczułam jego zapach tuż przy mojej szyi. Ten zapach, który od prawie roku doprowadza me zmysły do szaleństwa. Chłopak objął mnie od tyłu i pocałował w szyję.
- To wszystko dla ciebie, kochanie. Moja gwiazdeczko.
Odkorkował butelkę wina z uśmiechem ukazującym dumę ze zdobycia alkoholu. Mój chłopak jest młodocianym alkoholikiem, tak samo jak mój wątpliwie obdarzony miłością moją oraz rodzicielską brat, a jego kumpel. Świetnie.
Napełnił do połowy dwa kieliszki do wina i nie owijając w bawełnę wypił swój jednym łykiem. Spojrzałam na niego krytycznie. Nalał sobie znowu i czynność powtórzył. No proszę. Widzę, że po dżentelmeńsku. Wzięłam w dłoń szkło i upiłam łyczek. Ohyda. W sumie pierwszy raz sięgnęłam po alkohol. I już wiem, że go nie lubię.
- Nie pijesz? - zapytał, napełniając sobie trzeci raz. Chyba w jego orzeszkowym móżdżku zaczynało świtać, że niezbyt grzecznie jest podle alkoholizować się w obecności damy. Odchrząknął, bawiąc się czerwoną substancją.
- Nie krępuj się - westchnęłam. - Nie lubię.
- Ale to wszystko dla ciebie!
Dla ciebie, dla ciebie... Rzygałam tym tekstem tego wieczoru. Czułam, jakby to wszystko było dla szpanu. A pfe! Leslie Brooks nie daje się wziąć na byle bajer.
Zobaczyłam kieliszek tuż pod moim nosem.
- Pij - nakazał, podsuwając go jeszcze bliżej.
- Nie chcę...
- Pij!
- Nie rozkazuj mi - warknęłam. Odepchnęłam jego rękę zdecydowanym gestem. Zawartość szkła polała się prosto na jego koszulę. - Sorry - burknęłam. Miałam gdzieś, czy zepsuję mu wieczór. Irytował mnie. Irytowało mnie to jego uszczęśliwianie mnie na siłę. Miało być miło. Trudno.
- Wybacz, moja jedyna. - David odstawił kieliszek i przede mną klęknął. Nie mogłam powstrzymać grymasu, który wykwitł mi na twarzy. - Uwielbiam cię. Nie złość się, bo więcej tego nie zniosę.
Wstał, pociągnął mnie za rękę do pozycji stojącej i schylił się ku moim ustom. Długi, cukierkowy pocałunek sprawił, że zmiękły mi kolana. Czasami nie mogę się mu oprzeć, chociaż jest draniem i najlepszym kumplem mojego brata, co mówi samo za siebie.
- To co, deserek? - zaproponował, ukazując białe ząbki w perlistym uśmiechu.
- A co masz?
- Tort czekoladowy i creme brulée.
- To deserek - przytaknęłam i ponownie usiadłam na swoim miejscu. Szmaciarz. Miał jednak sposoby, żeby mnie udobruchać.

- Kurwa mać!
- Dziękuję - burknęłam.
- Jesteś popierdolona i tyle. No pojebana. Masz mózg w ogóle? Używasz takiego organu?
- Co się dzieje? - Do dormitorium chłopaków wszedł nie kto inny tylko mój kochany braciszek.
- Nie twój interes - warknęłam i cisnęłam w niego pierwszym, co miałam pod ręką - jego własną poduszką. Odbiła mu się od twarzy - obrońca od siedmiu boleści - i upadła na podłogę z cichym pacnięciem.
- A właśnie, że jego! Może przyzna mi rację! - pieklił się David.
- Jeżeli już chcesz mediatora, to proponuję bezstronnego. I takiego z rozumem.
- O, jednak co w rodzinie to nie zgninie - syknął.
- Można wiedzieć, o co wam poszło?
- NIE! - wrzasnęłam.
- Owszem, można - David rzucił mi spojrzenie spode łba. - Twoja siostrunia twierdzi, że mam ją gdzieś i ją paskudnie zlewam. Robi paskudny problem z tego, że czasem chcę spędzić czas z kumplami.
Prychnęłam i przysiadłam na łóżku Adama z rękami skrzyżowanymi na piersi. Byłam zła jak diabeł. Nie smutna, nie. Nie Brooksówna, proszę państwa. Ale świadomość, że po durnej kolacji, która miała wszystko zmienić, i miesiącu drobnych sprzeczek przyszedł kolejny wielki konflikt, nie dawała zbyt dobrych rokowań co do przyszłości tego związku.

Dejw?
Skończyłam! xD

wtorek, 17 marca 2015

Ombrelune: Od David'a Cd. Aidena [Do Leslie]

Było za kwadrans ósma, wieczorem gdy ubrany w nienaganny strój z kwiatami w ręku,
czekałem na koniec śniadania. Les była w środku chodź ostrzegłem ją by nic nie jadła..
A jak już to by się nie przejadła i zostawiła trochę miejsca na 'niespodziankę'.
Po całym zamieszaniu z uszami i instrumentami Ai pomógł udekorować... Pomagałem!
Przysięgam!
W końcu ktoś musiał przynieść z miasteczka [po kryjomu oczywiście], wino i kupić
kwiaty które teraz trzymałem a także te do wazonu... I dekoracje kupić! A później
podawać je, zakładającemu je Solowi... Nooo i jeszcze zaczarowałem skrzypce,
na które po godzinie przemyśleń się zdecydowałem, by same grały muzykę.
I to był chyba wszystko w moim zakresie pracy... Samo dekorowanie, krycie
stolika, menu kolacji czy też jaka muzyka mają grać to była robota Aia..
Będę musiał mu się normalnie jakoś odwdzięczyć.. Bo mimo wszystko, miał więcej
roboty niż ja, a nie musiał mi pomagać..
Ale mniejsza o to. Teraz to czekałem aż Les w końcu wyjdzie z WS!

~~

Po tym kwadransie ludziska zaczęli powoli wychodzić z WS, oczywiście głupio
się na mnie patrząc. No cóż stoję sobie dość elegancko; W czarnej koszuli,
którą zdecydowałem się odpiąć na 2 guziki od góry, ciemnych jeansach, trzymając
w ręku bukiet.
Widziałem jak nasza paczka wyszła, i była lekko mówiąc zdziwiona, bo cóż
nie pojawiłem się na kolacji a stoję tu czekając na kogoś. Byli pewnie ciekaw..
Kiwnąłem do nich i zaraz pomachałem też Aiowi który wyszedł przez ogromne
drzwi. Cóż ominął prze zemnie pół kolacji... I wreszcie! Les! Rozmawiała z koleżankami,
które pewnie ciekawe były po co się stroiła na kolacje [to też jej powiedziałem..].
Wglądała... Wybornie. Z uśmieszkiem przyklejonym na ustach podszedłem do Les,
i złapałem ją za rękę. Wtedy ta się odwróciła w moją stronę a ja podniosłem i ucałowałem
jej dłoń i następnie wyciągnąłem przed siebie bukiet.
- Pozwolisz, że Cię porwę, ma piękna? - Uśmiechając się do Les, czarująco, zaś do
jej 'pisapsiułek' kiwnąłem tylko głową na powitanie, lekko się uśmiechając, zaraz
zaś znów spojrzałem na Les.

<Tera ty Diable! Pisz za Les :p>

sobota, 14 marca 2015

Papillonlisse: Od Aidena -c.d. Davida

-To było pytanie czy stwierdzenie? Z resztą, czemu miałbym nie siedzieć z tobą? Po za tym, jako że wcześnie to coś obmyślę. Na przykład dekoracje! Dekoracje rzecz święta. Może jakieś serpentyny? Albo łańcuszki? Chodź… Ona to typ, ślizgona? To może takie wycinanki w kształcie czaszek? –i już się rozgadałem, a chłopak tylko się zaśmiał dodając, że za takie dekoracje zapewne by go udusiła żywcem i poszedł. Od tak po prostu a ja wróciłem do pokoju i zacząłem rozpisywać plan. Lubiłem planować, więc nie zajęło mi to długo.
***
-A muzyka? –spytałem, kiedy na przerwie zmierzaliśmy do Sali od transmutacji. –Muzyka jest kluczowa jednakże muzyka trzeba zamawiać z wyprzedzeniem a my czasu nie mamy. Tak, więc… Trąbka, fortepian, gitara czy wiolonczela? Bo na perkusji raczej romantycznej atmosfery nie zrobię. Na wiolonczeli było by ładnie chodź w filmach zawsze są skrzypce… Zawsze uważałem, że wiolonczela ma bardziej jak dla mnie kojący dźwięk niby niski, a jednak kojący. Na trąbce zawsze mogę udawać tych orleańskich jazzmanów na przykład Louisa Armstronga. Na fortepianie zagram ci wszystko nawet marsz żałobny na twoim pogrzebie, jeśli wszystko diabli wezmą, a gitara to gitara i zagram ci każdą melodie. Więc muzyka możemy odhaczyć. Pozostało nam jeszcze… Ach no tak wszystko oprócz muzyka. Czas ciągle leci a przed nami Trasmutacja może pokażą nam jak coś zamienić w jedzenie? Przynajmniej nie będziemy musieli się targować ze skrzatami…
- Powątpiewam. Zapewne będziemy zamieniać zapałkę w więcej zapałek albo krzesło w zapałki albo stół w trumnę. Przynajmniej to by mi się przydało –uśmiechnął się. –A coś jeszcze jest na tej twojej liście? Takie coś na czarną godzinę.
- Obliviate? –powiedziałem niepewnie. Te zaklęcie nigdy nie działo tak jak powinno i obawiam się, że byśmy jej całą pamięć wyczyścili, a to nie byłoby dobre. –Albo… Dobra to jedyne, co mam w zanadrzu chyba, że masz Felix Felicis i je całe wypijesz przed tą kolacją a wtedy, jeśli wierząc w to, co czytałem to wszystko powinno pójść jak po maśle.
Weszliśmy do klasy akurat wtedy, kiedy zabrzmiał dzwonek. Usiadłem koło blondyna a przed nami siedziała naprawdę ładna, krukonka… Chodź u nich to się inaczej nazywa. Chyba nigdy nie ogarnę ich nazw podobnie jak do perfekcji ich akcentu.
- Dziś chodź może to zabrzmi zabawnie to będziemy przy pomocy zaklęć dorabiać waszej zastawie stołowej uszy, ogony i tym podobne. –uśmiechnął się do klasy. Po czym wypowiedział formułkę a jego talerz uzyskał nowy look. Otóż stał się w panterkę! Spojrzał na nas a ponad połowa klasy miała opadnięte szczeny. To nie mogło być trudne. –Najważniejsze jest to by sobie wyobrazić, co chcemy dodać naszej zastawie. Na przykład psi pysk czy też skorupę żółwia. Może urządzimy konkursik. Kto wyczaruje najdziwniejszą mieszankę zwierząt na zastawie wygrywa dodatkowe punkty! Tylko proszę się skupić!
- Oczywiście- odrzekła klasa chórkiem i zaczęła wyczarowywać swoim łyżkom, talerzom, miskom i tak dalej pyski, oczy, ogony, uszy i tym podobne. Sam spróbowałem jednakże dziewczyna z naprzeciwka totalnie mnie rozpraszała i to ona doprowadziła do katastrowy. Jej piękne kobaltowe oczy spojrzały na mnie tak uroczo, że moją zastawą okazał się być David.
-Aiden, co ty do cholery mi zrobiłeś?! –spojrzałem na niego i dopiero po chwili zobaczyłem jego piękne kocie uszy. Nauczyciel spojrzał na nas właśnie w tej chwili, kiedy chciałem to wszystko odkręcić, ale blondyn dostał od mnie dodatkowo końską grzywę ale przynajmniej koloru jego wcześniejszych włosów. –Po lekcji przysięgam ci, że sięgnę do ksiąg w bibliotece i przeczytam „Jak torturować ludzi”! A ty będziesz mim królikiem doświadczalnym.
- Panie Martines. –nauczyciel jakby się zmaterializował koło nas chodź zapewne tylko mi się wydawało. –Rozumiem, iż jest pan oburzony, ale odbywa się lekcja i inni chcą się uczyć! A ty Solance zaprowadź Martines’a do pielęgniarki. Z tego, co wiem powinna ci pomóc, ale wszystko to powinno zejść jutro. 
Teraz to na pewno mnie udusi. Bo pewnie uszy by i ukrył, ale czuprynę? Może jego dziewczyna stwierdzi, że to nowa moda? Z resztą na szczęście to była przed ostania lekcja. Wyszedłem z nim z klasy i całą drogę do pielęgniarki patrzył na mnie z wyrzutem. Przecież jego fryz zawsze można podciąć i od razu zakryć uszy. Nie widzę nic w tym trudnego, ale on najwyraźniej tak.
- Mogłeś się nie lampić tymi maślanymi oczkami na dziewczyny! Patrz, co mi zrobiłeś! I może bym miał to wysoko w poważaniu gdyby nie ta durna kolacja! Może masz jakiś plan, co zrobić, jeśli te uszy mi nie zejdą? Hmm? –prychnął urażony. Zawsze miałem plan b, kiedy plan a się zawalił. Nie myślałem długo by dojść do wniosku, że można to wszystko jeszcze uratować.
- Beret! Może takie cofnięcie w czasie do lat 40! Zmieni się ozdoby i w ogóle, a beret przykryje uszka. Chodź, jeśli nie podoba ci się to może po prostu elegancki kapelusz albo zaczesany fryz tak by uszy były niewidoczne. Bo przecież grzywę można podciąć. Chodź jestem za latam, 40 bo przynajmniej wtedy bym wiedział, co grać. Jazz zawsze spoko. Chodź, jeśli nie lubi.. Z resztą prawie nic nie wiem o tej wybrance twego serca. Bo co jeśli Jazz zacznę grać, a ta podejdzie i magicznym sposobem mi ją wyprostuje to nagle moja trąbeczka stanie się wuwuzelą. –westchnąłem. 
- Ale przynajmniej jedzenie mamy załatwione? –spytał. 
- Tak. I przypomnij mi abym cię jutro strzelił. Wiesz jak trudno było mi z nimi zawiązać kompromis? Po za tym chodź to „dobre” skrzaty. To mają kartkę z zasadami gdzie jest napisane drukowanymi literami „Skopać tych, którzy chcą ukraść babeczki”.  A że ty zapisałeś „taca babeczek” to chciałem wziąć i powiem tylko tyle… Ał. –skrzywiłem się na samo wspomnienie napadu przez małe stworki. Skrzaty przygwoździły mnie do ziemi i prawie wykręciły rękę. –Jednakże umówiłem się z nimi, że będę pomagał w przygotowaniu obiadu… Przez kolejny miesiąc. A żeby mnie dobić stwierdziły, że obsadzą mnie na miejscu skrzata, który obiera cebulę. Jednakże ma się sposoby potwierdzone przez babcie. Więc źle nie jest. Umówiłem się z skrzatami, że przeteleportują jedzenie i je ustawią tak jak im opisałem. Niestety pić gwiazd nie będziecie, ponieważ to twoja działka i nie wiem czy ruszyłeś zadek by pójść po tego szampana. No chyba, że nie chcesz…
Wpadliśmy do skrzydła szpitalnego a pielęgniarka widząc David’a zacmokała z zdegustowaną miną. Pewnie nie raz spotykała się z tym przypadkiem. Zostawiła nas i znikła. Może po trunek dla blondyna by jego klawe uszka wyparowały. Tak jak tak patrzyłam to wyglądał trochę jak kotołak bez ogona, a jego blond włosy opadały mu na twarz jak tej dziewczynce, co wychodziła z telewizora. Dziwiło mnie, że coś przez nie widzi.  SS nie było opuszczone, więc stwierdziłem, że może lepiej nie mówić do niego po imieniu. Nie czekaliśmy długo a pielęgniarka wróciła i dała blondynowi flakonik z cieczą koloru ultramaryny. Chłopak duszkiem wychlał cały flakonik i dopiero po chwili skrzywił się. 
- To.. Ekhem Ekhem… Smakuje jak cynamon tyle, że… Ekhem Ekhem… Z posmakiem fetoru skunksa! –krzyknął i spiorunował mnie wzrokiem. Ale przecież to nie ja kazałem mu pić łapczywie coś, co równie dobrze mogło go zabić, bo nawet nie usłyszał ile tego maił wypić.  Jednakże pomału, ale to naprawdę pomału jego kocie uszka stawały się, co raz to mniejsze a fryz, co raz to krótszy. –I jak? Widać już tą poprawę? Nie będziesz musiał mnie obcinać? Bo obawiam się, że skończyłbym bez włosów.
- O okrutne, że nie wierzysz w moje możliwości fryzjerskie! A ty myślisz, że kto obcinał włosy lalkom tak jak to moje małe kochane chciało? Moje małe kochane to moja siostra. Tak jakby, co.  Ma trzy lata. Tak jakby, co.  Więc chyba rozumiesz albo też nie jak to jest, kiedy takie małe się rozwrzeszczy, bo chce, aby jej lalka miała krótsze włosy albo się uprze, że jej lalka ma rozdwojone końcówki chodź sama pewnie nawet nie wie, co to są rozdwojone końcówki. Więc nie martw nie wyglądałbyś źle, bo tylko 2 razy siostra płakała, kiedy fryzury lalek jej się nie podobały. Pomińmy fakt, że pozostały wtedy bez włosów. –wyszczerzyłem się. –No to tak odwracając kota ogonem. To, jaki wybierasz instrument? Bo nie wiem, jaki gwizdnąć z Sali do muzykologi. Jak stwierdzisz, że fortepian to poproszę moich starych znajomych. Może mi znów nie wykręcą ręki. Byłbym wtedy wdzięczny. Lecz czego się nie robi dla kumpla.
[David?]
P.S. Przepraszam że tak długo

sobota, 7 marca 2015

Ombrelune: Od Davida Cd. Leslie

Boże! Na szczęście już po niedługim czasie byliśmy w szkole.
Z czasem coraz bardziej zarozumiała się stawała..
I na litość boska co ona tam trzyma?! Te toboły ciężkie jak cholera!
Na moje nieszczęście powóz mieliśmy sami dla siebie..
Oczywiście później złapałem ją za rękę - nie zważając na jej protesty bo w końcu
dalej jest 'fochnięta' i podążyłem z nią do szkoły a później do WS, gdzie jak
na dżentelmena od siedmiu boleści przystało, grzecznie odsunąłem jej krzesło
i zaraz usiadłem obok.
Ajajaj! Cholerny El Diablo Bóg od siedmiu boleści pseudo seksu i śmiechu wartej rospusty
miał cholerną racje!
A ta 'cholerna racja' Diabełka brzmiała, że mnie ostrzegał, że wchodząc w związek
z jego siostrą w gówno się wpakuje!
Ale oczywiście racji mu na głos nie przyznam... Po za tym ten związek miał na celu
go wkurwianie [co oczywiście 100% działa] taka moja mini zemsta... Eh.
Przynajmniej jeden plus, że w tym roku mam SUM'y to będę mógł się wywijać
nauką i sobie spędzę czas z Ai'm. Wydaje mi się, że Les go nie lubi...
Cóż tym lepiej dla mnie. Ja będę z nim się spotykał a ona nie będzie chciała wtedy
z nami przebywać... Fajna wymówka.
"- Gdzie idziesz?
- Do Aidena chcesz iść ze mną?
- Nie... "
Taaaa to by było spoko wystarczyło by, że bym mówił, że idę do niego i będę mieć
spokój. Oby tylko go jeszcze bardziej znielubiła, tym lepiej dla mnie.
- David!
- Yyy... Co? - Zapytałem otrząsając się z moich wspaniałych myśli na temat.
"Jak najłatwiej pozbyć się, nie potrzebnego balastu z głowy - Czyt. DZIEWCZYNY!"
- Mówię do ciebie od 5 minut a ty nawet nie reagujesz! - O boż znów pretensje.
- Olewasz mnie!
- Wcale nie, nie olewam... Tylko się zamyśliłem.. O co chodzi?
- Właśnie o to! Czemu siedzisz i nawet nie klaszczesz gdy ktoś do nas dochodzi
mógłbyś chociaż oglądać ceremonie...
- Wybacz po prostu rozmyślam o... - No dalej myśl! Coś by ją udobruchać! - Niespodziance!
- Niespodziance? - Uniosła brew.
- Tak. - Odpowiedziałem pewnie i włożyłem na usta zadowolony uśmieszek by pokazać,
że nie kłamię na poczekaniu... Co właściwie robię - Mam dla ciebie niespodziankę..
tak by uczcić nowy rok szkolny.. Jutro przyjdź na wierzę tą nie używaną wschodnią, dobrze?
- Oki! Yyy... znacz... Dobrze mogę przyjść skoro ci tak zależ... - 'Wcale mi nie zależy!
nawet JA nie wiem co to ma być za niespodzianka, więc nie musisz się fatygować,,,
Boż! Muszę poprosić Ai'a o pomoc może będzie miał jakiś pomysł..'w tym czasie ona
niby nie wzruszona tą zapowiedzią o 'niespodziance' odwróciła się i zaczęła jeść to co
pojawiło się na stołach, co oznacza, że ceremonia dobiegła końca.

~*~

Było po 21, i o wiele bliżej 22, gdy próbowałem się dostać do PW Papilonów.
O to, że dostanę szlaban za włóczenie się po nocach, w końcu jestem prefektem...
Lecz nie Naczelnym przez co nie mam dostępu do haseł innych domu. Szkoda.
Na szczęście po 10 minutach, udało mi się zgarnąć jakąś z trzeciego, bodajże, roku,
która wracała do PW, żeby zdążyć przed ciszą nocną i udało mi się ją uprosić [co
oczywiście trudne nie było.. Ma się ten UROK Osobisty.], by zawołała Papilona
z czwartego roku - Aidena Solance.
Po chwili wyłonił się Ai jak zwykle - ze swoim uśmieszkiem na pół twarzy.
- Cześć!
- Ta, ta, Cześć.. Mam sprawę. - Powiedziałem byłem zdesperowany. xP
- Oh. To mów w czym rzecz? - Uśmiechnął się łagodnie a ja mu odpowiedziałem
tym samym.
- Chodzi o Leslie... Wiesz moją dziewczynę.. Noo i powiedzmy, że wpakowałem
się w niezłe bagno... - Powiedziałem krzywiąc się, zaś on zachichotał.
- I co w związku z tym?
- TO, że ONA myśli, że JA mam dla niej NIESPODZIANKĘ, którą zaprezentuję jej
 J-U-T-R-O o 20 w jednej z wschodnich wierzy.. Yyy.. wiesz tej nieużywanej...
A prawda jest taka, że ja GÓWNO a nie Niespodziankę mam! Jak ona się dowie, że
ją w konia robię to będzie gorzej niż zwykle! - Zrobiłem minę zbitego psa wlepiając
oczy w niego. Ten zaś wyglądał na rozbawionego.
- To po coś ją w konia robił?
- By się usprawiedliwić?
- Odpowiadasz czy pytasz?
- To zzaależy o co konkretnie pytasz?
- Chcesz, żebym ci pomógł, prawda? - Zapytał na co ja żywo pokiwałem głową.
- Ok to może... Hym... - Zaczął się zastanawiać. - Mam!
- Tak?? Co??
- Kolacja!
- YYyyy.. Co? - Zgłupiałem - Jesteś głodny?
- Nie, głupi! Przygotuj dla niej kolacje tam! Wiesz, romantyzmu trochę! Kobiety
to kochają! - Uśmiechnął się, z mimiką znawcy. - Wiesz świece, zapachowe, by oświetlić,
stolik, biały obrus, świecznik i wazonik z kwiatami, jakieś, żarcie, może by trochę wina
czy szampana... I oczywiście idź do po nią elegancko ubrany by dziewczyny inne padły
i nie każ jej iść tam, co to, to nie! sam po nią idź z kwiatami przed kolacją najlepiej.
I najlepiej przy jej psiapsiułach by poczuła się wyjątkowo, i dumnie, wiesz żeby
tamte zazdrosne były, i tak z kwiatami do niej i bądź miły i czarujący no i przytakuj jej itp.!
 Postanowiłem mu przerwać bo znów się rozgadał a już się nauczyłem, że jak zacznie
to nie ma przebacz!
- Ok, ok,! Wiem jak oczarować dziewczynę, Tego mnie nie musisz uczyć - Mruknąłem
bo w końcu jak ktoś mógł Pomyśleć! Że nie umiem oczarować, poderwać itp. dziewczyny!
Ale to jest Ai, a Ai to Ai a z nim wszystko jest możliwe... - Aaa pomożesz mi to przygotować?
- Poprosiłem ładnie - I siedzisz jutro ze mną na lekcjach? - Uśmiechnąłem się.

< Aiden? :D Ty dokończ do momentu jakiegoś gdy kończą przygotowywać tą kolacje
[w tym możesz jak lekcje im przeminęły wiesz jakieś odpały :P] a później ja coś tam dalej
napiszę i dam do Les by opisała kolacje :D>

niedziela, 22 lutego 2015

Ombrelune: Od Les cd Dave'a

Podciągnęłam kolana pod brodę i zaczęłam pałaszować czekoladową żabę ofiarowaną przez Davida. Czułam na sobie wzrok obydwóch chłopaków, jednak starałam się to ignorować. Na Dave'a byłam zła. Nie widziałam go od weekendu nad jeziorem, a i wtedy traktował mnie bardziej jak atrakcyjną koleżankę niż dziewczynę, z którą jest od pół roku. Prawda, była jakaś tam adoracja, wziął mnie na spacer o pierwszej w nocy i obiecał udobruchać moich rodziców (od tamtej pory zresztą ojciec go ubóstwia), ale nie czułam tego ognia, który był na początku. Przysiągł, że odrobimy wszystko jeszcze w pociągu, że ostatnio miał problemy, ale nie chciał mnie martwić i już wszystko ok... a teraz zapomniał. Zapomniał, że mnie kocha? Skoro wolał porozmawiać sobie z kolegą niż poszukać dziewczyny...
- Kochanie... - Usłyszałam jeden z tych jego ponętnych szeptów tuż nad moim uchem. Zwykle działa na mnie ten ton a'la "ruchałabym jak dzika kuna w agreście", jednak Leslie Brooks nie okazuje słabości. Zacisnęłam usta.
- Sranie w banię - mruknęłam i odgryzłam kawałek łakocia.
- Słuchaj, ja naprawdę do ciebie szedłem.
- Nie doszedłeś - zauważyłam kąśliwie, unosząc na niego morderczy wzrok.
- Jeśli tylko masz ochotę, dojdę jeszcze dziś po uczcie. - Blondyn uśmiechnął się sprośnie.
Prychnęłam i odwróciłam głowę do okna.
- No, mała, starczy! - Dźgnął mnie palcem w ramię. - Bo będę płakał!
Nie otrzymawszy żadnej reakcji z mojej strony, zaczął udawać wycie rozwydrzonego kilkulatka w sklepie z zabawkami. Powiem, że był przekonujący. I głośny!
- Milcz! - warknęłam, odwracając się gwałtownie. Nie miał najmniejszego zamiaru. Harmider zwiększał jeszcze psychopatyczny rechot Aidena, który skręcał się ze śmiechu.
- A ty co?! - spojrzałam na niego spod byka. Irytował mnie. Po chuj się wtrącał?
- Ależ nic. Śmieję się z sir Martínesa - powiedział bez krzty ironii. Był miły do osrania. Sprawiał wrażenie, że nie ważne, co ktoś by mu powiedział, nie dotknęłoby go to. To wkurzające.
- Śmiej się ciszej. A najlepiej wyjdź i pozwól mi w spokoju kłócić się z facetem!
- Zostań - David zwrócił się do niego szorstko nim chłopak w ogóle się poruszył. - A ty nie masz prawa wyrzucać moich znajomych.
- Oni nie mają prawa się wtrącać!
- On się nie wtrąca. Tylko się zaśmiał.
- Rechotał jakby był psychiczny jakiś!
- Co nie uprawnia cię do wyrzucenia go!
- Wyjebane! - wrzasnęłam mu prosto w twarz i odwróciłam do szyby. Przez chwilę był spokój.
- Kotku...
- Srotku! - Strząsnęłam jego rękę z mojej talii.
- Nie chciałem. Już dobrze.
- Nie dobrze. Jesteś okropny.
Poczułam, że chłopak mocno obejmuje mnie od tyłu i kładzie mi głowę na ramieniu. Bardzo ładnie pachniał. Wtulił się we mnie czule. Potrząsnęłam głową i uwolniłam się z uścisku.
- Jeśli myślisz, że tak łatwo ci wybaczę to się grubo mylisz.
- Zobaczymy - powiedział, posłusznie się ode mnie odsuwając.
W tym momencie wbił Adam w całej swej nieglorii i niechwale. Po krótkiej dyskusji ze Smokiem ustalili, że idą poszukać Clary.
- Idę z wami - zażądałam. Nadal byłam zła na Davida, a i towarzystwo Adama nie było znowuż moim życiowym pragnieniem, ale Clarisse to jedyna osoba w tym świecie, z którą można po ludzku porozmawiać. Poza tym nie miałam ochoty na siedzenie tutaj sam na sam z tym dziwnym kolesiem. Wyszliśmy z przedziału i, zgarnąwszy po drodze Percy'ego i Elliezabeth, ruszyliśmy do Clarr. Wyszłam stamtąd szybciej niż weszłam, a powodem był nie kto inny tylko mój kochany chłopak.
Idąc wzdłuż pociągu miałam w głowie jego słowa. "Nie odzywaj się, będzie spokój". Do mnie? Do swojej dziewczyny?! Chrzanić go! Chrzanić związki!
Szybko otarłam łzę z kącika oka, zanim zdążyła spłynąć po policzku. Brooksówna płacze? Wstyd. Luniaczka nie okazuje uczuć, rozumiesz? Ty nie masz duszy, rozumiesz? Ukrywaj, nie przeżywaj...
Nie miałam najmniejszego zamiaru wracać do wcześniej zajmowanego przedziału. Ten popaprany koleś wydawał się zbyt dziwny, by z nim tam siedzieć. Wzięłam więc kilka uspokajających oddechów i ruszyłam do przedziału moich przyjaciółeczek.
- Nie jesteś z Davidkiem? - spytała kąśliwie Fanny. Wszystkie zazdrosne były o mój związek z najprzystojniejszym i najpopularniejszym (jeśli nie liczyć tego, że głupota Adama obiegła już cały świat) w całej szkole chłopakiem. Każda jedna do niego wzdychała, a on wybrał mnie. Biedaczki nie mogły się z tym pogodzić.
- Pewnie ją rzucił - dodała Élise. Zaśmiałam się nerwowo, obrzucając całą czwórkę spojrzeniem pełnym pogardy.
- Nie rzucił. I nigdy nie rzuci. Obowiązki PREFEKTA go wezwały. - Położyłam duży, dobitny nacisk na słowo "prefekt". Kłamstwo przyszło mi bez trudu, chociaż skręcało mi flaki na wspomnienie tego, jak mnie potraktował.
- Taa... Pan PREFEKT i jego obowiązki - mruknęła Jules i zachichotała, jednak jedno spojrzenie spod byka zdołało przywołać ją do porządku.
Siedziałam sobie spokojnie w przedziale i czytałam książkę, udając, że ludzie wokół mnie nie istnieją. Niech będzie, co będzie; czas wszystko równo w swym unosi pędzie, jak to ujął Makbet. I dobrze. Święte słowa. Nie przejmowałam się już Davidem, a przynajmniej sprawiałam takie pozory.
Do końca podróży szanowny pan Martínes nie zaszczycił. Trudno. Wyszłam z pociągu z kufrem i klatką z sową oraz koszem z Mortem. Władowałam się do pierwszego z brzegu powozu, wypychając stamtąd dwójkę pierwszorocznych - dalej nie dałabym rady powlec bagaży.
- O, tu jesteś, kotku! - Usłyszałam za sobą głos Davida, kiedy wkładałam do pojazdu ogromną, mosiężną klatkę z puchaczem. Kotku? Ale on jest perfidny!
- Odejdź. Mącisz sobie spokój - powiedziałam, nie odwracając się.
- Daj spokój, przecież ja żartowałem! Wybacz, jeśli cię to dotknęło.
- Ależ wcale mnie nie dotknęło! Nie przejmuj się, idź do kumpli!
- Serio?
- Nie!
- Wiedziałem... Pomogę ci z tym. - Mimo moich delikatnych protestów odebrał mi z rąk klatkę, o której przez niego prawie zapomniałam i jak ta oferma zatrzymałam się w środku czynności wkładania jej do powozu.
- Ty też bądź bohaterem na środku drogi - westchnęłam.
- Co mówiłaś? - Odwrócił się do mnie z uśmiechem, kiedy Jaskier stał już bezpiecznie na podłodze pojazdu.
- Że jedno przeniesienie klatki z sową nie odkupuje twoich win - powiedziałam władczo i, wspierając się na jego ręce, weszłam do powozu, dając mu do zrozumienia, że reszta tobołków też jest jego zadaniem.

Davidku? ^.^

sobota, 7 lutego 2015

Ombrelune: Od David cd. Aidena

Byłem zaskoczony zobaczeniem go.
Dlatego też nie przerwałem, jego długiego monologu.
- Dziękuję - Odpowiedziałem na zapytanie, czy nie chcę ciasta. - Chętnie spróbuję
Powiedziałem i uśmiechnąłem się do niego, na co on mi odpowiedział tym samym.

~*~

Siedziałem obok niego i zajadałem się razem z Aidenem ciastem.
- To jest znakomite!
- Też tak uważam! - Wyszczerzył się.
- To dalej mów! - Zażądałem by dalej mówił o Hogwartsie - Najgorsze? Co było?
- Najgorsze były wyjce! Dostałem ich... dobra przestałem liczyć po 13! - Zaśmialiśmy się.
- To zabawne, - Zaczął mówić dalej - że pisali do mojej matki o wszystkim. Serio nic się 
nie ukryło! Już nawet myślałem że ma kochanka w Hogwarcie... Łe. Zazwyczaj to szło o to 
że nagle kibel z żeńskiego wyleciał przez okno i prawie wylądował na jakiegoś ucznia. 
Albo wybuchające fajerwerki w bibliotece. Mina bibliotekarki dosłownie zabójcza. 
Albo wyobraź sobie że siedzisz jesz sobie obiad a tu nagle ulewa z piorunami! 
Mieliśmy zaczarowany sufit który wyglądał jak niebo a ja sprawiłem że to było niebo - 
z dumnym uśmiechem opowiadał dalej.
- I ty to wszystko zrobiłeś? Sam? -uniosłem brew a Aiden wyszczerzył się.
- Tak sam. Chodź przy jednej akcji takiej większej było nas trzech. -zaczął się drapać 
niezręcznie po karku. - Chodzi o to że u nas w szkole dwa domki nie lubią się to tak jakby 
luniaki nie lubiły się z papilonami tak tak gyfoni ze ślizgonami. I no cóż... Napuściliśmy 
parę bagno bomb im. A chłopakom do szamponu dolaliśmy klej. Oj wtedy to mieliśmy 
szlabany. Prawię całą noc szorowaliśmy szczoteczką do zębów puchary. O zgrozo musiały 
być to nasze szczoteczki. I teraz tym chłopie umyj zęby... - Na koniec mruknął smętnie.
Zacząłem się śmiać. A on po chwili dołączył do mnie. Polubiłem go mimo.
Gadał jak najęty. Był śmieszny i wesoły. Dziwne ale przypadło mi to do gustu...
Znaczy pewnie gdybym go nie lubił uznał jego zachowanie za dziwaczne, a jego samego
za świra. Ale cóż mi się podoba ten świr... Znaczy! Nie, że podoba, podoba.. Brzydki nie
jest ale chodzi tylko o to, że podoba, że polubiłem...
Mniejsza!
Gadaliśmy dalej. Opowiadał mi ze szczegółami o ich kawałach, a ja o przygodach
moich i paczki lub pojedynczo z kim. Na przykład o tym jak z Ell szpiegowaliśmy
naszego gajowego. O moich od pałach z Diabłem. O moim kuzynie i jego zatargach
z moją przyjaciółką. O wątku moim i tej przyjaciółce,Clar gdy starałem się o jej względy
i o wielu innych rzeczach tak jak i on mi. Wspomniałem też o tym, że to nasz dom 
przez 3 pierwsze lata wygrywał puchar domu.
- O! U nas to samo było!
- Hehe, No to w tym roku walczymy między sobą! Zobaczysz 4 puchar odkąd chodzę
do akademii też będzie mój i luniaków!
- Po moim trupie!
- To się da załatwić! - Zaśmiałem się razem z nim.
- Zobaczysz w tym roku Papilloni zdobędą puchar! W Hogwartsie zdobywaliśmy
puchary ja i gryfonii to tu nie mam zamiaru zająć inne miejsce! - Powiedział wesoło.
- No zobaczymy!
- Zoba..! - Nie dokończył bo w tym momencie otworzyły się drzwiczki a przez nie
wyjrzała, starsza pani z wózkiem.
- Oh! Chcecie coś kupić chłopcy?
- Oczywiście! - Zawołaliśmy na raz, przez co się zaśmialiśmy.

Oświadczam wszem, i wobec, że nigdy się tak nie śmiałem tyle razy w tak krótkich
odstępach czasowych! 

Zaczęliśmy wymieniać najróżniejsze nazwy słodyczy!
Gdy wyszła, Aiden lub jak ja go zacząłem nazywać Sol lub Ai, nie mógł powstrzymać
się od komentarza! He, he.
- Miła starsza pani. O zgrozo pamiętam to jak dziś kiedy podczas pierwszej podróży
do Hogwratu poprosiłem tylko o sok z dyni a pani co "Przykro mi słoneczko
wszystko wykupione." A ja takie "Jak to przecież to dopiero 4 przedział" No cóż albo
to kupił dosyć szeroki grubasek albo bardzo nadziany chłopak...
Po tym zaczęliśmy od czekoladowych żab, przez jakieś tam słodycz, kończąc na fasolkach
wszystkich smaków i cukierkach zmieniających głos.
- Dobra to teraz ja! Tym razem wezmę cukierka! - Powiedział rozradowany Aiden.
Zjadł go chwilę odczekał a później rykną!
- Aaaaaaaaaaaaaa! - Pisnął, a ja się zacząłem śmiać jak głupi.
Ryknął jak niedźwiedź. Opowiadał mi jak to się stało, że przerażają go te 'mordercze stwory'!
- Ej! Przestań! Teraz ty!
- Oki ja wziąłem wcześniej cukierka to teraz chcę fasolkę. - Powiedziałem i wziąłem czerwoną.
- Hym... - Rozkoszowałem się smakiem - Truskawka! Un! - Dodałem ze złośliwym uśmieszkiem.
- Kurde! Ja jak wziąłem czerwoną to miałem o smaku krwi! To nie feer! - Oburzył się
wydymając wargę a ja znów się zaśmiałem. - Tera ty.
- OK. Biorę fasolkę. - Wziął tym razem zieloną, lecz po chwili wypluł - Ble, fuj, a fe, Trawa!
- Hehe, un, ty to nie masz do tego szczęścia! - Powiedziałem biorąc cukierka. By po chwili zacząć
syczeć jak wąż, już otwierał buzię, by to skomentować, jak zwykle, wszystko, gdy nagle drzwiczki
się otworzyły a w nich, w pełnej swej krasie stała...
- Oh! - Wyrwało mi się - Co ty tu robisz? Un? - Zapytałem niewinnie... Bo wiedziałem czemu tu jest... ZAPOMNIAŁEM! FACEMPLAM!
- Ty się jeszcze pytasz? - Powiedziała z uniesioną brwią, opierając się o otwarte wejście, krzyżując ręce na piersi.
- Eee... Kto to jest? - Zapytał mnie Ai
- To jest, un.. - Pozwoliłem powrócić sobie do wspomnień...


" Odprowadzałem właśnie ją pod same dormitorium.
- No... To dzięki za bal.. i... Dobranoc.
Otworzyła drzwi by wejść do pokoju lecz ja zatrzymałem jej ręką i uśmiechnąłem się,
gdy spojrzała na mnie zdziwiona.
- To ja dziękuję, że zgodziłaś się ze mną pójść na bal. - Po czym chwyciłem jej dłoń
i przystawiłem sobie do ust. A następnie pocałowałem ją lekko w usta i z krótkim,
życzeniem miłej nocy ulotniłem się nim zdążyła co kol wiek odpowiedzieć...
  Następnego dnia postanowiłem nie jeść śniadania. Ogólnie wyszedłem tylko z godzinę
przed obiadem do Écuelle gdzie spędziłem z 30 minut co najmniej szukając jakiś głupich 
kwiatów, a raczej bukietu, który by się jej spodobał... Co było trudne bo nie miałem 
zielonego pojęcia co ona może lubić, czego nie! Postanowiłem zrezygnować z róż.. 
one są takie.. Passé, no bo przecież ile można, no nie?
  Cóż, zanim doszedłem do dormitorium, i w ogóle wróciłem z miasteczka, przebrałem
się i poszedłem do wielkiej sali, obiad zdążył już się zacząć, co spowodowało, nie małe
poruszenie u innych osób i ich wzrok wklejony w mua!
Oczywiście damska część, szkoły [no dobra większa - nie moja wina, że zdarzają się w szkole
takie przypadki jak Clarr czy Ell które nie potrafią docenić prawdziwego piękna!]
  Patrzyła na mnie oniemiała i zachwycona [hehe nie jedna miała nadzieję, że to do niej
podejdę z tym bukietem - dość dużym i pięknym, nie chwaląc się - akórat do niej i padnę,
pewnie na kolana wyznając jej nie wiadomo jakie brednie i prosząc o pójście na randkę,
chodzenie ze sobą czy Huuuu...Kiiij tam je wie!].
  Wracając  do sedna sprawy. Olałem tych wścibskich uczniów, którzy wlepiali na mnie
swoje gały, chcąc wiedzieć co teraz zrobię - lub jak wyczytałem z oczu paczki [z Diabłem
na czele ich wszystkich] Co ja odpierdalam..
Zacząłem kierować się w stronę stołu luniaków, ku uciesze tamtych panien, ładnie 
obszedłem stół mijając zawiedzione panie, i skierowałem się prosto w stronę Panny Brooks.
  Leslie. Tak do niej - a cóż, żeś myślał czytelniku?
Oczywiście idąc w jej stronę przygotowywałem się PSYCHICZNIE i na wszelki wypadek
także FIZYCZNIE, bo nie chce nawet myśleć o tym co mi zrobi Diabeł gdy usłyszy co ja
chcę zrobić... Taaa w końcu jego 
NAJLEPSZY kumpel + "baaardzo 'UKOCHANA' '' Siostrzyczka.. To cóż nie może się
dobrze skończyć... dla niego, rzecz jasna...
  Gdy już doszedłem do celu, przystanąłem, i podałem jej rękę by 'pomóc' wstać.
Ah.. Co tam! Raz do roku mogę być dżentelmenem, od początku do końca. 
Leslie spojrzała na mnie zdezorientowana tak samo jak paczka.. I inni.
A ja tylko uśmiechnąłem się czarująco i pocałowałem jej dłoń, którą rzecz jasna, dalej
trzymałem w dłoni mej i zapytałem.
- Les.. Ja wiem, że to tak trochę różnie bywało, ale podobasz mi się... O wiele bardziej
niż która kol wiek inna z naszej szkoły. Na balu, bardzo dobrze się z tobą bawiłem, chodź
wiem, możesz mieć żal, że co jakiś czas ci znikałem z Diabłem, zostawiając cię samą.
Ale mam nadzieję, że mimo wszystko miło spędziłaś ze mną ten czas. Ponieważ ja tak
go spędziłem. I chciałbym wynagrodzić ci te moje, zostawianie Cię samą, a także móc
poświęcić ci mnóstwo innych chwil, które moglibyśmy razem spędzić, jeśli tylko zechciałabyś
dać mi szansę... I zgodziła się zostać moją dziewczyną. - Zakończyłem. A wszystkie do tej
pory wpatrzone w nas oczy otworzyły się szerzej a ci co odwrócili od nas wzrok znów go
na nas skierowali, wyczekując wszyscy razem decyzji naszej Brooks'ównej.
Leslie, zaś spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Czy tylko mi się zdawało, 
czy uznała mnie za świra? Uniosła jedną brew do góry i nerwowo spojrzała po zebranych 
przy stole Luniakach. Nikt w tamtym momencie nie jadł. Diabeł, usłyszawszy moje pytanie, skierowane nawiasem mówiąc do niej, a nie do tego wścibskiego świra, zachłysnął się 
zupą mleczną i głośno kaszlał. Ell i Rosalie, a także Clary, patrzyły na nas z uwagą, 
jakby sądziły, że to jakiś żart.
- To jak? - zapytałem, uśmiechając się rozbrajająco.
- Yyy... Ale że... - dukała ciemnowłosa lalunia, patrząc wszędzie, tylko nie w moją
stronę, a tym bardziej na trzymany przeze mnie bukiet.
- Ym, jak nie, to nie, spoko - mruknąłem i już miałem oddalić się z Wielkiej Sali, by 
w zaciszu swego dormitorium po rozpaczać nad tym upokorzeniem na oczach tych 
wszystkich ludzi, kiedy mnie powstrzymała:
- Nie! Czekaj... Y... Jak ci tak zależy to... Noo... No... spoko - wymruczała nieskładną 
odpowiedź. Chyba niezbyt wiedziała, co ma w takiej chwili odpowiedzieć. Szybko 
wyrwała kwiaty z moich rąk i wyszła z Sali pospiesznie, nie oglądając się za siebie.
Westchnąłem. Czekałem tylko na zestaw drwin, które lada chwila miał skierować
ku mnie Adam... ''

Wzdrygnąłem się na to wspomnienie i szybko spojrzałem na stojącą w drzwiach Leslie.
- To jest... Moja dziewczyna, un. - Mruknąłem i uśmiechnąłem przepraszająco.
- O! Dziewczyna? Nie mówiłeś, że masz dziewczynę! Miło mi jestem Aiden! - Przywitał
się jak zwykle wesoło Ai.
- Oh... Jak miło, że o mnie pamiętałeś, David. - Zmrużyła oczy gniewnie...
Dlatego jestem Bi.
Dlatego wiem dlaczego, prócz dziewczyn, wolę chłopaków.
I po cholerę nie wiem po co poprosiłem ją o chodzenie.
Kobieta, wszystko ci wypomni. WSZYSTKO. Kiedyś użyje to przeciwko mnie! Ja to, wiem!
- Kotek, pamiętam.. Po prostu mi wyleciało z głowy. Spotkałem go jak cię szukałem
po przedziałach, naprawdę! Poznaliśmy się w wakacje i tak jakoś się zagadaliśmy...
- Nie tłumacz się. - Machnęła na mnie ręką. No tak ma tera "foszka". Pff.. - Ja jestem
Leslie Brooks. Dziewczyna tego tu.
- Może chcesz się do nas przysiąść, kotku? - Zrobiłem maślane oczka i poklepałem miejsce
obok siebie. Cóż kobietę trzeba jakoś udobruchać... Bo później jak się zostawi ją zfochowaną
to pikło ni nibo! xP - Chcesz może czekoladowej żeby?? ^.^
- Tak chcę. - Powiedziała nie wzruszona, ale usiadła koło mnie i wyrwała mi ją z rąk.
Ai za to posłał mi głupią minę i palcem przejechał po szyi, na znak, że mam przejebane.
Żebyś wiedział, stary. Żem, mam.


<Aiden? Leslie?>

środa, 28 stycznia 2015

Papillonlisse: Od Aidena -c.d. Davida

Parę dni wcześniej
Robiłem to, co mi kazali miałem wziąć tylko tą śliską rybę do ręki i rzucić ją foce. Czy foki nie są wspaniałe? Nie są ani za wielkie ani za małe do tego nie są głupie. Idealne zwierzęta i stwierdzam, że gdyby nie to, że foki nie był kiedyś zbyt towarzyskie to teraz by mówiono „Foka najlepszym przyjacielem człowieka”. Wziąłem tą rybę, które jeszcze się ruszała. Łe, ale gdyby taka, rybcia nagle komuś nagle wpadła za koszulkę to wyglądałoby komicznie. I rzuciłem foczce, która robiąc salto do tyłu chwyciła rybę w powietrzu ochlapują widownie w tym moją mamę i siostrę. Tak rozkosznie do wyglądało, kiedy marszczyła nosek a po chwili zaczęła się śmiać w niebogłosy jak to dzieci potrafią. Było trochę tych dzieci i ogólnie spory tłumik. W końcu nie zawsze się widzi jak karmi się takie urocze stworzenia. Jednak mój wzrok przykuł chłopak, który próbował odciągnąć siostrę od barierki. I miał rację w końcu to ja będę musiał taką dziecinkę ratować. Z resztą to zdarza się rzadko, ale wtedy można być supermanem, który nagle pojawi się na pierwszej stronie gazet. Fajnie by było, może ktoś wrzuciłby to na YT a wtedy byłbym jeszcze większą gwiazdą i wszyscy by wiedzieli, jaki to ja jestem odważny. No cóż chyba już za bardzo sobie schlebiam. Tylko, że gdy wziąłem kolejną rybę i miałem już nakarmić Paryżankę moją ulubienicę nagle barierka znikła a opierający się o nią chłopak, który przed chwilą nie pozwalał dojść do niej dziewczynce wpadł do wody. I pewnie by wyszedł gdyby nie to, że no cóż woda była lodowata by foki czuły się jak w domu a ogólnie było gorąco. Szok termiczny? Niekoniecznie. Zachłyśnięcie? Bardzo możliwe. Wskoczyłem do wody a za mną Paryżanka w końcu przecież wypuściłem tą rybę a sama żeby ją złapać musiała zanurkować. Wyciągnąłem chłopaka nie tyle, co na brzeg, co po prostu na miejsce dla ludzi, którzy karmili te zwierzęta. Dzięki Bogu ocknął się od razu. Zerwał się na nogi zaczął przeszukiwać swoje kieszenie klnąc pod nosem dosyć siarczyście, lecz na tyle cicho by rodzice dzieci nie musieli zatykać im uszu. Dziewczynka a raczej jego siostra śmiała się z blondyna, który spiorunował ją wzrokiem. Okay nie powinienem wpieprzać się w nieswoje sprawy, ale zauważyłem dryfujący na wodzie patyk. Przewróciłem oczami, bo ile to razy mówiło się dzieciakom by nie wrzucały nic do wody. Jednak ten patyk nie był patykiem zbyt często takie widywałem a zresztą sam mam taki i często mi go siostra zabiera a ja się tylko modle by mnie je pozwali za używanie czarów poza szkołą. Podpłynąłem po badyl, który jak też myślałem okazał się być różdżką. Chłopak nadal przeszukiwał kieszenie oraz patrzył w taflę wody próbując dostrzec zgubę, którą znalazłem. Teraz tylko zawołać „Ej ty!” to niegrzeczne nawet, jeśli to ja. Tak, więc podbiegłem do chłopaka.
- Ej, blondyn, ty, co wpadłeś do wody! –w końcu się odwrócił. Bieganie na rozgrzanej kostce nie było zbyt przyjemnym zajęciem. Oddałem mu różdżkę. –To chyba twoje. Następnym raz no cóż przywiąż ją jakoś, bo nie wiem jak u was, ale raczej ci, co robią różdżki nie będą zadowoleni z tego, że jakiś dzieciak. Oczywiście bez urazy. Gubi różdżkę, którą rzeźbili, która miała pozostać wierną czarodziejowi do końca. Aiden Solance jestem. W tym roku czwarty rocznik, Papilon.
- David Martines. Miło mi –uścisnął mi dłoń, którą mu podałem. – Także czwarty rocznik jednakże witasz Luniaka z krwi i kości.
- To taki Slytherin? Co nie? –zaśmiałem się –To jestem zaszczycony panie Martines, że panu miło, iż mnie pan poznał. Myślałem, że takim ludzikom z takiego domu trudno to wykrztusić a tu proszę jak ładnie! No to David na to wychodzi, że się jeszcze spotkamy. Jakby, co wiele osób żyje przysługa za przysługę nie wiem jak ty, ale ja cię wyciągnąłem z wody, więc masz u mnie dług drogi koleżko.
Odwróciłem się i wróciłem do pracy. Nie po to przyjęli mnie żebym rozmawiał z nowo uratowanymi ludźmi. Jednakże czasami miło poznać nowych ludzi a szczególności takich jak ja. Mój szef spojrzał na mnie marszcząc brwi po, między którymi pojawiła się zmarszczka, którą nazywam górą lodową, bo jakby idzie bardziej w dół niż w górę. Palną coś o tym, że dzięki takim wyskokom mógłbym spokojnie startować na ratownika. Ratować panie w opałach… i panów. Aż serce się raduje. Wróciłem jednak do pracy nie spuszczając wzroku z mojej małej kochanej siostrzyczki. Której blond loczki przylegały do buzi sprawiając, że jej włosy wyglądały jak grzywa lwa.
***
- Kocham cię moja ty mała księżniczko –wziąłem małą Lucy na ręce i uścisnąłem jeszcze raz ten ostatni raz. Zazwyczaj wytrzymywała ten rok bez mnie. Mam nadzieje, że znów wytrzyma. Zawsze mam przy sobie telefon i wtedy mogę usłyszeć ten szczebiotliwy głosić małej Lu.
Moja mama, jako ostatnia uściskała mnie i wycałowała każdy policzek a było ich tylko dwa po pięćdziesiąt razy ażebym chyba szminki nie mógł domyć. Z babką pożegnałem się na początku podobnie jak z dziadkiem. Czyli już mogłem iść. Zołza niezadowolona z tego, że jest tak samo uwięziona w klatce jak Zeus burczała głośno i zapewne uderzała ogonem o podłoże. Imię ma dobrane w 100 procentach. Bo jeśli chodzi o jej charakterek to jest Zołzą. Zjadła mi 3 kanarki czaicie! Przy tym chyba nie ma rzeczy, której by nie zjadła oczywiście mówimy, o rzeczach mniejszych od niej, które nie są kotem. Usiadłem w jakimś opustoszałym przedziale. Sięgnąłem do kieszeni spodni by wyciągnąć telefon ze słuchawkami. Bo na pewno nie wyciągnąłbym książki to nie jest normalne by uczyć się w drodze do szkoły przynajmniej, jeśli chodzi o mój przypadek. Włączyłem przypadkową piosenkę, po czym zacząłem machać do mojej kochanej rodzinki. Lu się rozkleiła i mówiła coś do mamy nie byłem zbyt dobry w czytaniu z ruchu warg, ale chyba mówiła coś w stylu, „Kiedy Aiden wróci?” trudno jej było w jej wieku połapać się ile to dzień a ile to rok, więc równie dobrze może źle zinterpretować rok i spytać tydzień później czy już minął rok. Jednakże nie miałem zamiaru zostawić tak siostrę zacząłem odliczać a kiedy skończyłem to z pod wózka zaczęły wyskakiwać petardy, które wybuchały tuż koło małej Lu. Nie mogły nic jej zrobić, bo wybuchy były w wielkości mojej pięści z resztą tak zaprogramowane by się nie, poparzyła.  Usłyszałem otwierające się drzwi i jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem w nich tego chłopaka, którego parę dni temu wyciągałem z wody. Wyciągnąłem słuchawki uśmiechają się głupkowato. Mój przedział jest wolny, więc na pewno szuka wolnego miejsca. Może nie jest taki, forever alone jak ja i za nim przyjdzie jeszcze parę osób chętnie poznałbym parę rówieśników.
- Znów się spotykamy panie Martines –zaśmiałem się. Jakoś przypasowało mi mówienie do niego per panie Martines chodź mama mówiła mi, że zwracanie się do kogoś po nazwisku jest niegrzeczne. Z resztą i tak zawsze byłem inny. – Może ciasta moja mama z siostrą piekły. Ma dopiero 4 latka i to niecałe. Znaczy nie nalegam. Tylko proponuje. Z resztą sam bym chętnie zjadł, ale grzeczność nakazuje spytania się czy owa osoba towarzysząca nie zachce tego jakże smacznego kawałka ciasta.

David? Czy aby na pewno nie chcesz tego ciasta? Ja ci je wepcham!