Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elliezabeth Heap. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elliezabeth Heap. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2015

Ombrelune: Od Ell CD Adama

Popatrzyłam na Adama, potem znow na miejsce w którym przed chwilą leżał moj bogin i znow na Adama. Nie będę mu się tłumaczyć. Moze gdyby był choć troche... Milszy...
- Dziękuję, twój też był niczego sobie. - odpowiedziałam z miną silnej i niezależnej kobiety.
Co on sobie przepraszam myśli?! Wlasnie miałam mu wygarnąć i powiedzieć, że moj bogin nie zawsze jest taki sam, że ostatnio to jego widziałam całego we krwi! A dziś zobaczyłam Davida prawdopodobnie dlatego, że... Spójrzmy prawdzie w oczy: nasza paczka sie rozpada. David ma tego Aidena... Adiena... Nie istotne. Jedynymi osobami na które mogłam liczyć byli Rosalie, Clarr i Adam. Ale żadnej z tych rzeczy mu nie powiedziałam, nie będę się przed nim tłumaczyć. Aż tak nisko jeszcze nie upadłam.
Po chwili wysyłania sobie morderczych spojrzeń, Adam odwrócił się ode mnie i udał w kierunku drzwi.
- O co ci chodzi co?! - wrzasnęłam idąc za nim.
- O g*wno! - odkrzyknął.
- Dobrze się czujesz?! Jeśli myślisz, że będę ci się tłumaczyła i przepraszała za to, że to nie ty leżałeś tam zakrwawiony to się grubo mylisz, bo widzisz... - tak, tutaj zamierzałam mu się tłumaczyć. Na szczęście w porę ugryzłam sie w język.
- Bo co?
"Myśl, myśl wymyśl coś, szybko!"
- Wiesz my nawet nie jesteśmy razem, więc nie wiem o co tyle krzyku! - ta wypowiedz jednak nie polepszyła sytuacji, chociaz można by rzec, że Adam trochę złagodniał.
- Może to i dobrze, nigdy bym z tobą nie wytrzymał - Nie, jednak nie - Myślisz tylko o sobie, uważasz, że jesteś najważniejsza! Tobie należy poświęcać całą uwagę, tak?!
- MNIE?! To ty jesteś najbardziej samolubnym człowiekiem jakiego znam! - darłam się już na całe gardło, a wokół nas uzbierała się niemała widownia.
- Wiesz co? Jesteś... - zaczął ale ja w tym momencie zrobiłam coś czego nigdy bym się po sobie nie spodziewałam. Po prostu popatrzyłam w jego oczy. Nie wydawał się zły. Może bardziej... Zraniony. Wiem, że to niemożliwe, ale właśnie tak było. Podeszłam do niego, zrzuciłam ręce na szyję i po prostu pocałowałam. Nie jakoś namiętnie, tak jak to robią te wszystkie panny na filmach, tylko delikatnie, ale wystarczająco, by spięty chłopak rozluźnił się i odwzajemnił pocałunek.
O tym, że otacza nas niemały tłumek zorientowałam się dopiero kiedy wokół rozległy się gromkie brawa. Odskoczyłam od chłopaka jakby podpalił mnie żywym ogniem i nie patrząc mu w oczy (oraz prawdopodobnie spalając buraka stulecia) biegiem udałam się do swojego dormitorium.
Wbiegłam do środka i rzuciłam się na łóżko. Cz ktoś łaskawie wytłumaczy mi co tutaj właśnie miało miejsce? I dlaczego to mi się p o d o b a ł o? I może też dlaczego szczerzę się jak głupia?
Niestety taka była prawda - cieszyłam się z tego co przed chwilą się stało. I zrobiłabym to jeszcze raz... Usiadłam na łóżku. Koniec unikania się nawzajem. Mam wrażenie, że ta historia powtarza się w kółko i w kółko. Ja i Adam się godzimy. Potem coś się wydarza. Nastają ciche dni, i wracamy na początek. Spojrzałam na zegar i z ulgą stwierdziłam, że czas obiadu, bo byłam głodna jak wilk.
Udałam się korytarzem nie zważając na szepty ciekawskich uczniów. Pewnym krokiem przekroczyłam próg wielkiej sali i usiadłam... Obok Adama. Ten popatrzył na mnie lekko zdziwiony. Nalałam sobie kremu pomidorowego i wzięłam łyżkę leżącą obok mojej miski.
- Smacznego - powiedziałam patrzcąc chłopakowi siedzącemu obok mnie prosto w oczy.
Ten uśmiechnął się szeroko, prawdopodobnie na wiadomość, że nie stroję fochów i odpowiedział mi tym samym.
- Więc wytłumaczysz mi dlaczego rzuciłaś się na mnie jak jakaś niewyżyta laska? - zapytał.
- Po prostu taką poczułam potrzebę. - odpowiedziałam.
Adam parsknął śmiechem.
- Mogę wiedzieć co cię tak śmieszy? Chciałabym ci przypomnieć, że ty rownież przygwarzdżałeś mnie do ściany niczym napalony ogr, więc absolutnie nie jesteś usprawiedliwiony.
Rzucił mi rozbawione spojrzenie po czym ze zrezygnowaniem pokręcił głową i wrócił do posiłku.
- Ty jesteś niemożliwa - stwierdził przełknąwszy kolejny kęs pieczeni.
Rzuciłam mu spojrzenie mówiące "Ach tak?" Po czym pociągnęłam łyk soku pomarańczowego. Nachyliłam się i szepnęłam mu na ucho.
- Jeszcze nic o mnie nie wiesz - uśmiechnęłam się tajemniczo, na co on zakrztusił się swoim napojem.
- Kobieto, co się z tobą stało?
Nic mu nie odpowiedziałam tylko wstałam powoli od stołu i zdecydowanym krokiem wyszłam z sali.
Myśli, że tylko on może sobie być mega seksownym i uwodzicielskim? O nie, teraz oboje sobie pogramy.


Adam? Kurde, co we mnie wstąpiło? xD krótkie i pisane na telefonie, ale niedługo prawdpodobnie bd miała komputer *o*

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Ledwie Ell opuściła moje dormitorium ze speszoną, nieco zatroskaną miną, do środka wszedł David. Wyglądało to tak, jakby koczował gdzieś za rogiem i po jej wyjściu policzył do stu, by nie podpadło, po czym wbił jak gdyby nigdy nic.
- No, Diabełku! I jak było? Będą dzieci?
- Będzie bolało?
- Ale co? - spytał zaskoczony.
- Jak ci przyłożę! - warknąłem.
- Daj spokój, Diable! Żartować nie można? Skąd to spięcie? - Spojrzał na mnie spod uniesionych brwi.
- Po prostu nie jestem z nią, okej? Wszedłeś w... niefortunnym momencie. A nawet jakbym był, to możesz sobie co najwyżej dupę tą informacją podetrzeć i niech cię nie obchodzi - uciąłem.
- Oho, przepraszam, panie królewiczu! Już będę cicho, jak sobie jaśnie pan życzy! - Kumpel zrobił obrażoną minę i wymaszerował z dormitorium.
Prawdopodobnie poszedł do swojego najdroższego przyjaciela Aidena. Niech sobie idzie! Proszę bardzo! Włazi toto bez pukania, ciśnie z tego, że leży sobie na mnie zwyczajnie przyjaciółka (co, zazdrosny hę?), i jeszcze śmie się obrażać kiedy każę mu, kolokwialnie mówiąc, się odwalić. Westchnąłem. Otworzyłem nocną szafkę. Pośród sterty pergaminu, pustych opakowań i zużytych chusteczek znalazłem czekoladową żabę. Pochłonąłem ją dwoma gryzami, kartę wyrzuciwszy za łóżko Davida. Nie bawię się w takie rzeczy.
Strasznie mi się nudziło. Miotałem się po pokoju jak Szatan. Egzamin z eliksirów w przyszły poniedziałek nie stanowił dla mnie najmniejszej obligacji do nauki. Postanowiłem, że pójdę jednak do sypialni Ell. Wyszła strasznie podenerwowana. Chciałem ją upewnić, że David nie puści pary z ust lub przynajmniej nieźle za to oberwie. Ale... moment! Czy ona się mnie wstydzi? Czy nie jest dla niej zaszczytnym być obmawianą jako - mocno naciągnięta, ale jednak - partnerka seksualna Adama Brooksa?! Ooo... tak być nie może. Jeszcze jej się zachce, a wtedy ja nie będę taki miły.
Kiedy stanąłem pod dormitorium Ell i Clary, usłyszałem zza drzwi krzyki dwóch kłócących się dziewcząt. Uświadomiłem sobie, że dobrowolnie wskoczyłem do wulkanu podczas erupcji, gdy drzwi nagle otworzyły się z rozmachem i różowowłosa wypchnęła z nich Victoire - swoją nie do końca poczytalną kuzynkę, która jest we mnie śmiertelnie zakochana.
- O! Nie jesteś z nim, tak?! To po co on tu przylazł?! - wykrzyknęła Vic, machając ręką w moją stronę.
- Ee... pożyczyć szklankę cukru? - wydukałem.
- Dosyć tego! Vicky, wypierdalaj! Nie chcę cię tu widzieć! - Ell wciągnęła mnie do pokoju, który nawiasem mówiąc zawsze wydawał mi się większy niż nasz bez tej otoczki bajzlu na każdej powierzchni płaskiej, i zatrzasnęła drzwi. Oparła się o ścianę i głośno wypuściła powietrze.
- Na coś tu przylazł? - spytała z wyrzutem, gdy nieco się uspokoiła.
- A co, nie mogę do cholery?
- Możesz - szepnęła. Wyglądała naprawdę żałośnie. Serio się martwiła. Stanąłem przed nią i pogładziłem ją po włosach.
- Mam komuś coś przetłumaczyć?
- Nie, jest ok - powiedziała cicho.
- Ellie...
- Po prostu uważam, że powinniśmy przystopować. Nie jesteśmy razem - przypomniała bezlitośnie. Dam sobie rękę uciąć, że usłyszałem, jak pod nosem mówi "jeszcze". Choć to mogła być tylko moja wyobraźnia.
- No spoko. Nie jesteśmy - przytaknąłem.
- I uważam, że nie powinieneś... nie powinniśmy się... dotykać?
- Nie mam cię dotykać? Nie-mam-dotykać? - Zastanowiłem się chwilę. - A jeśli zrobię ci... tak? - Dźgnąłem ją palcem w ramię i zabrałem go, jakby miała kłapnąć na mnie zębami.
- Przestań, mówię poważnie - jęknęła. - Vic przed sekundą nazwała mnie dziwką.
- Zdradziłaś mnie? - udałem oburzonego. - Jak mogłaś mnie zranić?! Kim jest ten mężczyzna?!
- Adam, proszę...
- Dobra, dobra. Sorry.
- Chciałabym, żebyś wyszedł - powiedziała cicho.
Wyszedł? Ale jak "wyszedł"? Zdawało mi się, że zaczyna wreszcie pojmować, że mnie pożąda, a nagle każe mi spadać. Ell zupełnie nie pasowała do ogólnie przyjętego, klasycznego modelu statystycznej dziewczyny, co mnie kołowało. Mimo wszystko nie takie się rozwiązywało problemy. Skoro dotrwałem do czwartej klasy, poderwanie kogoś takiego jak Ell będzie bułką z masłem. Albo raczej croissantem z brzoskwiniowym dżemem.
- Okej, lecę - przystałem na jej prośbę. Rozczochrałem jej włosy i zniknąłem za drzwiami.
Bez uścisku? Bez całusa? O tak. To była część strategii. Docenisz, jak stracisz, jak to mówią. Czy coś.

Poniedziałki są do bani. To jest globalny fakt. Nie jesteście w stanie podać mi nawet jednej osoby, która żywiłaby do tego dnia jakieś pozytywne uczucia. Jeszcze ten egzamin z eliksirów z samego rana... Brr. Kto by pomyślał, że łzy feniksa mają właściwości lecznicze? W moich niepozornych, tylnych zwojach na końcu mózgu zakodowała się informacja, że są dobre na potencję. Ale kwas, Craxi pomyśli, że jestem niewyżyty. A przecież ten fakt wydawał się mieć całkiem pewne źródło... Zaraz, zaraz... Czy to nie... David!  Tak, teraz byłem pewien, że usłyszałem to od niego. Ten szarlatan zrobił ze mnie totalnego głupka. Co za gnojek!
Tyle dobrego, że teraz miało być OPCM. Jeden z nielicznych przedmiotów, na które chce mi się uczęszczać. Lekcję czysto praktyczną wyczułem po samym wejściu do klasy, gdy spostrzegłem ogromny kufer na środku sali.
- Hej, psorze! Naczy... dobry. - Powitałem od wejścia pana Martíneza, który skinął na mnie z uśmiechem. - Co robimy?
- Przypomnimy sobie boginy, które przerabialiśmy zeszłego roku - oznajmił.
- O, super! - Rzuciłem torbę w kąt. Uwielbiam ten przedmiot. Nauczyciel zajebisty, a ciskanie zaklęciami o nieco większym stopniu uszkadzania niż Chłoszczyść też niezgorsze.
Powoli sala napełniła się uczniami. Ledwo zabrzmiał dzwonek, profesor stanął pośrodku klasy, powitał wszystkich i przedstawił pokrótce, czym się dziś zajmiemy. Klasa przyjęła starcie z boginem z wielkim entuzjazmem. W końcu kto nie lubi obrony przed czarną magią? Bez zbędnych wstępów profesor nakazał wyciągnąć różdżki i, spojrzawszy na mnie znacząco, poprosił mnie o demonstrację. Facet nawet mnie lubił. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego o babce od zaklęć...
Stanąłem naprzeciw kufra z wyciągniętą różdżką, gotowy do działania.
- Możemy?
Kiwnąłem głową. Belfer uchylił wieko. Po chwili napiętego oczekiwania z kufra wygramoliła się... Ell, a przynajmniej jej idealny sobowtór. Poprawiła spódniczkę od mundurka i uniosła na mnie swoje ogromne, błękitne oczy. Co jest, kurwa? Zacisnąłem dłoń na różdżce. W tym momencie bogin przemówił wysokim głosem dziewczyny.
- Adam, zostaw mnie. - Spojrzała na mnie z bólem, krocząc w moją stronę. Osłupiałem. - Nigdy z tobą nie będę, słyszysz? Nie chcę cię. Jesteś idiotą. Durniem. Szmatą. Dziwkarzem. Pustakiem. Wypierdalaj!
Spaliłem buraka ze wstydu. Co do diaska?! Za plecami słyszałem chichoty kolegów i koleżanek. Spiąłem się w sobie.
- Riddiculus! - wrzasnąłem tak, że było mnie pewnie słychać w całym skrzydle. Fałszywa Ellie nagle jakby zaplątała się we własnych nogach i wywinęła koziołka. Nieporadnie wstając, podpierała się rękoma o podłogę. Dało się słyszeć dźwięk puszczającego w spódniczce szwu. Dziewczyna odwróciła się w panice, ukazując wszystkim swoje białe majty w serduszka przebite strzałą.
- Ok, Adam. Czy każdy rozumie, co się właśnie stało? W takim razie następny!
Zwolniony przez nauczyciela z obowiązku walki usiadłem pod ścianą na zimnej podłodze. Co się przed chwilą stało?! Ja się boję... Ell? Boję się, że co? Że mnie zwyzywa? Że mnie nie zechce? Pff! Oczywiście, że zechce. To ja w końcu.
- Elliezabeth, zapraszamy - usłyszałem chwilę później.
Uniosłem głowę i z zaciekawieniem obserwowałem, jak dziewczyna podbiega do bogina przyjmującego w tym momencie postać olbrzymiej skolopendry i wyciąga różdżkę przed siebie. Bogin zaczął się transformować. Po chwili w miejscu, gdzie przed momentem wił się olbrzymi bezkręgowiec, leżał... David bez tchu. Ell zasłoniła usta dłonią. Zmarszczyłem czoło. Więc to tak, ta? Tacy wielce zakochani? Davidek, ten szmaciarz, cały czas z nią kręcił, a debila kurna udawał...
Byłem zazdrosny? O Heap?! Nigdy! Po prostu czułem niesmak w ustach na myśl, że mój "przyjaciel" tak perfidnie kombinował coś z lasencją, którą miałem zaklepaną od kilku miesięcy. Proste? Proste.
Dziewczyna wypowiedziała zaklęcie, a z leżącym zaczęło się coś dziać. Dostał drgawek, a za chwilę ze wszystkich jego otworów zaczęły sypać się różnokolorowe cukierki. Po chwili profesor uznał zadanie za wykonane i poprosił kolejną osobę.
- Fajny bogin - mruknąłem, podchodząc do dziewczyny, która oddaliła się od kufra.

Ell?
Yep. I still alive.
Nawet napisałam jedno opowiadanie. Jedno przez ile? Dwa tygodnie?
Ta, więcej. Plik utworzony 11 kwietnia.
Przepraszam.
Nie znam fabuły bloga, przestałam ją czytać. Nie wiem, czy Jonasz przeruchał Ara ani co David ma w planach odnośnie Les. Po prostu staram się wywiązać przed Gwiazdką.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Ombrelune: Ell CD Rosalie

Dzisiejszy dzień zapowiadał się pięknie, słonecznie. Tak, była sobota. Do tego razem z Clarr, Adamem i Davidem zamierzaliśmy się wybrać do Ecuelle. Oczywiście plan nie wypalił, bo już przed dwunastą zaczęło lać. I to porządnie. Jednak mimo złej pogody, musiałam udać się do miasteczka po nowe pióro, ponieważ pewien miły kolega (*kasłu kasłu* Brooks *kasłu kasłu*) złamał mi poprzednie z czystej złośliwości. Kiedy wróciłam, pod przejściem do pokoju wspólnego Luniaków zobaczyłam... Nie, to nie może być...
- ROSE? - zapytałam.
Dziewczyna odwróciła się i szeroko uśmiechnęła. Zaczęłam prawić jej kazania o tym jak to się o nią zamartwiałam, a ona podeszła i po prostu mnie przytuliła. Tak mi tego brakowało...
- Czy mogłabyś mi podać hasło? - zapytała w koncu Rosalie.
- Co? Jakie hasło? - zapytałam lekko zdezorientowana.
Dziewczyna wskazała na drzwi.
- Aha... No tak. Hm. Piwo Kremowe. - przejście otworzyło się.
Wielu uczniów siedziało w PW wszystkie pary oczu zwróciły się w naszą stronę, a Rosalie zdążyła tylko posłać mi spojrzenie mówiące "pomóż" kiedy wszystko się zaczęło. "Rosalie? Omatkoboże to ona" "Rosalie dlaczego cie nie było?" "Rosalieeeee" "Ej trzeba to opić!" Cały pokój dosłownie rzucił się na nią, a ja nie ukrywałam rozbawienia. Kiedy całe zamieszanie ucichło podeszła do nas Clarisse i przywitała Rosalie po swojemu tj. Bez niepotrzebnych czułości i rzucając przy okazji jakimś wrednym tekstem. W salonie nie było jednak dumy naszego domu (*kasłu kasłu* ironia *kasłu kasłu*) czyli pana Brooksa i Martinessa.
- Chodź do chłopaków. - pociągnęłam Rosalie za rękę w stronę męskich dormitoriów.
Bez pukania otworzyłam drzwi i zastałam... Obu chłopaków śpiących w najlepsze w swoich łóżkach. Posłałam Roslie przebiegły uśmiech.
- Jesteś okrutna - stwierdziła.
Tymczasem ja na palcach podkradłam się do łóżka Adama.
"Idź do Davida" pokazałam. Rosalie jak najciszej podkradła się do łóżka blondyna.
- Adam... - szepnęłam chłopakowi do ucha - Adasiu, wstawaj...
- Mhhheszcze file mamoo - mruknął, a ja ledwo powtrzymalam głośny wybuch śmiechu.
- Adam... - szepnęłam jeszcze raz na co chłopak tylko przekręcił sie na drugi bok.
- Adam wstawaj! - wrzasnęłam najgłośniej jak mogłam zrywając kołdrę z chłopaka (dzięki Bogu był ubrany). Zobaczyłam i usłyszałam, że Rose robi to samo Davidowi.
- Zdurniałaś do końca?! - wrzasnął. - Akurat miałem fajny sen! I w ogóle... Ja spałem nie zauważyłaś?!
- O, ja akurat wiem jakie ty masz sny! - zaczęłam naśladować jego głos - "Mmm kochanie, tak mmm"
- Spi*rdalaj! - wrzasnął i rzucił we mnie poduszką.
- Ym... - opamiętałem się i wskazałam na Rosalie. - Przyporwadzilam wam gościa.
- Taaa niemile rozpoczęte spotkanie po przerwie. Ona mnie obudziła - powiedział David z udawaną pretensją w głosie, ale po chwili uśmiechnął sie szeroko i wyściskał Rosalie jakby wróciła z podróży dookoła świata... Po 50 latach... Ale w sumie moja reakcja była podobna. Jednak Adam stał dalej z szeroko otwartymi oczami.
- Ryjku...? - wydukał. Skrzywiłam się lekko kiedy ją tak nazwał, tak pieszczotliw... WRÓĆ! Ja nie jestem zazdrosna! O Brooksa?! Pff...
- No... To ja - dziewczyna uśmiechnęła się lekko skrępowana. Rozumiem, ta sytuacja musiała być dla nich lekko niezręczna... Zważając na to co ich kiedyś łączyło.
- David, chodź no muszę zamienić z tobą słówko - powiedziałam do Davida.
- No to wal - nie zrozumiał aluzji. Jak to mówiła Clarr? Inteligencja godna ananasa?
- Na zewnątrz. Najlepiej poza tym pokojem.
- AAA - brawo, David. Jestem z ciebie dumna. Ogarnąłeś. Owacje na stojąco.
Wyszliśmy z pokoju. Po dziesięciu minutach opuściła go także Rosalie. Nie była ani przygaszona ani nic... Postanowiłam nie drążyć tematu.
- Ym.. Chodź, pomogę ci sie rozpakować - przerwałam niezręczną ciszę.



Rosalie?

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Rosalie do Ell

Kiedy po długiej podróży stanęłam przed zdumiewającym budynkiem Akademii, do nozdrzy od razu przedostał mi się charakterystyczny zapach tego miejsca; Odór starej piwnicy pomieszany z delikatną i przyjemną wonią piwa kremowego. Wzięłam głęboki wdech i ciągnąc walizkę za sobą szybkim krokiem udałam się w stronę drzwi. Gdy nacisnęłam klamkę przywitały mnie zdziwione głosy obrazów i niektórych uczniów. Szłam dalej korytarzem, cały czas słysząc za sobą nieuprzejme szepty.
- Zazwyczaj nikt nie dochodzi w ciągu roku... - powiedział ktoś.
Mimowolnie się uśmiechnęłam, ale powoli szłam dalej.
- Eee, ona nie jest pierwszoroczna! - usłyszałam szepty dziewczyn z domu Papillonlisse.
Nie widziałam żadnych swoich znajomych. Przyśpieszyłam kroku i udałam się do lochów, gdzie miałam zamiar iść prosto do swojego dormitorium. Zapomniałam jednak o jednym, drobnym szczególe, jakim było hasło. Usiadłam na ławce. Prędzej, czy później, ktoś z Lune będzie chciał wejść, więc postanowiłam, że zaczekam na taką osobę.

~~

- ROSE? - usłyszałam cichy głosik, który natychmiast rozpoznałam. Ell.
Dziewczyna stała na środku korytarza, z otwartymi szeroko oczami.
- Hej. - przywitałam się krótko.
Ellizabeth wzięła głęboki wdech.
- Gdzieś ty była? W Azkabanie czy co? Martwiłam się o ciebie, wiesz, nie dawałaś żadnych znaków życia... Trochę się u nas pozmieniało... I to całkiem sporo, wiesz, długo cię nie było.
Zadawała milion podobnych pytań, ale nie czekała aż na nie odpowiem, ale pytała się o następne rzeczy. Brakowało mi jej gadatliwości.
Kiedy wreszcie się zamknęła, zamiast odpowiedzi na wszystkie pytania, uściskałam ją mocno.
- Czy mogłabyś mi podać hasło?
Uniosła brwi.
- Co? Eee... Jakie hasło?
Wskazałam na drzwi.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Ell cd. Adama

Nie skrzywdzi? Tak. Znając Adama Brooksa wyrzuci mnie jak niepotrzebnego śmiecia po tygodniu. O ILE na cokolwiek bym sie zgodziła. Ale hej, życie jest po to, żeby z niego korzystać. A może sie zmieni... Tak, Ell karm sie kłamstwami w które sama nie wierzysz - skarciłam się myślach. Podniosłam wzrok na chłopaka w tym samym momencie zdając sobie sprawę w jakiej dwuznacznej pozycji leżymy. Co gorsze - nie przeszkadzało mi to. Jemu najwyraźniej też.
- Co jest? - zapytał widać lekko zdezorientowany tym, że sie w niego wgapiam intensywnie o czymś rozmyślając.
- Y... Nic. Wiesz, wygodny jesteś - powiedziałam uśmiechając się lekko.
- Dzięki.
Popatrzyłam mu głęboko w oczy. Nie zobaczyłam w nich cienia.. Hm. Pożądania? W sumie to nic w nich nie zobaczyłam. Adam nachylił się chyba z zamiarem pocałowania mnie i sumie nie miałabym nic przeciwko, ale... W tym momencie drzwi otwarły sie na oścież, a stanął w nich nikt inny jak David Martiness. Jego twarz zdradzała osłupienie i nawet lekkie rozbawienie.
- Okej, nie przeszkadzam - powiedział szybko zamykając za sobą drzwi.
- To nie jest to na co wygląda, Martiness! - wrzansnęłam za nim. Odpowiedział mi cichym chiochotem.
- Ale idiota - mruknął Adam.
- No... - wymamrotałam przetaczając sie na drugą stronę łóżka. - To była najbardziej żenująca sytuacja w moim życiu. Ukryłam twarz w poduszce.
Westchnęłam.
Teraz David wymyśli niestworzoną historię i poleci do Clarr ją opowiedzieć. Clarr będzie męczyć mnie. Potem Clarr powie Leslie, a ona pewnie palnie swoim koleżankom zakochanym w Adamie, kiedy będą ją wkurzać. Krótko mówiąc, za chwilę cała szkoła będzie miała plotkę.
- Ej, wyluzuj - powiedział Adam łagodnie. Zaraz, zaraz! Łagodnie? Oderwałam głowę od poduszki i spojrzałam na niego.
Obszedł łóżko dookoła i usiadł obok mnie.
- David to idiota - powiedział.
- Adam, zaraz cała szkoła będzie myślec nie wiadomo co. Nie chce być w centrum ploteczek. Ok?
Chłopak nic nie odpowiedział. Chciałabym żeby tak było zawsze. Żebyśmy sie nie kłócili, a Adam sprawiał wrażenie człowieka z uczuciami. Nawet nie spostrzegłam kiedy nachylił się i lekko musnął moje usta swoimi. Nie protestowałam, ale kiedy chciał pogłębić pocałunek odsunęłam sie lekko zaczerwieniona.
- To ja już będę lecieć - oznajmiłam i szybkim krokiem wyszłam z pokoju.
Na korytarzu co druga osoba dziwnie sie na mnie patrzyła. To nie wróży nic dobrego. Ledwo przekroczyłam próg dormitorium, a wpadła do niego cała czerwona... Victoria.
- Robisz mi to na złość, co?! Zawsze musisz być lepsza! To ty musisz wszystko mieć! - wydarła się.
- Ej, młoda o co ci chodzi, co?! - zapytałam, choć łatwo było sie domyślić. Dziewczyna prychnęła.
- Wiedziałaś, że Adam mi sie podoba! I jeszcze przespałaś sie z nim jak jakaś p*erdolona dzi*wka!
- Co?! - tym razem to ja wrzeszczałam - Ty chyba jesteś niepoważna! Wynoś sie z mojego dormitorium! Już!
Po tych słowach wykopałam ją za drzwi.
Nie wierzę. Po prostu nie wierzę.


Adam? Pisane na telefonie i wgl zakończone dramatycznym akcentem xd Ej ci z Belle coś za dużo opek piszą ;-;

środa, 8 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Okej. Przegrałem życie.
Czemu?
Och, minął miesiąc i nadal nie wskoczyła mi do łóżka.
Ale zapewniam, że mi się to uda. Skubana jest całkiem odporna na moje nagabywanie. Właściwie całkiem dawno jej nie całowałem i to mogło wywołać u niej pewien szok w stylu "och, chyba ten bęcwał dał mi wreszcie spokój". O nie, nie. Nie dał. Ten bęcwał dopiero się rozkręca.
Boże, czy ja gadam do siebie?
- Proszę!
W pewną pogodną, październikową sobotę, kiedy zajmowałem się słodkim nicnierobieniem, byłem wobec tego bardzo zajęty, do mych delikatnych uszu dobiegło pukanie do drzwi, przez które weszła Elliezabeth we własnej osobie.
- Co robisz? - spytała pogodnie.
- Jestem zajęty - oznajmiłem, wyciągając się na łóżku i mrucząc z rozkoszy ze zmrużonymi oczami.
- Widzę właśnie. Idziemy polatać?
- Nieee chce mi się - stęknąłem.
- No chodź!
Poczułem jak sześćdziesiąt kilo żywej wagi zwala mi się na przeponę, pozbawiając mnie na chwilę tchu. Mocno klepnąłem w tyłek leżącą na mnie w poprzek dziewczynę i natychmiast poczułem odwet zadany kościstym łokciem.
- Gdzie dotykasz? Nie dla psa kiełbasa - fuknęła. Ani jej się jednak śniło ze mnie schodzić.
- Fajny masz tyłek - powiedziałem tonem znawcy.
Rzeczywiście pupa Ell była wyjątkowo jędrna i całkiem zgrabniutka. Doszedłem do wniosku, że naprawdę zbzikuję, nie mogąc jej nadal legalnie całować, dotykać i pieścić. Legalnie, to jest - bez dostania po twarzy.
- Eee... dzięki? Chyba. No wstawaj z tego wyra, grubasie!
- Ja znam ciekawsze sposoby, żeby schudnąć, poruszać się i miło spędzić czas. Wcale nie muszę w tym celu wstawać z wyra. - Uśmiechnąłem się szeroko. Spojrzała na mnie z mieszaniną strachu, speszenia, zażenowania i odrzucenia. Zdolność kobiet do odczuwania tylu emocji naraz jest doprawdy imponująca. - Możemy na przykład poskakać po łóżku - sprostowałem z miną pod tytułem "i kto tu jest zboczony?".
- Oczywiście, że właśnie to miałam na myśli. - Ell złapała buraka. Rumieńce na policzkach były jedną z bardziej uroczych cech jej aparycji.
- Serio? Bo ja na przykład coś takiego! - Wypowiadając ostatnie słowa, chwyciłem dziewczynę za ręce powyżej łokci i podciągnąłem tak, że leżała na mnie wzdłuż, błękitne oczy mając wprost przed moimi.
- Hej - powiedziała cicho.
- Hej. - Posłałem jej pokrzepiający uśmiech i wychyliłem, by cmoknąć ją w usta.
- Och, nie...
- Znowu wracamy do punktu wyjścia o współrzędnych "Adam, nie mogę" i "Adam, jesteś idiotą"?
- Tak... Nie... Nie wiem... - jęknęła i opadła na mnie, wtulając się w moją pierś, ramię oraz fragment leżącej pode mną poduszki. Cóż, niezbyt wygodna kombinacja, ale skoro jej to pasowało... Wymacałem jej dłoń i splotłem moje palce z jej. Czułem, że całe jej ciało drży.
- Boisz się mnie?
Nie odpowiedziała; poczułem tylko, jak wzrusza ramionami.
- No co ty? Nie skrzywdzę cię...
- Uhm - mruknęła z ironią. Spodziewałem się długiego monologu, tu mnie jednak zaskoczyła, poprzestając na pojedynczym dźwięku wyrażającym dezaprobatę. Najwidoczniej postanowiła dać sobie wreszcie spokój. Dobry wybór, mała.
Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę. O dziwo nie miałem ochoty jej dotykać, gwałcić od razu czy coś. Po prostu leżała sobie i to było bardzo miłe. Po kilku minutach poczułem nawet, że się rozluźnia i swobodnie mości na posłaniu z moich kości.

Ell? ;3
Bam, ten rym na koniec xD
Ale serio nie mam weny kurczę :/ Ale nie mogę pozwolić Orlakom wygrać pucharu xD

sobota, 4 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Ell cd Adama

Stałam na środku korytarza lekko skołowana, ale po chwili ruszyłam za Adamem starając się odgonić wszystkie złośliwe myśli napływające do mojej głowy. Dotarliśmy pod drzwi biblioteki. Chłopak otworzył przede mną drzwi uśmiechając się szeroko.
- Mm... Dzięki - wymamrotałam starając nie patrzeć mu się w oczy.
Usiadłam przy stoliku rozkładając pergaminy i pióra.
- Ty... Szukasz mi fragmentów... Em... Na wypracowanie - wydukałam pokazując palcem na niewielki stos książek. Starałam się również ignorować fakt, że Adam siedzi tutaj bez koszulki...
- Jasne - wyszczerzył się jak głupi i zaczął przeglądać książki dość przekonująco udając, że rozumie co jest w nich napisane.
Ja natomiast pochyliłam się nad papierem i zaczęłam kreślić słowa, które po przeczytaniu okazały się zupełnie pozbawione sensu... No cóż. To wypracowanie było z góry skazane na porażkę. Wstałam od stolika i nie oglądając się za siebie wyszłam z biblioteki.
- Ej! Czekaj! - uśmiechnęłam się słysząc, że Adam za mną biegnie.
- Co? Musisz się umyć bo śmierdzisz na kilometr i... - przełknęłam ślinę - ...Ubrać się. Wiesz rozpraszasz ludzi.
- OCH ADAM! - usłyszałam głos Paige, blondynki, która od pierwszej klasy była zadurzona w Adamie i nie starała się tego ukrywać - Och Adam. Widzę nowa stylówa? Podoba mi się.
Mimowolnie się skrzywiłam.
- Och Adam! Wiesz dziś organizuję małą imprezę może wpadniesz?
- Yy... A kto będzie? - zapytał Adam puszczając jej oczko. Swoją drogą myślałam, że za chwilę zemdleje. Albo tu dojdzie.
- Och Adam... No wiesz... To kameralna impreza - chłopak uniósł jedną brew - Konkretnie dwie osoby. No ty i ja. Och Adam...
Nachyliłam się i szepnęłam Adamowi na ucho.
- Jeśli ona jeszcze raz powie "och Adam" to nie wiem czy wytrzymam.
Chłopak popatrzył na mnie wyraźnie rozbawiony. Spojrzałam na Paige, która nie darzyła mnie sympatią. Rzekłabym nawet - nienawiścią. Przynajmniej tak na mnie patrzyła.
- Och Adam... - zaczęła, ale tutaj oboje wysiedliśmy (mam na myśli Adama i mnie). Wybuchnęliśmy tak głośnym śmiechem, że cały korytarz momentalnie odwrócił się w naszą stronę.
- Och Adam! - wychrypiałam między niekontrolowanymi wybuchami śmiechu.
- Nie no, uwielbiam ją. Ell, przygarnijmy ją. Będzie nam poprawiała humor - zaproponował. Nie wiedziałam jak do końca jak mam to rozumieć, ale wolałam nie próbować dociekać o co chodziło Adamowi.
- Adam, nie traktuj ludzi jak przedmioty - pouczyłam go. Moja wypowiedź również miała dwie strony. Chłopak na chwilę spoważniał.
- Okej, okej...
W tym momencie dotarliśmy pod pokój wspólny Ombrelune.



Adam? Długie jak chole*a *howrse nie toleruje tego słowa lol. lewiatan twój dobry sąsiad, man* no nie? xd

niedziela, 22 marca 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

- No cóż - westchnąłem, zdejmując bez trudu tomiszcze, po które sięgała - nawet najbardziej waleczna spośród księżniczek potrzebuje czasem swojego rycerza.
- Co ty sobie wyobrażasz? - Dziewczyna wzięła się pod boki i spojrzała na mnie srogo.
- Ciebie pod prysznicem. - Uśmiechnąłem się szeroko.
Prychnęła. Wyrwała książkę z mojej dłoni i podążyła wzdłuż półek, szukając kolejnych.
- Nudy - jęknąłem.
- Czy ktoś kazał tobie tu ze mną siedzieć? - warknęła z irytacją, przeglądając spis treści księgi oprawionej w ciemnobrązową skórę. Puściłem to mimo uszu.
- Nie musisz tego robić - powiedziałem cierpliwie, wyrywając pozycję z jej rąk.
- Owszem, muszę. Wyobraź sobie, że po twoim czarującym występie na lekcji nie chcę bardziej podpaść.
- Chodźmy na spacer - powiedziałem błagalnie, zwracając jej, co zabrałem.
- Dochodzi dziewiąta, a ja nie mam zadania. Nawet go nie zaczęłam. Jeśli dobrze pójdzie, skończę pewnie koło północy. Ale oczywiście ty masz je gdzieś? Tak? Dlatego tu jesteś i nękasz poczciwych ludzi?
- Tsa, mam je gdzieś, a konkretniej w dormitorium. David wisiał mi przysługę - rzuciłem beztrosko.
- Takiemu to dobrze.
Przez najbliższe pół godziny pomagałem Ellie usłużnie w szukaniu książek potrzebnych do zadania domowego. Próbowałem odwieść ją od niedorzecznego pomysłu jakim było odrabianie go, ale była nieugięta. Koło dwadzieścia po dziewiątej usiedliśmy przy jednym z czytelnianych stołów. Starając się mnie ignorować, dziewczyna umoczyła pióro w kałamarzu i wykaligrafowała swoje imię oraz nazwisko.
- Jesteś wykończona. Daj sobie spokój i połóż się.
- Od kiedy jesteś taki opiekuńczy?
- Od zawsze! Przecież się przyjaźnimy, nie?
- Ta. Przyjaźnimy.
Odparłem głowę na rękach i przeglądałem się, jak seksownie przygryza wargę, szukając potrzebnych informacji w maczkowatym tekście.
Miłość? Haha, nie znam definicji tego słowa. To uczucie wyższe, tak wychwalane w książkach i pieśniach, zapewne wcale nie istnieje. Pożądanie. Chyba to kieruje mną przy wyborze dziewczyn. Z Ell była niezła sztuka, a wszystkie niezłe sztuki w tej szkole zasługiwały, by poczuć się przy mnie wyjątkowo. Teraz chciałem ją i nie miałem zamiaru odpuścić.
Odłożywszy na bok rozmyślania, dostrzegłem, jak Heap oddycha równo, rozłożona wygodnie na stercie papieru. Parsknąłem stłumionym śmiechem. Przez krótką chwilę rozważałem obudzenie jej w jakiś bestialski i świński sposób, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie będę takim chamem. Cóż bardziej przekona ją do mych czystych intencji niż zaniesienie jej do łóżka? Już bez tego jestem niemożliwie atrakcyjny. Co jak co, ale zdobywanie dziewczyn to moja specjalność. Ostrożnie włożyłem jedną rękę pod jej uda, drugą zaś objąłem plecy i wsunąłem pod prawe ramię. Szarpnąłem do góry. Nawet się nie poruszyła. Była zaskakująco lekka.
Po kilku minutach znalazłem się pod drzwiami dormitorium dziewczyn. O ile drzwi od biblioteki bez trudu otworzyłem jakże wygimnastykowaną łopatką, o tyle teraz nie było szans. Dostępu do sypialni zacnych niewiast strzegł zamek. Kopnąłem kilka razy w drewniane drzwi. Po chwili dało się słyszeć szczęk zamka.
- Czego? - W drzwiach stanęła Clarisse opatulona w puchowy błękitny szlafrok. Na ramiona opadały jej brązowe, mokre włosy.
- Przyniosłem ci koleżankę - wyszczerzyłem się.
- Matko, musiało być nieźle, że aż padła ze zmęczenia.
- Co? - Uniosłem brew.
- Nie, nic - westchnęła. - Daj ją tu, na łóżko.
- Okej, mamo.
Delikatnie ułożyłem bezwładną dziewczynę na miękkim materacu i pocałowałem ją w czoło.
- No. To już.
- Adam...? Czy wy...?
- Tak? - Odwróciłem się w stronę dziewczyny, która przyglądała się mi, jakby zobaczyła bezgłowego ducha japońskiej prostytutki patatającego przez szkolny hall w samej halce na wymiotującym tęczowym dwurożcu.
- Czy wy... razem?
- My? Nie, coś ty! - Parsknąłem. - To ja lecę. Dobranoc.
Musnąłem policzek Clarisse ustami i wycofałem się na korytarz, nim zdążyła mnie uszkodzić. Szybko wróciłem do siebie. Davida nie było. Miał chyba jakąś wsiuńską randkę z moją siostrą. Szybko wziąłem prysznic i wskoczyłem pod kołdrę. Nawet nie wiedziałem, kiedy zasnąłem.

Obudziło mnie walenie w drzwi. Najpewniej była to pięść, jednak po błogim śnie uderzenia brzmiały jak próba wyważenia taranem.
- Otwarte! - wrzasnąłem, nie otwierając nawet oczu.
Usłyszałem skrzypnięcie, odgłos przybliżających się szybko kroków i poczułem, że ktoś nade mną stoi.
- Brooks! - Zirytowany cienki głosik, który odezwał się nad moim uchem  z pewnością należał do Ell.
- Co jest? - mruknąłem, z trudem rozchylając powieki.
- Jesteś głupkiem!
- Też mi nowość...
- Czemu mnie wczoraj nie obudziłeś? Przez ciebie nie mam zadania na zaklęcia! Trzeba było mnie szturchnąć albo co, ale nie, ty wspaniałomyślnie zaniosłeś mnie do łóżka. Dlatego za karę idziesz teraz ze mną i pomagasz napisać wypracowanie.
- A którą mamy, przepraszam, godzinę?
- Szóstą - oznajmiła z samozadowoleniem i wyraźną nutą mściwości.
- Wyśmienicie - stęknąłem. - Daj mi pięć minut - wymamrotałem, na powrót układając się w pozycji dogodnej do drzemki.
 - Nie ma pięć minut!
Poczułem jak zsuwa się ze mnie kołdra. Uderzyła mnie fala chłodu poranka. Skuliłem się jak karaluch, próbując zatrzymać w ciele trochę ciepła.
- Wstawaj!
- Zaraz...
- Już!
- Zaraz!
- Adam!
- Kurwa...!
- Pojebało was?! - Do wymiany zdań włączył się trzeci głos. Nasze krzyki obudziły śpiącego na łóżku obok Dave'a. - Wydzieracie się, jakby kogoś zażynali. Zamknijcie się z łaski swojej i dajcie spać.
- Trzeba było nie gzić się po nocy. Na pewno byłbyś wyspany - dogryzłem mu w zamian za bardzo niemiłe przywitanie swych najdroższych przyjaciół.
- Wypchaj się - burknął.
- Tak, my już idziemy - powiedziała szybko Ell, trochę chyba zmieszana wybuchem Smoka, i spojrzała na mnie znacząco, jakby każda minuta zwłoki kosztowała życie co najmniej. Westchnąłem ciężko i zwlokłem się z posłania.
- Idziemy - przytknąłem, wciągając ciemne jeansy.
- I bardzo dobrze! - usłyszałem stłumiony przez pościel głos.
Po chwili wbiegaliśmy po schodach. To znaczy - Ell wbiegała. Była w wyśmienitym humorze, zapewne w dużej mierze dlatego, że miała szansę mnie zbudzić. Ja wlokłem się smętnie, a każdy kolejny stopień sprawiał mi ból.
- No chodź wreszcie! - Dziewczyna podbiegła i chwyciła mnie za rękę, a ja stanąłem jak wryty. Kiedy uświadomiła sobie, co zrobiła, mina naraz jej zrzedła. Puściła. Spojrzałem na nią z rozbawieniem.
- I co teraz?
- Wybacz. - Spuściła głowę.
- Spoko - mruknąłem. Pocałowałem ją w policzek i zręcznie wyminąłem, nie odwracając się w jej stronę. Ruszyłem w kierunku biblioteki, uśmiechając się pod nosem. Wspaniały manewr. Byłem z siebie dumny. Teraz już absolutnie będzie skołowana. A bezbronna, zagubiona dziewczynka to doskonały materiał manipulacyjny. Czułem, że do końca tygodnia będzie za mną szalała, a z końcem września wskoczy mi do łóżka.

Ell?

poniedziałek, 16 marca 2015

Ombrelune: Od Ell cd. Adama

Nareszcie koniec lekcji. Zaczęłam pakować książki myśląc już tylko o ciepłym łóżku i...
- Cholera - mruknęłam pod nosem.
Zupełnie zapomniałam o dzisiejszym szlabanie. Dzięki, Adam! Wyszłam z klasy kierując sie w stronę dormitoriów, by zostawić tam książki. Kiedy w końcu do niech dotarłam (co jak co, ale przedzieranie sie przez tłum uczniów nie jest łatwe), spostrzegłam, że do szlabanu pozostało tylko pół godziny. Opadłam na łóżko ze zrezygnowaniem. Po około minucie drzwi sie otworzyły, a do pomieszczenia weszła Clarisse.
- No niezłe przedstawienie dziś daliście z Adamem na zaklęciach - powiedziała z wrednym uśmiechem.
- Tak, bo przecież tylko my gadaliśmy - warknęłam lekko poirytowana.
- Ell, przez całą lekcje wyglądałaś jak jeden wielki burak. - Clarr najwyraźniej świetne sie bawiła. Moim kosztem. Cudownie.
- Ta... O jejku no nie, wyglada na to, ze mam szlaban i nie będę mogła dłużej z tobą rozmawiać. Jaka szkoda. Żegnaj Clarr, będę tęsknić...
- A ja nie - mruknęła dziewczyna.
Udałam załamanie nerwowe, po czym wyszłam z dormitorium kierując sie w stronę sali pani Maupssant.
- Cześć Ell! - usłyszałam przeraźliwy wrzask tuż obok mojego ucha.
- Adam, ty idioto!
- Też miło cię widzieć - chłopak wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. - Szlabanik?
- Ta...  Szlabanik... - patrzyłam na Adama lekko skołowana. Mówią, że to kobieta zmienną jest, a tu taki Adam Brooks : rano przygważdża cie do ściany i zachowuje jak jakich psychiczny napaleniec, a potem udaje, że nic się nie dzie...
- Słodko wyglądasz, kiedy sie rumienisz - usłyszałam szept koło swojego ucha.
- Yyy dzięki? - pisnęłam podejrzewając, że moje policzki przybrały już conajmniej odcień szkarłatny.
Ku mojej uldze dotarliśmy juz pod drzwi sali w której mieliśmy odbyć szlaban.
- Mamy jeszcze dziesięć minut - poczułam, że Adam obejmuje mnie od tyłu. - Wiesz co można zrobić w dziesięć minut?
- Nie, i nie chcę wiedzieć - powiedziałam lekko zestresowana. Ta cała sytuacja mnie przerastała.
W tym momencie drzwi sali sie otworzyły.
- Wspaniałe, że już jesteście. Chodźcie - nauczycielka zaprosiła nas do środka.
Po chwili dotarliśmy do sporych rozmiarów biblioteczki.
- Trzeba wyjąc wszystkie książki... Tylko ostrożnie! To wartościowe egzemplarze! Wytrzeć wszystkie półki i włożyć z powrotem. - oznajmiła nauczycielka - Proszę oddać mi wasze różdżki.
Oddaliśmy je z ociąganiem.
- Bierzcie sie do pracy - zarządziła, a sama rozsiadła się w fotelu otwierając jakieś opasłe tomisko.
- Nie chce mi się - poskarżył sie Adam. Zaczyna sie...
- Żadnych rozmów! - usłyszałam krzyk nauczycielki, która nawet nie podniosła wzroku znad książki. Zaczęłam ściągać książki z regałów.
Kątem oka zobaczyłam, że Adam robi to samo, co przyjęłam z pewnego rodzaju ulgą. Znając go to najchętniej usiadłby i nic nie robił. Praca w jego towarzystwie szła dość mozolnie. Najgorsze jednak było to, że co pięć minut Adam przechodził kryzys, a wyglądało to mniej więcej tak:
- Nie chcę! Nikt nie zmusi mnie do sprzątania i układania tych papierowych paskud!
- Zaczyna sie... - westchnęłam.
- Ell ja nie chcę...
- Nie marudź!
- Ale ja nie chceeee... Zabierz mnie stąd...
- Zachowujesz sie jak jakiś dwuletni bachor...
- ŻADNYCH ROZMÓW! - krzyczała wtedy nauczycielka, a ja wracałam do pracy.
I wtedy Adam robił minę naburmuszonego dziecka, które nie dostało zabawki, ale bez słowa zabierał się do wycierania półek.
Po około trzech godzinach biblioteczka lśniła.
- Skończyliśmy - oznajmiłam stając przed zaczytaną nauczycielka. Kobieta uniosła wzrok znad książki i bez słowa podała nam różdżki.
- Do widzenia, życzymy miłego dnia! - uśmiechnęłam sie promiennie, po czym opuściliśmy salę.
- Jedyne czego życzę tej starej wiedźmie, to rozwolnienia albo...
- Oddam wszystko tylko przestań marudzić! Zaraz cię uduszę! - krzyknęłam.
- Wszystko? - zapytał z chytrym uśmieszkiem.
- Zdałam sobie sprawę ze swojej głupoty... - westchnęłam - Dlaczego ja zawsze muszę cos palnąć? A potem ty wygrywasz i...
Nie dane było mi skończyć, gdyż Adam przyciągnął mnie do siebie i zachłannie pocałował. Na poczatku nie wiedziałam co robić, ale zaczęłam odwzajemniać pocałunek. To było nawet... Przyjemne. Zaczęłam sobie wyobrażać jakby na moim miejscu zachowala sie taka powiedzmy... Evelyn Rosier - wierna fanka Adama. Mimowolnie parsknęłam śmiechem.
Adam odsunął sie ode mnie lekko zdziwiony.
- Co jest?
- Nic...
Jednak wizja Evelyn napastujacej Adama nie przestawała mnie nawiedzać, co zaowocowało jeszcze głośniejszym chichotem, którego nie potrafiłam stłumić.
- Co cię tak śmieszy...? - zapytał powoli przybliżając sie do mnie z chytrym uśmieszkiem.
- Nic, nic - zachichotałam, ale przejrzałam plany Adama i puściłam sie sprintem w stronę dormitoriow. Mimo tego, że biegłam jak najszybciej umiałam, chłopak bez problemu mnie dopadł i zaczął łaskotać.
Pisnęłam głośno i próbowałam sie wyrwać z jego uścisku niestety na marne.
- Tortury... Są... Zakazane - wydyszałam.
- A co mnie to? - Adam na chwilę przestał.
- Puszczaj - powiedziałam władczym tonem.
- Nie - wyszczerzył sie chłopak.
Zmarszczylam brwi i obróciłam sie do niego tyłem.
- Ojej, czyżby panna muszę-dostać-wszystko-co-chcę sie na mnie obraziła? - zapytał Adam udając przestraszonego - O nie! To by była katastrofa stulecia!
Mimowolnie parsknęłam śmiechem, ale zaraz potem przybrałam poważną minę i odwróciłam sie do chłopaka tak, by spojrzeć mu w oczy.
- Puszczaj... W tej chwili - rozkazałem.
- Okej coś za coś - powiedział Adam nadstawiając policzek.
Wzruszyłam ramionami i nachyliłam się, ale chłopak odwrócił szybko głowie przez co pocalowalam go nie w policzek, ale w usta.
- Głupi! - spoliczkowalam go lekko. - Nie rób tak!
- Sama jesteś nierób - wyszczerzył sie.
Wyplątalam sie z jego uścisku i udałam sie do dormitorium. Dobra. Podjęłam decyzje. *mroczna muzyka xd* porzucam wszystkie swoje watpliwości. Niech sie dzieje co chce. Najwyżej potem będę płakać po nocach... Przezywać załamanie nerwowe jak to ja mam w zwyczaju... Pff... Normalka. Z wysoko uniesioną głową weszłam do dormitorium w którym ku mojej uldze nie zastałam Clarr. Usiadłam przy biurku i zaczęłam przeglądać książki w poszukiwaniu notatek dotyczących prac domowych... Hm... Wypracowanie na zaklęcia... Na szybko skreśliłam listę potrzebnych książek i wyszłam do biblioteki.
Krążyłam miedzy regałami. W poszukiwaniu potrzebnych tomów.
- Coś tak myślałem, że cie tu znajdę - usłyszałam głos za sobą.
- Jesteś strasznie irtyrujacy - powiedziałam oskarżycielskim tonem nawet nie oglądając sie za siebie - wiedziałam, że to Adam. - Zawsze wyskakujesz zza rogu... Śledzisz mnie?
- Tak, oczywiście nie mam nic innego do roboty... Poza tym, nie trudno zauważyć taką różową burze-  wyciągnął rękę zapewne aby zmierzwić mi włosy, ale odsunęłam się i klepnelam go w dłoń.
- Nie rób!
- Sama jesteś...
- Gryzę - ostrzegłam starając sie przybrać groźną minę, co chyba nie za bardzo mi wyszło, bo Adam wybuchnął śmiechem.
- Tak, warto sie bać drobnej dziewczynki z różowymi włoskami... - nie krył swojego rozbawienia.
- Mam paznokcie, a poza tym mnie nie doceniasz - warknęłam stając na palcach, aby zdjąć grubą książkę a wyższej półki.


Adam?

sobota, 14 marca 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

- A ty dokąd? - spytałem Ell, wycierając ręce o spodnie.
- Na zaklęcia - odparła i ruszyła ku wyjściu z Wielkiej Sali.
Podążyłem za nią, rzucając na odchodnym jakieś nieskładne pożegnanie i zapewnienie, że widzimy się później. Nie starałem się jej dogonić, po prostu szedłem kilka metrów z tyłu. Dopiero, gdy znalazłem się za drzwiami, i spostrzegłem, że wspina się po schodach, zwiększyłem tempo. Parę susów i już byłem obok.
- Chodź - rzuciłem, łapiąc ją za rękę i ciągnąc na półpiętro.
Wepchnąłem ją do pierwszej wnęki, jaka się nawinęła, i przyparłem do kamiennej ściany. Zacząłem gorąco ją całować. Dopiero, kiedy usłyszałem zwiastujące koniec śniadania kroki na dole, oderwałem się od zdziwionej dziewczyny.
- Już nie mogłem wytrzymać - wychrypiałem.
- Adam...
- Ja wiem. Mhm - wydukałem i, nie czekając na odpowiedź, zacząłem wspinać się na schody.
Nie starała się mnie gonić. W sumie dobrze.
Co mnie podkusiło? Cóż, całowanie Ell jest naprawdę podniecające. Nie wiem, jak David mógł z tego zrezygnować. Choć właściwie, biorąc pod uwagę jego niecodzienne gusta, wszystko jest możliwe. Teraz jest w szczęśliwym związku z moją siostrą, przedtem... JA mu się spodobałem. Tak, czy inaczej, jego strata - więcej dla mnie.
Wygodnie rozparłem się w ławce na tyłach sali do zaklęć. Ell jakoś nie nachodziła, wywnioskowałem więc, że poczekała na Clarisse, czy coś. Wkrótce za to wszedł David, żywo dyskutując z chłopaczkiem, z którym dzielił przedział w pociągu. Przydzielili go do Papillonów. Nie przerywając rozmowy, usiedli razem w ławce. Zmarszczyłem czoło.
- Smoku! - zawołałem z wyrzutem.
- A, tak... Sorry, stary. Dzisiaj siedzę z Aidenem. - Uśmiechnął się przepraszająco.
- Ach, tak. Spoko - mruknąłem mierząc davidowego przyjaciela zastępczego nieżyczliwym spojrzeniem.
Po chwili do klasy wpadły Clarisse i Elliezabeth w świetnych humorach. Druga głośno się z czegoś śmiała, wyraźnie unikając spojrzenia w moim kierunku.
- Ellie, siadaj!
Obejrzała się na mnie i natychmiast spłoniła rumieńcem. Szepnęła coś Clary i z ociąganiem zajęła miejsce obok mnie. Szatynka usiadła w wolnej ławce pod dużym oknem z widokiem na rozległe błonia i stajnie, zapewne czekając na wdrapującego się do nas Percy'ego.
- Co tam, mała? - spytałem, szukając w torbie książki do zaklęć. Przetrzepałem całą, w końcu nawet wysypałem wszystko na podłogę, jednak wśród poplamionych tomów, luźnych kartek i połamanych piór nie dostrzegłem ani śladu rzeczonego podręcznika. - Cholera!
- Hm?
- Nie mam książki. Mogę z tobą?
W tej samej chwili do klasy wkroczyła nauczycielka zaklęć - Narcisse de Maupssant. Obrzuciła spojrzeniem całą klasę i zajęła miejsce za biurkiem. Szybko zacząłem zgarniać wyrzucone rzeczy z powrotem do torby.
- Paniczu Brooks? Co pan robi?
- Już kończę. Już, moment - odezwałem się spod ławki. Włożyłem wszystko na odpierdol i wysunąłem głowę ponad blat. - Dzień dobry - wyszczerzyłem się.
- Dzień dobry - mruknęła psorka, marszcząc brwi.
Nauczycielka podała temat i kazała otworzyć podręczniki, i przestudiować teorię jakiegoś zaklęcia powodującego gwałtowny porost włosów, zwracając szczególną uwagę na akcent i manipulację różdżką. Oboje nachyliliśmy się nad wypełnionymi słowami stronicami.
- Chcę cię, rozumiesz? - szepnąłem jej do ucha.
- Później porozmawiamy - odpowiedziała wymijająco, wodząc wzrokiem od linijki do linijki.
- Elliezabeth!
- Cisza! - Profesorka podniosła głos i wróciła do przeglądania sterty pergaminów, które były naszym wakacyjnym zadaniem domowym.
- Nie możesz mnie ignorować - powiedziałem cicho, skupiając wzrok na nauczycielce, by nie dać się przyłapać.
- Nie robię tego.
- Ależ tak.
- Nie wiem, o czym mówisz - odparła, po czym zaczęła pod nosem mamrotać opis zawarty w podręczniku.
- Za to ja świetnie wiem. - Delikatnie przygryzłem jej ucho, a następnie cmoknąłem je.
- Nie rób...
- Sama jesteś nierób. - Uśmiechnąłem się, rozbawiony własnym dowcipem.
- Panienko Heap, ostrzegam panią! Cały czas słyszę rozmowy! - Dało się słyszeć głos profesorki.
- To byłem ja, pani profesor - wtrąciłem szybko.
- Nos do książki, panie Brooks - poleciła i wróciła do sprawdzania wypracowań na temat zaklęć ochronnych.
- Ellie...
- Bądź już cicho, do jasnej anielki, bo za chwilę oboje będziemy mieli kłopoty! - żachnęła się. Profesorka gwałtownie wstała zza biurka.
- Ombrelune traci dziesięć punktów, państwa Heap i Brooks zapraszam o siedemnastej na szlaban. Porozmawiacie sobie, porządkując biblioteczkę w mojej sali. A tymczasem zapraszam na środek pannę Elliezabeth, która, zważywszy na rozmowy, świetnie opanowała już zaklęcie, którego się dziś uczymy, prawda?
Ell bez słowa chwyciła różdżkę i udała się na środek sali. Oczywiście jej się nie udało, tak jak i mi, gdy zostałem poproszony zaraz po niej.

Ell? ;x
Zero. Pierdolonej. Weny.

wtorek, 24 lutego 2015

Ombrelune: Od Ell cd Adama

Powiem szczerze, że nie byłam ani trochę zaskoczona zachowaniem Adama. No bo to jest... Adam. Najgorsze jednak było to, że nie wiem czemu nie potrafiłam go odepchnąć. Nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Zamiast tego, prawie wbrew swojej woli zaczęłam odwzajemniać pocałunki. Po chwili chłopak się ode mnie odsunął.
- Dalej jestem dla ciebie jak brat? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem.
- E... - patrzyłam na niego jeszcze lekko oszołomiona i zdyszana. - Y... Nie wiem.
Podniósł się z ziemi i otrzepał spodnie. Podał mi rękę, ale wstałam bez jego pomocy. Przewrócił oczami i pokazał na zieloną plamę na spodniach.
- Patrz, to przez ciebie - rzucił udając obrażonego.
- Jasne, jasne...
Prychnęłam. Jeszcze czego. Adam uśmiechnął się szeroko i szybkim krokiem ruszył w stronę Akademii. Jeśli myśli, że zamierzam za nim biec, to się myli. Poszłam więc swoim tempem.
Następnego dnia obudziłam się troszkę... No dobrze. Zaspałam pół godziny. Zważając na to, że wstaję pół godziny przed śniadaniem, spojrzałam na zegarek i natychmiast wyskoczyłam z łóżka.
- Clarr, zabiję cię - mruknęłam w ekspresowym tempie wkładając szatę.
Wybiegłam z pokoju. Te żarłoki (czyt. Adam i David) pewnie już wszystko zjadły. Wbiegłam do sali. Pierwsze wolne miejsce jakie zauważyłam było obok Brooks'a. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam w tamtą stronę.
- Spóźniłaś się - stwierdził Adam.
- Mam nadzieję, że wszystkiego nie zjedliście... - westchnęłam.
Na szczęście sporo jedzenia jeszcze zostało. Czyżby chłopaki nie mieli dziś apetytu? A co do chłopaków... Zerknęłam ukradkiem na Adama. Jak teraz wyglądają nasze relacje? Nie wiem czego mogę się spodziewać. Równie dobrze mógłby zachowywać się tak jak wczoraj, ale tak samo mógłby uznać, że to nigdy nie miało miejsca.
- Schlebiasz mi - szepnął mi Adam prosto do ucha.
- Co? - zauważyłam, że nie dość, że ZNÓW się w niego wgapiałam, to jeszcze zastygłam z ręką w powietrzu. Prawdopodobnie dlatego, że sięgałam po ser.
- Nie wyciągaj pochopnych wniosków - ostrzegłam, ale nie mogłam się nie uśmiechnąć.
- Ależ skąd - Adam również się roześmiał.
- Czasem śmiejesz się jakbyś miał atak astmy - stwierdziłam wskazując na niego nożem do masła.
- Coś ty? Mój perlisty śmiech? Wszystkie laski w tej szkole na niego lecą - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Perlisty śmiech... - pokręciłam głową - Jesteś niemożliwy!
Mój niemal oskarżycielski ton sprawił, że Brooks uśmiechnął się jeszcze szerzej. To w ogóle było możliwe?
- A teraz wyglądasz, jakbyś szedł do dentysty - powiedziałam i zaczęłam naśladować jego wyraz twarzy.
- Ha. Ha. Jesteś taka zabawna - stwierdził chłopak udając, że wcale go nie bawię.
- Jak zawsze - szturchnęłam go łokciem. - Niektórzy po prostu rodzą się idealni...
- Coś o tym wiem - westchnął Adam i zrobił zmęczoną minę.
Parsknęłam śmiechem. Brakowało mi tego. Tym razem skupiłam się na tym, żeby gapić się w talerz podczas moich "przemyśleń". Przyznam szczerze, że nie lubię jak się kłócimy. Ale czy to moja wina, że Adam cały czas okazuje się coraz większym idiotą? Coraz częściej mam wrażenie, że zaczyna się zmieniać, a potem... Znów okazuje się, że się myliłam. I ja cały czas daję się na to nabrać...
Wstałam od stołu.


Adam? Lel krótkiekrótkie

poniedziałek, 23 lutego 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Będę rozpaczał po stracie przyjaciółki? W sensie, że jej? O, nie, nie, nie, moja panienko, upokorzenie Adama Brooksa jest więcej warte. Nadszarpnięta duma nie goi się jedną urywaną rozmową... jednym urywanym dialogiem... w powozie. Jeszcze będzie wyła na kolanach, błagając mnie o przebaczenie. No, przynajmniej taki jest plan.
- Jako prefekt nakazuję ci wrócić do dormitorium. Mamy północ - powiedziałem chłodno.
- Chyba zostanę - odparła spokojnie.
- Chyba nie mogę ci na to pozwolić.
- Chyba nie masz w tej kwestii absolutnie nic do powiedzenia - uśmiechnęła się triumfalnie. Popukałem palcem w odznakę. Przewróciła oczami i usiadła po turecku na środku murawy, jakbym był powietrzem.
- Naprawdę radzę ci iść do szkoły. Polecę po punktach. - Starałem się brzmieć poważnie i całkowicie neutralnie, jakbym jej nie znał.
- Polecisz po punktach. Ha! Ty? Pan rebel vel Wszystko Mogę, Nic Nie Muszę? - zapytała z niedowierzaniem, beztrosko rozkładając się na wilgotnej od wieczornej rosy trawie. Noc była bezchmurna i na aksamitnym czarnym niebie gwiazdy i księżyc świeciły silnie jak chyba nigdy dotąd. Zewsząd słychać było cykanie świerszczy.
- Ja wszystko mogę, ty - nie - wyjaśniłem.
Wpatrywała się w moją twarz z żabiej perspektywy i uśmiechała serdecznie. Co jakiś czas uśmiech przeradzał się w krótki śmiech.
- Co? - zapytałem wreszcie zniecierpliwiony, opierając ręce na biodrach.
- Nic. Jest cudownie - oznajmiła z szaleńczym uśmiechem, chwytając swoje włosy i rozrzucając je wokół głowy na podobiznę różowego nimbu.
- Brałaś coś? - Uniosłem brew.
- Absolutnie! - Pokręciła głową przecząco.
Po chwili wahania usiadłem z dupskiem na mokrej trawie tuż obok niej. Ogarnęła nas cisza, ale nie ta kłopotliwa i trwająca w nieskończoność jak odwiedziny niechcianych krewnych. Cisza może być też dobra. Może sprzyjać przemyśleniom i lepszemu zrozumieniu sytuacji. Nie wiem, o czym myślała Ell, wsłuchując się w odgłosy nocy, ja jednak zastanawiałem się, czy jej przeszło. To znaczy - przeszło jej. To było pewne. Po przedstawieniu, jakie dała przed chwilą, miałem nieodpartą chęć poprosić ją, by chuchnęła. Pytanie raczej: dlaczego? Co skłoniło ją do tego, że tak po prostu zaczęła się śmiać? Zresztą... już w powozie sprawiała wrażenie udobruchanej, choć nic w tym kierunku nie zrobiłem, co więcej w pociągu posyłałem multum kąśliwych uwag w jej kierunku. A jej po prostu... przeszło. Cóż, jedynym w pełni logicznym wytłumaczeniem tego zjawiska jest nieodparty urok Brooksów.
- Adam...?
- Hm?
- Lubisz mnie?
- Nie - odparłem zuchwale i padłem na ziemię tuż obok niej.
Niecodzienne było to zjawisko, skakać sobie do gardeł, by finalnie przejść z tym do porządku dziennego. Nie mogłem się nadziwić, jakim wewnętrznym spokojem napawało mnie leżenie na boisku w środku nocy.
- A ja ciebie tak.
- Co?... A... To dzięki.
Obróciłem głowę na bok i teraz patrzyłem prosto w jej niebieskie oczy. Uśmiechnęła się delikatnie. Znowu to robiła. Kusiła mnie swymi ponętnymi ustami, nawet jeśli wcale tego nie chciała. Przypomniał mi się ten wieczór u mnie. Po tym, jak mnie wyjebała - z pokoju w moim własnym domu zresztą - miałem taką chcicę, że nie mogłem spać na brzuchu. Cholerna przyzwoitka z niej jest, ale to nawet dobrze. Lubię wyzwania.
Przygryzła wargę, spoglądając na mnie niewinnie. Podparłem się na łokciu i delikatnie pocałowałem ją w usta. Kiedy się od niej odsunąłem, pokręciła głową.
- Nie mogę, Adam.
- O co chodzi? Jedzie mi z ust? Sorki, jadłem tylko rogaliki z dżemem - jęknąłem.
- Nie, to nie to. Po prostu... nie mogę. Nie pasujemy do siebie. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Może nawet moim przyszywanym bratem. Ale tylko to.
- Serio tak sądzisz?
Zawahała się, jakby kłóciła się sama ze sobą. Zaczęła zdrapywać skórki z paznokci.
- Tak - wydusiła wreszcie.
- Dlaczego kłamiesz? - zapytałem szorstko.
- Nie kłamię. Tak będzie lepiej. Dla mnie. Dla nas. Dla wszystkich.
- Oszukujesz sama siebie - odparłem, kładąc się z powrotem na wznak z rękami pod głową.
- Może. Ale czuję, że podejmuję właściwą decyzję.
Ha. Czyżby? Ale jak trwoga to do Boga. Jeszcze zrobię tak, by to ona mnie chciała i żałowała, że odrzuciła taki cud natury. Przysięgam.
Okazało się, że wcale nie będę musiał czekać tak długo i zbytnio się starać. Usłyszałem, jak dziewczyna obok mnie wzdycha.
- To niesprawiedliwe.
- Hm? - mruknąłem. Jeżeli sądziła, że teraz pogodzę się ze swym losem i będę rozmawiał z nią jak pół roku temu, jeszcze przed feralnym balem, to myliła się, i to grubo.
- Ogólnie. Życie jest niesprawiedliwe. Rzeczy, które mnie spotykają, dylematy przed którymi staję, chociaż nigdy nikomu nic nie zrobiłam...
- Mówi się trudno.
- Adam! Ja chcę z tobą... no wiesz...
Uśmiechnąłem się pod nosem, jednak odpowiedziałem obojętnym głosem:
- Przecież nie możesz.
- Ale to nie znaczy, że tego nie chcę...
- Kobiety... - Przewróciłem oczami. - A co jeśli ja tego nie chcę?
- Wtedy... mówi się trudno - powiedziała cicho.
Bez pardonu przeturlałem się i położyłem na niej. Pisnęła z bólu - w końcu moje mięśnie coś ważą. Uniosłem się więc na ramionach, jakbym robił pompki, żeby mi biedulka nie zeszła, po czym zacząłem całować ją w usta, najbardziej namiętnie jak umiałem. Z każdym pocałunkiem jej usta wydają mi się wspanialsze.

Ell? ;3
Nie mam weny, ziomeczki :<

niedziela, 22 lutego 2015

Ombrelune: Od Ell cd Adama

Wgramoliłam się do powozu. Był pusty. Nawet się z tego cieszyłam, gdyż nie miałam najmniejszej ochoty rozmawiać z jakąś szeroko uśmiechniętą dziewczynką, albo co gorsza napalonym facetem. Niestety moje szczęście o ile mozna tak to nazwać, nie trwało długo. Do powozu ktoś wpadł. I to nie byle kto. Panicz Adam Brooks we własnej osobie. Spojrzałam na niego niechętnie. Chłopak również podniósł wzrok, a kiedy mnie zauważył zastygł na chwilę, a na jego twarzy odmalowało się... Zdziwienie? Osłupienie? A może jego spojrzenie mówiło "co ta s*ka tu robi..."? Nie wiem, nie jestem dobra z wyczytywania emocji patrząc na twarz. Jednak byłam przekonana, że po mnie łatwo było wyczytać emocje. Starałam się posłać Adamowi niechętne, lub nawet obojętne spojrzenie. Jednak on nie dał się nabrać.
- Nie udawaj, proszę, że nic cię nie obchodzę - powiedział patrząc w okno.
- Wcisnąłeś do zdania słowo "proszę", czy się przesłyszałam? - zapytałam oglądając swoje paznokcie.
- Przesłyszałaś się - mruknął chłopak.
I na tym nasza wymiana zdań się zakończyła. I dobrze. Nie miałam zamiaru dłużej się z nim użerać. Kłótnia z Adam'em Brooks'em kończy się albo tym, że wydziera sie na ciebie i potem oboje się do siebie nie ozywacie, albo stwierdza, że przesadzasz i posyła ci (tak, przyznam się) najpiękniejszy uśmiech jaki istnieje po czym uważa, że to wszystko załatwi. Ale to co wydarzyło się w pociągu na serio mnie zaskoczyło. No bo kto pomyślałby, że Adam kiedykolwiek kogokolwiek przeprosi. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że mu zależy. Ale raz już nabrałam sie na jego "zależy mi" i nie za dobrze na tym wyszłam. Teraz nie wiedziałam co myśleć... Prędzej pomyślałabym, że ma w tym jakiś interes, niż że po prostu chce się pogodzić. Ale nie potrafiłam mu nie wybaczyć. Jak zawsze. Jestem dla niego stanowczo zbyt dobra. Podniosłam wzrok. Adam dalej podziwiał widoki za oknem. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. W sumie to nie wiem czego miałam sie spodziewać. Smutku? Ha! Dlaczego? Bo nie przyjęłam jego przeprosin? Nie byłby sobą.
- Nie gap się tak, Heap. Rozumiem, że jestem zabójczo przystojny, ale czuję się trochę skrępowany. - zaczął chłopak dalej wyglądając przez okno.
- S so? - mruknęłam, ale po sekundzie przypomniałam sobie o zaistniałej sytuacji i zrozumiałam co wlasnie do mnie powiedział. Zauważyłam rownież, że cały czas sie w niego wpatrywałam. Jestem głupia... - Chyba żartujesz.
Powiedziałam już wyraźniej i pewniej siebie. Oczywiście odwróciłam szybko wzrok, pogrążając się jeszcze bardziej. Zdążyłam jednak zauważyć chytry uśmieszek na twarzy Adama. On jest niemożliwy. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Uśmiechasz się tak na myśl o mnie? - zaczął chłopak. Chyba uznał, że nie jestem zła. W sumie to miał rację. Nie odczuwałam już wielkiej potrzeby, by uderzyć go w twarz, ale na wspomnienie TAMTEJ nocy aż się wzdrygnęłam.
- Tak, oczywiście. Nawet śnisz mi sie po nocach, ale takie sny nazywane są potocznie koszmarami. - odpowiedziałam.
Adam udał złego, ale nie zdążył posłać mi jakże ciętej riposty, gdyż powóz zajechał przed akademię. Wysiadłam i nie oglądają się za siebie ruszyłam w stronę budynku. Nie miałam ochoty ciągnąć rozmowy z Adamem.
Madame Maxime mówiła jak zwykle, że wspaniale znów nas widzieć w szkole, przypomniała najważniejsze zasady panujące w szkole... Po jej przemówieniu na stołach pojawiły sie najróżniejsze potrawy.
- O kim tak rozmyślasz? - zaśmiał się siedzący obok mnie David.
- Co? O nikim! - odpowiedziałam szybko.
- Czyżby o... - zaczął ale wepchnelam mu bułkę do ust.
- Jedz - nakazałam.
Chłopak wzruszył ramionami i wrócił do jedzenia. Po posiłku wszyscy rozeszli się do swoich dormitoriów. Kiedy weszłam do swojego w środku była juz Clarr.
- Hej, jak święta? - zaczęłam.
- Ujdzie - odpowiedziała dziewczyna zdawkowo i wyciągnęła się na łożku.
Ja postanowiłam się przejść. Ruszyłam w stronę boiska do Quiddicha. Bardzo lubiłam tam przebywać. Kiedy nikt nie trenował było tam cicho i spokojnie.
- Ukradłaś mi miejsce - usłyszałam głos za sobą. Odwróciłam sie gwałtownie i spiorunowalam Adama spojrzeniem.
- Po pierwsze, to moje miejsce, a po drugie, proszę cię, nie rób tak bo zaraz zejdę na zawał, a ty będziesz rozpaczał po stracie przyjaciółki.
Zastanawiałam się czy dalej jestem jego przyjaciółką... W końcu ostatnio jasno i wyraźnie dałam Adamowi do zrozumienia, ze nie chcę mieć z nim nic wspólnego.



Adam???

poniedziałek, 16 lutego 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Wyszedłem z przedziału Ell kompletnie wytrącony z równowagi. Ona mnie wyrzuciła. Ha! Duma Luniaka poszatkowana na kawałeczki niczym główka kapusty. I co ludzie niby mają z tego wyciągania ręki na zgodę? Chuja mają. Ostatni raz to zrobiłem, przysięgam.
- A tobie co? - Kiedy wreszcie znalazłem Davida, ten od razu dostrzegł, że coś jest nie halo.
- Nic - warknąłem i posłałem mu spojrzenie spod byka. Dopiero teraz rozejrzałem się po przedziale, w którym siedział. Na kanapie obok niego siedziała Les z nogami podciągniętymi pod brodę i wpierdalała słodycze. Naprzeciwko kumpla siedział jakiś lasek, którego raczej wcześniej nie widziałem w naszej szkole.
- Hej! Jestem Aiden! - uśmiechnął się szeroko i podszedł do mnie z wyciągniętą ręką.
- Ach tak? - mruknąłem, mierząc blondyna krytycznym wzrokiem od stóp do głów. Bynajmniej nie wyglądał z tego powodu na speszonego. Głupkowaty uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Tak jest. Mniemam, że jesteśmy z jednego roku... Skończyłem trzy klasy w brytyjskim Hogwarcie.
- Urzekające...
- Aiden - powiedział David. W jego głosie słychać było nieudolnie maskowane rozdrażnienie - to jest Adam Brooks. Mój serdeczny przyjaciel - wycedził przez zęby.
- Wnioskuję, że również Luniak - zaśmiał się chłopak. Zaczynał mnie irytować.
- David, nudzi mi się - oznajmiłem tonem rozwydrzonego bachora. - Idziemy poszukać Clary. Chodź! - Podszedłem do kumpla, chwyciłem za ramię i zacząłem prowadzić do drzwi.
- Too... Aiden... widzimy się później! - zawołał kumpel i pomachał nowemu koledze.
- Idę z wami - zażądała Leslie. Zwinnie ześliznęła się z kanapy i podążyła na korytarz, wymijając nas z wysoko uniesioną głową. Cóż, niech idzie. Raz można ją wziąć.
Szliśmy korytarzem rozglądając się w poszukiwaniu przedziału Clarisse. Smoku zaproponował, by po drodze wstąpić po Ell. Jasne, jasne... Wyśmiałem go i powiedziałem, że nie mam zamiaru tam wchodzić i patrzeć na tę sukę. Tak, użyłem tego słowa. Suka. David westchnął. Nie wnikał i dobrze. Może miał dosyć prób zrozumienia naszych niesnasek. Też bym w końcu miał. Elliezabeth zdecydowanie zbyt często robi problemy tam, gdzie ich nie ma.
Koniec końców i tak po nią weszliśmy. Czy on mnie czasem słucha? Czy ktokolwiek czasem mnie słucha?...
Ruszyliśmy dalej po jakichś dziesięciu minutach, które zabrało nam - a właściwie Davidowi - przekonanie Ell, by szła z nami - z nim. Nieźle się zawzięła, ale i tak pęknie. Tyle że wtedy już nie będzie co liczyć, że ja przyjmę ją z otwartymi ramionami. Wyjebane. Krzyż na drogę.
- Co to za zbiegowisko? - trąciłem Davida. Przed nami stała solidna grupka rozchichotanych, zaaferowanych dziewcząt. Jako wspaniałomyślni prefekci postanowiliśmy sprawdzić, czy żadnemu z uczniów Beauxbatons nie dzieje się krzywda.
- Takie zebranie beze mnie? - zapytałem głośno, stając na krańcu okręgu tworzonego przez panienki. Chwilę ktoś się przez niego przepychał, po czym stanęliśmy twarzą w twarz z uśmiechniętym Percym.
- Ah, to wy! Co tam? - zagadnął wesoło.
- W przeciwieństwie do ciebie nie mamy absolutnie nic do roboty - odpowiedział Dave.
- Obsiadły mnie, kiedy szedłem z kibla - zaśmiał się. - Noo, moje panie! - Odwrócił się i zwrócił do wianuszka dziewcząt. - Bardzo chciałbym tu jeszcze z wami pogadać, ale zostawiłem włączone żelazko i w ogóle... To pa!
- Zostań z nami, Percy! - Blondyneczka o oszałamiająco niebieskich oczach zamrugała ponętnie gęstymi rzęsami. Zawtórowało jej kilka damskich głosów.
"Pomocy" - Percy poruszył ustami w niemej prośbie.
- Jackson! Ty musisz... nam... pomóc? - Spojrzałem na Davida, szukając ratunku.
- Tak! Właśnie mi się przypomniało! Załatwiliśmy ten deka... para... sonarny... za... mia... wato...
- No wiesz! - wtrąciłem się. - Ten, co to chciałeś od nas w zeszłym tygodniu, kiedy byłeś odwiedzić ciotkę...
- ...szwagra...
- ...ojca...
- ...twojej matki...
- ...chrzestnej...
- Aaa... Ten! - Percy puknął się w czoło, powstrzymując śmiech.
- Właśnie! My go mamy gdzieś... - zawahałem się.
- ...w tym pociągu! A konkretniej...
- ...w tym przedziale...
- ...co wiesz!
- Wiem - parsknął, kręcąc głową. - No więc widzicie, dziewczęta, że muszę iść! Panowie prefekci wzywają!
Bezwiednie wypiąłem pierś z dumą, poprawiając odznakę.
- Rozejść się! - zawołał David i niekoordynowanie pomachał rękoma. Tłumek zaczął szybko się przerzedzać.
- Dzięki - westchnął Percy, kiedy morze dziewczyn zniknęło. - Myślałem, że się od nich nie uwolnię. To gdzie śmigacie?
- Do Clary. Wiesz, gdzie jest?
Percy skupił się na moment.
- Sądzę, że tam, skąd dobiega ten anielski śpiew. - Wskazał głową na przedział kilka metrów przed nami.

- Cholera - zakląłem, upuściwszy kufer na mały palec u nogi. Oczywiście huk wystraszył Lucyfera, który śmignął gdzieś pod wagon.
- Idziesz, Diable? - odwrócił się do mnie David zmierzający już do czekających powozów.
- Dogonię was! - obiecałem, po czym padłem na ziemię i zajrzałem pod pociąg. Czarny jak smoła kot kulił się na torach na tyle daleko, że długość mojej ręki nie była wystarczająca, by go dosięgnąć. - Kurwa, Lucyfer! Chodź tu, głupi pchlarzu!... Kici kici... Do chuja!
- Pomóc ci? - Po jakimś czasie morderczej walki z kocim poczuciem niezależności usłyszałem cichutki żeński głos za mną. Należał on do Orlaczki Lili.
- Nie trzeba - burknąłem i jeszcze raz pomacałem ręką ziemię pod wagonem. - Dobra, trzeba! - jęknąłem wreszcie.
Lilianne spokojnie odstawiła bagaż i kucnęła obok mnie. Wyjęła z kieszeni mundurka jakiś koci smakołyk.
- Kici kici... Lucyfer... Koteczku, chodź, zobacz, co ja tu mam! Kici kici...
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, kiedy zwierzę wyszło spod pojazdu, zjadło dziewczynie z ręki i jeszcze dało jej się pogłaskać i wziąć na ręce.
- Głupi kot - mruknąłem pod nosem.
- Nie jest głupi. Spójrz, jaki kochany.
- Bycie słodkim i milusim nie świadczy o inteligencji. Zresztą ja nie dostrzegam u niego żadnej z tych cech.
- Jesteś zbyt krytyczny dla tego zwierzęcia - odparła i niechętnie podała mi kota.
Ruszyliśmy w stronę powozów. Część z nich już odjechała, mieliśmy więc szczęście, że zdążyliśmy.
- Wsiadasz? - Wskazałem na pierwszy z powozów.
- Chętnie, ale przyjaciółki na mnie czekają. - Pomachała dwóm stojącym opodal dziewczynom. Jedna z nich miała włosy płomiennorude, druga zaś - niemal śnieżnobiałe.
- Więc do zobaczenia na uczcie.
Uśmiechnąłem się do niej z sympatią i wszedłem do powozu, który w tej sekundzie ruszył. Wypuściłem drapiącego kota z moich objęć i uniosłem wzrok. W powozie siedziała Elliezabeth. Sama. Padłem. Byłem gotów wyskoczyć, jednak pojazd nabierał tempa, a ja nie chciałem za bardzo iść do Beauxbatons na pieszo. Zająłem więc szybko miejsce naprzeciw Luniaczki. Ta otworzyła na chwilę usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz finalnie je zamknęła i odwróciła głowę do okna. Uczyniłem to samo.

Ellie?

sobota, 7 lutego 2015

Ombrelune: Od Ell cd. Adama

- Ja przesadzam? - on chyba sobie żartuje.
- No. - mruknął - Powiedziałaś "nie" i spoko. Zdarza sie tak?
Jak. Można. Być. Takim. Dupkiem?! Dalej zerkałam przez okno, głownie obserwując reakcje Adama na moje słowa. Tak swoją drogą nie myślałam, że sie odezwie. Już prędzej znalazłby sobie nową dziewczynę na pocieszenie. W sumie, nigdy nie chciałam stać sie kimś takim, a dałam sie nabrać jak dziecko.
- Rozmyślasz nad nowym kazaniem? - zaśmiał sie Adam.
- Nie - odwróciłam sie do niego, by popatrzeć mu prosto w oczy - Myślałam o tym jak do dałam sie nabrać na te twoje gierki, uśmieszki, słowa.
Chlopak odwrócił wzrok.
- Patrz mi w oczy! - krzyknęłam - Po co? Te lata przyjaźni nic dla ciebie nie znaczą?!
- Oczywiście, że znaczą - odpowiedział bez skruchy.
- Tyle masz mi do powiedzenia, tak? - zapytałam nawet nie oczekując odpowiedzi - Adam, wyjdź stąd. Nie chcę cie widzieć, rozumiesz?
Znów patrzyłam na krajobrazy za oknem.
- Nie wyjdę - powiedział.
Westchnęłam. Przerabiamy to samo od początku...
- Chcę się pogodzić - ogłosił.
- No na razie kiepsko ci to idzie - stwierdziłam.
- Ell, dramatyzujesz -przewrócił oczami.
- Ooo, nie. Tak łatwo ci nie pójdzie - powiedziałam cicho i tak samo skończyłam - Wynoś sie. Nie mam najmniejszej ochoty gadać z takim idiotą jak ty. Nie masz za grosz szacunku i honoru. Luniak, wiem ale... Wiesz nie mam ochoty prawic ci Kazań, bo i tak mnie zlewasz. Więc po prostu sie wynos. Myślę, że najlepiej będzie jak się nie będziemy do siebie odzywać.
Znów odwróciłam głowę w stronę chłopaka. Wydawał się być zaskoczony. Przyzwyczaił się, że zawsze łatwo mu wybaczam. Rozpieszczony bahor. Uważa, że wszystko mu sie należy. Ale tym razem przegiął. I to ostro.
- A teraz wyjdź - powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Adam chyba zauważył, że nie ma szans na zgodę, więc posłusznie opuścił przedział. I dobrze. Nie miałam najmniejszej ochoty ciagnąć tej bezsensownej dyskusji.
Resztę drogi spędziłam na rozmyślaniach. Powinnam się z nim pogodzić? Z drugiej strony jak tak łatwo wybaczę mu, to znów wywinie jakiś numer... Sama nie wiem. Zobaczę co przyniesie czas.

(Liv specjalnie dla cb :* ) :


Adam? Takie megadługie ;-;

sobota, 31 stycznia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell (i Lil zarazem)

Siedząc przy stole jadalnym, dopiero po chwili zdecydowałem się spojrzeć na drzwi, które przed chwilą zamknęły się z łoskotem za moją przyjaciółką. Eh. Wspaniale, nie? Kilka tygodni temu w podobnych okolicznościach zostawiła mnie Lilianne na samym środku Placu Horkruksów. Jeżeli do czegokolwiek mam w życiu talent, to do zrażania do siebie ludzi. W sumie... lepszy taki niż żaden.
Parsknąłem. Przejdzie jej. Zawsze jej przechodzi.

- Leslie, masz wszystko? Nie zapomnij kota, nikt nie będzie go pilnował!
Nawoływanie matki na dole w salonie zbudziłoby z grobu zmarłego, a co dopiero śpiącego sobie smacznie piętro wyżej mnie. Miało to jednak swoją dobrą stronę - miałem szansę zdążyć na pociąg, gdyż moi jakże wspaniałomyślni rodziciele nie wpadli na pomysł, by dopilnować, bym i ja wstał na czas. Wystrzeliłem z łóżka jak torpeda i zacząłem wciągać na siebie ciuchy, które zapobiegawczo pozostawiłem na krześle dzień wcześniej. Kiedy kwadrans później zbiegłem na dół z kufrem, klatką Miracel i Lucyferem, rodzice spojrzeli na mnie jak na robaka.
- Widzę, młodzieńcze, że spieszy ci się na dworzec - powiedział ojciec, wymownie patrząc na zegarek.
- Myślę, że gdybyście mnie obudzili, byłbym szybciej - warknąłem.
- Idźmy już! - gorączkowała się Leslie, mierzwiąc czuprynę, której stanu i tak nie poprawiłby najlepszy fryzjer.
- Ojoj, ale ktoś się spieszy do Davidka - zaszydziłem, po czym przytknąłem palec do otwartych ust i wydałem z siebie dźwięk wymiotów. Od balu moja siostra i ten pacan ze sobą kręcą, a ja mam z nich ubaw. Piękna i bestia normalnie! I chyba nietrudno się domyślić, że Leslie to ta druga.
- Spadaj - syknęła i dyskretnie sprzedała mi kopniaka w kostkę.
- Uważam, że ród Martinesów to wspaniała partia dla twojej siostry - wtrącił ojciec. - Co więcej, ty też powinieneś wreszcie wziąć się za coś poważnego. Te panienki, które zwykłeś sprowadzać, są... - Nie mogąc znaleźć stosownego przymiotnika, ojciec skrzywił się ze zdegustowaniem. - Sądzę, że powinieneś mieć u boku córkę Sébastiena La Rue...
- Clary? Ona za nic by go nie chciała - prychnęła Leslie. Oczywiście jej docinek został jak zwykle pozostawiony bez komentarza. Gdybym to ja coś powiedział, niechybnie by mi się oberwało.
- Miałem zaszczyt rozmawiać z panienką Clarisse na finale mistrzostw - ciągnął ojciec. - Jest dziewczyną miłą, ułożoną i inteligentną. Może choć trochę uratuje z ciebie nieliczne nieuszkodzone geny rodu Brooksów i da mi wnuki, których nie będę musiał się wstydzić - zakończył gorzko.
No nie! To już było chamskie! I jak ja mam ich traktować, jeśli oni robią mi TO?! Wściekły jak osa wyszedłem z domu. Przez całą drogę na peron nie odzywałem się do nikogo, a gdy znaleźliśmy się przy ekspresie, natychmiast do niego wsiadłem, pozostawiając łzawą scenkę pożegnania rodziców z moją siostrą za sobą bez komentarza.
- Jezu, Adam! Patrz, gdzie idziesz! - Na samym wejściu zderzyłem się z moją przyjaciółką Clarisse, która kierowała się na zewnątrz. - Co się stało? - dodała szybko. Aż tak po mnie widać?
- Nic - warknąłem. Nie opowiadałem żadnemu z przyjaciół o moich kochanych rodzicach i w sumie niezbyt mi się chciało. Po co mają wiedzieć?
- Właśnie widzę - zadrwiła. - Nie chcesz, nie mów. Ja idę jeszcze na chwilę na peron. Coś... zapomniałam. Widzimy się później.
- Tak nawiasem mówiąc - rzuciłem, kiedy już zabierała się do odejścia - wiesz, że będziemy kiedyś małżeństwem?
- Co?!
Zaśmiałem się, pokręciłem głową i skierowałem się do wagonu prefektów.
Przechodząc wzdłuż przedziałów, machinalnie spoglądałem przez okienka i sprawdzałem, kto w nich siedzi. Tutaj jakaś zgraja pierwszoroczniaków, nieśmiałych i wycofanych, nie zamieniających ze sobą nawet jednego słowa, tu znów dwójka starych przyjaciół, chyba Papilonów, wesoło opowiadająca sobie o minionych wakacjach. Podczas takiego sprawdzania, zaszedłem do przedziału zajmowanego przez nikogo innego jak pannę Ell! W dodatku ona też patrzyła przez okienko, przyglądając się ludziom idącym korytarzem, więc nasze spojrzenia na ułamek sekundy się spotkały. Zegar na chwilę się zamroził, po czym dziewczyna pospiesznie odwróciła głowę.
Kurcze. Wchodzić? Nie wchodzić? Źle bez niej... Ale... Płaszczyć się? Nie w stylu Luniaka. Nie w stylu Brooksa. Chociaż w sumie nie muszę jej przepraszać. Nie tak dosłownie. Dobra. Chrzanić.
Przesunąłem drzwi i stanąłem w nich. Po prostu. Nie wszedłem, nie rozsiadałem się. Stanąłem.
- Odejdź - powiedziała chłodno, wpatrując się w obrazy za oknem, które zaczynały się powoli przesuwać z uwagi na to, że pociąg wreszcie ruszał. Choć może obserwowała po prostu moje odbicie w szybie?
- Nie - odparłem.
- Wynoś się! Już!
- Nie.
- Adam, spadaj. Nie chcę cię znać.
- Pogódźmy się. - Ton mój przez cały czas był spokojny i bez emocji.
- Pogódźmy? Tak po prostu "pogódźmy"? - Westchnęła. - Adam, ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, co ty zrobiłeś... Dla ciebie to jest nic, ale skrzywdziłeś mnie. Potraktowałeś mnie okropnie...
- Sądzę, że przesadzasz.
Dziewczyna prychnęła. Nadal wpatrywała się w okno, karząc mnie milczeniem.

Elly?
Weno, gdzie jesteś? ;_;

wtorek, 27 stycznia 2015

Od Ell do Davida

Otworzyłam oczy i spojrzałam na zegarek. Dziewiąta. Jej! Kolejny wspaniały
 słoneczny dzień! Wszyscy kiedyś umrzemy! Tak, właśnie tAki miała nastrój.
Dokładnie nie dało się określić czy jestem rozbawiona czy mam depresję.
Postanowiłam wyjść z domu. Pomyślałam, ze pójdę na plac horkruksów.
Brakuje mi atramentu i pergaminu do szkoły, a moje pióro... No cóż, nie jest
w najlepszym stanie. Kiedy poczyniłam potrzebne zakupy, postanowiłam udać
się na spacer. Podniosłam wzrok, a moim oczom ukazał się nikt inny jak David Martiness!
(ej to zdanie miało sens bo nie wiem xd) Podrywał jakąś dziewczynę. Podeszłam do nich.
- David! Co ty sobie wyobrażasz?! - wrzasnęłam powtrzymując się od śmiechu.
Chłopak patrzył na mnie lekko zbity z tropu.
- Cześć Ell - powiedział.
- Cześć Ell?! Tylko tyle masz mi do powiedzenia?! - złapałam się za czoło - David,
po tym wszystkim?
Dziewczyna, którą przed chwilą podrywał David stała i przyglądała się całej sytuacji.
- Kochanie, kotku, skarbie - kontynowałam płaczliwym tonem - Te wszystkie
słowa... Te noce...
David zakrztusił się wodą którą właśnie pił.
- to wszystko było fałszywe! - wrzasnęłam. - Nienawidzę cię!
Odwróciłam się na pięcie i odeszłam chichocząc po cichu. Po chwili obserwowałam
wściekłą blodynkę w środowisku naturalnym. Kiedy było po wszystkim podeszłam
do Davida zwijając się ze śmiechu.
- Ha. Ha. Ha. - powiedział David masując obolały od uderzenia policzek.
- No ale przyznaj - mówiłam między niekontrolowanymi napadami śmiechu - że to było dobre.
- Boki zrywać - stwierdził chłopak.
- Chodź, trzeba ci to lodem obłożyć. Znaczy policzek, nie bolące
serduszko.- powiedziałam usiłując wyglądać poważnie.
Poszliśmy do jakiejś restauracji gdzie poprosiliśmy o lód. David przyłożył go
sobie do czerwonego policzka.
- No silna ci się dziewczyna trafiła nie ma co - chichotałam.
- Wiesz co, śmiej się! Śmiej się z niedoli twojego przyjaciela, kiedy będę leżał w
grobie też będziesz tak rechotać?! - David udawał złego.
- Przepraszam - powiedziałam i mocno się do niego przytuliłam - serduszko już nie
 boli? W końcu dziewczyna ci kosza dała.
Chłopak rzucił mi spojrzenie mówiące wszystko.
- A co w ogóle robisz na placu? Myślałem ze wszystko już pokupowałaś. - David zmienił temat.
- Potrzebowałam chwili na przemyślenia odkąd... - już nie było mi do śmiechu. - nieważne.
David nie chciał drążyć tematu co bardzo mi odpowiadało.


Daviiiiiiiid. Bojajestemchoraimisienudziiniemamcopisaćiodpisz!!

piątek, 23 stycznia 2015

Od Ell cd Adama

Po wyjściu Adama czułam, że wszystko się we mnie gotuje. "... To był Adam Brooks kiedy mu na komuś zależy". HA! Dobre. I że przez cały ten czas chodziło mu tylko o jedno! Wstałam z łóżka i zaczęłam pakować swoje rzeczy. Nie ma mowy, żebym została tu na noc. Ale pomyślmy... Usiadłam. Nie. Zostanę. Rano zjem śniadanie i szybko wrócę do domu. Wielki pan Adam Brooks śpi przecież do trzynastej, więc nie powinnam się na niego natknąć. Położyłam się pod kołdrą. Zamknęłam oczy. Zdecydowanie za dużo emocji jak na jeden wieczór. Do późna przewracałam się z boku na bok, aż w końcu usnęłam.
Rano obudziłam się pełna energii i radości... A potem przypomniałam sobie, że wczoraj Adam chciał się ze mną przespać (pominę, że wbrew mojej woli) i cały czar prysł. Ubrałam się i dokończyłam rozpoczęte wczoraj w nocy pakowanie. Zeszłam na dół i zobaczyłam skrzata nakrywającego do stołu.
- Hm... Dzień dobry! - krzyknęłam starając się brzmieć jak najbardziej radośnie i tak... W sumie nie tak jakbym chciała za chwile kogoś zamodrować.
- Witam panienko - powiedział i ukłonił się nisko. - Co panienka życzy sobie na śniadanie?
- Yy... Owsianka? Może być?
- Ależ, naturalnie - powiedział skrzat lekko zdziwiony moim "wykwintnym" zamówieniem. I tak nic nie przełknę.
Usiadłam przy stole, a po chwili pojawił się przede mną talerz z gorącą owsianką.
- Dzień dobry, promyczku - usłyszłam głos nad sobą. Ojej! Wielki hrabia wstał o dziewiątej rano! Posłałem chłopakowi najgorsze moich spojrzeń. Ja ci dam! Promyczku. Adam nachylił się z zamiarem cmoknięcia mnie w policzek. Odsunęłam się jak oparzona.
- Zostaw mnie - powiedziałam cicho acz stanowczo.
- Daj spokój - mruknął i usiadł obok mnie przy stole.
Znów miałam ochotę go zabić.
- Ell, przesadzasz - powiedział po chwili milczenia.
- Adam czy ty wiesz jak ja się czuję?! - wysyczałam - Upokorzona, wykorzystana. Wiesz co zrobiłeś? Po chamsku mnie oszukałeś! Myślałam, ze przyjaciół się nie oszukuje ale przecież tobie wszystko wolno! - teraz już wrzeszczałam - Ty nie wiesz co to znaczy przyjaźń a tymbardziej miłość! Wiesz powiem to po raz setny, ale naprawdę współczuję Rosalie, która myślała, że choć odrobinę ci na niej zależy! Adam ty traktujesz ludzi jak przedmioty, a dziewczyny jak zabawki! Pobawisz się chwile i wywalisz na zbity pysk, bo po co?! Po co choć raz w życiu być uczciwym?! Ale nie! Ty jesteś bogaty i możesz mieć wszystko! Wiesz skoro tak ci się podoba, że pierwszaczki za tobą latają, to może którąś z nich zaciągniesz do łóżka i porzucisz, bo przyjaciół się tak nie traktuje, rozumiesz?! Wiesz co ci powiem?! Nie byłeś wart Rosalie i nie wiem jakim cudem ktokolwiek jeszcze ma ochotę się z tobą przyjaźnić, bo jedną przyjaciółkę właśnie straciłeś!
Skończyłam i poczułam, że po moich policzkach spływają łzy. Spojrzałam na Adama. Siedział i patrzył się we mnie poważnym wzrokiem. Na jego twarzy nie było cienia rozbawienia, co bardzo mnie ustysfakcjonowało.
- Nic o mnie nie wiesz - powiedział sucho.
- Wystarczy mi to, że jesteś debilem z zawyżoną samooceną. - parsknęłam.
Patrzył na mnie wściekłym wzrokiem. Wzięłam głęboki wdech.
- Po co ci to było? Wiesz, że poczułam się...
- Tak wiem! Zawsze robisz mi kazania! A ja moze sam che decydować o tym, co będę robił! To moje życie i będę robić co zechcę ok?! - tym razem to on stracił nad sobą panowanie. Nie. Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Ale jedno wiem. Ludzie się nie zmieniają i byłam ślepa, gdy myślałam, że Adam chce być inny. A ja mu zaufałam. Znowu. Nie wierzę w swoją nawność.
Ruszyłam w stronę drzwi. Jeszcze do końca miałam nadzieję, że Adam podejdzie i nawet nic nie mówiąc będzie mi towarzyszył. Nadzieja. No właśnie. Niestety przeliczyłam się. Nawet nie odwracając się wiedziałam, że Adam siedzi wściekły przy stole i czeka aż wyjdę. Więc proszę! Opuściłam dom i jak najszybciej poleciałam do domu.


Adam? Gwałcooo!

sobota, 17 stycznia 2015

Od Adama cd. Ell

- Proszę. - Usłyszałem damski szept, więc bez wahania wszedłem. W pokoju panował mrok. Za dużym oknem, wychodzącym na Rue du Renard, trwał właśnie nieprzejednany, złowieszczy nów. Noc była cicha i czarna jak moje skarpetki po nastym treningu. Ellie leżała przykryta po uszy puchową kołdrą. Natychmiast z impetem wskoczyłem na jej łóżko.
- Co ty wyprawiasz?! - Wydała z siebie przytłumiony pisk, choć właściwie w domu nie było prócz domowych skrzatów nikogo, kogo mogłaby wyswobodzić z objęć Morfeusza.
- Tak przyszłem. Chce ci się spać?
- Tak, Adam, chce mi się spać! - odparła, gwałtownie siadając na łóżku i odrzucając kołdrę. Kiedy jej wzrok spotkał się z moją osobą, szybko zacisnęła powieki i zasłoniła je dłońmi.
- Adam... Nie masz spodni - jęknęła.
- Oczywiście, że nie mam. Sądzisz, że sypiam w zimowym płaszczu, szalu i nausznikach?
- No nie... Ale jakoś nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę się w jednym łóżku z tobą w samych bokserkach.
- Kiedyś musiał być ten pierwszy raz - uśmiechnąłem się szeroko. Położyłem się obok niej i przykryłem nas oboje. W pomieszczeniu zdawało się być chłodniej niż u mnie.
- Adam... Czy ty się... hm... nie zapomniałeś? - zapytała ostrożnie, leżąc na boku i uważnie śledząc każdy mój ruch.
- Nie rozumiem - zawyrokowałem.
- Ech, nic... - westchnęła. Nadal jednak wydawała się nieswoja. - Jak to się właściwie stało, że masz wolną chatę?
- Wszyscy są na mistrzostwach - palnąłem, po czym w ułamku sekundy zorientowałem się, jaką gafę popełniłem.
- Jak to? A ty?
- Wróciłem wcześniej. Ojciec mnie wkurzył - wymyśliłem naprędce.
- Och... Okej - mruknęła. Nie byłem jednak pewien, czy ją to przekonało.
Spojrzałem na Elliezabeth, jej kusą różową piżamkę i różowe, wilgotne strąki na głowie. Przypomniało mi się kilka... pikantnych snów z jej udziałem. Pragnąłem, żeby się spełniły. Była na to szansa. Uśmiechnąłem się delikatnie. Założyłem różowy kosmyk za ucho. Złapałem Ell za rękę. Jej skóra była delikatna i miękka. Podniosłem jej dłoń na wysokość ust i cmoknąłem.
- Kurewsko ładnie pachniesz.
- E... dzięki? - wydukała z zakłopotaniem.
Pochyliłem się i pocałowałem ją w usta. Najpierw cmoknąłem, jednak, nie spotkawszy się z oporem z jej strony, rozpocząłem długi pocałunek. Po chwili poczułem, że go odwzajemnia. Jej delikatne, pełne usta przez chwilę muskały moje. Potem wciągnąłem lekką jak piórko dziewczynę na mnie. Głaskałem ją po plecach, w czasie gdy ona obcałowywała mnie obficie i namiętnie, obejmując dłońmi moją twarz. No, nieźle jak na przyzwoitkę. Czułem, że pewna część mego ciała, będąca najskuteczniejszym miernikiem wartości dziewczyny, właśnie daje znać, że powinienem być zadowolony. Ell musiała to wyczuć, gdyż chyba odrobinę się speszyła.
- W porządku - wydyszałem.
Pogładziłem ją po głowie. Następnie moja ręka zaczęłam schodzić coraz niżej, delikatnie posuwając się po jej policzku, szyi, aż dotarła do piersi. Włożyłem rękę pod koszulkę dziewczyny. Zastopowała mnie, ledwie poczułem pod palcami jej obojczyki.
- Co jest?
- Prze-przestań... - wyjąkała. W jej dużych oczach błąkał się niepokój.
- Dlaczego? Obiecuję, że będzie przyjemnie.
- Proszę, Adam, zo-zostaw.
- Nie przesadzaj...
- Mówię ci, przestań! - Dziewczyna strąciła moją rękę i sturlała się ze mnie, lądując na plecach obok mnie. Oddychała płytko i nieregularnie. Ja rozumiem, że mogła się zestresować, ale...
Postanowiłem trochę ją ośmielić. Ręka moja zanurkowała pod kołdrę i wędrowała od łydki dziewczyny w górę, delikatnie ją łaskocząc.
- Nie dotykaj mnie!
- Przesadzasz - mruknąłem, nie przerywając czynności.
- NIE DOTYKAJ! - wrzasnęła. Poczułem, jak wierzga i mnie kopie. Z początku nawet mnie to bawiło, gdyż każdy jej protest był dla mnie nową motywacją, by robić to, czego mi zabrannia, ale chyba rzeczywiście wkurzyła się nie na żarty. W końcu dałem za wygraną. Okej, nie to nie.
- Wyjdź stąd, Adam - szepnęła płaczliwie, nie patrząc w moim kierunku, a w biały sufit.
- No coś ty! Jest jeszcze wcześnie...
- Wyjdź stąd! - powtórzyła stanowczo, cedząc słowa przepełnione jawnym gniewem.
- Ym... no dobra. To śpij dobrze. - Wysunąłem się z cieplutkiej pościeli i znów przeżyłem termiczny szok, w momencie gdy moje stopy dotknęły zimnej posadzki. Odwróciłem się tylko, by pocałować ją w policzek. Odsunęła się. Co jej znowu? Jest jakaś rozchwiana emocjonalnie, ale i tak wszystko zawsze idzie na mnie.

Kiedy obudziłem się nazajutrz rankiem i zszedłem na dół, Ell siedziała przy jadalnym stole i babrała łyżką w talerzu owsianki. Przyjrzałem się jej śniadaniu krytycznie. W tym domu mogła otrzymać do jedzenia dosłownie wszystko, na co miała ochotę. Głowę daję, że, choć doskonale o tym wiedziała, jej rozmowa z domowym skrzatem wyglądała tak, iż nie chciała robić zbytniego kłopotu. Westchnąłem w duchu.
- Dzień dobry, promyczku - powitałem ją z uśmiechem. Spojrzała na mnie i naraz naszło mnie nieodparte wrażenie, że niezbyt w tej chwili przypomina ona rzeczony promyczek słońca. Już bardziej złowrogą, burzową chmurę.

Ell?
Urodzone w bólach >.<

niedziela, 11 stycznia 2015

Od Ell cd Adama

Po całym... Hm... Zajściu, jeszcze chwilę spacerowaliśmy z Adamem. Głównie gadaliśmy. Sama nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Najpierw uważa, że nigdy do nikogo nic nie czuł i całował mnie bo "to przyjemne", a potem, że mu na mnie zależy. A może się zmienił...? Nie, na pewno nie... z dnia na dzień człowiek się nie zmienia. Ale w jego głosie była taka przekonująca nuta... Chyba, że jestem kolejną, która nabrała się na jego teksty. Oby nie. Póki co, cieszę się tym co mam a potem zobaczymy. Wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Nawet całowania się z Adamem Brooksem (xd).
- Halo! Ell! Ziemia do ciebie! - Adam pomachał mi ręką przed oczami, a kiedy na niego popatrzyłam uśmiechnął się szeroko.
- O czym tak rozmyślasz?
Pff. Dobrze wiesz o czym.
- O Quiddichu - wieczna wymówka.
- I co wymyśliłaś? - zapytał nie przestając się uśmiechać.
- Że szkoda, że nie byłam na finałach... Ale ty pewnie byłeś.
- Jasne. - powiedział bez nuty podekscytowania na wspomnienie meczu. Ale czemu mam się dziwić.. Nasi znów byli w finałach i znów przegrali.
- Ej! Traktujesz te mecze zbyt poważnie! - szturchnęłam go.
- No może trochę - wykrzywił usta w grymasie, który miał chyba być uśmiechem. Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem. Też lubię Quiddicha, ale Adam i David to serio psychole.
Spacerowaliśmy jeszcze chwilę po czym poszliśmy po miotły które stały bezpieczne ukryte. Wzbiliśmy się w powietrze i ruszyliśmy w stronę Rue du Renard.
Wlecieliśmy przez okno od razu do pokoju Adama (przecież który normalny wchodzi przez drzwi jak człowiek?).
- No to co zostajesz na noc? - zapytał i błysnął zębami.
- No nie wiem... - przekomarzałam się z nim.
- Proszę? - zapytał i zrobił kwaśną minę jakby to słowo z trudem przeszło mu przez gardło.
- No mogę. Skoro tak bardzo chcesz - powiedziałam z przekąsem. - Tylko skoczę po ciuchy.
- Ok... - powiedział i skoczył na łóżko.
Wskoczyłam na miotłę i ruszyłam do domu.
- Hej, tato! - krzyknęłam. - Zostaję u koleżanki na noc!
- Której koleżanki? - odkrzyknął. Ta. Tradycyjna procedura. Przecież on nawet nie zna moich kolezanek.
- Do Clary!
- Okay!
Wbiegłam do pokoju, spakowałam swoją piżamę, szczoteczkę, ubrania na jutro i inne rzeczy jakie mogą mi się przydać. Wsiadłam na miotłę i wróciłam do domu Adama. Wleciałam przez okno i zauważyłam, że chłopaka nie ma. Usiadłam na łóżku i zaczęłam czekać. Po chwili drzwi się do otworzyły i do pokoju wszedł Adam.
- Mam jakieś gówno... W sensie chipsy, jakieś picie, które podobno jest dobre i sam nie wiem. - powiedział i rzucił wszystko na biurko.
- Spoko może potem zjem to wszystko żeby być gruba i brzydka - powiedziałam patrząc na te wszystkie tłuste rzeczy. wstyd się przyznać ale naszła mnie ochota na chipsy i colę... Świat zwariował...
- Okej bierz swoje ciuchy to zaprowadzę cię do twojego pokoju.
Weszliśmy do pokoju w którym miałam nocować. Był bardzo ładny. Położyłam torbę na łóżku.
Poszliśmy z Adamem do jego pokoju i zaczęliśmy wcinać chipsy, oczywiście chłopak nie mógł się powstrzymać i rzucił sarkastyczny komentarz o tym jaka to będę gruba i brzydka. Ale to dobrze. Za to go lubię.
Kiedy oczy zaczęły mi się zamykać oznajmiłam, że jestem zmęczona i idę spać. Weszłam pod prysznic, a prosto spod niego pod kołdrę. Nawet nie zdążyłam zamknąć oczu, a już usłyszałam ciche pukanie.


Adam? Lel jakie to łzawe ;-; i krótkie ;-; i beznadziejne ;-; matko co ja stworzyłam ;-;