Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Brooks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Brooks. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2015

Ombrelune: Od Ell CD Adama

Popatrzyłam na Adama, potem znow na miejsce w którym przed chwilą leżał moj bogin i znow na Adama. Nie będę mu się tłumaczyć. Moze gdyby był choć troche... Milszy...
- Dziękuję, twój też był niczego sobie. - odpowiedziałam z miną silnej i niezależnej kobiety.
Co on sobie przepraszam myśli?! Wlasnie miałam mu wygarnąć i powiedzieć, że moj bogin nie zawsze jest taki sam, że ostatnio to jego widziałam całego we krwi! A dziś zobaczyłam Davida prawdopodobnie dlatego, że... Spójrzmy prawdzie w oczy: nasza paczka sie rozpada. David ma tego Aidena... Adiena... Nie istotne. Jedynymi osobami na które mogłam liczyć byli Rosalie, Clarr i Adam. Ale żadnej z tych rzeczy mu nie powiedziałam, nie będę się przed nim tłumaczyć. Aż tak nisko jeszcze nie upadłam.
Po chwili wysyłania sobie morderczych spojrzeń, Adam odwrócił się ode mnie i udał w kierunku drzwi.
- O co ci chodzi co?! - wrzasnęłam idąc za nim.
- O g*wno! - odkrzyknął.
- Dobrze się czujesz?! Jeśli myślisz, że będę ci się tłumaczyła i przepraszała za to, że to nie ty leżałeś tam zakrwawiony to się grubo mylisz, bo widzisz... - tak, tutaj zamierzałam mu się tłumaczyć. Na szczęście w porę ugryzłam sie w język.
- Bo co?
"Myśl, myśl wymyśl coś, szybko!"
- Wiesz my nawet nie jesteśmy razem, więc nie wiem o co tyle krzyku! - ta wypowiedz jednak nie polepszyła sytuacji, chociaz można by rzec, że Adam trochę złagodniał.
- Może to i dobrze, nigdy bym z tobą nie wytrzymał - Nie, jednak nie - Myślisz tylko o sobie, uważasz, że jesteś najważniejsza! Tobie należy poświęcać całą uwagę, tak?!
- MNIE?! To ty jesteś najbardziej samolubnym człowiekiem jakiego znam! - darłam się już na całe gardło, a wokół nas uzbierała się niemała widownia.
- Wiesz co? Jesteś... - zaczął ale ja w tym momencie zrobiłam coś czego nigdy bym się po sobie nie spodziewałam. Po prostu popatrzyłam w jego oczy. Nie wydawał się zły. Może bardziej... Zraniony. Wiem, że to niemożliwe, ale właśnie tak było. Podeszłam do niego, zrzuciłam ręce na szyję i po prostu pocałowałam. Nie jakoś namiętnie, tak jak to robią te wszystkie panny na filmach, tylko delikatnie, ale wystarczająco, by spięty chłopak rozluźnił się i odwzajemnił pocałunek.
O tym, że otacza nas niemały tłumek zorientowałam się dopiero kiedy wokół rozległy się gromkie brawa. Odskoczyłam od chłopaka jakby podpalił mnie żywym ogniem i nie patrząc mu w oczy (oraz prawdopodobnie spalając buraka stulecia) biegiem udałam się do swojego dormitorium.
Wbiegłam do środka i rzuciłam się na łóżko. Cz ktoś łaskawie wytłumaczy mi co tutaj właśnie miało miejsce? I dlaczego to mi się p o d o b a ł o? I może też dlaczego szczerzę się jak głupia?
Niestety taka była prawda - cieszyłam się z tego co przed chwilą się stało. I zrobiłabym to jeszcze raz... Usiadłam na łóżku. Koniec unikania się nawzajem. Mam wrażenie, że ta historia powtarza się w kółko i w kółko. Ja i Adam się godzimy. Potem coś się wydarza. Nastają ciche dni, i wracamy na początek. Spojrzałam na zegar i z ulgą stwierdziłam, że czas obiadu, bo byłam głodna jak wilk.
Udałam się korytarzem nie zważając na szepty ciekawskich uczniów. Pewnym krokiem przekroczyłam próg wielkiej sali i usiadłam... Obok Adama. Ten popatrzył na mnie lekko zdziwiony. Nalałam sobie kremu pomidorowego i wzięłam łyżkę leżącą obok mojej miski.
- Smacznego - powiedziałam patrzcąc chłopakowi siedzącemu obok mnie prosto w oczy.
Ten uśmiechnął się szeroko, prawdopodobnie na wiadomość, że nie stroję fochów i odpowiedział mi tym samym.
- Więc wytłumaczysz mi dlaczego rzuciłaś się na mnie jak jakaś niewyżyta laska? - zapytał.
- Po prostu taką poczułam potrzebę. - odpowiedziałam.
Adam parsknął śmiechem.
- Mogę wiedzieć co cię tak śmieszy? Chciałabym ci przypomnieć, że ty rownież przygwarzdżałeś mnie do ściany niczym napalony ogr, więc absolutnie nie jesteś usprawiedliwiony.
Rzucił mi rozbawione spojrzenie po czym ze zrezygnowaniem pokręcił głową i wrócił do posiłku.
- Ty jesteś niemożliwa - stwierdził przełknąwszy kolejny kęs pieczeni.
Rzuciłam mu spojrzenie mówiące "Ach tak?" Po czym pociągnęłam łyk soku pomarańczowego. Nachyliłam się i szepnęłam mu na ucho.
- Jeszcze nic o mnie nie wiesz - uśmiechnęłam się tajemniczo, na co on zakrztusił się swoim napojem.
- Kobieto, co się z tobą stało?
Nic mu nie odpowiedziałam tylko wstałam powoli od stołu i zdecydowanym krokiem wyszłam z sali.
Myśli, że tylko on może sobie być mega seksownym i uwodzicielskim? O nie, teraz oboje sobie pogramy.


Adam? Kurde, co we mnie wstąpiło? xD krótkie i pisane na telefonie, ale niedługo prawdpodobnie bd miała komputer *o*

niedziela, 24 maja 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Clarisse

- Może to lesby - skrzywiłem się z niesmakiem. - Albo patrzą na ten metrowy kawałek srajtaśmy, który ciągnie ci się za nogą.
- Jezu, gdzie?! - Clary natychmiast wstała i uniosła nogę, chcąc dokładnie obejrzeć but. W tym momencie nie wytrzymałem i zacząłem pokładać się ze śmiechu, omal nie tracąc równowagi na miotle. - Adamie Brooksie! Zejdź no tylko z tego badyla, a stanę się twoim najgorszym koszmarem! - krzyknęła, robiąc groźną minę, gdy zorientowała się, że żartuję.
- Już biegnę - zaśmiałem się, robiąc w powietrzu korkociąg.
Warknęła na mnie z najwyższą irytacją i pogardą dla mej osoby.
- Dla separacji od takich właśnie ludzi Clarisse nigdy nie opuszczała biblioteki - wycedziła przez zęby głosem lektora deklamującego fragment książki.
- Hm? - Uniosłem brew ze zdziwieniem.
- Nie, nic...
- Nudzi ci się, mała? - zapytałem po chwili zastanowienia.
- Nie. Właściwie to miałam już wra... Au, Bastet! - Kotka wpiła pazurki w nogę swojej pani. - No dobrze, dobrze. Niech będzie. Nudzę się. I co?
- Może gdzieś wyskoczymy? - zaproponowałem, ubierając swoją twarz w jeden z najczarowniejszych uśmiechów.
- Nie wiem, czy mi się chce - odparła, spoglądając na swojego pupila ostrożnie.
- Nie wiem, czy mi się chce - przedrzeźniłem ją. - A co będziesz robić, siedzieć w bibliotece?
- Może - bąknęła.
- No, dawaj, ruszmy się gdzieś! - Zamaszyście uniosłem ręce, składając je w proszącym geście. Gwałtowność ruchu sprawiła, że niebezpiecznie zachybotałem się na miotle, tracąc równowagę, którą jednak w trymiga odzyskałem.
- Matko! Nie rób tak... - Clary autentycznie się przeraziła. Wiedziałem, że od czasu wypadku z dzieciństwa ma fobię przed upadkiem.
- Nic mi nie jest - wzruszyłem ramionami.
- Ale mogłoby być.
- Ale nie jest!
Po tej krótkiej wymianie zdań zdecydowaliśmy się opuścić boisko. Ja na swojej Błyskawicy pomknąłem prosto do szatni, by napić się i mało wiele ogarnąć, Clary natomiast pozwoliłem powoli i spokojnie zejść z trybun, nawet nie śmiąc proponować jej podwózki.
Kilka minut później już byliśmy w drodze do Écuelle. Jesień w południowej Francji nie jest z reguły dokuczliwa, pogoda była naprawdę piękna. Aż chciało się tańczyć i fikać koziołki! Co zresztą robiłem. Całą drogę.
- Przestaniesz?! - Clary w pewnym momencie nie wytrzymała.
- Matko, jesteś totalnie aspołeczna przez tą bibliotekę. Książki szkodzą - rzuciłem.
- Tobie poważnie zaszkodzą, jak dostaniesz takim tomem "Historii Hogwartu" przez łeb - burknęła.
- Ale się boję - zadrwiłem, wykrzywiając twarz w dziwnym grymasie.

Clary?
Krótkie. Nudne. Pisane przez dwa jebane miesiące.
Co jest ze mną?

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Ledwie Ell opuściła moje dormitorium ze speszoną, nieco zatroskaną miną, do środka wszedł David. Wyglądało to tak, jakby koczował gdzieś za rogiem i po jej wyjściu policzył do stu, by nie podpadło, po czym wbił jak gdyby nigdy nic.
- No, Diabełku! I jak było? Będą dzieci?
- Będzie bolało?
- Ale co? - spytał zaskoczony.
- Jak ci przyłożę! - warknąłem.
- Daj spokój, Diable! Żartować nie można? Skąd to spięcie? - Spojrzał na mnie spod uniesionych brwi.
- Po prostu nie jestem z nią, okej? Wszedłeś w... niefortunnym momencie. A nawet jakbym był, to możesz sobie co najwyżej dupę tą informacją podetrzeć i niech cię nie obchodzi - uciąłem.
- Oho, przepraszam, panie królewiczu! Już będę cicho, jak sobie jaśnie pan życzy! - Kumpel zrobił obrażoną minę i wymaszerował z dormitorium.
Prawdopodobnie poszedł do swojego najdroższego przyjaciela Aidena. Niech sobie idzie! Proszę bardzo! Włazi toto bez pukania, ciśnie z tego, że leży sobie na mnie zwyczajnie przyjaciółka (co, zazdrosny hę?), i jeszcze śmie się obrażać kiedy każę mu, kolokwialnie mówiąc, się odwalić. Westchnąłem. Otworzyłem nocną szafkę. Pośród sterty pergaminu, pustych opakowań i zużytych chusteczek znalazłem czekoladową żabę. Pochłonąłem ją dwoma gryzami, kartę wyrzuciwszy za łóżko Davida. Nie bawię się w takie rzeczy.
Strasznie mi się nudziło. Miotałem się po pokoju jak Szatan. Egzamin z eliksirów w przyszły poniedziałek nie stanowił dla mnie najmniejszej obligacji do nauki. Postanowiłem, że pójdę jednak do sypialni Ell. Wyszła strasznie podenerwowana. Chciałem ją upewnić, że David nie puści pary z ust lub przynajmniej nieźle za to oberwie. Ale... moment! Czy ona się mnie wstydzi? Czy nie jest dla niej zaszczytnym być obmawianą jako - mocno naciągnięta, ale jednak - partnerka seksualna Adama Brooksa?! Ooo... tak być nie może. Jeszcze jej się zachce, a wtedy ja nie będę taki miły.
Kiedy stanąłem pod dormitorium Ell i Clary, usłyszałem zza drzwi krzyki dwóch kłócących się dziewcząt. Uświadomiłem sobie, że dobrowolnie wskoczyłem do wulkanu podczas erupcji, gdy drzwi nagle otworzyły się z rozmachem i różowowłosa wypchnęła z nich Victoire - swoją nie do końca poczytalną kuzynkę, która jest we mnie śmiertelnie zakochana.
- O! Nie jesteś z nim, tak?! To po co on tu przylazł?! - wykrzyknęła Vic, machając ręką w moją stronę.
- Ee... pożyczyć szklankę cukru? - wydukałem.
- Dosyć tego! Vicky, wypierdalaj! Nie chcę cię tu widzieć! - Ell wciągnęła mnie do pokoju, który nawiasem mówiąc zawsze wydawał mi się większy niż nasz bez tej otoczki bajzlu na każdej powierzchni płaskiej, i zatrzasnęła drzwi. Oparła się o ścianę i głośno wypuściła powietrze.
- Na coś tu przylazł? - spytała z wyrzutem, gdy nieco się uspokoiła.
- A co, nie mogę do cholery?
- Możesz - szepnęła. Wyglądała naprawdę żałośnie. Serio się martwiła. Stanąłem przed nią i pogładziłem ją po włosach.
- Mam komuś coś przetłumaczyć?
- Nie, jest ok - powiedziała cicho.
- Ellie...
- Po prostu uważam, że powinniśmy przystopować. Nie jesteśmy razem - przypomniała bezlitośnie. Dam sobie rękę uciąć, że usłyszałem, jak pod nosem mówi "jeszcze". Choć to mogła być tylko moja wyobraźnia.
- No spoko. Nie jesteśmy - przytaknąłem.
- I uważam, że nie powinieneś... nie powinniśmy się... dotykać?
- Nie mam cię dotykać? Nie-mam-dotykać? - Zastanowiłem się chwilę. - A jeśli zrobię ci... tak? - Dźgnąłem ją palcem w ramię i zabrałem go, jakby miała kłapnąć na mnie zębami.
- Przestań, mówię poważnie - jęknęła. - Vic przed sekundą nazwała mnie dziwką.
- Zdradziłaś mnie? - udałem oburzonego. - Jak mogłaś mnie zranić?! Kim jest ten mężczyzna?!
- Adam, proszę...
- Dobra, dobra. Sorry.
- Chciałabym, żebyś wyszedł - powiedziała cicho.
Wyszedł? Ale jak "wyszedł"? Zdawało mi się, że zaczyna wreszcie pojmować, że mnie pożąda, a nagle każe mi spadać. Ell zupełnie nie pasowała do ogólnie przyjętego, klasycznego modelu statystycznej dziewczyny, co mnie kołowało. Mimo wszystko nie takie się rozwiązywało problemy. Skoro dotrwałem do czwartej klasy, poderwanie kogoś takiego jak Ell będzie bułką z masłem. Albo raczej croissantem z brzoskwiniowym dżemem.
- Okej, lecę - przystałem na jej prośbę. Rozczochrałem jej włosy i zniknąłem za drzwiami.
Bez uścisku? Bez całusa? O tak. To była część strategii. Docenisz, jak stracisz, jak to mówią. Czy coś.

Poniedziałki są do bani. To jest globalny fakt. Nie jesteście w stanie podać mi nawet jednej osoby, która żywiłaby do tego dnia jakieś pozytywne uczucia. Jeszcze ten egzamin z eliksirów z samego rana... Brr. Kto by pomyślał, że łzy feniksa mają właściwości lecznicze? W moich niepozornych, tylnych zwojach na końcu mózgu zakodowała się informacja, że są dobre na potencję. Ale kwas, Craxi pomyśli, że jestem niewyżyty. A przecież ten fakt wydawał się mieć całkiem pewne źródło... Zaraz, zaraz... Czy to nie... David!  Tak, teraz byłem pewien, że usłyszałem to od niego. Ten szarlatan zrobił ze mnie totalnego głupka. Co za gnojek!
Tyle dobrego, że teraz miało być OPCM. Jeden z nielicznych przedmiotów, na które chce mi się uczęszczać. Lekcję czysto praktyczną wyczułem po samym wejściu do klasy, gdy spostrzegłem ogromny kufer na środku sali.
- Hej, psorze! Naczy... dobry. - Powitałem od wejścia pana Martíneza, który skinął na mnie z uśmiechem. - Co robimy?
- Przypomnimy sobie boginy, które przerabialiśmy zeszłego roku - oznajmił.
- O, super! - Rzuciłem torbę w kąt. Uwielbiam ten przedmiot. Nauczyciel zajebisty, a ciskanie zaklęciami o nieco większym stopniu uszkadzania niż Chłoszczyść też niezgorsze.
Powoli sala napełniła się uczniami. Ledwo zabrzmiał dzwonek, profesor stanął pośrodku klasy, powitał wszystkich i przedstawił pokrótce, czym się dziś zajmiemy. Klasa przyjęła starcie z boginem z wielkim entuzjazmem. W końcu kto nie lubi obrony przed czarną magią? Bez zbędnych wstępów profesor nakazał wyciągnąć różdżki i, spojrzawszy na mnie znacząco, poprosił mnie o demonstrację. Facet nawet mnie lubił. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego o babce od zaklęć...
Stanąłem naprzeciw kufra z wyciągniętą różdżką, gotowy do działania.
- Możemy?
Kiwnąłem głową. Belfer uchylił wieko. Po chwili napiętego oczekiwania z kufra wygramoliła się... Ell, a przynajmniej jej idealny sobowtór. Poprawiła spódniczkę od mundurka i uniosła na mnie swoje ogromne, błękitne oczy. Co jest, kurwa? Zacisnąłem dłoń na różdżce. W tym momencie bogin przemówił wysokim głosem dziewczyny.
- Adam, zostaw mnie. - Spojrzała na mnie z bólem, krocząc w moją stronę. Osłupiałem. - Nigdy z tobą nie będę, słyszysz? Nie chcę cię. Jesteś idiotą. Durniem. Szmatą. Dziwkarzem. Pustakiem. Wypierdalaj!
Spaliłem buraka ze wstydu. Co do diaska?! Za plecami słyszałem chichoty kolegów i koleżanek. Spiąłem się w sobie.
- Riddiculus! - wrzasnąłem tak, że było mnie pewnie słychać w całym skrzydle. Fałszywa Ellie nagle jakby zaplątała się we własnych nogach i wywinęła koziołka. Nieporadnie wstając, podpierała się rękoma o podłogę. Dało się słyszeć dźwięk puszczającego w spódniczce szwu. Dziewczyna odwróciła się w panice, ukazując wszystkim swoje białe majty w serduszka przebite strzałą.
- Ok, Adam. Czy każdy rozumie, co się właśnie stało? W takim razie następny!
Zwolniony przez nauczyciela z obowiązku walki usiadłem pod ścianą na zimnej podłodze. Co się przed chwilą stało?! Ja się boję... Ell? Boję się, że co? Że mnie zwyzywa? Że mnie nie zechce? Pff! Oczywiście, że zechce. To ja w końcu.
- Elliezabeth, zapraszamy - usłyszałem chwilę później.
Uniosłem głowę i z zaciekawieniem obserwowałem, jak dziewczyna podbiega do bogina przyjmującego w tym momencie postać olbrzymiej skolopendry i wyciąga różdżkę przed siebie. Bogin zaczął się transformować. Po chwili w miejscu, gdzie przed momentem wił się olbrzymi bezkręgowiec, leżał... David bez tchu. Ell zasłoniła usta dłonią. Zmarszczyłem czoło. Więc to tak, ta? Tacy wielce zakochani? Davidek, ten szmaciarz, cały czas z nią kręcił, a debila kurna udawał...
Byłem zazdrosny? O Heap?! Nigdy! Po prostu czułem niesmak w ustach na myśl, że mój "przyjaciel" tak perfidnie kombinował coś z lasencją, którą miałem zaklepaną od kilku miesięcy. Proste? Proste.
Dziewczyna wypowiedziała zaklęcie, a z leżącym zaczęło się coś dziać. Dostał drgawek, a za chwilę ze wszystkich jego otworów zaczęły sypać się różnokolorowe cukierki. Po chwili profesor uznał zadanie za wykonane i poprosił kolejną osobę.
- Fajny bogin - mruknąłem, podchodząc do dziewczyny, która oddaliła się od kufra.

Ell?
Yep. I still alive.
Nawet napisałam jedno opowiadanie. Jedno przez ile? Dwa tygodnie?
Ta, więcej. Plik utworzony 11 kwietnia.
Przepraszam.
Nie znam fabuły bloga, przestałam ją czytać. Nie wiem, czy Jonasz przeruchał Ara ani co David ma w planach odnośnie Les. Po prostu staram się wywiązać przed Gwiazdką.

środa, 22 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Margaret Do Adama

    Rozejrzałam się wokół. Miasteczko Écuelle w godzinach szczytu było oblegane z każdej strony. Mimo to, wciąż zachwycało swoim szlachetnym i niepowtarzalnym wyglądem.

    Nie zważając na zbliżający się, ogromny tłum, skierowałam się w stronę najbliższego sklepu papierniczego. Po chwili znalazłam się w środku pomieszczenia. Z przyzwyczajenia przywitałam się ze sprzedawcą, na co on odpowiedział mi jedynie skinieniem głowy.

    Przechodząc między różnymi działami, natrafiłam na specjalne przybory do szkoły. Wzięłam ze sobą kilka rolek pergaminu, czarny i zielony atrament oraz kilka zapasowych piór, po czym podeszłam do lady i stanęłam w kolejce. Przede mną czekała niska, rudowłosa dziewczyna, trzymająca w rękach koszyk z zapasem pergaminów.

    Minęło kilka minut zanim udało mi się dojść do kasy. Starszy pan uśmiechnął się do mnie poczciwie i powiedział równie przyjaźnie:

    - Należy się dwadzieścia sykli.

    Wyjęłam ze swojej czarnej torebki ciemnoszary portfel i zapłaciłam sprzedawcy, mówiąc ciche 'proszę'. Następnie zajęłam się pakowaniem przyborów do reklamówki.

    Unosząc lekko głowę, zauważyłam wychodzącą rudą dziewczynę. Przez ułamek sekundy wydawała mi się dziwnie znajoma. Niestety już po chwili wyszła z budynku.

    Pospiesznie spakowałam resztę rzeczy do torby i wybiegłam ze sklepu Scrivenshafta. Zmierzyłam wzrokiem część miasteczka, w której aktualnie się znajdowałam, lecz nie znalazłam poszukiwanej istoty. Straciłam ją z oczu, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Przez moment zastanawiałam się, czy w ogóle istniała.

    - Może była wytworem mojej wyobraźni? - pomyślałam. - Na pewno coś mi się pomieszało...

    Westchnęłam ciężko. Miałam jeszcze wiele do zrobienia.

    Lekko zmieszana, ruszyłam w kierunku Akademii. Weszłam do sali wejściowej i udałam się do Gabinetu Dyrektorki. Kobieta wpuściła mnie do środka i nakazała usiąść na fotelu, co zrobiłam bez większych zastrzeżeń. Na moje szczęście zastałam ją w dobrym humorze. Madame Maxime sprawdziła wszystkie papiery dotyczące mojej rekrutacji, aby następnie udzielić mi kilku pouczeń i rad. Rozmawiałyśmy przez około godzinę, może półtorej. Na sam koniec przydzieliła mi odpowiednie Dormitorium i wyznaczyła współlokatorkę.

    Ostrożnie wstałam z fotela i pożegnałam się z Dyrektorką, po czym podeszłam do drzwi. Lekko nacisnęłam na klamkę i je otworzyłam. Wychodząc z gabinetu, wpadłam na wysokiego mężczyznę, czego skutkiem był mój upadek na podłogę.

    - Auć! - krzyknęłam. - Patrz, jak chodzisz - dodałam prędko.

    Spojrzałam na chłopaka, który bardziej przypominał ucznia niż nauczyciela. Miał bujne, czarne włosy, brązowe oczy i pełne usta, które otwarły się w złośliwym uśmieszku, odsłaniając śnieżnobiałe zęby.

    - Wybacz, mój błąd - powiedział z lekkim sarkazmem, jednak to nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia.

    Za to zdziwił mnie fakt, że, mimo podłego podejścia, podał mi rękę bym mogła wstać. Skorzystałam z pomocy i podciągnęłam się do góry.

    - Dzięki - rzuciłam przelotnie, gdy stanęłam na równych nogach, po czym odwróciłam się do niego plecami, zamierzając ruszyć dalej.

    Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, próbującą mnie zatrzymać. Odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i spojrzałam na chłopaka ze zdziwieniem.

    - Co? - zapytałam wprost.

    - Nie uciekniesz mi tak szybko - zaśmiał się. - Jak cię zwą?

    - A co cię to obchodzi? - przewróciłam oczami.

    - Wolałbym wiedzieć, jak się do ciebie zwracać - wytłumaczył.

    - Margaret Destinée - przedstawiłam się. - A ty?

    - Jestem Adam Brooks, należę do domu Ombrelune i jestem jednym z najprzystojniejszych chłopaków z tej szkoły - wyszczerzył się.

    - Taa, miło poznać, ale muszę już... - powiedziałam trochę za szybko, ale pewien głos, dochodzący z wnętrza gabinetu, nie pozwolił mi dokończyć.

    Weszliśmy z Adamem do środka i zobaczyliśmy uśmiechniętą Madame Maxime. Zaprosiła nas gestem, abyśmy zbliżyli się do niej. Niepewnie podeszłam bliżej, czego nie można było powiedzieć o Brooks'ie, który aż poderwał się z miejsca.

    - Adamie - powiedziała donośnie, na co on ponuro skinął głową. - Widzę, że już się poznaliście... - zaczęła z małym odstępem, jakby starając się do czegoś dojść.

    - No nie wiem - spojrzał na mnie przenikliwie.

    - Miałabym do ciebie prośbę - uśmiechnęła się szerzej. - Czy zechciałbyś jako prefekt Ombrelune oprowadzić tą nową, młodą damę, jak również kilkoro innych uczniów, po Akademii bądź przynajmniej po waszym wspólnym domie?

    Stanęłam jak wryta. Zaczęłam przenosić wzrok to z Dyrektorki na Adama i odwrotnie, próbując uświadomić sobie fakt, że chłopak, na którego wpadłam był p r e f e k t e m, a nie jakimś zwykłym uczniem Akademii.

    - Mam przechlapane - pomyślałam, wciąż oczekując odpowiedzi chłopaka.

~~

Adam? xD

sobota, 11 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd Amira

- Adam, wyjebałeś z półobrotu jakiemuś trzecioklasiście?! - zapytała Clary przed klasą do eliksirów. Eliksiry były następną lekcją po zaklęciach, co oznaczało, że wiadomość rozniosła się po szkole w tempie ekspresowym, obejmując tym samym czas jednej przerwy.
- Ta, bo co? - Uniosłem na nią obojętny wzrok, masując bezwiednie prawą dłoń, która przed paroma minutami zadała wzorowy cios w nos.
- W sumie to nic. - Wzruszyła ramionami. - Bardzo płakał?
- Trochę się przewrócił. - Mimowolnie się uśmiechnąłem.
- A co zrobił? Powiedział, że ma lepszy żel do włosów od ciebie? - spytała niewinnie zza mojego ramienia Ell, która niepostrzeżenie pojawiła się przy nas.
- Nie, za to ty za chwilę możesz mieć lepszą ranę od niego - syknąłem, odwracając się.
- Przepraszam. - Spojrzała na mnie dużymi oczami i zrobiła minę szczeniaczka.
- Tak, tak... - mruknąłem, wywracjąc oczami. Niewiele myśląc schyliłem się, chcąc uraczyć ją pocałunkiem, ona jednak odsunęła się w panice i rozejrzała po korytarzu. Znajdowaliśmy się w lochach, była więc tutaj tylko nasza klasa oczekująca na lekcję - nikt normalny nie spędza przerwy w ponurym podziemiu.
- Wybacz, mała - bąknąłem, przypomniawszy sobie, jak przeżywała, gdy David nakrył nas leżących na łóżku - ale jeszcze nie przyzwyczaiłem się do twojego opacznego gustu obejmującego wstyd przed pokazywaniem się ze mną publicznie. Inne na twoim miejscu dostałyby padaczki. - Wyszczerzyłem się. Usłyszałem sugestywne chrząknięcie. Clary stała z rękami opartymi na biodrach.
- A to co, Adamie? - zapytała, udając oburzenie. - Ładnie to tak ignorować przyjaciółkę, która wiernie stała za tobą murem, kiedy INNI wyjeżdżali na pół roku bez słowa? Nawiasem mówiąc nie było to łatwe - wytrwać z człowiekiem o zbiorowej inteligencji ananasa i pamięci godnej rybki akwariowej, który na każdym kroku myśli, jak by cię tu zwabić w jakiś ciasny kącik i zgwałcić.
- No już nie przesadzaj. - Popukałem się w czoło. - Samouwielbienie spływa po tobie wartkim strumieniem w barwie fuksji.
Clary prychnęła z dezaprobatą, robiąc obrażoną minę.
- Hej, dzieci, jeśli chcecie zobaczyć smerfów las, przed ekran dziś zapraszam was! - Usłyszałem śpiew Davida gdzieś obok nas. Nucił jedną z tych dzikich mugolskich piosenek zasłyszanych od Petty'ego. Był dzisiaj w zaskakująco dobrym humorze jak na kogoś, kto przed niecałą godziną prawie wrobił mnie w szlaban. - Żartowałem! Chuja wam pokażę! Chociaż nie... Tego też nie zobaczycie. - Zaśmiał się z własnego, kiepskiego żartu.
- Z kim ja się zadaję? - jęknęła Clarisse, teatralnie kładąc dłoń na czole.
- Tak, Clary, ja też od ponad trzech lat zadaję sobie to pytanie! Ten Adam to jakiś czubek, nie?
- Chyba zrobię ci krzywdę - poinformowałem go życzliwym głosem.
- Dziękuję, postoję.
- Po coś tu przylazł? - zapytała La Rue z wyrzutem.
- Trening, trening, trening!
- Znowu? - Z Ell jak na komendę okazaliśmy swe jawne niezadowolenie.
- A kiedy niby ostatnio był? - obruszył się Dave.
- Przedwczoraj?
- Och, narzekacie! - Aniołek uśmiechnął się słodko. Ta, łatwo jej mówić. To nie ona popyla co drugi dzień na miotle ganiając za piłką, bo jakiś gejas, który sam tylko patrzy i się drze, jej tak kazał.
- Widzicie? Clary się cieszy! - rzucił blondyn. - Chętnie zostanie waszą cheerleaderką.
- Czekaj, co?!
- Cheerleaderką - powtórzył usłużnie. - Będziesz nam tańczyć i skandować "David jest super!".
- Pogięło cię? Nie będę nic tańczyć! Tu się jebnij. - Wskazała palcem na skroń. - Sam możesz przywdziać spódniczkę i zrobić herki na miotle, wysoko w górze. Jak myślisz, polepszy ci się, gdy spadniesz?
- Ja sądzę, że nic mu już nie pomoże - wyznałem.
W tym momencie przyszedł Craxi i wpuścił nas do sali pełnej kolorowych oparów. Czas na lekcję eliksirów.

Po lekcji, na której - przynajmniej teoretycznie - nauczyliśmy się rozróżniać nalewki z asfodelusa, piołunu i mandragory po ich właściwościach fizycznych, cała drużyna jak strzały pobiegła do dormitoriów po sprzęt i wesołą gromadką podążyła na boisko do quidditcha, żartując, podszczypując i popychając się. Kiedy weszliśmy na murawę, spostrzegliśmy jakąś postać balansującą w powietrzu. Szanowny pan kapitan stwierdził, że nic a nic nam to nie przeszkadza, i kazał wskoczyć na miotły, co też uczyniliśmy.
Odbiłem się od ziemi i już po kilku sekundach zawisłem przy obręczach. David gestem dłoni rozpoczął mecz, polegający na tym, że każdy ścigający ma swojego kafla, a ja muszę latać i bronić jak głupek.
- SMOKUUU! SMOOOKUUU!!! - zacząłem się drzeć już po piętnastu minutach.
David pokazał komendę "czas" i podleciał do mnie.
- Czego?
- Czego? Czego?! A chcesz se, kuźwa, tak pobronić? - Ściągnąłem koszulkę z wielką plamą od potu na plecach i rzuciłem mu prosto w twarz.
- Fuj, wiesz, co to mydło?
- Wiesz, co to wysiłek fizyczny? A nie, czekaj, jesteś szukającym - uśmiechnąłem się słodko.
- Okej, dobra, zrób sobie przerwę czy coś. ĆWICZYMY PODANIAAA! - wrzasnął do reszty. Złapałem się za ucho. Głośniej się nie dało, co?
Przerwę postanowiłem wykorzystać na polatanie sobie w kółko. Niczego nie kocham tak bardzo jak tego. Wiatr we włosach, zabójczy pęd, świst w uszach... Wspaniałe! W dodatku chłód uderzający w moją nagą klatę.
Po chwili nie tylko chłód uderzył w moją klatę.
- Boże, znowu ty?! Co to za fatum?!
Miałem miotlarską kraksę z tym samym ziomkiem, który wcześniej wpadł na mnie na korytarzu. Dwa razy. Do trzech razy sztuka, jak to mówią. Tyle że tym razem Orlak zawisł ręką na miotle.
- Sorry. Niezbyt dobrze latam - burknął.
- Wiesz, zauważyłem.

Amir?

czwartek, 9 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Clary do Adama

„Clarisse będąc sobą, siedziała w bibliotece zatapiając smutki w książkach.” Gdyby istniała książka opisująca moje życie w każdym rozdziale to zdanie było by gdzieś na początku. Siedziałam w ciszy w najbardziej oddalonym dziale w całej bibliotece, gdzie nikt nie zagląda, przedstawiam wam dział ksiąg z podpisem dzieła naukowe. Oczywiście że tu nikt nie zagląda, kto normalny czyta książki o fizyce… Dobra ja jestem wyjątkiem. Oczywiście po reszcie wesołej kompanii nigdzie nie było widać. Zapewne Adam i Eli poddają się romansowi, David ucieka od Leslie, a mój kochany „braciszek” ucieka przed fankami… nie wróć psycho-fankami. Książka którą czytałam była.. no cóż wymagająca w pewnym stopniu, a było to „Cierpienia młodego Wertera” autorstwa Johann Wolfgang von Goethe, która nie dość że po wydaniu wzniosła ilość samobójstw w Europie, to zmieniła modę na nowego bohatera w jego czasach, choć większość zna go z dramatu „Faust”. Nagle ktoś oderwał mnie od mojej lektury, moja kochana kotka zapragnęła mnie podręczyć.
-I ty Brutusie przeciwko mnie?!- jednak Bastat spojrzała się na mnie z miną „chodź ty szalony kapeluszniku i wyjdź na dwór. Na dwór, powiadam!”. Przyznam że zawsze się słucham jej sugestii. Nie wiem czemu, ale jakoś czasem ona jest moim głosem rozsądku. Gdy wyszłam z biblioteki i ruszyłam w stronę błoni, ludzie którzy kłębili się na korytarzach rozstąpili się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Nie powiem popularność wśród wszystkich jako nadzwyczajna piękność czy największy wróg wszystkich pół-krwi i mugoli była mi na rękę. Chodź nie w święta te chrześcijańskie czy kobiet, a już najgorsze były walentynki. Dostaje tyle kwiatów że mogę otworzyć zakład pogrzebowy! Boże, jeśli istniejesz, to spraw żeby nie dowiedzieli się o moich urodzinach, bo chyba wtedy urządzą paradę! Już i tak miałam dosyć atrakcji na cały rok. Jednak nie dotarłam do błoni, moja kotka poprowadziła mnie na boisko Quidicha, na którym był sparing po między Luniakami, a Orlakami. Mój dom jak zwykle dawał nauczkę wszystkim drużyną, ale dziś to przeszli samych siebie, nawet ten rezerwowy, który grał zamiast Percy’ego był dobry, ale nie dorównywał poziomowi reszcie drużyny. Ha, nawet rezerwowy jest lepszy od innych zawodników z innych domów. Oczywiście mecz skończył się tak szybko jak się zaczął. Usiadłam na trybunach AM gdzie było wolne, ale oczywiście zaraz wszyscy na trybunach spojrzeli na mnie, jak no nie wiem… ciastko z kremem. Rozumiem czym sobie zasłużyłam na uwagę płci przeciwnej, ale nadal nie wiem dlaczego dziewczęta patrzą na mnie jak na siódmy cud świata? Oczywiście zaraz podleciał do mnie Adam, który jak zwykle wyglądał jak tania trapezopodobna wersja elfa św. Mikołaja.
- Witam, a cóż do na anioła sprowadza?
-Nic. Bastet zapragnęła Świerzego powietrza i sama tu ciągnęła.
-ma dobry gust.
-Słuchaj mam takie pytanie, może jest trochę ono dziwne, ale nie wiesz może za co mnie podziwiają te zacne niewiasty, bo ja bladego pojęcia nie mam.


TANIA TRAPEZOPODOBNA PODRUBO ELFA ŚW.MIKOŁAJA?
PS. Na mą duszę jak dawno nie pisałam opowiadania
PS.PS. Ombrelune musi wygrać puchar, bo jak nie to wam wszystkie kości porachuje :D

Ombrelune: Od Ell cd. Adama

Nie skrzywdzi? Tak. Znając Adama Brooksa wyrzuci mnie jak niepotrzebnego śmiecia po tygodniu. O ILE na cokolwiek bym sie zgodziła. Ale hej, życie jest po to, żeby z niego korzystać. A może sie zmieni... Tak, Ell karm sie kłamstwami w które sama nie wierzysz - skarciłam się myślach. Podniosłam wzrok na chłopaka w tym samym momencie zdając sobie sprawę w jakiej dwuznacznej pozycji leżymy. Co gorsze - nie przeszkadzało mi to. Jemu najwyraźniej też.
- Co jest? - zapytał widać lekko zdezorientowany tym, że sie w niego wgapiam intensywnie o czymś rozmyślając.
- Y... Nic. Wiesz, wygodny jesteś - powiedziałam uśmiechając się lekko.
- Dzięki.
Popatrzyłam mu głęboko w oczy. Nie zobaczyłam w nich cienia.. Hm. Pożądania? W sumie to nic w nich nie zobaczyłam. Adam nachylił się chyba z zamiarem pocałowania mnie i sumie nie miałabym nic przeciwko, ale... W tym momencie drzwi otwarły sie na oścież, a stanął w nich nikt inny jak David Martiness. Jego twarz zdradzała osłupienie i nawet lekkie rozbawienie.
- Okej, nie przeszkadzam - powiedział szybko zamykając za sobą drzwi.
- To nie jest to na co wygląda, Martiness! - wrzansnęłam za nim. Odpowiedział mi cichym chiochotem.
- Ale idiota - mruknął Adam.
- No... - wymamrotałam przetaczając sie na drugą stronę łóżka. - To była najbardziej żenująca sytuacja w moim życiu. Ukryłam twarz w poduszce.
Westchnęłam.
Teraz David wymyśli niestworzoną historię i poleci do Clarr ją opowiedzieć. Clarr będzie męczyć mnie. Potem Clarr powie Leslie, a ona pewnie palnie swoim koleżankom zakochanym w Adamie, kiedy będą ją wkurzać. Krótko mówiąc, za chwilę cała szkoła będzie miała plotkę.
- Ej, wyluzuj - powiedział Adam łagodnie. Zaraz, zaraz! Łagodnie? Oderwałam głowę od poduszki i spojrzałam na niego.
Obszedł łóżko dookoła i usiadł obok mnie.
- David to idiota - powiedział.
- Adam, zaraz cała szkoła będzie myślec nie wiadomo co. Nie chce być w centrum ploteczek. Ok?
Chłopak nic nie odpowiedział. Chciałabym żeby tak było zawsze. Żebyśmy sie nie kłócili, a Adam sprawiał wrażenie człowieka z uczuciami. Nawet nie spostrzegłam kiedy nachylił się i lekko musnął moje usta swoimi. Nie protestowałam, ale kiedy chciał pogłębić pocałunek odsunęłam sie lekko zaczerwieniona.
- To ja już będę lecieć - oznajmiłam i szybkim krokiem wyszłam z pokoju.
Na korytarzu co druga osoba dziwnie sie na mnie patrzyła. To nie wróży nic dobrego. Ledwo przekroczyłam próg dormitorium, a wpadła do niego cała czerwona... Victoria.
- Robisz mi to na złość, co?! Zawsze musisz być lepsza! To ty musisz wszystko mieć! - wydarła się.
- Ej, młoda o co ci chodzi, co?! - zapytałam, choć łatwo było sie domyślić. Dziewczyna prychnęła.
- Wiedziałaś, że Adam mi sie podoba! I jeszcze przespałaś sie z nim jak jakaś p*erdolona dzi*wka!
- Co?! - tym razem to ja wrzeszczałam - Ty chyba jesteś niepoważna! Wynoś sie z mojego dormitorium! Już!
Po tych słowach wykopałam ją za drzwi.
Nie wierzę. Po prostu nie wierzę.


Adam? Pisane na telefonie i wgl zakończone dramatycznym akcentem xd Ej ci z Belle coś za dużo opek piszą ;-;

środa, 8 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Okej. Przegrałem życie.
Czemu?
Och, minął miesiąc i nadal nie wskoczyła mi do łóżka.
Ale zapewniam, że mi się to uda. Skubana jest całkiem odporna na moje nagabywanie. Właściwie całkiem dawno jej nie całowałem i to mogło wywołać u niej pewien szok w stylu "och, chyba ten bęcwał dał mi wreszcie spokój". O nie, nie. Nie dał. Ten bęcwał dopiero się rozkręca.
Boże, czy ja gadam do siebie?
- Proszę!
W pewną pogodną, październikową sobotę, kiedy zajmowałem się słodkim nicnierobieniem, byłem wobec tego bardzo zajęty, do mych delikatnych uszu dobiegło pukanie do drzwi, przez które weszła Elliezabeth we własnej osobie.
- Co robisz? - spytała pogodnie.
- Jestem zajęty - oznajmiłem, wyciągając się na łóżku i mrucząc z rozkoszy ze zmrużonymi oczami.
- Widzę właśnie. Idziemy polatać?
- Nieee chce mi się - stęknąłem.
- No chodź!
Poczułem jak sześćdziesiąt kilo żywej wagi zwala mi się na przeponę, pozbawiając mnie na chwilę tchu. Mocno klepnąłem w tyłek leżącą na mnie w poprzek dziewczynę i natychmiast poczułem odwet zadany kościstym łokciem.
- Gdzie dotykasz? Nie dla psa kiełbasa - fuknęła. Ani jej się jednak śniło ze mnie schodzić.
- Fajny masz tyłek - powiedziałem tonem znawcy.
Rzeczywiście pupa Ell była wyjątkowo jędrna i całkiem zgrabniutka. Doszedłem do wniosku, że naprawdę zbzikuję, nie mogąc jej nadal legalnie całować, dotykać i pieścić. Legalnie, to jest - bez dostania po twarzy.
- Eee... dzięki? Chyba. No wstawaj z tego wyra, grubasie!
- Ja znam ciekawsze sposoby, żeby schudnąć, poruszać się i miło spędzić czas. Wcale nie muszę w tym celu wstawać z wyra. - Uśmiechnąłem się szeroko. Spojrzała na mnie z mieszaniną strachu, speszenia, zażenowania i odrzucenia. Zdolność kobiet do odczuwania tylu emocji naraz jest doprawdy imponująca. - Możemy na przykład poskakać po łóżku - sprostowałem z miną pod tytułem "i kto tu jest zboczony?".
- Oczywiście, że właśnie to miałam na myśli. - Ell złapała buraka. Rumieńce na policzkach były jedną z bardziej uroczych cech jej aparycji.
- Serio? Bo ja na przykład coś takiego! - Wypowiadając ostatnie słowa, chwyciłem dziewczynę za ręce powyżej łokci i podciągnąłem tak, że leżała na mnie wzdłuż, błękitne oczy mając wprost przed moimi.
- Hej - powiedziała cicho.
- Hej. - Posłałem jej pokrzepiający uśmiech i wychyliłem, by cmoknąć ją w usta.
- Och, nie...
- Znowu wracamy do punktu wyjścia o współrzędnych "Adam, nie mogę" i "Adam, jesteś idiotą"?
- Tak... Nie... Nie wiem... - jęknęła i opadła na mnie, wtulając się w moją pierś, ramię oraz fragment leżącej pode mną poduszki. Cóż, niezbyt wygodna kombinacja, ale skoro jej to pasowało... Wymacałem jej dłoń i splotłem moje palce z jej. Czułem, że całe jej ciało drży.
- Boisz się mnie?
Nie odpowiedziała; poczułem tylko, jak wzrusza ramionami.
- No co ty? Nie skrzywdzę cię...
- Uhm - mruknęła z ironią. Spodziewałem się długiego monologu, tu mnie jednak zaskoczyła, poprzestając na pojedynczym dźwięku wyrażającym dezaprobatę. Najwidoczniej postanowiła dać sobie wreszcie spokój. Dobry wybór, mała.
Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę. O dziwo nie miałem ochoty jej dotykać, gwałcić od razu czy coś. Po prostu leżała sobie i to było bardzo miłe. Po kilku minutach poczułem nawet, że się rozluźnia i swobodnie mości na posłaniu z moich kości.

Ell? ;3
Bam, ten rym na koniec xD
Ale serio nie mam weny kurczę :/ Ale nie mogę pozwolić Orlakom wygrać pucharu xD

Bellefeuille: Od Amir'a cd Adama

Otworzyłem szeroko oczy znowóż zataczając się. Jego dłoń na mojej buzi wcale nie była taka przyjemna, toteż złapałem go za nadgarstek i zacząłem odciągać. Kary się unika, co?
Odepchał mnie na parę metrów zdala od drzwi mordoru z poważną i wkurwioną miną. Skorzystałem z chwilowej nieuwagi chłopaka, ciągnąc ten sam nadgarstek nieco dalej. Rzucał się chwilę, dopóki nie wyszliśmy zza róg, gdzie nie był widziany w ogóle i mógł poczuć się ,,bezpiecznie".
- Powinienem cię skosić i ją zawołać. - powiedziałem szczerząc zęby. Odpowiedział przeciąkłym warknięciem w stylu pierdol się, albo wpierdol.
- Puść mnie już. - wykonałem jego polecenie z nie małą satysfakcją, a wtedy się zaczęło. Dosyć nie miło zarzucił mi, że jestem niedorajdą i tym podobne, klnąc co jakiś czas. Przytoczyłbym tą rozmowę, ale chyba nie wypada. To nie tak, że stałem cicho i słuchałem; odpowiedziałem tym samym i gdy prawie zdecydował się na zniekształcenie mojej szczęki, ktoś zawołał go po imieniu z drugiego korytarza. Zmarszczył brwi jeszcze bardziej, prychnął i odwrócił się.
- Jestem francuzem, ocipiały idioto. - rzuciłem zdecydowanie nie potrzebnie. Wrócił się i przywalił mi z całej siły. Uwaga, to mój pierwszy raz. Moje myśli się pomieszały i nie ważne, że leżałem na tyłku podpierając kafelki, jedną ręką zasłaniając krwawiący nos; najbardziej stresowałem się faktem, że teraz nie będę wiedział, czy w końcu jestem czegoś warty, że należy mi się, a nie, że stoję obok społeczności.
- Kto jest teraz ocipiały? - po tym zdaniu zostawił mnie zdezorientowanego. W końcu jakaś dziewczyna z mojego rogu przyszła i jakbym umierał, zaczęła mnie podnosić na siłę i rozglądać się za nauczycielem. Zbeształem ją za ten pomysł, wstałem i przyjąłem chusteczkę.
-Boże, może jednak pójdziesz do skrzy..
- A ty co? - odezwał się trzeci głos, należący do Sumki. Popatrzyłem na nią nieco pustym wzrokiem. Odesłała, bodajże Dannę i sama zajęła się mną prowadząc do wieży. Zauważyła, że coś jest nie tak.
- Chyba zdenerwowałem szkolnego podrywakę. - przyznałem się. Doszliśmy do drzwi, powiedziałem odpowiedź na zagadkę i wpuściłem nas obu. Mojego współlokatora na szczęście nie było.
- I on ci dał w mordę? - chyba to ją rozśmieszyło, nie wiem, nie patrzyłem. Zabrałem się za zmywanie krwi i sprawdzanie, czy coś mi połamał, ale chyba nie ma tyle siły.

<EGHEGHEHEHE, pierwszy raz, he>

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Amira

-  Biorąc pod uwagę, że jesteśmy we Francji... - mruknąłem beznamiętnie.
Zmierzyłem chłopaka znudzonym wzrokiem. Najwyraźniej mnie znał - cóż, nie dziwota. W końcu to... ja. Ja jednak go nie znałem. Nie powiem, żeby mi zależało, ale należało to jednak podkreślić jako niezbity dowód nieśmiertelnej sławy mojej oraz Martinesa w tej szkole.
- Anglik? - spytałem od niechcenia. Właściwie nie mam pojęcia czemu. Nie chciało mi się gadać z tym chłoptasiem.
- Co cię to obchodzi? - Spojrzał na mnie spod byka. Biedny, mały Orlaczek.
- Właściwie to masz rację. Nic, a nic mnie to nie obchodzi. - Przyznałem i wyminąłem go, zbierając się do odejścia. Za plecami usłyszałem głos:
- Po części. Jestem w iluśtam procentach Brytyjczykiem.
Zwolniłem kroku. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ta siła perswazji. Och, ach - ja zajebisty. Szybko jednak ponownie przyspieszyłem.
- To do zobaczenia na lekcji, BRYTYJCZYKU - rzuciłem, nie odwracając się za siebie.
Po chwili znalazłem się już pod salą do zaklęć. Rzeczywiście stało tutaj od groma i jeszcze trochę trzecioklasistów. Dziwne praktyki panują w tej szkole, powiadam. Zauważyłem grupkę przyjaciół gawędzących wesoło w kółeczku wzajemnej adoracji czy coś. Szczęśliwym trafem Elliezabeth była tyłem do mnie. Pokazałem na migi stojącemu naprzeciw mnie Percy'emu, by nie zdradził mej obecności. Cichcem podkradłem się do różowowłosej i zasłoniłem jej oczy.
- Debil? - mruknęła, zdejmując moje dłonie ze swojej twarzy. Obróciła się na pięcie. - A nie, to tylko ty.
- Czyli bardzo trafnie to odgadłaś - zaśmiał się David.
- Niee... On jest poziom niżej niż "debil" - sprostowała.
- Nie powinieneś być teraz ze swoją Leslie, cmok-cmok? - zapytałem rozeźlony.
- O, fakt, masz rację! Już do niej biegnę! Ale nie, czekaj... Ani mi się śni!
- A co się stało? - zapytała Ell z zaciekawieniem.
- Nic. Uroki Brooksów - warknął.
- Chcesz w zęby?! - Efektownie podciągnąłem rękawy koszuli.
- Och, nie! Nie, Adam, proszę! Nie bij mnie! - Blondyn momentalnie się skulił. Zrobił minę udręczonej ofiary. Wyprostowałem się w osłupieniu. Parę sekund później objawiło mi się wytłumaczenie jego perfekcyjnej gry aktorskiej.
- Brooks! Proszę natychmiast przestać! Zostaniesz u mnie na chwilę po lekcji. A teraz proszę, wchodzimy do klasy. - Za sobą usłyszałem głos ukochanej profesor De Maupssant.
- Dzięki, frajerze - syknąłem do Dave'a, kiedy mijałem go w drzwiach.
- Nie ma za co, kochanie - odpowiedział słodkim głosem i posłał mi buziaczka. Wzdrygnąłem się i pobieżyłem na tyły, gdzie błyskawicznie zająłem wolne miejsce obok Ellie.
- O nie, o nie, o nie. Ja cię tu nie chcę! - W bardzo brutalny sposób zaczęła wypychać mnie z ławki.
- Tak? Niby dlaczego?
- Znowu mi się przez ciebie oberwie!
- Panno Heap, proszę o spokój! Panie Brooks, niech pan zajmie już miejsce! Dziś gościmy uczniów z klasy niższej, jest małe zamieszanie, więc proszę o współpracę - odezwała się nauczycielka, spoglądając na nas groźnie. Od pierwszej lekcji po rozpoczęciu roku zauważała tylko nas, nie ważne, jak bardzo nieznośna byłaby reszta klasy.
- No, już ci się oberwało! To mogę?
Dziewczyna machnęła na mnie ręką i, udając pełne skupienie, zaczęła zapisywać temat na skrawku pergaminu. Wzruszyłem ramionami i rozłożyłem się jak szef. Nie miałem dziś ochoty na pisanie. Teoria w zaklęciach jest przecież zbędna.
Gdy rozbrzmiał dzwonek, przypomniałem sobie o powinności pozostania u Maupssant i wysłuchania wykładu na temat nieznęcania się nad słabszymi (On słabszy, ta? Dobre sobie.), może połączonego z jakimś nie do końca przyjemnym szlabanem - po sprzątaniu jej zbierającej kurz biblioteczki jeszcze po dziś dzień czuję, że w nosie kręci mnie kurz. Jako że niezbyt było mi to na rękę, chwyciłem torbę i kilkoma susami pokonałem drogę do drzwi. Życie to nie bajka i niezbyt często jest szczęśliwe, wobec czego oczywiście zderzyłem się z kimś, będąc już prawie na wolności. Zakląłem niepokornie, obdarzając spojrzeniem tego nieroztropnego osobnika, dla którego ten dzień również nie miał być taki miły.
- Matko, znowu ty?! - krzyknąłem, widząc twarz uroczego Brytyjczyka. Wypchnąłem go za drzwi prawie już opustoszałej sali i zasłoniłem usta, nim zdradził moją obecność rozglądającej się nauczycielce.

Ar? To nie były dwa lata xD
Krótkie, krótkie, krótkieee ;(

niedziela, 5 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a do Adama

Pięć, cztery, trzy, dwa.. jeden!
Lekcja Wróżbiarstwa prowadzona razem z domem Papillonlisse dobiegła końca, co wielu przyjęło z ulgą wymalowaną na twarzy. Podzielałem ich zdanie; nie patrząc za siebie, w stronę czarnej puszki, wstałem i pośpiesznie opuściłem pomieszczenie. Tuż za drzwiami nabrałem oddechu czując świeży powiew-świeżego powietrza. Tak, zdecydowanie ta sala powinna być wywietrzona.
Poprawiłem swoją idealnie wyprasowaną kamizelkę która jak na złość naciągnęła się zbytnio w górę. Nie to, że specjalnie się tym przejąłem, ale chciałem jakoś dzisiaj wyglądać, tym bardziej, że Cisa ma imieniny. Zgani mnie za jakąkolwiek próbę niespodzianki, ale należy jej się-dostałem od niej swoją pierwszą, własną miotłę. A i o wilku mowa. Stanęła przy mnie, robiąc miejsce dla ostatnich wychodzących i uniosła brodę rozglądając się.
- Czekasz na coś, czy tylko udajesz? - rzuciła, a w kąciku jej ust pojawiła się drobna zmarszczka niewiadomego pochodzenia. Uniosłem momentalnie brew i ruszyłem w kierunku w którym podążali inni, czyli ku schodom. Miałem zamiar wrócić do dormitorium, zanim pójdę na lekcję Muzykologii gdzie me uszy usłyszą kolejny fałsz głosu, czyli śpiew. - Zdołowany?
- Nie, czego miałbym? - odparłem zwracając głowę ku niej. Wzruszyła ramionami lekko, a kokardka na jej szyi poluzowała się. Zatrzymałem ją i zabrałem się za zawiązywanie od nowa.
- Zostaw, bo zepsujesz. - mruknęła i strzepała moje dłonie. Miałem ochotę poczochrać ją po włosach, ale zrezygnowałem widząc jej wzrok, który mówił: nawet się nie waż.
Wspólnie ,,zeskoczyliśmy" ze schodów i rozeszliśmy się żegnając krótkim do potem. W końcu po odpowiedzi na zagadkę znalazłem się w środku, gnając do swego łóżka i rzucając na niego. O tak, chwila relaksu..
Może i by była, gdybym nie przypomniał sobie o prezencie, który chciałem jej dać, a był on pod kołdrą. Szybko odkryłem narzutę odkrywając całkiem pokruszone ciastka.
- Ku*wa! - przekląłem na głos. Zebrałem jedno nie pogniecione, położyłem na chusteczce i zawinąłem, po czym wyszedłem szybkim krokiem chcąc dogonić Sumkę. Nie podejrzewałem nikogo o nagłe wyjście zza rogu; zaryłem w kogoś dosyć mocno, zatoczyłem się do tyłu i łapiąc równowagę przetarłem bolący nos. Osoba przede mną skomentowała zderzenie syknięciem.
- Rany, uważaj jak chodzisz. - zwrócił mi uwagę chamskim tonem. Od razu rozpoznałem w nim Adam'a Brooks'a, o którym opowiadało mi parę dziewczyn, niby podrywacz. Wyprostowałem się i odrzuciłem włosy które niesfornie opadły po obu polikach.
- Oh, miałem przeprosić, ale to tylko ty, wielki romeo. - wielki mogłoby się zgadzać, w końcu był o osiem centymetrów wyższy. Zrobił poirytowaną minę i otworzył buzię chcąc coś powiedzieć, ale mu przerwałem. - Zanim coś powiesz, może lepiej idź pod klasę, mamy razem lekcje, wymiana i te sprawy..
- Doprawdy, nie wiedziałem, kujonku. Co ty masz z tym akcentem? - warknął. Pomyślałem, że nie zrobił mi problemu ze względu na jawną obrazę, tylko złapał się pierwszej głupszej rzeczy jaka wpadła mu na myśl.
- Francuza nie słyszałeś? - mimo wszystko trafił w czuły punkt; nie cierpię tego akcentu. Poczułem, jak moje uszy zaczynają mnie piec i zacisnąłem usta w wąską linijkę. Ręce założyłem na klatkę piersiową, żeby podkreślić swoje niezadowolenie.

<Porozmawiasz z wrednym poł-krwistym człekiem, Adamie?>

sobota, 4 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Ell cd Adama

Stałam na środku korytarza lekko skołowana, ale po chwili ruszyłam za Adamem starając się odgonić wszystkie złośliwe myśli napływające do mojej głowy. Dotarliśmy pod drzwi biblioteki. Chłopak otworzył przede mną drzwi uśmiechając się szeroko.
- Mm... Dzięki - wymamrotałam starając nie patrzeć mu się w oczy.
Usiadłam przy stoliku rozkładając pergaminy i pióra.
- Ty... Szukasz mi fragmentów... Em... Na wypracowanie - wydukałam pokazując palcem na niewielki stos książek. Starałam się również ignorować fakt, że Adam siedzi tutaj bez koszulki...
- Jasne - wyszczerzył się jak głupi i zaczął przeglądać książki dość przekonująco udając, że rozumie co jest w nich napisane.
Ja natomiast pochyliłam się nad papierem i zaczęłam kreślić słowa, które po przeczytaniu okazały się zupełnie pozbawione sensu... No cóż. To wypracowanie było z góry skazane na porażkę. Wstałam od stolika i nie oglądając się za siebie wyszłam z biblioteki.
- Ej! Czekaj! - uśmiechnęłam się słysząc, że Adam za mną biegnie.
- Co? Musisz się umyć bo śmierdzisz na kilometr i... - przełknęłam ślinę - ...Ubrać się. Wiesz rozpraszasz ludzi.
- OCH ADAM! - usłyszałam głos Paige, blondynki, która od pierwszej klasy była zadurzona w Adamie i nie starała się tego ukrywać - Och Adam. Widzę nowa stylówa? Podoba mi się.
Mimowolnie się skrzywiłam.
- Och Adam! Wiesz dziś organizuję małą imprezę może wpadniesz?
- Yy... A kto będzie? - zapytał Adam puszczając jej oczko. Swoją drogą myślałam, że za chwilę zemdleje. Albo tu dojdzie.
- Och Adam... No wiesz... To kameralna impreza - chłopak uniósł jedną brew - Konkretnie dwie osoby. No ty i ja. Och Adam...
Nachyliłam się i szepnęłam Adamowi na ucho.
- Jeśli ona jeszcze raz powie "och Adam" to nie wiem czy wytrzymam.
Chłopak popatrzył na mnie wyraźnie rozbawiony. Spojrzałam na Paige, która nie darzyła mnie sympatią. Rzekłabym nawet - nienawiścią. Przynajmniej tak na mnie patrzyła.
- Och Adam... - zaczęła, ale tutaj oboje wysiedliśmy (mam na myśli Adama i mnie). Wybuchnęliśmy tak głośnym śmiechem, że cały korytarz momentalnie odwrócił się w naszą stronę.
- Och Adam! - wychrypiałam między niekontrolowanymi wybuchami śmiechu.
- Nie no, uwielbiam ją. Ell, przygarnijmy ją. Będzie nam poprawiała humor - zaproponował. Nie wiedziałam jak do końca jak mam to rozumieć, ale wolałam nie próbować dociekać o co chodziło Adamowi.
- Adam, nie traktuj ludzi jak przedmioty - pouczyłam go. Moja wypowiedź również miała dwie strony. Chłopak na chwilę spoważniał.
- Okej, okej...
W tym momencie dotarliśmy pod pokój wspólny Ombrelune.



Adam? Długie jak chole*a *howrse nie toleruje tego słowa lol. lewiatan twój dobry sąsiad, man* no nie? xd

niedziela, 22 marca 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

- No cóż - westchnąłem, zdejmując bez trudu tomiszcze, po które sięgała - nawet najbardziej waleczna spośród księżniczek potrzebuje czasem swojego rycerza.
- Co ty sobie wyobrażasz? - Dziewczyna wzięła się pod boki i spojrzała na mnie srogo.
- Ciebie pod prysznicem. - Uśmiechnąłem się szeroko.
Prychnęła. Wyrwała książkę z mojej dłoni i podążyła wzdłuż półek, szukając kolejnych.
- Nudy - jęknąłem.
- Czy ktoś kazał tobie tu ze mną siedzieć? - warknęła z irytacją, przeglądając spis treści księgi oprawionej w ciemnobrązową skórę. Puściłem to mimo uszu.
- Nie musisz tego robić - powiedziałem cierpliwie, wyrywając pozycję z jej rąk.
- Owszem, muszę. Wyobraź sobie, że po twoim czarującym występie na lekcji nie chcę bardziej podpaść.
- Chodźmy na spacer - powiedziałem błagalnie, zwracając jej, co zabrałem.
- Dochodzi dziewiąta, a ja nie mam zadania. Nawet go nie zaczęłam. Jeśli dobrze pójdzie, skończę pewnie koło północy. Ale oczywiście ty masz je gdzieś? Tak? Dlatego tu jesteś i nękasz poczciwych ludzi?
- Tsa, mam je gdzieś, a konkretniej w dormitorium. David wisiał mi przysługę - rzuciłem beztrosko.
- Takiemu to dobrze.
Przez najbliższe pół godziny pomagałem Ellie usłużnie w szukaniu książek potrzebnych do zadania domowego. Próbowałem odwieść ją od niedorzecznego pomysłu jakim było odrabianie go, ale była nieugięta. Koło dwadzieścia po dziewiątej usiedliśmy przy jednym z czytelnianych stołów. Starając się mnie ignorować, dziewczyna umoczyła pióro w kałamarzu i wykaligrafowała swoje imię oraz nazwisko.
- Jesteś wykończona. Daj sobie spokój i połóż się.
- Od kiedy jesteś taki opiekuńczy?
- Od zawsze! Przecież się przyjaźnimy, nie?
- Ta. Przyjaźnimy.
Odparłem głowę na rękach i przeglądałem się, jak seksownie przygryza wargę, szukając potrzebnych informacji w maczkowatym tekście.
Miłość? Haha, nie znam definicji tego słowa. To uczucie wyższe, tak wychwalane w książkach i pieśniach, zapewne wcale nie istnieje. Pożądanie. Chyba to kieruje mną przy wyborze dziewczyn. Z Ell była niezła sztuka, a wszystkie niezłe sztuki w tej szkole zasługiwały, by poczuć się przy mnie wyjątkowo. Teraz chciałem ją i nie miałem zamiaru odpuścić.
Odłożywszy na bok rozmyślania, dostrzegłem, jak Heap oddycha równo, rozłożona wygodnie na stercie papieru. Parsknąłem stłumionym śmiechem. Przez krótką chwilę rozważałem obudzenie jej w jakiś bestialski i świński sposób, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie będę takim chamem. Cóż bardziej przekona ją do mych czystych intencji niż zaniesienie jej do łóżka? Już bez tego jestem niemożliwie atrakcyjny. Co jak co, ale zdobywanie dziewczyn to moja specjalność. Ostrożnie włożyłem jedną rękę pod jej uda, drugą zaś objąłem plecy i wsunąłem pod prawe ramię. Szarpnąłem do góry. Nawet się nie poruszyła. Była zaskakująco lekka.
Po kilku minutach znalazłem się pod drzwiami dormitorium dziewczyn. O ile drzwi od biblioteki bez trudu otworzyłem jakże wygimnastykowaną łopatką, o tyle teraz nie było szans. Dostępu do sypialni zacnych niewiast strzegł zamek. Kopnąłem kilka razy w drewniane drzwi. Po chwili dało się słyszeć szczęk zamka.
- Czego? - W drzwiach stanęła Clarisse opatulona w puchowy błękitny szlafrok. Na ramiona opadały jej brązowe, mokre włosy.
- Przyniosłem ci koleżankę - wyszczerzyłem się.
- Matko, musiało być nieźle, że aż padła ze zmęczenia.
- Co? - Uniosłem brew.
- Nie, nic - westchnęła. - Daj ją tu, na łóżko.
- Okej, mamo.
Delikatnie ułożyłem bezwładną dziewczynę na miękkim materacu i pocałowałem ją w czoło.
- No. To już.
- Adam...? Czy wy...?
- Tak? - Odwróciłem się w stronę dziewczyny, która przyglądała się mi, jakby zobaczyła bezgłowego ducha japońskiej prostytutki patatającego przez szkolny hall w samej halce na wymiotującym tęczowym dwurożcu.
- Czy wy... razem?
- My? Nie, coś ty! - Parsknąłem. - To ja lecę. Dobranoc.
Musnąłem policzek Clarisse ustami i wycofałem się na korytarz, nim zdążyła mnie uszkodzić. Szybko wróciłem do siebie. Davida nie było. Miał chyba jakąś wsiuńską randkę z moją siostrą. Szybko wziąłem prysznic i wskoczyłem pod kołdrę. Nawet nie wiedziałem, kiedy zasnąłem.

Obudziło mnie walenie w drzwi. Najpewniej była to pięść, jednak po błogim śnie uderzenia brzmiały jak próba wyważenia taranem.
- Otwarte! - wrzasnąłem, nie otwierając nawet oczu.
Usłyszałem skrzypnięcie, odgłos przybliżających się szybko kroków i poczułem, że ktoś nade mną stoi.
- Brooks! - Zirytowany cienki głosik, który odezwał się nad moim uchem  z pewnością należał do Ell.
- Co jest? - mruknąłem, z trudem rozchylając powieki.
- Jesteś głupkiem!
- Też mi nowość...
- Czemu mnie wczoraj nie obudziłeś? Przez ciebie nie mam zadania na zaklęcia! Trzeba było mnie szturchnąć albo co, ale nie, ty wspaniałomyślnie zaniosłeś mnie do łóżka. Dlatego za karę idziesz teraz ze mną i pomagasz napisać wypracowanie.
- A którą mamy, przepraszam, godzinę?
- Szóstą - oznajmiła z samozadowoleniem i wyraźną nutą mściwości.
- Wyśmienicie - stęknąłem. - Daj mi pięć minut - wymamrotałem, na powrót układając się w pozycji dogodnej do drzemki.
 - Nie ma pięć minut!
Poczułem jak zsuwa się ze mnie kołdra. Uderzyła mnie fala chłodu poranka. Skuliłem się jak karaluch, próbując zatrzymać w ciele trochę ciepła.
- Wstawaj!
- Zaraz...
- Już!
- Zaraz!
- Adam!
- Kurwa...!
- Pojebało was?! - Do wymiany zdań włączył się trzeci głos. Nasze krzyki obudziły śpiącego na łóżku obok Dave'a. - Wydzieracie się, jakby kogoś zażynali. Zamknijcie się z łaski swojej i dajcie spać.
- Trzeba było nie gzić się po nocy. Na pewno byłbyś wyspany - dogryzłem mu w zamian za bardzo niemiłe przywitanie swych najdroższych przyjaciół.
- Wypchaj się - burknął.
- Tak, my już idziemy - powiedziała szybko Ell, trochę chyba zmieszana wybuchem Smoka, i spojrzała na mnie znacząco, jakby każda minuta zwłoki kosztowała życie co najmniej. Westchnąłem ciężko i zwlokłem się z posłania.
- Idziemy - przytknąłem, wciągając ciemne jeansy.
- I bardzo dobrze! - usłyszałem stłumiony przez pościel głos.
Po chwili wbiegaliśmy po schodach. To znaczy - Ell wbiegała. Była w wyśmienitym humorze, zapewne w dużej mierze dlatego, że miała szansę mnie zbudzić. Ja wlokłem się smętnie, a każdy kolejny stopień sprawiał mi ból.
- No chodź wreszcie! - Dziewczyna podbiegła i chwyciła mnie za rękę, a ja stanąłem jak wryty. Kiedy uświadomiła sobie, co zrobiła, mina naraz jej zrzedła. Puściła. Spojrzałem na nią z rozbawieniem.
- I co teraz?
- Wybacz. - Spuściła głowę.
- Spoko - mruknąłem. Pocałowałem ją w policzek i zręcznie wyminąłem, nie odwracając się w jej stronę. Ruszyłem w kierunku biblioteki, uśmiechając się pod nosem. Wspaniały manewr. Byłem z siebie dumny. Teraz już absolutnie będzie skołowana. A bezbronna, zagubiona dziewczynka to doskonały materiał manipulacyjny. Czułem, że do końca tygodnia będzie za mną szalała, a z końcem września wskoczy mi do łóżka.

Ell?

poniedziałek, 16 marca 2015

Ombrelune: Od Ell cd. Adama

Nareszcie koniec lekcji. Zaczęłam pakować książki myśląc już tylko o ciepłym łóżku i...
- Cholera - mruknęłam pod nosem.
Zupełnie zapomniałam o dzisiejszym szlabanie. Dzięki, Adam! Wyszłam z klasy kierując sie w stronę dormitoriów, by zostawić tam książki. Kiedy w końcu do niech dotarłam (co jak co, ale przedzieranie sie przez tłum uczniów nie jest łatwe), spostrzegłam, że do szlabanu pozostało tylko pół godziny. Opadłam na łóżko ze zrezygnowaniem. Po około minucie drzwi sie otworzyły, a do pomieszczenia weszła Clarisse.
- No niezłe przedstawienie dziś daliście z Adamem na zaklęciach - powiedziała z wrednym uśmiechem.
- Tak, bo przecież tylko my gadaliśmy - warknęłam lekko poirytowana.
- Ell, przez całą lekcje wyglądałaś jak jeden wielki burak. - Clarr najwyraźniej świetne sie bawiła. Moim kosztem. Cudownie.
- Ta... O jejku no nie, wyglada na to, ze mam szlaban i nie będę mogła dłużej z tobą rozmawiać. Jaka szkoda. Żegnaj Clarr, będę tęsknić...
- A ja nie - mruknęła dziewczyna.
Udałam załamanie nerwowe, po czym wyszłam z dormitorium kierując sie w stronę sali pani Maupssant.
- Cześć Ell! - usłyszałam przeraźliwy wrzask tuż obok mojego ucha.
- Adam, ty idioto!
- Też miło cię widzieć - chłopak wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. - Szlabanik?
- Ta...  Szlabanik... - patrzyłam na Adama lekko skołowana. Mówią, że to kobieta zmienną jest, a tu taki Adam Brooks : rano przygważdża cie do ściany i zachowuje jak jakich psychiczny napaleniec, a potem udaje, że nic się nie dzie...
- Słodko wyglądasz, kiedy sie rumienisz - usłyszałam szept koło swojego ucha.
- Yyy dzięki? - pisnęłam podejrzewając, że moje policzki przybrały już conajmniej odcień szkarłatny.
Ku mojej uldze dotarliśmy juz pod drzwi sali w której mieliśmy odbyć szlaban.
- Mamy jeszcze dziesięć minut - poczułam, że Adam obejmuje mnie od tyłu. - Wiesz co można zrobić w dziesięć minut?
- Nie, i nie chcę wiedzieć - powiedziałam lekko zestresowana. Ta cała sytuacja mnie przerastała.
W tym momencie drzwi sali sie otworzyły.
- Wspaniałe, że już jesteście. Chodźcie - nauczycielka zaprosiła nas do środka.
Po chwili dotarliśmy do sporych rozmiarów biblioteczki.
- Trzeba wyjąc wszystkie książki... Tylko ostrożnie! To wartościowe egzemplarze! Wytrzeć wszystkie półki i włożyć z powrotem. - oznajmiła nauczycielka - Proszę oddać mi wasze różdżki.
Oddaliśmy je z ociąganiem.
- Bierzcie sie do pracy - zarządziła, a sama rozsiadła się w fotelu otwierając jakieś opasłe tomisko.
- Nie chce mi się - poskarżył sie Adam. Zaczyna sie...
- Żadnych rozmów! - usłyszałam krzyk nauczycielki, która nawet nie podniosła wzroku znad książki. Zaczęłam ściągać książki z regałów.
Kątem oka zobaczyłam, że Adam robi to samo, co przyjęłam z pewnego rodzaju ulgą. Znając go to najchętniej usiadłby i nic nie robił. Praca w jego towarzystwie szła dość mozolnie. Najgorsze jednak było to, że co pięć minut Adam przechodził kryzys, a wyglądało to mniej więcej tak:
- Nie chcę! Nikt nie zmusi mnie do sprzątania i układania tych papierowych paskud!
- Zaczyna sie... - westchnęłam.
- Ell ja nie chcę...
- Nie marudź!
- Ale ja nie chceeee... Zabierz mnie stąd...
- Zachowujesz sie jak jakiś dwuletni bachor...
- ŻADNYCH ROZMÓW! - krzyczała wtedy nauczycielka, a ja wracałam do pracy.
I wtedy Adam robił minę naburmuszonego dziecka, które nie dostało zabawki, ale bez słowa zabierał się do wycierania półek.
Po około trzech godzinach biblioteczka lśniła.
- Skończyliśmy - oznajmiłam stając przed zaczytaną nauczycielka. Kobieta uniosła wzrok znad książki i bez słowa podała nam różdżki.
- Do widzenia, życzymy miłego dnia! - uśmiechnęłam sie promiennie, po czym opuściliśmy salę.
- Jedyne czego życzę tej starej wiedźmie, to rozwolnienia albo...
- Oddam wszystko tylko przestań marudzić! Zaraz cię uduszę! - krzyknęłam.
- Wszystko? - zapytał z chytrym uśmieszkiem.
- Zdałam sobie sprawę ze swojej głupoty... - westchnęłam - Dlaczego ja zawsze muszę cos palnąć? A potem ty wygrywasz i...
Nie dane było mi skończyć, gdyż Adam przyciągnął mnie do siebie i zachłannie pocałował. Na poczatku nie wiedziałam co robić, ale zaczęłam odwzajemniać pocałunek. To było nawet... Przyjemne. Zaczęłam sobie wyobrażać jakby na moim miejscu zachowala sie taka powiedzmy... Evelyn Rosier - wierna fanka Adama. Mimowolnie parsknęłam śmiechem.
Adam odsunął sie ode mnie lekko zdziwiony.
- Co jest?
- Nic...
Jednak wizja Evelyn napastujacej Adama nie przestawała mnie nawiedzać, co zaowocowało jeszcze głośniejszym chichotem, którego nie potrafiłam stłumić.
- Co cię tak śmieszy...? - zapytał powoli przybliżając sie do mnie z chytrym uśmieszkiem.
- Nic, nic - zachichotałam, ale przejrzałam plany Adama i puściłam sie sprintem w stronę dormitoriow. Mimo tego, że biegłam jak najszybciej umiałam, chłopak bez problemu mnie dopadł i zaczął łaskotać.
Pisnęłam głośno i próbowałam sie wyrwać z jego uścisku niestety na marne.
- Tortury... Są... Zakazane - wydyszałam.
- A co mnie to? - Adam na chwilę przestał.
- Puszczaj - powiedziałam władczym tonem.
- Nie - wyszczerzył sie chłopak.
Zmarszczylam brwi i obróciłam sie do niego tyłem.
- Ojej, czyżby panna muszę-dostać-wszystko-co-chcę sie na mnie obraziła? - zapytał Adam udając przestraszonego - O nie! To by była katastrofa stulecia!
Mimowolnie parsknęłam śmiechem, ale zaraz potem przybrałam poważną minę i odwróciłam sie do chłopaka tak, by spojrzeć mu w oczy.
- Puszczaj... W tej chwili - rozkazałem.
- Okej coś za coś - powiedział Adam nadstawiając policzek.
Wzruszyłam ramionami i nachyliłam się, ale chłopak odwrócił szybko głowie przez co pocalowalam go nie w policzek, ale w usta.
- Głupi! - spoliczkowalam go lekko. - Nie rób tak!
- Sama jesteś nierób - wyszczerzył sie.
Wyplątalam sie z jego uścisku i udałam sie do dormitorium. Dobra. Podjęłam decyzje. *mroczna muzyka xd* porzucam wszystkie swoje watpliwości. Niech sie dzieje co chce. Najwyżej potem będę płakać po nocach... Przezywać załamanie nerwowe jak to ja mam w zwyczaju... Pff... Normalka. Z wysoko uniesioną głową weszłam do dormitorium w którym ku mojej uldze nie zastałam Clarr. Usiadłam przy biurku i zaczęłam przeglądać książki w poszukiwaniu notatek dotyczących prac domowych... Hm... Wypracowanie na zaklęcia... Na szybko skreśliłam listę potrzebnych książek i wyszłam do biblioteki.
Krążyłam miedzy regałami. W poszukiwaniu potrzebnych tomów.
- Coś tak myślałem, że cie tu znajdę - usłyszałam głos za sobą.
- Jesteś strasznie irtyrujacy - powiedziałam oskarżycielskim tonem nawet nie oglądając sie za siebie - wiedziałam, że to Adam. - Zawsze wyskakujesz zza rogu... Śledzisz mnie?
- Tak, oczywiście nie mam nic innego do roboty... Poza tym, nie trudno zauważyć taką różową burze-  wyciągnął rękę zapewne aby zmierzwić mi włosy, ale odsunęłam się i klepnelam go w dłoń.
- Nie rób!
- Sama jesteś...
- Gryzę - ostrzegłam starając sie przybrać groźną minę, co chyba nie za bardzo mi wyszło, bo Adam wybuchnął śmiechem.
- Tak, warto sie bać drobnej dziewczynki z różowymi włoskami... - nie krył swojego rozbawienia.
- Mam paznokcie, a poza tym mnie nie doceniasz - warknęłam stając na palcach, aby zdjąć grubą książkę a wyższej półki.


Adam?

sobota, 14 marca 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

- A ty dokąd? - spytałem Ell, wycierając ręce o spodnie.
- Na zaklęcia - odparła i ruszyła ku wyjściu z Wielkiej Sali.
Podążyłem za nią, rzucając na odchodnym jakieś nieskładne pożegnanie i zapewnienie, że widzimy się później. Nie starałem się jej dogonić, po prostu szedłem kilka metrów z tyłu. Dopiero, gdy znalazłem się za drzwiami, i spostrzegłem, że wspina się po schodach, zwiększyłem tempo. Parę susów i już byłem obok.
- Chodź - rzuciłem, łapiąc ją za rękę i ciągnąc na półpiętro.
Wepchnąłem ją do pierwszej wnęki, jaka się nawinęła, i przyparłem do kamiennej ściany. Zacząłem gorąco ją całować. Dopiero, kiedy usłyszałem zwiastujące koniec śniadania kroki na dole, oderwałem się od zdziwionej dziewczyny.
- Już nie mogłem wytrzymać - wychrypiałem.
- Adam...
- Ja wiem. Mhm - wydukałem i, nie czekając na odpowiedź, zacząłem wspinać się na schody.
Nie starała się mnie gonić. W sumie dobrze.
Co mnie podkusiło? Cóż, całowanie Ell jest naprawdę podniecające. Nie wiem, jak David mógł z tego zrezygnować. Choć właściwie, biorąc pod uwagę jego niecodzienne gusta, wszystko jest możliwe. Teraz jest w szczęśliwym związku z moją siostrą, przedtem... JA mu się spodobałem. Tak, czy inaczej, jego strata - więcej dla mnie.
Wygodnie rozparłem się w ławce na tyłach sali do zaklęć. Ell jakoś nie nachodziła, wywnioskowałem więc, że poczekała na Clarisse, czy coś. Wkrótce za to wszedł David, żywo dyskutując z chłopaczkiem, z którym dzielił przedział w pociągu. Przydzielili go do Papillonów. Nie przerywając rozmowy, usiedli razem w ławce. Zmarszczyłem czoło.
- Smoku! - zawołałem z wyrzutem.
- A, tak... Sorry, stary. Dzisiaj siedzę z Aidenem. - Uśmiechnął się przepraszająco.
- Ach, tak. Spoko - mruknąłem mierząc davidowego przyjaciela zastępczego nieżyczliwym spojrzeniem.
Po chwili do klasy wpadły Clarisse i Elliezabeth w świetnych humorach. Druga głośno się z czegoś śmiała, wyraźnie unikając spojrzenia w moim kierunku.
- Ellie, siadaj!
Obejrzała się na mnie i natychmiast spłoniła rumieńcem. Szepnęła coś Clary i z ociąganiem zajęła miejsce obok mnie. Szatynka usiadła w wolnej ławce pod dużym oknem z widokiem na rozległe błonia i stajnie, zapewne czekając na wdrapującego się do nas Percy'ego.
- Co tam, mała? - spytałem, szukając w torbie książki do zaklęć. Przetrzepałem całą, w końcu nawet wysypałem wszystko na podłogę, jednak wśród poplamionych tomów, luźnych kartek i połamanych piór nie dostrzegłem ani śladu rzeczonego podręcznika. - Cholera!
- Hm?
- Nie mam książki. Mogę z tobą?
W tej samej chwili do klasy wkroczyła nauczycielka zaklęć - Narcisse de Maupssant. Obrzuciła spojrzeniem całą klasę i zajęła miejsce za biurkiem. Szybko zacząłem zgarniać wyrzucone rzeczy z powrotem do torby.
- Paniczu Brooks? Co pan robi?
- Już kończę. Już, moment - odezwałem się spod ławki. Włożyłem wszystko na odpierdol i wysunąłem głowę ponad blat. - Dzień dobry - wyszczerzyłem się.
- Dzień dobry - mruknęła psorka, marszcząc brwi.
Nauczycielka podała temat i kazała otworzyć podręczniki, i przestudiować teorię jakiegoś zaklęcia powodującego gwałtowny porost włosów, zwracając szczególną uwagę na akcent i manipulację różdżką. Oboje nachyliliśmy się nad wypełnionymi słowami stronicami.
- Chcę cię, rozumiesz? - szepnąłem jej do ucha.
- Później porozmawiamy - odpowiedziała wymijająco, wodząc wzrokiem od linijki do linijki.
- Elliezabeth!
- Cisza! - Profesorka podniosła głos i wróciła do przeglądania sterty pergaminów, które były naszym wakacyjnym zadaniem domowym.
- Nie możesz mnie ignorować - powiedziałem cicho, skupiając wzrok na nauczycielce, by nie dać się przyłapać.
- Nie robię tego.
- Ależ tak.
- Nie wiem, o czym mówisz - odparła, po czym zaczęła pod nosem mamrotać opis zawarty w podręczniku.
- Za to ja świetnie wiem. - Delikatnie przygryzłem jej ucho, a następnie cmoknąłem je.
- Nie rób...
- Sama jesteś nierób. - Uśmiechnąłem się, rozbawiony własnym dowcipem.
- Panienko Heap, ostrzegam panią! Cały czas słyszę rozmowy! - Dało się słyszeć głos profesorki.
- To byłem ja, pani profesor - wtrąciłem szybko.
- Nos do książki, panie Brooks - poleciła i wróciła do sprawdzania wypracowań na temat zaklęć ochronnych.
- Ellie...
- Bądź już cicho, do jasnej anielki, bo za chwilę oboje będziemy mieli kłopoty! - żachnęła się. Profesorka gwałtownie wstała zza biurka.
- Ombrelune traci dziesięć punktów, państwa Heap i Brooks zapraszam o siedemnastej na szlaban. Porozmawiacie sobie, porządkując biblioteczkę w mojej sali. A tymczasem zapraszam na środek pannę Elliezabeth, która, zważywszy na rozmowy, świetnie opanowała już zaklęcie, którego się dziś uczymy, prawda?
Ell bez słowa chwyciła różdżkę i udała się na środek sali. Oczywiście jej się nie udało, tak jak i mi, gdy zostałem poproszony zaraz po niej.

Ell? ;x
Zero. Pierdolonej. Weny.

wtorek, 24 lutego 2015

Ombrelune: Od Ell cd Adama

Powiem szczerze, że nie byłam ani trochę zaskoczona zachowaniem Adama. No bo to jest... Adam. Najgorsze jednak było to, że nie wiem czemu nie potrafiłam go odepchnąć. Nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Zamiast tego, prawie wbrew swojej woli zaczęłam odwzajemniać pocałunki. Po chwili chłopak się ode mnie odsunął.
- Dalej jestem dla ciebie jak brat? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem.
- E... - patrzyłam na niego jeszcze lekko oszołomiona i zdyszana. - Y... Nie wiem.
Podniósł się z ziemi i otrzepał spodnie. Podał mi rękę, ale wstałam bez jego pomocy. Przewrócił oczami i pokazał na zieloną plamę na spodniach.
- Patrz, to przez ciebie - rzucił udając obrażonego.
- Jasne, jasne...
Prychnęłam. Jeszcze czego. Adam uśmiechnął się szeroko i szybkim krokiem ruszył w stronę Akademii. Jeśli myśli, że zamierzam za nim biec, to się myli. Poszłam więc swoim tempem.
Następnego dnia obudziłam się troszkę... No dobrze. Zaspałam pół godziny. Zważając na to, że wstaję pół godziny przed śniadaniem, spojrzałam na zegarek i natychmiast wyskoczyłam z łóżka.
- Clarr, zabiję cię - mruknęłam w ekspresowym tempie wkładając szatę.
Wybiegłam z pokoju. Te żarłoki (czyt. Adam i David) pewnie już wszystko zjadły. Wbiegłam do sali. Pierwsze wolne miejsce jakie zauważyłam było obok Brooks'a. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam w tamtą stronę.
- Spóźniłaś się - stwierdził Adam.
- Mam nadzieję, że wszystkiego nie zjedliście... - westchnęłam.
Na szczęście sporo jedzenia jeszcze zostało. Czyżby chłopaki nie mieli dziś apetytu? A co do chłopaków... Zerknęłam ukradkiem na Adama. Jak teraz wyglądają nasze relacje? Nie wiem czego mogę się spodziewać. Równie dobrze mógłby zachowywać się tak jak wczoraj, ale tak samo mógłby uznać, że to nigdy nie miało miejsca.
- Schlebiasz mi - szepnął mi Adam prosto do ucha.
- Co? - zauważyłam, że nie dość, że ZNÓW się w niego wgapiałam, to jeszcze zastygłam z ręką w powietrzu. Prawdopodobnie dlatego, że sięgałam po ser.
- Nie wyciągaj pochopnych wniosków - ostrzegłam, ale nie mogłam się nie uśmiechnąć.
- Ależ skąd - Adam również się roześmiał.
- Czasem śmiejesz się jakbyś miał atak astmy - stwierdziłam wskazując na niego nożem do masła.
- Coś ty? Mój perlisty śmiech? Wszystkie laski w tej szkole na niego lecą - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Perlisty śmiech... - pokręciłam głową - Jesteś niemożliwy!
Mój niemal oskarżycielski ton sprawił, że Brooks uśmiechnął się jeszcze szerzej. To w ogóle było możliwe?
- A teraz wyglądasz, jakbyś szedł do dentysty - powiedziałam i zaczęłam naśladować jego wyraz twarzy.
- Ha. Ha. Jesteś taka zabawna - stwierdził chłopak udając, że wcale go nie bawię.
- Jak zawsze - szturchnęłam go łokciem. - Niektórzy po prostu rodzą się idealni...
- Coś o tym wiem - westchnął Adam i zrobił zmęczoną minę.
Parsknęłam śmiechem. Brakowało mi tego. Tym razem skupiłam się na tym, żeby gapić się w talerz podczas moich "przemyśleń". Przyznam szczerze, że nie lubię jak się kłócimy. Ale czy to moja wina, że Adam cały czas okazuje się coraz większym idiotą? Coraz częściej mam wrażenie, że zaczyna się zmieniać, a potem... Znów okazuje się, że się myliłam. I ja cały czas daję się na to nabrać...
Wstałam od stołu.


Adam? Lel krótkiekrótkie

poniedziałek, 23 lutego 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Będę rozpaczał po stracie przyjaciółki? W sensie, że jej? O, nie, nie, nie, moja panienko, upokorzenie Adama Brooksa jest więcej warte. Nadszarpnięta duma nie goi się jedną urywaną rozmową... jednym urywanym dialogiem... w powozie. Jeszcze będzie wyła na kolanach, błagając mnie o przebaczenie. No, przynajmniej taki jest plan.
- Jako prefekt nakazuję ci wrócić do dormitorium. Mamy północ - powiedziałem chłodno.
- Chyba zostanę - odparła spokojnie.
- Chyba nie mogę ci na to pozwolić.
- Chyba nie masz w tej kwestii absolutnie nic do powiedzenia - uśmiechnęła się triumfalnie. Popukałem palcem w odznakę. Przewróciła oczami i usiadła po turecku na środku murawy, jakbym był powietrzem.
- Naprawdę radzę ci iść do szkoły. Polecę po punktach. - Starałem się brzmieć poważnie i całkowicie neutralnie, jakbym jej nie znał.
- Polecisz po punktach. Ha! Ty? Pan rebel vel Wszystko Mogę, Nic Nie Muszę? - zapytała z niedowierzaniem, beztrosko rozkładając się na wilgotnej od wieczornej rosy trawie. Noc była bezchmurna i na aksamitnym czarnym niebie gwiazdy i księżyc świeciły silnie jak chyba nigdy dotąd. Zewsząd słychać było cykanie świerszczy.
- Ja wszystko mogę, ty - nie - wyjaśniłem.
Wpatrywała się w moją twarz z żabiej perspektywy i uśmiechała serdecznie. Co jakiś czas uśmiech przeradzał się w krótki śmiech.
- Co? - zapytałem wreszcie zniecierpliwiony, opierając ręce na biodrach.
- Nic. Jest cudownie - oznajmiła z szaleńczym uśmiechem, chwytając swoje włosy i rozrzucając je wokół głowy na podobiznę różowego nimbu.
- Brałaś coś? - Uniosłem brew.
- Absolutnie! - Pokręciła głową przecząco.
Po chwili wahania usiadłem z dupskiem na mokrej trawie tuż obok niej. Ogarnęła nas cisza, ale nie ta kłopotliwa i trwająca w nieskończoność jak odwiedziny niechcianych krewnych. Cisza może być też dobra. Może sprzyjać przemyśleniom i lepszemu zrozumieniu sytuacji. Nie wiem, o czym myślała Ell, wsłuchując się w odgłosy nocy, ja jednak zastanawiałem się, czy jej przeszło. To znaczy - przeszło jej. To było pewne. Po przedstawieniu, jakie dała przed chwilą, miałem nieodpartą chęć poprosić ją, by chuchnęła. Pytanie raczej: dlaczego? Co skłoniło ją do tego, że tak po prostu zaczęła się śmiać? Zresztą... już w powozie sprawiała wrażenie udobruchanej, choć nic w tym kierunku nie zrobiłem, co więcej w pociągu posyłałem multum kąśliwych uwag w jej kierunku. A jej po prostu... przeszło. Cóż, jedynym w pełni logicznym wytłumaczeniem tego zjawiska jest nieodparty urok Brooksów.
- Adam...?
- Hm?
- Lubisz mnie?
- Nie - odparłem zuchwale i padłem na ziemię tuż obok niej.
Niecodzienne było to zjawisko, skakać sobie do gardeł, by finalnie przejść z tym do porządku dziennego. Nie mogłem się nadziwić, jakim wewnętrznym spokojem napawało mnie leżenie na boisku w środku nocy.
- A ja ciebie tak.
- Co?... A... To dzięki.
Obróciłem głowę na bok i teraz patrzyłem prosto w jej niebieskie oczy. Uśmiechnęła się delikatnie. Znowu to robiła. Kusiła mnie swymi ponętnymi ustami, nawet jeśli wcale tego nie chciała. Przypomniał mi się ten wieczór u mnie. Po tym, jak mnie wyjebała - z pokoju w moim własnym domu zresztą - miałem taką chcicę, że nie mogłem spać na brzuchu. Cholerna przyzwoitka z niej jest, ale to nawet dobrze. Lubię wyzwania.
Przygryzła wargę, spoglądając na mnie niewinnie. Podparłem się na łokciu i delikatnie pocałowałem ją w usta. Kiedy się od niej odsunąłem, pokręciła głową.
- Nie mogę, Adam.
- O co chodzi? Jedzie mi z ust? Sorki, jadłem tylko rogaliki z dżemem - jęknąłem.
- Nie, to nie to. Po prostu... nie mogę. Nie pasujemy do siebie. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Może nawet moim przyszywanym bratem. Ale tylko to.
- Serio tak sądzisz?
Zawahała się, jakby kłóciła się sama ze sobą. Zaczęła zdrapywać skórki z paznokci.
- Tak - wydusiła wreszcie.
- Dlaczego kłamiesz? - zapytałem szorstko.
- Nie kłamię. Tak będzie lepiej. Dla mnie. Dla nas. Dla wszystkich.
- Oszukujesz sama siebie - odparłem, kładąc się z powrotem na wznak z rękami pod głową.
- Może. Ale czuję, że podejmuję właściwą decyzję.
Ha. Czyżby? Ale jak trwoga to do Boga. Jeszcze zrobię tak, by to ona mnie chciała i żałowała, że odrzuciła taki cud natury. Przysięgam.
Okazało się, że wcale nie będę musiał czekać tak długo i zbytnio się starać. Usłyszałem, jak dziewczyna obok mnie wzdycha.
- To niesprawiedliwe.
- Hm? - mruknąłem. Jeżeli sądziła, że teraz pogodzę się ze swym losem i będę rozmawiał z nią jak pół roku temu, jeszcze przed feralnym balem, to myliła się, i to grubo.
- Ogólnie. Życie jest niesprawiedliwe. Rzeczy, które mnie spotykają, dylematy przed którymi staję, chociaż nigdy nikomu nic nie zrobiłam...
- Mówi się trudno.
- Adam! Ja chcę z tobą... no wiesz...
Uśmiechnąłem się pod nosem, jednak odpowiedziałem obojętnym głosem:
- Przecież nie możesz.
- Ale to nie znaczy, że tego nie chcę...
- Kobiety... - Przewróciłem oczami. - A co jeśli ja tego nie chcę?
- Wtedy... mówi się trudno - powiedziała cicho.
Bez pardonu przeturlałem się i położyłem na niej. Pisnęła z bólu - w końcu moje mięśnie coś ważą. Uniosłem się więc na ramionach, jakbym robił pompki, żeby mi biedulka nie zeszła, po czym zacząłem całować ją w usta, najbardziej namiętnie jak umiałem. Z każdym pocałunkiem jej usta wydają mi się wspanialsze.

Ell? ;3
Nie mam weny, ziomeczki :<

niedziela, 22 lutego 2015

Ombrelune: Od Ell cd Adama

Wgramoliłam się do powozu. Był pusty. Nawet się z tego cieszyłam, gdyż nie miałam najmniejszej ochoty rozmawiać z jakąś szeroko uśmiechniętą dziewczynką, albo co gorsza napalonym facetem. Niestety moje szczęście o ile mozna tak to nazwać, nie trwało długo. Do powozu ktoś wpadł. I to nie byle kto. Panicz Adam Brooks we własnej osobie. Spojrzałam na niego niechętnie. Chłopak również podniósł wzrok, a kiedy mnie zauważył zastygł na chwilę, a na jego twarzy odmalowało się... Zdziwienie? Osłupienie? A może jego spojrzenie mówiło "co ta s*ka tu robi..."? Nie wiem, nie jestem dobra z wyczytywania emocji patrząc na twarz. Jednak byłam przekonana, że po mnie łatwo było wyczytać emocje. Starałam się posłać Adamowi niechętne, lub nawet obojętne spojrzenie. Jednak on nie dał się nabrać.
- Nie udawaj, proszę, że nic cię nie obchodzę - powiedział patrząc w okno.
- Wcisnąłeś do zdania słowo "proszę", czy się przesłyszałam? - zapytałam oglądając swoje paznokcie.
- Przesłyszałaś się - mruknął chłopak.
I na tym nasza wymiana zdań się zakończyła. I dobrze. Nie miałam zamiaru dłużej się z nim użerać. Kłótnia z Adam'em Brooks'em kończy się albo tym, że wydziera sie na ciebie i potem oboje się do siebie nie ozywacie, albo stwierdza, że przesadzasz i posyła ci (tak, przyznam się) najpiękniejszy uśmiech jaki istnieje po czym uważa, że to wszystko załatwi. Ale to co wydarzyło się w pociągu na serio mnie zaskoczyło. No bo kto pomyślałby, że Adam kiedykolwiek kogokolwiek przeprosi. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że mu zależy. Ale raz już nabrałam sie na jego "zależy mi" i nie za dobrze na tym wyszłam. Teraz nie wiedziałam co myśleć... Prędzej pomyślałabym, że ma w tym jakiś interes, niż że po prostu chce się pogodzić. Ale nie potrafiłam mu nie wybaczyć. Jak zawsze. Jestem dla niego stanowczo zbyt dobra. Podniosłam wzrok. Adam dalej podziwiał widoki za oknem. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. W sumie to nie wiem czego miałam sie spodziewać. Smutku? Ha! Dlaczego? Bo nie przyjęłam jego przeprosin? Nie byłby sobą.
- Nie gap się tak, Heap. Rozumiem, że jestem zabójczo przystojny, ale czuję się trochę skrępowany. - zaczął chłopak dalej wyglądając przez okno.
- S so? - mruknęłam, ale po sekundzie przypomniałam sobie o zaistniałej sytuacji i zrozumiałam co wlasnie do mnie powiedział. Zauważyłam rownież, że cały czas sie w niego wpatrywałam. Jestem głupia... - Chyba żartujesz.
Powiedziałam już wyraźniej i pewniej siebie. Oczywiście odwróciłam szybko wzrok, pogrążając się jeszcze bardziej. Zdążyłam jednak zauważyć chytry uśmieszek na twarzy Adama. On jest niemożliwy. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Uśmiechasz się tak na myśl o mnie? - zaczął chłopak. Chyba uznał, że nie jestem zła. W sumie to miał rację. Nie odczuwałam już wielkiej potrzeby, by uderzyć go w twarz, ale na wspomnienie TAMTEJ nocy aż się wzdrygnęłam.
- Tak, oczywiście. Nawet śnisz mi sie po nocach, ale takie sny nazywane są potocznie koszmarami. - odpowiedziałam.
Adam udał złego, ale nie zdążył posłać mi jakże ciętej riposty, gdyż powóz zajechał przed akademię. Wysiadłam i nie oglądają się za siebie ruszyłam w stronę budynku. Nie miałam ochoty ciągnąć rozmowy z Adamem.
Madame Maxime mówiła jak zwykle, że wspaniale znów nas widzieć w szkole, przypomniała najważniejsze zasady panujące w szkole... Po jej przemówieniu na stołach pojawiły sie najróżniejsze potrawy.
- O kim tak rozmyślasz? - zaśmiał się siedzący obok mnie David.
- Co? O nikim! - odpowiedziałam szybko.
- Czyżby o... - zaczął ale wepchnelam mu bułkę do ust.
- Jedz - nakazałam.
Chłopak wzruszył ramionami i wrócił do jedzenia. Po posiłku wszyscy rozeszli się do swoich dormitoriów. Kiedy weszłam do swojego w środku była juz Clarr.
- Hej, jak święta? - zaczęłam.
- Ujdzie - odpowiedziała dziewczyna zdawkowo i wyciągnęła się na łożku.
Ja postanowiłam się przejść. Ruszyłam w stronę boiska do Quiddicha. Bardzo lubiłam tam przebywać. Kiedy nikt nie trenował było tam cicho i spokojnie.
- Ukradłaś mi miejsce - usłyszałam głos za sobą. Odwróciłam sie gwałtownie i spiorunowalam Adama spojrzeniem.
- Po pierwsze, to moje miejsce, a po drugie, proszę cię, nie rób tak bo zaraz zejdę na zawał, a ty będziesz rozpaczał po stracie przyjaciółki.
Zastanawiałam się czy dalej jestem jego przyjaciółką... W końcu ostatnio jasno i wyraźnie dałam Adamowi do zrozumienia, ze nie chcę mieć z nim nic wspólnego.



Adam???

poniedziałek, 16 lutego 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Wyszedłem z przedziału Ell kompletnie wytrącony z równowagi. Ona mnie wyrzuciła. Ha! Duma Luniaka poszatkowana na kawałeczki niczym główka kapusty. I co ludzie niby mają z tego wyciągania ręki na zgodę? Chuja mają. Ostatni raz to zrobiłem, przysięgam.
- A tobie co? - Kiedy wreszcie znalazłem Davida, ten od razu dostrzegł, że coś jest nie halo.
- Nic - warknąłem i posłałem mu spojrzenie spod byka. Dopiero teraz rozejrzałem się po przedziale, w którym siedział. Na kanapie obok niego siedziała Les z nogami podciągniętymi pod brodę i wpierdalała słodycze. Naprzeciwko kumpla siedział jakiś lasek, którego raczej wcześniej nie widziałem w naszej szkole.
- Hej! Jestem Aiden! - uśmiechnął się szeroko i podszedł do mnie z wyciągniętą ręką.
- Ach tak? - mruknąłem, mierząc blondyna krytycznym wzrokiem od stóp do głów. Bynajmniej nie wyglądał z tego powodu na speszonego. Głupkowaty uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Tak jest. Mniemam, że jesteśmy z jednego roku... Skończyłem trzy klasy w brytyjskim Hogwarcie.
- Urzekające...
- Aiden - powiedział David. W jego głosie słychać było nieudolnie maskowane rozdrażnienie - to jest Adam Brooks. Mój serdeczny przyjaciel - wycedził przez zęby.
- Wnioskuję, że również Luniak - zaśmiał się chłopak. Zaczynał mnie irytować.
- David, nudzi mi się - oznajmiłem tonem rozwydrzonego bachora. - Idziemy poszukać Clary. Chodź! - Podszedłem do kumpla, chwyciłem za ramię i zacząłem prowadzić do drzwi.
- Too... Aiden... widzimy się później! - zawołał kumpel i pomachał nowemu koledze.
- Idę z wami - zażądała Leslie. Zwinnie ześliznęła się z kanapy i podążyła na korytarz, wymijając nas z wysoko uniesioną głową. Cóż, niech idzie. Raz można ją wziąć.
Szliśmy korytarzem rozglądając się w poszukiwaniu przedziału Clarisse. Smoku zaproponował, by po drodze wstąpić po Ell. Jasne, jasne... Wyśmiałem go i powiedziałem, że nie mam zamiaru tam wchodzić i patrzeć na tę sukę. Tak, użyłem tego słowa. Suka. David westchnął. Nie wnikał i dobrze. Może miał dosyć prób zrozumienia naszych niesnasek. Też bym w końcu miał. Elliezabeth zdecydowanie zbyt często robi problemy tam, gdzie ich nie ma.
Koniec końców i tak po nią weszliśmy. Czy on mnie czasem słucha? Czy ktokolwiek czasem mnie słucha?...
Ruszyliśmy dalej po jakichś dziesięciu minutach, które zabrało nam - a właściwie Davidowi - przekonanie Ell, by szła z nami - z nim. Nieźle się zawzięła, ale i tak pęknie. Tyle że wtedy już nie będzie co liczyć, że ja przyjmę ją z otwartymi ramionami. Wyjebane. Krzyż na drogę.
- Co to za zbiegowisko? - trąciłem Davida. Przed nami stała solidna grupka rozchichotanych, zaaferowanych dziewcząt. Jako wspaniałomyślni prefekci postanowiliśmy sprawdzić, czy żadnemu z uczniów Beauxbatons nie dzieje się krzywda.
- Takie zebranie beze mnie? - zapytałem głośno, stając na krańcu okręgu tworzonego przez panienki. Chwilę ktoś się przez niego przepychał, po czym stanęliśmy twarzą w twarz z uśmiechniętym Percym.
- Ah, to wy! Co tam? - zagadnął wesoło.
- W przeciwieństwie do ciebie nie mamy absolutnie nic do roboty - odpowiedział Dave.
- Obsiadły mnie, kiedy szedłem z kibla - zaśmiał się. - Noo, moje panie! - Odwrócił się i zwrócił do wianuszka dziewcząt. - Bardzo chciałbym tu jeszcze z wami pogadać, ale zostawiłem włączone żelazko i w ogóle... To pa!
- Zostań z nami, Percy! - Blondyneczka o oszałamiająco niebieskich oczach zamrugała ponętnie gęstymi rzęsami. Zawtórowało jej kilka damskich głosów.
"Pomocy" - Percy poruszył ustami w niemej prośbie.
- Jackson! Ty musisz... nam... pomóc? - Spojrzałem na Davida, szukając ratunku.
- Tak! Właśnie mi się przypomniało! Załatwiliśmy ten deka... para... sonarny... za... mia... wato...
- No wiesz! - wtrąciłem się. - Ten, co to chciałeś od nas w zeszłym tygodniu, kiedy byłeś odwiedzić ciotkę...
- ...szwagra...
- ...ojca...
- ...twojej matki...
- ...chrzestnej...
- Aaa... Ten! - Percy puknął się w czoło, powstrzymując śmiech.
- Właśnie! My go mamy gdzieś... - zawahałem się.
- ...w tym pociągu! A konkretniej...
- ...w tym przedziale...
- ...co wiesz!
- Wiem - parsknął, kręcąc głową. - No więc widzicie, dziewczęta, że muszę iść! Panowie prefekci wzywają!
Bezwiednie wypiąłem pierś z dumą, poprawiając odznakę.
- Rozejść się! - zawołał David i niekoordynowanie pomachał rękoma. Tłumek zaczął szybko się przerzedzać.
- Dzięki - westchnął Percy, kiedy morze dziewczyn zniknęło. - Myślałem, że się od nich nie uwolnię. To gdzie śmigacie?
- Do Clary. Wiesz, gdzie jest?
Percy skupił się na moment.
- Sądzę, że tam, skąd dobiega ten anielski śpiew. - Wskazał głową na przedział kilka metrów przed nami.

- Cholera - zakląłem, upuściwszy kufer na mały palec u nogi. Oczywiście huk wystraszył Lucyfera, który śmignął gdzieś pod wagon.
- Idziesz, Diable? - odwrócił się do mnie David zmierzający już do czekających powozów.
- Dogonię was! - obiecałem, po czym padłem na ziemię i zajrzałem pod pociąg. Czarny jak smoła kot kulił się na torach na tyle daleko, że długość mojej ręki nie była wystarczająca, by go dosięgnąć. - Kurwa, Lucyfer! Chodź tu, głupi pchlarzu!... Kici kici... Do chuja!
- Pomóc ci? - Po jakimś czasie morderczej walki z kocim poczuciem niezależności usłyszałem cichutki żeński głos za mną. Należał on do Orlaczki Lili.
- Nie trzeba - burknąłem i jeszcze raz pomacałem ręką ziemię pod wagonem. - Dobra, trzeba! - jęknąłem wreszcie.
Lilianne spokojnie odstawiła bagaż i kucnęła obok mnie. Wyjęła z kieszeni mundurka jakiś koci smakołyk.
- Kici kici... Lucyfer... Koteczku, chodź, zobacz, co ja tu mam! Kici kici...
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, kiedy zwierzę wyszło spod pojazdu, zjadło dziewczynie z ręki i jeszcze dało jej się pogłaskać i wziąć na ręce.
- Głupi kot - mruknąłem pod nosem.
- Nie jest głupi. Spójrz, jaki kochany.
- Bycie słodkim i milusim nie świadczy o inteligencji. Zresztą ja nie dostrzegam u niego żadnej z tych cech.
- Jesteś zbyt krytyczny dla tego zwierzęcia - odparła i niechętnie podała mi kota.
Ruszyliśmy w stronę powozów. Część z nich już odjechała, mieliśmy więc szczęście, że zdążyliśmy.
- Wsiadasz? - Wskazałem na pierwszy z powozów.
- Chętnie, ale przyjaciółki na mnie czekają. - Pomachała dwóm stojącym opodal dziewczynom. Jedna z nich miała włosy płomiennorude, druga zaś - niemal śnieżnobiałe.
- Więc do zobaczenia na uczcie.
Uśmiechnąłem się do niej z sympatią i wszedłem do powozu, który w tej sekundzie ruszył. Wypuściłem drapiącego kota z moich objęć i uniosłem wzrok. W powozie siedziała Elliezabeth. Sama. Padłem. Byłem gotów wyskoczyć, jednak pojazd nabierał tempa, a ja nie chciałem za bardzo iść do Beauxbatons na pieszo. Zająłem więc szybko miejsce naprzeciw Luniaczki. Ta otworzyła na chwilę usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz finalnie je zamknęła i odwróciła głowę do okna. Uczyniłem to samo.

Ellie?

niedziela, 15 lutego 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Clary

- Co panienka taka niemiła, milady? - zaśmiałem się. Clarisse nie odezwała się. Mało tego, nie odwróciła nawet głowy.
- Rozbicie? - zapytał Percy troskliwie. Dziewczyna wydała z siebie twierdzący pomruk i odwróciła się od okna.
- No co tak stoicie? Siadajcie.
Zajęcie miejsc w przedziale nie należało do łatwych. I nie chodzi tu o żaden bzdurny brak miejsc czy coś... Raczej wyglądało na to, że całe towarzystwo trochę się posprzeczało. Ell na przykład posłała mi tak nieżyczliwe, litościwe spojrzenie, że przeczuwałem, iż niezbyt życzy sobie mojego sąsiedztwa. Leslie natomiast była naburmuszona i cały czas trzymała ręce skrzyżowanie na piersi. Miałem nadzieję, że mój kumpel przejrzał na oczy i po prostu ją rzucił, jednak szybko porzuciłem ułudę, widząc jak przymila się i próbuje ją udobruchać. Obserwując, jak usiłuje ją pocałować, a ona wykręca zawzięcie głowę, prychnąłem z dezaprobatą. Że też taki inteligentny i, wydawać by się mogło, niezależny facet tak bardzo pajacuje do dziewczyny. I to jeszcze jakiej! Starszy to on będzie, ale mądrzejszy...
- Co tam, laleczko? - zapytałem Clary, kiedy wszyscy jakoś jednak usiedli i starali się na siebie nie patrzeć. Spojrzała na mnie z mieszaniną zaskoczenia i niezadowolenia, słysząc określenie na swą osobę. Ruszyłem brwiami w górę i w dół. Prychnęła.
- Nic ciekawego. Nudziłam się jak mops, a żadne z was nie wpadło na pomysł, by do mnie przyjść. - Zrobiła minę zbitego psa.
- Przecież jesteśmy, kochanie - uśmiechnąłem się szeroko.
- Kochanie? - Zmarszczyła czoło. - Skąd ci się to nagle wzięło?... Aha! Za pamięci! Dlaczego powiedziałeś dzisiaj, że będziemy małżeństwem?
- Co? - parsknął David. - Jakim małżeństwem? Noo, Diabeł, warto mieć marzenia.
- Mój ojciec - podkreśliłem dwa pierwsze słowa, patrząc znacząco na zwijającego się ze śmiechu Smoka - stwierdził, że bylibyśmy znakomitą parą. Poza tym uważa, że panienki, które zwykłem sprowadzać do jego domu prezentują dość żałosny poziom. - Wyrecytowałem, patrząc bezczelnie wprost na siedzącą naprzeciw mnie Elliezabeth. Zacisnęła usta i nie pisnęła słówka.
- My znakomitą parą?
- Noo... Głupie, nie?
- Tak właściwie... - zaczęła Clary ostrożnie, patrząc na mnie onieśmielona. - Od zawsze wydawało mi się, że może coś między nami być. Chciałam ci powiedzieć... - westchnęła. - Żartuję, palancie! Fuj! - Sprzedała mi kuksa w ramię.
- Wiedziałem!
- Jasne, jasne. Już ci stał! - zaśmiał się David.
- Śnisz!
Przechyliłem się przez stół i pacnąłem kumpla w twarz. On natychmiast mi oddał. Zmrużyłem oczy i podciągnąłem rękawy.
- Adam, zostaw go! - zapiszczała Leslie rozpaczliwie, jakbym nie wiadomo co miał mu zrobić.
- Jebło cię? My się wygłupiamy - popukałem się w czoło.
- No, Les, zluzuj - mruknął David.
- Ale... ale... - Młoda złapała buraka i spojrzała na Dave'a ze zmieszaniem, które po chwili ustąpiło miejsca gniewowi. - Ja już się mogę w ogóle nie odzywać!
- Okej, będzie spokój - parsknął kumpel i przybiliśmy sobie piątkę.
- Fajnie, nara. - Wkurwiona siostra opuściła szybko przedział, nie oglądając się za siebie.
- Jezu, ja żartowałem - mruknął David.
- Nie lecisz za nią? - spytał Percy.
- Eee... Nie. Nic jej nie będzie.

Clary? Albo ktoś kto siedzi w przedziale z nami :D