Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papillonlisse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papillonlisse. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 maja 2015

Papillonlisse: od Daniela CD Avalone

-Wiem, demonie mój najdroższy - rzuciłem kumplowi przepraszające spojrzenie i pocałowałem dziewczynę, co nieco ostudziło piekielny ogień - Ale ja chcę.
Westchnęła, jednak prędko spojrzała na mnie wściekle.
-Jeśli myślisz, że takie ignorowanie mnie ujdzie ci na sucho po kilku całusach...
-To mam zdecydowanie rację - wyszczerzyłem się i ponownie pocałowałem Amy - A co uchodzenia, może ujdziemy po lekcjach na spacerek? No wiesz, Vako wyrusza zdobywać Vinylię, więc na ten czas jestem wolny.
Spojrzała na mnie ciężko, jednak z błyskami podekscytowania w oczach. Dawno nigdzie razem nie wychodziliśmy.
-OK. Postanowię ci wybaczyć ten jeden raz, tak z dobroci serca.
Odwróciła się i odeszła.
-DOBROCI serca? Jesteś pewna, że nie chcieli cię w niebie?-zawołałem za nią.
Powróciłem do kumpla. Był wyraźnie zniesmaczony.
-OK, rozumiem. Dzień bez podlizania dzień stracony, ale aż tak LIZAĆ to ty nie musiałeś.
Wyszczerzyłem się.
-Chodź, ofermo. Trza się odpicować.
~~*~~
Vako z Lilianne, a ja i Amy poszliśmy Pod Trzy Różdżki. Znaleźliśmy wolny stolik w tyle lokalu i siedliśmy. Od razu zamówiłem dwa piwa kremowe i ciasta z kajmakiem. Na mój koszt. Dodałem nawet napiwek dla kelnerki!
Avalone patrzyła na mnie czujnie. Nawet, kiedy ja zabrałem się do jedzenia, zerkała na mnie znad ciastka.
-No co?-zdziwiłem się.
-Są trzy możliwe wyjaśnienia dla tej skrajnie dziwnej sytuacji: odziedziczyłeś spadek albo wygrałeś na loterii, podoba ci się ta kelnerka albo NAPRAWDĘ chcesz mnie przeprosić za twoją fatalną ignorancję.
Nie odpowiadałem długo. Napiłem się. Zjadłem jeszcze ciacho. Napiłem się znów. Już miałem coś powiedzieć, gdy Amy nachyliła się nad stolikiem i mnie pocałowała. Nie protestowałem, ale gdy skończyła spojrzałem na nią zdziwiony.
-Sorry, nie mogłam się powstrzymać - otarła twarz wierzchem dłoni - Miałeś wąsy - wyjaśniła.
-Hm... w sumie mogłaś mi powiedzieć to bym wytarł serwetką, ale ten sposób chyba bardziej mi się podoba.
Zaśmiała się i wygodniej rozsiadła.
-Mnie też - przyznała - W ten sposób higiena też potrafi być przyjemna. Ale tyłka ci tak nie zamierzam wycierać - uzupełniła. Dostałem ataku. Zacząłem się śmiać, zwijać na krześle, aż obecni w pubie posyłali mi potępiające spojrzenia, jednak ja śmiałem się nadal.
-No co? Co w tym takiego zabawnego, mówię całkiem poważnie - obraziła się.
-Ta, wiem. Po prostu... sobie to wyobraziłem...
Zakrztusiłem się i pacnąłem twarzą w stół i prosto w ciastko z karmelem i bitą śmietaną, ale i tak się tym nie przejąłem.
W końcu i Amy nie mogła powstrzymać śmiechu i chichraliśmy się tak oboje, ciepłe piwo stygło.
-Kurcza, niepotrzebnie to powiedziałam - Amy otarła łzy.
-Nie rycz, bo ci tapeta spłynie - poradziłem jej.
-Choroba, faktycznie - przeciągnęła palcami wskazującymi po dolnych powiekach, a ja się zaśmiałem ponownie - Co? No co? Zwykła maskara, nie kilo fluidu.
-Maskara... czy masakra? - wykrztusiłem.
-Wiesz, mam wszelkie powody żeby obrazić się ponownie - zirytowała się.
-OK, OK, już mi lepiej - odetchnąłem i trzasnąłem się w policzek. Zabolało. Roześmiałem się znowu - Nie, jednak nie!
-Czekaj, poprawię - warknęła i dała mi z liścia.
-Ej! - uspokoiłem się momentalnie - No wiesz, przez tydzień z twoją łapą na poliku będę chodził! Taką urodę rujnować, grzech!
Jakaś blądincia, która akurat przechodziła obok zachichotała i puściła mi oczko.
-No, grzech - zgodziła się szeptem. Amy odprowadziła ją morderczym spojrzeniem.
-Ja nie rujnuję. Ja znaczę terytorium.
Ponownie wybuchłem śmiechem.
~~*~~

-Hejloł, serce moje! - zawołałem do Avalone po drugiej stronie biblioteki. Bibliotekarka spojrzała na mnie krzywo i położyła palec na ustach. Podbiegłem do dziewczyny - Zgadnij co?
-Hmmm... - udała, że myśli - Vinylia fatalnie dała Vakonowi kosza, który załamał się psychicznie i postanowił rozpocząć nowe życie na farmie jeżozwierzy w Wąchocku?
Prychnąłem śmiechem.
-Zła odpowiedź! Nasza metoda na zazdrość zadziałała jak złoto?
Uniosła brew.
-Coś ci nie wierzę. Zadziałał na sto procent?
-No... nie do końca... - wyjaśniłem jej jak to było z tym, jak Lilianne i Vinylia przejrzała nasz genialny, oryginalny i pionierski plan.
-No i poszli w pierony, a wieczorem Vako był totalnie nieprzytomny. Ej, co co? Coś cię bawi?
-Miałam rację! - zawołała Amy radośnie i zaklaskała w ręce jak mała dziewczynka - Było do niej normalnie podejść i poprosić, a nie wydziwiać! I to my jesteśmy skomplikowane!? HA!
-ĆŚŚŚŚ! - syknęła cała biblioteka. Avalone zeszła z tonu.
-Jestem genialna!
Odtańczyła taniec zwycięstwa. Zaśmiałem się cicho i przytuliłem ją do siebie.
-A wiesz co to oznacza? - szepnąłem jej we włosy.
-Nie? - pytająco uniosła wzrok.
-Vako ustawiony...
-Aha
-Już nie muszę go popychać do działania...
-Aha...
-Czyli jestem wolny...
-Aha...? Brzmi obiecująco...
-A że jestem wolny, a my się długo nie widzieliśmy odkąd zaczęły się te jego rozterki, to wypadałoby spędzić trochę więcej czasu razem.
Westchnęła.
-Fajny plan, chyba najlepszy z twoich.
-Wszystkie moje plany są fenomenalne

Amy? :3

piątek, 8 maja 2015

Papillonlisse: Od Aiden'a-c.d. David'a

-Witaj w moich skromnych progach -gestem dłoni pokazał cały pokój. Rozejrzałem się. Jak na pokój chłopaków w moim wieku panował tu porządek. Znaczy się przynajmniej na paru łóżkach, bo reszta to był istny Armagedon. –Rozgość się. Ale lepiej nie grzebać po szafkach…
- A co? Wyskoczy niebieska ręka i mnie do niej wciągnie? –spytałem, a w głowie miałem obraz pewnych rączek, które występowały podczas pewnej sceny w Soku z Żuka. Pod nosem zacząłem nucić piosenkę, która akurat leciała właśnie w tym momencie. Nie zważając na to, że blondyn spojrzał na mnie z uniesioną brwią. I tak miał szczęście, że nie śpiewałem na całe dormitorium, bo czasami mnie się to zdarzało. Rzuciłem się na łóżko pierwsze z brzegu. David wstrzymał oddech. Chyba nie powinienem paść akurat na te łóżko, więc grzecznie wstałem i poprawiłem je. –No to, więc panie ładny… Mogę spać na ziemi. Mnie tam nie przeszkadza czy mam spać na ziemi czy z tobą. Jednakże ostrzegam. Mogę cię skopać no i zabrać kołdrę… Nawet, jeśli będziemy mieli dwie… To i tak wylądujesz na ziemi. Dlatego też z głębi mojego serduszka zgadzam się na podłogę. Po za tym drogi kolego… Wiesz, która może godzina? Babka od muzykologi kazała mi przyjść i w ogóle… Może pójdziesz ze mną?  Posłuchasz jak gram i w ogóle. I nie to nie będzie trójkąt. Właściwie to nie wiem, na czym zagrać… Może trąbka będzie oryginalna. Ogóle od zawsze chciałem grać na dudach. Mój dziadek na nich grał, a przynajmniej tak słyszałem i zawsze w salonie leżały takie zakurzone dudy. Ale nigdy nie wolno było je ruszać, a ten, kto tknął świętej pamięci dudy dziadka dostawał po łapach… Czyli chyba jednak będę grał na wiolonczeli.
Razem z blondynem wyszliśmy z dormitorium Luniaków do Sali od muzykologii. W środku akurat była próba kółka muzycznego. Miałem na nim być i się nie spóźnić, a wyszło jak zawsze. Nauczycielka chwyciła mnie za ucho i pociągnęła aż do fortepianu. Spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka.
- Pan Solance jak zwykle się spóźnił. Tracę do ciebie chłopcze pomału cierpliwość. Dziś obsadzam się, jako pianistę jednakże wrócisz do wiolonczeli jak tylko dziewczyna wyzdrowieje. No to wracamy do próby… A pan, panie Martines? Przyszedł pan pooglądać czy może dołączyć? Otwieramy na stronie 2 gitary! Skrzypce na pierwszej, a ty Solance odnajdź w nutach początek utworu. Widzisz ile musisz odczekać taktów zanim wejdziesz? Flety gotowe? Reszta gotowa? Dobra na 3. Pierwsze gitary przygotowane? A ty Martines usiądź, a nie podpierasz ścianę. –nauczycielka uniosła batutę i zaczęła rozbrzmiewać muzyka „Arrival of the Birds & Transformation”. Oczywiście za pierwszym razem poprawiała nas z 5 razy, a cała próba trwała około godziny. Po zakończeniu podszedłem do Blondyna.
- Mam nadzieję, że aż tak cię nie skatowałem, że cię tu przywlokłem David –wyszczerzyłem się. –No to teraz muszę znaleźć moją sowę, ponieważ miałem dziś dostać list od najważniejszej osoby pod słońcem. I nie. To nie moja mama. Niestety moja kochana sowa jest mało inteligentna… Po za tym zapomniałem o Zołzie! Przecież ona mnie pochlasta jak ją znajdę. Zołza! Kici! Kici!
Wyszedłem z klasy i na cały głos zacząłem wołać kotkę, która jak to koty w zwyczaju mają miała mnie wysoko w poważaniu. Blondyn szedł za mną, a ja brnąłem na przód i szedłbym dalej gdyby nie oczy pewnej pięknej dziewczyny. Miała takie śliczne fiołkowe oczęta i… Mojego kota. Wiedziałem, że to Zołza, ponieważ Zołzę nie da się pomylić z żadną inną kotką. Tyle, że jak tu podejść „Hej. Uciekł mi kot i akurat masz go na rękach. Mogłabyś mi go oddać?” czy może „Ładny kot. Ostatnio jednego zgubiłem i jest wielkie prawdopodobieństwo, że to mój”.
- Nie gap się tak na nią. Może czuć się nie komfortowo. Choć to Harpia, a te to takie jakby ktoś im do obiadu coś podrzucił. –stwierdził blondyn.
- Mnie nie chodzi o nią. Chodzi o kota! –wskazałem na kota, którego dziewczyna miała na rękach.
- Wolisz kota od dziewczyny? –uniósł brew.
- Nie. To mój kot. To moja Zołza. –powiedziałem. Stwierdziłem, że teraz albo nigdy. Podszedłem do dziewczyny i walnąłem coś, czego można się było spodziewać. –Znalazłaś tego kota? Jeśli tak to jest wielkie prawdopodobieństwo, iż jest to moja Zołza.
- No to twój kot, bo właśnie szukam jej właścicielki albo właściciela. Widzisz kochanieńka. Wrócisz do pana. –uniosła kotkę na wysokości swojej twarzy. Nie zdążyłem nawet ostrzec, kiedy Zołza wyciągnęła pazury i drachnęłam dziewczynę w policzek. Kotka uciekła i pobiegła przed siebie prychając przy okazji na mnie z urazą. –Nic się nie stało… Naprawdę…
Dziewczyna poszła, a ja w myślach dusiłem tą kotkę. Blondyn położył mi rękę na ramieniu.
- Tym sposobem to ty nawet drzewo nie poderwiesz –powiedział.
- To wszystko wina tego piekielnego kota! –wskazałem na korytarz, w którym Zozła zniknęła. –Jak mnie mam wyszła z najgłębszej czeluści tartaru żeby mnie prześladować. Ona ma tak zawsze… Z nią nie poderwę żadnej. Teraz już wiesz, czemu Zołza ma na imię Zołza a nie Pusia czy Czekoladka czy no nie wiem Falbanka… -wzruszyłem ramionami i spojrzałem na kumpla. –To co teraz?
[David?]

czwartek, 30 kwietnia 2015

Ombrelune: Od David'a cd. Aiden'a

Uśmiechnąłem się lekko na propozycje uprowadzenia jakiegoś luniak, lecz pokręciłem
głową. Czego to on by nie wymyślił...
- Żyje, po pierwsze. Nie musisz uprowadzać luniaka, po drugie. I możesz wejść, to było po trzecie.
Uśmiechnął się także lekko i podszedł.
- To.. - Zacząłem lekko zmieszany, mimo wszystko to całe zamieszanie... I to co wyznałem
mu przed tym zamieszaniem, dokładając rzecz jasna również pocałunek. - Chcesz zostać na noc?
Zapytałem a on spojrzał na mnie zdziwiony, więc szybko dodałem.
- No wiesz... Oni.. Nie chcę by coś ci się jeszcze stało... I.. un, tak chyba będzie bezpieczniej...?
- Taa, dzięki . - Uśmiechnął się... Chodź widać było, że tak jak ja jest zmieszany.
- To wchodzisz? - Zapytałem i przepuściłem go, by przeszedł i wszedł ze mną do PW Luniaków.
Gdy weszliśmy, luniacy trochę krzywo się patrzyli na Ai'a ale taktownie się nie odezwali i wrócili
do swoich spraw - Każdy w końcu dba o swoje.
- Kto to?- Spytała Ell, gdy przechodziliśmy koło nich ~ Nich czyli nie tylko Ell...
- Ah... No tak, bo wy się jeszcze osobiście nie znacie. - Powiedziałem do Ell, Diabła i Clar...
- My się znamy. - Odpowiedziała chłodno i nieprzyjemnie, Les.. No tak. Ona też, tu była.
Siedziała obok Clar, z którą rozmawiała jeszcze nim wszedł tu Ai...
-Tak, wy się znacie.. Ai, pamiętasz moją dziewczynę, no nie? - Zapytałem uśmiechając się
sztucznie, mówiąc przez zaciśnięte wargi. On pokiwał i też się lekko uśmiechnął, niepewnie.
- Ai, to jest Adam Brooks vel Diabeł, mój najlepszy kumpel i brat Les. - Mruknąłem a on
spojrzał na mnie ze zrozumieniem. W końcu to o czym gadaliśmy na błoniach...
- O a to jesr Ell, Elliezabeth Heap, przyszła chodź jeszcze nie doszła diabła, i moja była. -
 Przedstawiłem Ell, uśmiechając się głupio na ostatnie słowa. Oczywiście Ai też się wyszczerzył
zwyczajowo, zaś od Ell dostałem poduszką.
- Nie słuchaj go, cześć. - Powiedziała podając mu rękę.
- Cześć, Aiden Solance. - Przedstawił jej się.
- O a to, nasza królowa piekieł, pogromczyni szlam, KTÓRĄ! Na szczęście Nie Jesteś.
Clarisse La Rue. - Specjalnie zaznaczyłem, że jest czysty bo nie chciałem by... No cóż
nadal pamiętam nie zbyt miłe poznanie się przez Clar i Petty'ego który jest pół krwi,
a nie mugolakiem a i tak cisnęła po nim, przez co i on stał się wrogo do niej nastawiony.
Po zatym dalej się kłócą i wyzywają ~ Jak to Petty nazywa Clar? Ach no tak ona to jest
Krową a także zołzą, jędzą ale głównie to Krową, a on Szlamą.
 Kiedy Clar i Ai wymienili grzeczności, odezwała się znów Les.
- To czym zawdzięczamy wizytę twojego, Ajusia? - Zapytała przesłodzonym głosem.
- On nie jest mój.. - Mruknąłem bardzo cicho, pod nosem chodź Ai, i tak to chyba usłyszał. - Nic..
Tylko mieliśmy wcześniej nie przyjemną sytuacje z... - Odchrząknąłem. - ..I Ai zostaje u mnie
na noc. - Dodałem uśmiechając się lekko do niej, na co ta zrobiła lekko złą, lekko oburzoną minę.
I starała się to ukryć.. - Nie masz nic przeciwko Diabeł, no nie? - Zapytałem Adama, który
był wyraźnie zmieszany. I miał prawo, bo w końcu tylko on wie, o moim pociągu w stronę chłopaków.
Spojrzał na Aidena, potem na mnie i lekko uśmiechną się, chodź chyba sztucznie i pokręcił głową.
- Nie spoko.. A gdzie zamierzasz go ulokować? - Zapytał niby, się przyjmując ale ja wiem o co
mu chodzi, chyba chciał wyczuć czy może ja i on.. Nie stop. Za dużo myślisz, po prostu chce wiedzieć
gdzie ulokujemy gościa.
- Hym.. Jeszcze nie wiem, ale cóż wyjdzie w praniu. Zawesze może spać u mnie na łóżku jest
duże, ja po jednej stronie, on po drugiej. - Wzruszyłem ramionami jakby to było coś oczywistego.
lecz to była maska, widział lekki cień, który przeszedł przez twarz Diabła i wątpię by nie wyobrażał
sobie mnie i Ai'a... Mniejsza. Oczywiście mina Les, mówiła wszystko.
- To my już idziemy. - Postanowiłem zrobić jak najszybszy odwrót i chwyciłem Aidena za nadgarstek
i pokierowałem się w stronę Dormitorium.

<Ai?>

niedziela, 26 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Vi cd Daniela i Lili [do Vako]

Usiadłam koło chłopaka. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest kompletnie zdezorientowany, więc postanowiłam mu to wszystko jeszcze raz powoli wyjaśnić.
- Więc tak: jak tylko twój przyjaciel przyszedł do Lilianne i prosił w twoim imieniu o randkę, od razu zorientowałyśmy się o co chodzi. Dlatego Lili się zgodziła. Uznałyśmy, że skoro wy knujecie takie rzeczy, to my wam w tym z chęcią pomożemy - uśmiechnęłam się lekko. - Lili udawała, że jest w tobie baardzo zakochana, a kiedy ona zaczęła cię całować, ja wparowałam do cukierni. Tak, to wszystko było zaplanowane. Wiem, zabawiłyśmy się troszkę twoim kosztem, ale chyba wyszło dobrze, hm? - uśmiechnęłam się ponownie.
- Raczej tak - Vako również się uśmiechnął. - Ale naprawdę nie chciałem żeby tak wyszło z tą Lili.
- Nie ma sprawy. Może przejdziemy się do Wijącego Tunelu, tak jak za dawnych czasów? - Rozejrzałam się wokoło i dodałam. - Według mnie jest tu za dużo ludzi.
- Jasne, chodźmy.
Cukiernię pozostawiliśmy za sobą, a po paru minutach również Écuelle. Szliśmy po błoniach kierując się w stronę tunelu.
- Tak dla pewności... następnym razem, jeśli będziesz chciał zaprosić mnie na randkę, nie musisz tyle kombinować - spojrzałam na chłopaka. - Przyznam, że to było słodkie, ale wystarczy poprosić, na pewno bym się zgodziła.
- Wiesz jaki jestem, troszkę się przy tobie... zawstydzam. Ale kolejnym razem sam poproszę. Tylko bądź pewna, że tych kolejnych razy będzie więcej niż ci się może wydawać - uśmiechnął się chłopak.
- No mam nadzieję. - zaśmiałam się. Po chwili ciszy poczułam, jak jego ręka delikatnie muska wewnętrzną część mojej dłoni. Bez zastanowienia powoli wplotłam palce w jego dłoń.
W Wijącym Tunelu jak zawsze nie było ani jednej żywej duszy. Byłam tylko ja i on. Vako. Odwróciłam się do chłopaka tak, że staliśmy idealnie zwróceni do siebie. Dzieliło nas może i niecałe piętnaście centymetrów. Czułam jego miarowy oddech.
- Zależy mi na tobie - szepnął.
Spojrzałam w jego cudowne, intensywnie niebieskie oczy. Pod wpływem impulsu wsunęłam palce w szlufki jego spodni i lekko pociągnęłam do siebie. Chłopak zrobił krok w moją stronę i złapał mnie za szyję. Nasze usta nareszcie się spotkały. Uczucie niewyobrażalnie cudowne: delikatny pocałunek, pełen czułości. Rozpływałam się z rozkoszy.

<Vako? :3>

czwartek, 23 kwietnia 2015

Papillonlisse: od Daniela [i Lili] CD Vako

-Sprawa wygląda tak: mój przyjaciel Vako DeMackor jest tobą zainteresowany, ale wrodzona nieśmiałość zakłada mu swego rodzaju blokadę mentalną przed mówieniem o tym otwarcie, dlatego niniejszym w jego imieniu zapraszam cię na ciacho do Ecuelle w najbliższą sobotę.
Blondynka uniosła brwi.
-Chyba...-prędko się obejrzała na Vinylię, wychylającą się na kanapie i patrzącą na nas ciekawie. W oczach Lilianne pojawił się błysk zrozumienia-Chyba się skuszę. Bardzo chętnie. O drugiej? O drugiej. Pa!
Zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
-Jakoś poszło, Vakonie. Jakoś poszło. Zgodziła się-poinformowałem kumpla. Nieprzytomnie pokiwał głową.

[oczami Lilianne]

-Czego chcieli?-spytała od razu Vi. Wzruszyłam ramionami.
-Ten twój Vako właśnie mnie zaprosił na ciastko w sobotę. Dziwne, nie?
-Nie mów, że się zgodziłaś-powiedziała, z gniewem brzmiącym w głosie. Ponownie wzruszyłam ramionami.
-Zgodziłam się.
Rzuciła mi wściekłe spojrzenie. Było wiadome, że Vinylia lubi Vako. A ja nie jestem głupia: chłopcy wymyślili fatalny plan polegający na wzbudzeniu zazdrości. To nie zadziała. Ale niech im będzie.
-Pomimo Luke'a? Już nie pozostajesz mu wierna.
Westchnęłam.
-Vijka, błagam cię. Poważnie, nie domyśliłaś się o co im w tym chodzi?
Wyszczerzyła się.
-Pewnie, że się domyśliłam. Po prostu wczuwałam się w rolę.
Spojrzałam na nią pytająco.
-Oni sobie konspirują, to i my też.-uśmiechnęła się szatańsko i nachyliła mi do ucha, a w miarę jak mówiła mój uśmiech także się poszerzał.

[oczami Daniela]

-Spoko, stary! Jak to się w końcu mówi, do dwóch razy sztuka, a teraz sztuka została wyjątkowo precyzyjnie wybrana! Dasz radę! Będę przy tobie. Ale wiesz, tak z odległości. Dasz se radę!
Klepnąłem go między łopatki i odbiegłem prędziutko.

[oczami Lili]

Uśmiechnęłam się szeroko na widok Vako.
-Cześć. Wchodzimy?-spytałam.
Kiwnął głową niemrawo i weszliśmy do cukierni. Siedliśmy do stolika, zamówiliśmy sobie po kremówce i na mnie spadł obowiązek podtrzymywania rozmowy.
-No... Jesteś Papilonem. Zawsze myślałam, że oni są raczej tępi, a tu się okazuje, że bywają wśród nich wyjątki.
Uśmiechnęłam się słodko.
-Ta... nie tylko ty tak uważałaś-uśmiechnął się krzywo-Luke'a też uważałaś za tępego?
Pominęłam tę uwagę milczeniem, chociaż zapewne w innych okolicznościach wcisnęłabym chłopakowi kremówkę w twarz. Tylko świadomość tego, co go dzisiaj spotka upewniała mnie, że nie warto. Dostanie jeszcze za swoje.
Gadaliśmy jeszcze przez około dziesięć minut. Starałam się jak najbardziej okazywać, że Vako mi się "podoba". Kiedy już stwierdziłam, że starczy powiedziałam:
-Wiesz... może do dziwne, że to mówię dopiero na pierwszym spotkaniu, ale... nigdy nie czułam się tak przy żadnym chłopaku.
Zakrztusił się.
-Taa?
-Tak, no wiesz-zarumieniłam się, starając powstrzymać śmiech-Mam na myśli taka wyjątkowa. Słuchasz mnie tak uważnie, jakby naprawdę interesowało cię to, co mówię. To takie... niezwykłe.
-Taak... chyba faktycznie. Tylko wiesz, to nie do końca...
Nie dałam mu skończyć, bo przycisnęłam swoje usta do jego warg, przewracając wazonik z kwiatami. Na szczęście nie było w nim wody.
Zmusiłam się, żeby trzymać oczy zamknięte. Zaraz miała wejść Vi. Musi wypaść przekonywująco.
W tej chwili weszły Vinylia z Bianką, gadając o czymśtam. Vinylia spojrzała na nas zszokowana i podbiegła do stolika. Oderwałam się od Vako.
-Jak mogłeś!? Jak mogliście oboje!?
Doskonale sfingowane łzy. A może nie sfingowane?
-Naprawdę myślałam, że ci na mnie zależy, a ty się umawiasz z moją przyjaciółką! Wszyscy chłopcy są tacy sami!-chlipnęła i skierowała się do wyjścia. Papilon zerwał się, potykając o nogę stołu. Klienci cukierni spojrzeli na nas. Doskonale.
-Vinyl, zaczekaj! To nie tak! Ta randka jest tylko dla ciebie!-zawołał za Rudą. Teraz moja kolej.
-CO!?-zerwałam się i ja-To całe spotkanie to tylko szopka mająca na celu zwrócenie uwagi Vinylii!? Faktycznie, wszyscy chłopcy są tacy sami!-przywaliłam mu z liścia.
-Co nie!?-zawtórowała mi Vija i ona także podeszła i uderzyła chłopaka. Wyszłyśmy równym krokiem z cukierni.
-Tak profilaktycznie-zwróciła się do chłopaka Biana po czym i ona walnęła Vako.
Kiedy wyszłyśmy, uśmiechnęłyśmy się do siebie i przybiłyśmy potrójną piątkę.
-Długo tego nie zapomni!-wykrztusiłam, trzymając się za brzuch.
-Co prawda, to prawda. Ale nie musiałaś go całować AŻ TAK długo i mocno-zwróciła się do mnie Vinylia, na co roześmiałam się jeszcze głośniej i pocałowałam obie w policzki.
-Chodźcie. Teraz część planu druga: uświadomienie.
Z szerokimi uśmiechami weszłyśmy z powrotem do cukierni, gdzie nadal siedział Vako, z twarzą ukrytą w dłoniach. Podeszłyśmy od niego od tyłu. Piana popukała go lekko w ramię. Zerwał się i zszokowany spojrzał na nas.
-Następnym razem, kiedy będziesz chciał zaprosić dziewczynę na randkę, po prostu ją poproś-zaleciłam grzecznie-A nie kombinuj z zazdrością.
Nadal nie rozumiał.
-Domyśliłyśmy się, o co chodzi-wyjaśniła Piana.-I postanowiłyśmy ci dać nauczkę za tego typu szatańskie sztuczki.
-Jak dla mnie to i tak było słodkie-Vija uśmiechnęła się lekko i mrugnęła do chłopaka.
-Chodź, Biana. Zostawmy ich samych-powiedziałam do Białej i wyciągnęłam ją z cukierni.

Vako? Vija? default smiley :)

środa, 22 kwietnia 2015

Papillonlisse: Od Vako cd. Daniela

- No nie daj się prosić!
- POWIEDZIAŁEM NIE! - Krzyknąłem
- Ale Vinyli będzie zazdrosna! Będziesz mógł częściej być przy niej. I w dodatku...
- Czy ja mówię po chińsku?! - Zapytałem.. Nie chciałem... Właściwie, sam już nie wiedziałem
co robić. Spojrzałem jeszcze raz na Dana, ten zrobił zbitą minkę ale jego oczy namawiały bym
się zgodził. Westchnąłem głęboko i wzniosłem oczy i ręce ku górze. - Niech ci będzie, mendo!
- Tak! - Zawołał. - Wiedziałem, że się zgodzisz!
- Ty przeklęty Brutusie!
- Oj tam nie marudź! Szykuj się idziemy do Belle!
- Co?! - Zawołałem zrywając się na nogi. On już stał. - Że jak.. Że teraz?! - Zrobiłem duże oczy.
- Nooo... A kiedy ty chcesz to zacząć? - Zapytał się, jakby to było coś oczywistego.
- Trzeba c-co-oś wymyśle! No żeby się zgodziła-a! - Zacząłem panikować.
- Nie panikuj! - Machnął ręką. - Zostaw to mnie i z uśmiechem zaczął wychodzić z pokoju.
Ja szybko się zebrałem i wybiegłem za nim.

~*~

Przez całą drogę trułem mu, że to nie wypał, że się nie zgodzi, że to, że tamto.. I tak w kółko.
W końcu i on się zirytował i kazał mi się zamknąć, i to zrobiłem.
Akurat wtedy dochodziliśmy już do PW Orlaków.
- Ale jesteś pewien... - Zapytałem jeszcze. On wywrócił oczami.
- TAK. - Odpowiedział i zapukał..
Po chwili wyłoniła się jakaś orlaczka, a Dan poprosił by zawołała Lilianne.
Po chwili i ona wyłoniła się, a mnie... Jakby piorun trzasnął nie potrafiłem, nawet powiedzieć
głupiego ''Cześć", Tylko stałem jak ten idiota. Jezu co ona se o mnie pomyśli, jak ten zacznie
mu gadać o tym! Myślałem, że nie wytrzymam..


<Dan? > XD

Bellefeuille: Od Amir'a cd Cisy

Polałem olewkowy olej na drzewczicznego Mariusza, odtańczając sambę muchomorów. Oburzył liścia i heroicznie uniósł kawał konara, machając nim dookoła lodowego lodziska zwanego komornicza komora. Podbiegliśmy tam przy okazji smyrając nosem pięty bobra, oh jak kłamie, jak kłamie-mówiąc. Spadłem z podłogi na dywan krzycząc ,,szczersze kondolencje!" w słońce z teletubisiowym dzieckiem trawy. Sum zawyła jak żaba skacząc na duży kamień, z wielkim penisem na czole.
- Szybko! Gryź go! - wylizałem długi kij i uderzyłem nim w ziemię. Dookoła nas zebrały się gryźliwe smerfy z namalowanymi ch*jami na policzkach.
- TO BYĆ NASZA STARA! - jeden z nich pierdnął mi w oczy. Upadłem na sufit, trzy razy odwracając się dookoła, aż uniosłem się umysłem w czarną dupę murzyna.

< PYK >

niedziela, 19 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Avalone -c.d. Daniela

Chłopcy zaczęli się chichrać nie wiadomo z jakiego powodu. Założyłam ręce na piersiach i westchnęłam. Ja chyba nigdy ich nie ogarnę podobnie jak oni nas(kobiet). Spojrzałam to na Dan'a to na jego przyjaciela
- Jeśli już przestaliście się chichrać dziewczątka. To skądś się mi obiło o uszy że twój koleżka ma problemy sercowe -powiedziałam, a Vako spiorunował Daniela tak jakby to on mi to zdradził.
- A co Amy? Masz dla niego jakiś okaz? Chodź przykro mi to mówić ale on już ma jedną na oku -powiedział i spojrzał na przyjaciela który bezgłośnie mówił "Nie słuchaj go. Nie brał dziś leków".
- Ma jedną na oku a ta ma go wysoko w poważaniu?-uniosłam brew a koleżka przytaknął -Cóż i z takimi przypadkami się spotkałam. Mam tylko nadzieję że nie zachował się bądź ty go nie naprowadziłeś żeby zachowywał się jak ci piękni i młodzi z melodramatów i nie chciał wzbudzić w niej zazdrości...
Chłopcy nie odpowiedzieli. Podłamałam się i straciłam wiarę w chłopców. Chwyciłam jednego i drugiego za ucho i zaczęłam ciągnąć na dziedziniec by tam posadzić ich na ławce i zaserwować im wykład o tym jacy to są głupi i że takim sposobem to poderwie jedynie hipopotama.Oraz narzekałam im że to tak nie działa.
- No to pani psycholog -powiedział Vako nadal trzymając się za ucho. -Co proponujesz?
- Na pewno nie powinieneś umawiać się z dziewczynami myśląc tylko o tym że twoja wybranka zauważy cię i będzie ci zazdrościć -powiedziałam i zmroziłam wzrokiem Dana który zaczął mnie przedrzeźniać.-Możesz też dowiedzieć się co nieco zanim się z jakąś umówisz bo może się okazać że to psychopatka i no cóż przywiąże się do stołu po czym zacznie się skórować albo przyjdzie na randkę z siekierą.
- A ja mam pomysł! -powiedział Dan z uśmiechem od ucha do ucha. Coś czułam że to nie skończy się dobrze. -Vako to jest Amy. Amy to jest Vako. Znaczy się... Już was wam przedstawiałem. Co ty na to koleżko abyś się umówił z nią ale tylko po to żaby wzbudzić w niej zazdrość. Znam ją na wylot i wiem że jest ciupkę sadystyczna ale raczej nie wybiegnie z siekierą. Po za tym...
- Czy ty kochany przespałeś cały wykład o tym co przed chwilą ci mówiłam? -warknęłam. -Nie działajmy na zazdrość bo może powiedzieć sobie "Ojej. Jest zajęty więc po co w ogóle się nim interesować". Po za tym... Czy ty chcesz mnie SWOJĄ DZIEWCZYNĘ umówić ze SWOIM KUMPLEM tylko w celu zirytowania pewnej dziewczyny by ta poczuła się zazdrosna? To takie dziecinne!
- A co masz jakąś dla niego na oku? -spojrzał na mnie spod łba. Wiedział że obracam się najczęściej w towarzystwie tych wytapetowanych lalek. -Dziewczyny "Och jaka ja piękna i w ogóle" się nie liczą. Nie dam swojego kumpla na pożarcie tym... TYM... Blondynkom.
- Oj bo niektóre orlaczki mogą się poczuć urażone -prychnęłam. Nie lubiłam jeśli ktoś żył stereotypami.- Ale czy ja mówię że chodzi mi tylko o Luniaczki? Wiesz mi jest tyle dziewcząt które nie są wytapetowane a na pewno się zgodą pójść z tobą nawet i na spacer po błoniach a będą w siódmym niebie.
- Dobra... Dobra. Ogólnie wiesz o którą chodzi? -spytał koleżka. Przytaknęłam.-I naprawdę chcesz nam pomóc?
- Ja i pomoc? -parsknęłam śmiechem. Jestem luniakiem a nie harpiom. -Chcę was tylko naprowadzić nawet jeśli zaraz za to olewanie mnie dostanie każdy was książką po łbie. Po za tym jestem chodź może nie zauważaliście dziewczyną i chyba lepiej wiem jak wam... Ygh... Pomóc. Znaczy się jeśli nie chcecie pomocy to może... Przemycicie mnie do biblioteki? Rozumiecie inaczej złapią mnie te... Jak wy to mówicie? Plastiki. No i może akurat znajdziesz swoją wybrankę serca i NORMALNIE  z nią porozmawiasz?
- Nie znasz sprawy tak jak my-powiedział Dan po czym zerwał się z ławki. -To jak kiedy cię odprowadzić do biblioteki?W tym momencie za godzinkę? Za tydzień? Rok? Poczekam!
- Dlaczego ja nie mogę mieć takiego szczęścia? -spytał podłamany chłopak. Chciałam być naprawdę miła co samą mnie przerażało ale uprzedził mnie Dan.
- Tam na górze siedzi sobie kupidynek i strzela tymi durnymi strzałami najczęściej po pijaku. Dlatego na razie jeszcze twoja druga połówka nie wie -powiedział wyszczerzając się. -Po za tym. Wiesz jak długo musiałem się ubiegać o serce tej zimnej do szpiku kości kobiety?
- Oj bo się czerwienię kochany -machnęłam ręką. -Zasypywać kobietę tyloma ko komplementami. O! Mam coś jeszcze co powinno ci się przydać! Nie używaj tekstów na podryw typu "Gdybyś była kanapką w Mcdonald's nazywałabyś się Mcbeauty" no chyba że ma specyficzne poczucie humoru.Masz małe szanse że uzna iż jesteś uroczy możliwe że stwierdzi że nigdy takiej gadki na podryw nie słyszała albo będzie się z ciebie śmiała ale raczej nie serdecznie. Podobnie błagam tylko nie tekst "Bolało? Jak spadłaś z nieba?" to takie suche i dobijające... Bądź oryginalny... Czy któryś z was mnie w ogóle słucha?
- Oczywiście Amy -przestają bawić się w kółko i krzyżyk które narysowali na ziemi. Może to po prostu nie miało sensu. Chcesz pomóc olewają, a jak już nie masz zamiaru pomóc to przybiegają i błagają o pomoc.
- Proście minie o coś a zobaczycie -prychnęłam i zaczęłam odchodzić ale w powie drogi do krużganków złapał mnie Dan. Zrobił minkę zbitego pieska. -Co chcesz?  Moja cierpliwość się skończyła z zakończeniem waszej zabawy w kółko i krzyżyk. A ja to nie Caritas i wiecznie pomagać nie będę.
- Ale czy ja proszę o pomoc? -uśmiechnął się a jego koleżka nie śpiesząc się doszedł do nas. -Oczywiście skarbie że będziemy brać twoje rady pod uwagę. A tak w ogóle to... Bolało jak spadłaś z nieba?
- Przecież wiesz, że wyszłam z  piekła więc co za pytanie? W niebie nie chcieli takiego aniołka jak ja. -zatrzepotałam rzęsami.
[Dan? A może Vako? ^-^]

Papillonlisse: Od Jane-c.d. Petty'ego

Osoby które znałam tylko z widzenia zaczęły być dla mnie bardzo miłe kiedy usiałam po raz pierwszy od prawie roku przy stole papillonów. Czyżby to była sprawa dyrektorki? Jakaś dziewczyna zaczęła mi nadawać o tym jak niektórzy czarodzieje zabawnie reagują na mugolskie rzeczy takie jak gumowa kaczuszka. Było to miłe z jej strony jednakże czułam się za bardzo nieswojo zwłaszcza że nawet nie pamiętałam jak ma na imię. Mimowolnie spojrzałam na stół harpii przy którym siedział Petty. Serce zabiło mi szybciej jednakże kiedy on uniósł wzrok na mnie szybko odwróciłam się do dziewczyny która zaczęła gadać o mugolskich przesądach.
- Jeden nawet zwalił winę na mojego kota. No bo czarny i przed pójściem do pracy facetowi przeszedł. I wiesz co? Stracił pracę -powiedziała i wzięła kęs grzanki a ciągnący się ser opadł jej na talerz. -Ja nie wychowana. Florencee jestem, a ty Jane. To się już znamy. Opowiedzieć ci o tym jak to mały chłopiec wyrwał mi kiedyś czterolistną koniczynę bo myślał że w ten sposób zda sprawdzian poprawkowy z angielskiego? Logika mugoli. 
-Może kiedyś -uśmiechnęłam się specjalnie po czym znów spojrzałam na stół harpii.Chłopak z kimś rozmawiał. Może nawet mnie nie zauważył?  Zachowywałam się jak tchórz który boi podejść i chodź powiedzieć "Hej". -Ogólnie to coś się zmieniło? Znaczy się... Ktoś doszedł ale nie z pierwszaków?
- Parę osób -przytaknęła Flo i sięgnęła po zapiekankę. -Na przykład ten blondyn. No i  tamta dziewczyna i... No nie pamiętam wszystkich. Oczekujesz od mnie pamięci godnej orlaka.
Nie odpowiedziałam. Wszyscy zaczęli wychodzić z sali by skierować się na zajęcia. Spojrzałam na kartkę którą wyciągnęłam z kieszeni. Teraz mieliśmy mieć historię magii więc poszłam w stronę klasy tyle, że zupełnie inną drogą żeby na niego nie w paść. Wtedy zaczęłyby się te niekomfortowe pytania typu "Dlaczego?". Kiedy weszłam do klasy to prawie wszystkie ławki były zajęte. Usiadłam koło jakiejś orlaczki która studiowała książkę o magicznych stworzeniach. Nie była zbyt rozmowna. Lekcja zaczęła się od tego pewna uczennica doszła do klasy i byłam nią ja. Wsadziłam kosmyki włosów za uszy po czym podeszłam do nauczycielki, a ta zaczęła mnie odpytywać z trzech wojen, 2 magicznych i 1 mugolskiej w której udział mieli czarodzieje czy też magiczne stworzenia i mogłam wybrać dowolną którą omawialiśmy w ciągu tych lat spędzonych w akademii. Nie było źle bo po odpowiedzi dostałam parę kartek z notatkami z ostatnich lekcji żebym nie była w tyle. Wzięłam je po czym wróciłam do ławki spoglądając na chwilę w stronę Petty'ego ale tak by nie zauważył. Orlaczka z którą siedziałam przez całą lekcję zaproponowała mi nawet korki żebym nadrobiła materiał. Była miła, a nie przemądrzała jak te wszystkie orlaki i to było miłe z jej strony. Po lekcji w końcu powiedziałam sobie że podejdę. Co mi szkodzi. No właśnie... A może jednak zaszkodzi. Zobaczyłam go na jednym z korytarzy. Wzięłam głęboki wdech. Już miałam podejść zagadać kiedy... Kiedy nagle koło niego pojawiła się luniaczka, rudowłosa nie za wysoka. Nawet nie zauważyłam, a po policzkach zaczęły mi ściekać łzy. "Weź się w garść Jane. To nie koniec świata. Koniec nadejdzie jak wybuchnie super wulkan albo rąbnie kometa, albo nadlecą kosmici i pozabijają nas laserem śmierci". Spojrzałam na kartkę. Trochę czasu mi pozostało do kolejnej lekcji, a dokładnie do zaklęć. Wyszłam na błonia, a potem pod postacią setera zaczęłam biec i zatrzymałam się dopiero w jakimś zacisznym miejscu nad rzeką. Było tylko słychać jej szum co mnie uspokajało. Można się było tego domyśleć, przecież zostawiłam samego na ponad pół roku. Ale ja przynajmniej miałam coś na wyjaśnienie. Mnie jednak ciekawi co on ma jakieś sensowne alibi czy denne wyjaśnienie. Usłyszałam chichot dziewczęcy niedaleko mnie. Cisza została przerwana przez grupkę pierwszorocznych harpii. Wstałam było jeszcze jedno miejsce gdzie będę mogła spokojnie myśleć i odizolować się chodź na chwilę. I była to wieża astronomiczna ponieważ nikt w tych godzinach na nią nie wchodził. Więc ruszyłam w stronę szkoły. Przechodząc korytarzem los tak chciał abym go minęła. Dlaczego akurat patrzył na mnie wtedy kiedy na chwilę się do niego odwróciłam. Opuściłam szybko głowę. Może pomyśli że to nie ja?
[Petty? ^-^] 

Papillonlisse: od Daniela do Vako



-I jak? Jak poszło?
Tutaj wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw, o których istnieniu nawet nie wiedziałem.
-Ah... czyli źle?
-Fatalnie! Z początku było nawet OK, ale potem wparował jakiś kolo i, klęcząc przed nią zaczął deklamować poematy o ich miłości, że go porzuciła albo co! Wyobrażasz sobie?
-Oj tak. I musiało to wyglądać źle.
-A żebyś wiedział!-westchnął i klapnął ciężko na kanapę-Może to znak od niebios, że powinienem się odczepić od Vi, bo ktoś inny jest jej pisany?
-Musiało być naprawdę źle, zaraz ty mi tu zaczniesz deklamować-jęknąłem i usiadłem obok kumpla-Czyli Summery nie? Pomyślmy...
-Daj już spokój, Dan! Nie widzisz, że próbuję się załamywać!?-jęknął w odpowiedzi Vako.
-Nie dam spokoju i widzę, że próbujesz, ale usiłuję tego nie dostrzegać! Może w takim razie Lilianne Lavali? Jest przyjaciółką Vinylii, a ja kumplowałem się z jej chłopakiem Zgodzi się udawać zakochaną w tobie, dla szczęścia przyjaciółki...
-Żartujesz!?-prychnął.-Ona jest niezrównoważona psychicznie. One latały pod kołdrami po korytarzu, udając, że to peleryny-niewidki!
-Latały razem z Vinylią-uzupełniłem.
-Pewnie czuła się głupio, ale nie chciała robić przykrości przyjaciółkom.-uciął rozmowę.
-Czyli nie Lilianne?
-Nie Lilianne.
-A może jednaaak...
-Nie.
-No weź, to ma sens, bodziec dla Vinylii będzie mocniejszy, jeśli zaprosisz jej przyjaciółkę...
-Nie-e.
-Nadal sądzę, że to dobry pomysł.
-Nie!
-Eej...
-NIE!!!

Vako? Sam dialog ;-;

sobota, 18 kwietnia 2015

Papillonlisse: Od Aidena -c.d. Davida

- Smacznego drogi kumplu. Dobre wychowanie zawsze na pierwszym miejscu -uśmiechnąłem się. -Może serwetki? Albo od razu śliniaczek? Mama mi mówiła zawsze. Pytaj się o takie rzeczy bo to cecha dobrego wychowania. Tak więc? Różowy śliniaczek?
- Taa, Dzięki un.. Ale podziękuję - Powiedział uśmiechając się lekko. Lecz po chwili zapadła cisza, którą przerywało jedynie brzdęk odkładanego talerza. Siedzieliśmy tak jeszcze jakiś czas, nim odwarzyłem się odezwać. - Ai...
-Hym? -mruknąłem pon nosem.
- Podobasz mi się.
Nie odpowiedziałem kiedy nagle do pokoju wpadli ciut upici współlokatorzy. Mówiłem im że następnym razem jak tak przyjdą to się wynoszę. Jednakże teraz nie był odpowiedni moment na te słowa. Stanęli na przeciw mnie. Stanley zmierzył wzrokiem blondyna.
- Ej patrz! Lalunia znalazła sobie chłoptasia! -wyszczerzył się. Chyba nawet nie zauważył kolorów luniaków w jego szacie. Zmarszczył brwi jakby próbował się skupić. -Coś mi tu śmierdzi panowie...
- Ja wiem co ci śmierdzi. -powiedział Ludwik. -To jest luniak. Jeszcze aż taki pijany nie jestem żeby tego nie zauważyć. Precelku czemu ściągnąłeś tutaj wroga! To zdrada stanu! A za zdradę traci się głowy.
- Zwołać posiłki! -ryknął Olivier do Stana i Ludwiczka. -Ludwi ty już żyjesz tylko rewolucją. Może się jeszcze poprawi. Coś się utnie coś przyszyje i Ai powróci jak nowy! Precelku! Dlaczego?! -Oliver spojrzał na mnie. Do naszego pokoju wtargnęły te osiłki które bez problemu jednym uderzeniem złamałyby nos no i parę żeber. -Vincent ty bierz blondyna!
- Którego? -kupa mięśni spojrzał to na mnie to na Davida. Olivier wskazał na Davida a ten podszedł do niego. -Idziesz z nami! Znaczy się... Gdzie mam go zabrać?
- Zostawcie go! -warknąłem. Wiedziałem dokładnie że wyżyją się na nim zanim go puszczą. Skopią i pobiją co podobnie zrobią ze mną by odświeżyć pamięć iż luniaki nie są naszymi sprzymierzeńcami tak samo i my ich nie jesteśmy. -Nie powinniśmy temu zaprzestać?!
-Gada jak potłuczony! Omamił go! Vincent wynieś tego luniaka. Ja się rozprawię z młodym -powiedział i zaczął kierować się w moim kierunku. Odruchowo sięgnąłem po różdżkę. -Ej ,ej. Nie chcemy się bić. Przecież wiesz.
-Wiem tylko tyle że gdybyś chciał od razu byś mnie walnął. Co cię powstrzymuje Oli? Hm? Może mam ci przypomnieć z jakiego domu jest twoja dziewczyna! -warknąłem po czym wycelowałem w niego. To on dowodził całą tą akcją. I do tego był najbardziej trzeźwy. To co zrobiłem było głupie bo po chwili ponad 8 różdżek celowało we mnie i Davida. Mieli przewagę liczebną.
- STOP! Opuście różdżki! -Krzyknął David a wszystkie wzroki spoczęły na nim - Nie chcemy kłopotów.. - Próbował jakoś dyplomatycznie dotrzeć do upitych współlokatorów którzy zaśmiali się kpiąco. - Jestem Prefektem!
-Wiecie co? -wyszczerzył się Oliver -Chyba już wiem o co mu chodzi. I że tego nie zauważyłem. Oj precelku masz od nas podwójną nauczkę. Mamy tu dwóch pedziów. Wiesz co robić Sandor?   -Coś ty powiedział? -warknął David i już wiedziałem że to się źle skończy. Miałem tylko nadzieje że nie poniesie się emocjom i nie strzeli w tego debila Avadą. Sandor podszedł do niego był barczysty i ogólnie przypominał młodego Ogara z gry o tron a przynajmniej tak go sobie wyobrażałem. Chłopak jednym zaklęciem sparaliżował Sandora i szedł z w stronę Oliviera który nagle poczuł się osaczony.  -Pół główki! Może jakoś zaatakujecie czy będziecie tak stali i pachnieli! -krzyknął a reszta mięśniaków ruszyła na niego. Rozpętała się niezła bijatyka i słychać było co chwila albo zaklęcie rozbrajające albo do obrony oraz te bardziej w celu ataku. W jednym momencie   dwóch mięśniaków lekko ogłuszonych trzymało Davida który chodź się nadal rwał to jednak kupa mięsa trzymała go w stalowych objęciach. Ja miałem trochę gorzej bo jeden z tych bardziej inteligentnych powiesił mnie za kostkę i teraz dyndałem nie mogąc się uwolnić z zaklęcia ponieważ moja różdżka leżała za daleko a po za tym nie pamiętałem nawet przeciw zaklęcia. Wyprowadzili go chodź ten nadal się wyrywał. Olivier podszedł do mnie po czym kucnął tak by jego twarz była na przeciwko mojej bym czuł lekko odór alkoholu. Splunął na mnie po czym gwizdnął a koło niego pojawił się Ludwik i Stanley. Chłopaki mieli założone ręce na piersiach.  -I co my teraz mamy z tobą zrobić koleżko? -spytał Oli wycierając krew która ciekła mu z nosa. Sam do tego doprowadziłem i byłem dumny.  -Powiesić! -powiedział Ludwik. Zawsze miał takie pomysły. Wszystko chciał albo powiesić albo obciąć głowę. -Albo też dajmy mu popalić. Co nie Stan? Co nie Oli? -Trza tylko go upuścić czyż nie? -Stan rzucił anty zaklęcie a ja poleciałem na ziemię. -Kto by się spodziewał że nasz radosny precelek jest przekleństwem naszego domu. -Oj bo się czerwienię -powiedziałem i próbowałem wstać ale do ziemi przygwoździł mnie Ludwi swoim ciężkim buciorem. -Nie przesadzacie? Idźcie wytrzeźwieć i wrócicie za pół godziny.  -Nie trzeba było nas atakować Aiden! Ludwik niech nasz precelek wstanie. Teraz dostanie lekcję którą miejmy nadzieje zapamięta na długi okres czasu -powiedział po czym zaczął strzelać kosteczkami u rąk. Jednakże mnie ciekawiło co teraz dzieje się z Davidem. Czy dołożyli mu coś od siebie czy wyrzucili z dormitorium na korytarz? Mam nadzieje że tylko wyrzucili i mam nadzieje że chodź wybaczy mi za tych ciołków.Wiedziałem że broniąc się i tak dostałbym większe bencki niż zarobiłem. Ludwik i Stan wzięli mnie za ramiona tak aby Oli miał łatwy cel. Przymierzył się po czym wycelował mi w brzuch pięści i pewnie by mu się udało gdyby nie odruch przez który dostał w klatkę piersiową z kolana. Zaklną pod nosem po czym przywalił mnie w żebra tak mocno że na chwilę straciłem dech w piersiach i świadomość. Straciłem jakby grunt pod nogami i teraz to ci którzy przed chwilą trzymali mnie tylko po to bym nie uciekł trzymali mnie po to bym nie upadł i nie stracił przytomności. Oli uśmiechnął się po czym przywalił mi w nos a ja na chwilę straciłem przytomność. Obudziłem się parę minut później. Chłopaków nie było a ocierając nos poczułem że krew pomału już zasychała. Jeśli miałbym dziś spać z tymi psycholami to wolałbym już spać w Azkabanie przynajmniej dementorzy nie biją. Poszedłem do łazienki zataczając się ale to tylko dlatego że za szybko się podniosłem. Opłukałem twarz i dopiero wtedy poczułem przeszywający ból w klatce piersiowej. Wyszedłem z naszego dromitorium do pokoju wspólnego jakaś dziewczyna podeszła do mnie ale powiedziała mi tylko że  trochę krwi z nosa znalazło się na uszach. Nie wiedziałem czy powiedzieć dziękuję bo raczej chyba tak to nie działa. Wyszedłem z PW do SS bo żebra bolały mnie na tyle mocno że każdy oddech sprawiał mi ból. Pielęgniarka jakby nie zdziwiona podeszła do mnie.   -Co tym razem? -spytała a ja odpowiedziałem tylko że ze schodów spadłem. Kobieta zmarszczyła brwi. -Tak a ja to założycielka Akademii. Nos złamany i 2 pęknięta żebra. Powiedz  mi ile ty tych schodów przeleciałeś? -Wpadłem na... Obraz! -powiedziałem a kobieta zacmokała niezadowolona i tylko podała mi eliksir który miał poskładać popękane żebra. Nie smakował zbyt dobrze. -Oj kochanieńki to nie kakałko a leczący lek.   Podziękowałem i wyszedłem. I właściwie to gdzie teraz miałem iść. Jednakże ciekawiło mnie jak tam z Davidem. Czy w ogóle żyje. Ruszyłem więc w stronę domritorium luniaków. Już w lochach napotkałem te krzywe spojrzenia. Zaczepiłem jakiegoś chłopca który powiedział że pomoże. I nie czekając długo zobaczyłem na szczęście żyjącego Davida.  -Hej. Żyjesz? -chodź chciałem powiedzieć to jako normalne a wyszło jak wyszło. -Mogę wejść? Czy mam uprowadzić luniaka, sparaliżować go i zabrać jego szaty?
[David?]

piątek, 17 kwietnia 2015

Papillonlisse: Od Cisy cd. Amir

Wyrwałam swoją dłoń z jego uścisku, złapałam go za nogę i zaczęłam gilgotać jego kolano, co sprawiło że przewróciliśmy się oboje i poturlaliśmy się do lasu. Turlaliśmy się godzinami.
W końcu uderzyliśmy w jakieś drzewo. Pomogłam Gapciowi wstać i nagle oślepiło mnie zachodzące słońce. Dobiegłam po omacku przed siebie, depcząc kwiatuszki i strasząc nietoperze, aż uderzyłam twarzą w dąb tak mocno, aż się posypały z niego pomarańcze. Zezłoszczone drzewo przemówiło głosem Władimira Putina:
- Jestem Ziomuś Kasztanowiec. Z chęcią rozkminię wszystkie twoje problemy, które są związane z życiem pozagrobowym wiewiórek na melanżu u kasztanowca.
Nie zaczaiłam pistacjowej zajawki melanżowego kasztanowca, więc Gapcio postanowił zaczaić go po psiemu oblewając go moczem jednorożca.

<<Gapciu?>>

Ombrelune: Od David'a cd. Aiden'a

- Smacznego drogi kumplu. Dobre wychowanie zawsze na pierwszym miejscu - uśmiechnął się.
-Może serwetki? Albo od razu śliniaczek? Mama mi mówiła zawsze. Pytaj się o takie rzeczy
bo to cecha dobrego wychowania. Tak więc? Różowy śliniaczek?
- Taa, Dzięki un.. Ale podziękuję - Powiedziałem uśmiechając się lekko. Lecz po chwili
zapadła cisza, którą przerywało jedynie brzdęk odkładanego talerza. Siedzieliśmy tak
jeszcze jakiś czas, nim odwarzyłem się odezwać. - Ai...
-Hym?
Nie wiedziałem jak to zrobić... więc zrobiłem najgłupszą z możliwych rzeczy
jakie kiedykolwiek zrobiłem. Pozwoliłem moim ustom mówić to co im ślina na język przyniosła.
- Podobasz mi się.
Nie odpowiedział, kiedy nagle do pokoju wpadli ciut upici, jego współlokatorzy.
Stanęli na przeciw Ai'a. Jakiś chłopa, zmierzył mnie wzrokiem.
- Ej patrz! Lalunia znalazła sobie chłoptasia! - Wyszczerzył się. Zmarszczył brwi jakby próbował
się skupić. -Coś mi tu śmierdzi panowie...
- Ja wiem co ci śmierdzi. -powiedział inny, drugi. -To jest luniak. Jeszcze aż taki pijany nie jestem
żeby tego nie zauważyć. Precelku czemu ściągnąłeś tutaj wroga! To zdrada stanu! A za
zdradę traci się głowy.
- Zwołać posiłki! -ryknął trzeci chłopak na tamtych . -Ludwi ty już żyjesz tylko rewolucją.
Może się jeszcze poprawi. Coś się utnie coś przyszyje i Ai powróci jak nowy! - Zmarszczyłem
brwi.. Tylko ja mogę na mojego Aidena, mówić Ai! Eee... Znaczy na Aidena, nie mojego...
 mniejsza. To wszystko bardzo, bardzo mi się nie podobało..
- Precelku! Dlaczego?! - Ten pierwszy spojrzał na mnie. Do pokoju wtargnęły te osiłki, które
 bez problemu jednym uderzeniem złamałyby nos no i parę żeber. -Vincent ty bierz blondyna!
- Którego? -kupa mięśni spojrzał to na mnie to na Ai'a. Ten sam co mówił wskazał na mnie
a ten podszedł do mnie zaraz. -Idziesz z nami! Znaczy się... Gdzie mam go zabrać?
- Zostawcie go! -warknął Aiden. -Nie powinniśmy temu zaprzestać?!
-Gada jak potłuczony! Omamił go! Vincent wynieś tego luniaka. Ja się rozprawię
z młodym -powiedział i zaczął kierować się w jego kierunku. Nie wiedziałem za bardzo o co
chodzi, o co IM chodzi. Aiden odruchowo sięgnął po różdżkę. -Ej ,ej. Nie chcemy się bić.
Przecież wiesz.
-Wiem tylko tyle że gdybyś chciał od razu byś mnie walnął. Co cię powstrzymuje Oli? Hm?
Może mam ci przypomnieć z jakiego domu jest twoja dziewczyna! -warknął Ai, po czym
wycelował w niego. Wychodziło na to, że to on dowodził całą tą akcją. I do tego był
najbardziej trzeźwy, patrząc po nich. Po chwili ponad 8 różdżek celowało we mnie i Aia.
Mieli przewagę liczebną. To było chore. Postanowiłem jakoś temu zaprzestać
- STOP! Opuście różdżki! - Krzyknąłem, jednocześnie mając w rękę na różdżce, co znajdywała
się w mojej kieszeni. - Nie chcemy kłopotów.. - Zacząłem, chciałem jakoś uspokoić
podpitych kolesi, na co oni się roześmiali. - Jestem Prefektem! - Zawołałem byłem
podenerwowany a oni chcieli nas rozdzielić. Nie mogłem na to pozwolić, bo nie zniósłbym
myśli, że nie wiem co się dzieje z Ai'm
- Wiecie co? -wyszczerzył się Oliver, jak mniemam. - Chyba już wiem o co mu chodzi.
I że tego nie zauważyłem. Oj precelku masz od nas podwójną nauczkę. Mamy tu dwóch
pedziów. Wiesz co robić Sandor?
-Coś ty powiedział? -warknąłem, wkurzyłem się, sam właściwie nie wiem czemu. Jestem Bi,
tak ale nikt prawie, że o tym nie wie i może to mnie zdenerwowało, że on nie znając mnie
nazwał mnie 'pedziem' na głos i już wiedziałem, że to się źle skończy.
Ten cały Sandor podszedł do mnie, był barczysty i ogólnie przypominał młodego Ogara.
 Jednym zaklęciem sparaliżowałem Sandora. I poszedłem w stronę Oliviera.
-Pół główki! Może jakoś zaatakujecie czy będziecie tak stali i pachnieli! - krzyknął a reszta
mięśniaków ruszyła na mnie. Rozpętała się niezła bijatyka i słychać było co chwila albo
zaklęcie rozbrajające albo do obrony oraz te bardziej w celu ataku. W jednym momencie
dwóch mięśniaków lekko ogłuszonych, trzymało mnie, chodź się nadal rwałem to jednak
kupa mięsa trzymała mnie w stalowych objęciach. Ai miał trochę gorzej, bo jeden z tych
bardziej 'inteligentnych' powiesił go za kostkę i teraz dyndał, nie mogąc się uwolnić z zaklęcia,
a różdżka leżała za daleko. Wyprowadzili mnie, chodź ten nadal się wyrywałem.
Gdy mnie wyciągnęli z pokoju, cały czas się szarpałem chodź nie miałem szans przy nich.
Zabrali mi różdżkę oraz trzymali w żelaznym uścisku ciągnąc mnie przez korytarzyk,
później przez schody a następnie przez PW i wyrzucili mnie, stojąc w przejściu
na korytarz przy ich wejściu do PW. - No i zostaw Precelka, nie będziesz go nam
Luniakował! - Powiedział jeden z nich, kiedy mnie wypchali mocno, tak że się wywaliłem,
a który lekko kulał ~ Oczywiście dzięki mnie. Drugiemu chyba, złamałem rękę lub
przynajmniej coś z nadgarstkiem zrobiłem ponieważ widziałem jak się krzywił na nią.
Gdy już mieli wracać do siebie, ten z bolącą ręką zawrócił się podszedł do mnie.
Nadal leżałem na wpół, na ziemi ponieważ bolała mnie lekko kostka od tego, że nie
dość kopnął mnie ktoś mocno w nią podczas bójki, to również gdy mnie ciągnęli to
uderzałem o różne rzeczy a także i o stopnie. Gdy uniosłem się na łokciach, chcąc wstać
gdy do mnie doszedł ten zamachnął się i kopną mnie w twarz i dopiero potem odszedł, śmiejąc
się i gadając jakieś głupoty chwilę leżałem na ziemi trzymając się  za bolący nos, dopiero
gdy pulsujący ból troszkę zmalał i mogłem już myśleć o czymś innym, od razu się
zorientowałem, że leci mi krew z nosa, a po chwili podeszła też myśl, że Aiden został
tam sam, z tymi głupimi, pijanymi osiłkami. Przestraszyłem się nie na żarty.
Szybka poderwałem się, przy okazji krzywiąc się na ból w kostce. I podszedłem do Obrazu.
- Musisz mnie wpuścić! - Zawołałem do niej, budząc ją. Budząc, ponieważ spała
a teraz wyglądała na niezadowoloną.
- Hasło. - Powiedziała.
- Nie znam! - Odpowiedziałem pocierając czoło. - W takim razie nie wejdziesz.
Odpowiedziała. Ja zaś spojrzałem na nią zły. - ALE MUSISZ MNIE WPUŚCIĆ! TO WAŻNE!
- Nie ma Hasła, nie ma wejścia.
-Jestem Prefektem, do kurwy nędznej!
Uniosłem się zdenerwowany ta zaś spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem.
- Wpuścić bez hasła mogę tylko Naczelnego jak już. - Odpowiedziała i odwróciła się.
- ALE TO WAŻNE! Grodzi mojemu.. przyjacielowi niebezpieczeństwo!
- To idź po profesora. - Odpowiedziała.
- Ale będzie za późno! - Piekliłem się.
- Nie wpuszczę cię. - Odpowiedziała i zaczęła znikać z portretu na inne.
- CZEKAJ! - Zawołałem waląc w obraz. - Masz mnie wpuścić rozumiesz! - Krzyczałem,
 ale na nic to było, jej już nie było a nawet nikt z Papillonów nie poczłapał się by otworzyć
wejście i sprawdzić kto tak wali i się drze.
Zły osunąłem się na ścianie obok obrazu łapiąc się za nos, zatykając go i przechylając twarz
do góry. Byłem pewny, że mam złamany, strasznie mnie bolał a krew cały czas się lała.
Po pewnym czasie zaczęło mi się nawet kręcić w głowie, dlatego postanowiłem iść
do Siostry Heleny, czyli do SS.
Po tym gdy doszedłem siostra nawet nie pytała się o co chodzi od razu 'naprawiła mi nos'
lecz dalej mnie bolał i trochę krwawiłem dała mi eliksir i maść. Założyła mi mały
opatrunek na nos z tą właśnie maścią oraz kazała nosić cały czas także jak będę się kład
spać i dopiero jutro mam przyjść przed śniadaniem to zdejmie [nałożyła specjalne zaklęcie
by mi nie zeszła czy cóś.] i da znów eliksir.
Tak też wróciłem do siebie, zwracając uwagę gdy przechodziłem przez Pokój wspólny.
Dziewczyny się spytały o co chodzi ale zbyłem je mruknięciem i poszedłem do Dormitorium,
Adama nie było - O tyle dobrze. -  Więc miałem spokój i zamknąłem zaklęciem drzwi na
wszelki wypadek.
Po godzinie może dwie? Usłyszałem pukanie. Gdy otworzyłem
zobaczyłem jakiegoś pierwszaka, który mi powiedział, że ktoś do mnie jest przed naszym
 PW, i prosił by mnie zawołać.
Kiwnąłem mu głową i dałem cukierka, a następnie poszedłem z  sercem w gardle do wyjścia.
W myślach wiedziałem kto to jest. Lecz dopiero gdy przeszedłem przez PW luniaków
i wyjrzałem na korytarz, potwierdziłem moje przypuszczenia. Wyszedłem całkiem na
korytarz i stanąłem przed Aid'im.

< Ai? Hehe dobra to co pisaliśmy przekształciłam teraz ty przekształć i tylko dodasz ten
fragment co się działo u ciebie i to jak przyszedł do mnie i wogóle... :p>

wtorek, 14 kwietnia 2015

Papillonlisse: Od Aiden'a-c.d. David'a

Kiedy się od mnie… No cóż oderwał nadal czułem na swoich wargach posmak jego ust. Nie do końca wiedziałem, co mam mu powiedzieć. Nie miałem nawet pojęcia jak na to zareagować. Odwróciłem głowę by spojrzeć gdzieś w dal, a chłopak westchnął ciężko.
- Wiesz, co… Zapomnij o tym. Tak jak Adam… -powiedział zdołowany na tyle, że chyba nawet i ja nie będę potrafił go pocieszyć. Nie teraz, kiedy to wszystko muszę poukładać w głowie.
- Dave… -zacząłem i odwróciłem się do chłopaka. Tyle, że co chciałem mu powiedzieć? Chciałem go tylko pocieszyć, lecz coś mi mówiło, że to nie było tylko to. –Nic się nie stało… Znaczy, jeśli chcesz możemy zapomnieć o tym…, O czym to? No właśnie. Szczerze tak między nami nienajgorzej całujesz. Twoja wybranka ma szczęście. Ale może tak wychwalam, bo nigdy nie całowałem się z chłopakiem? Dobra… Drążę temat. Kumplu chodźmy się przejść to może znajdziemy kompletnie inny temat? Na przykład… Czy nie sądzisz, że smoki w dzisiejszym świece są dyskryminowane?
- Hm… Jakby się tak zastanowić to twierdzę, iż nie do końca –powiedział i nawet się uśmiechnął. Lecz nie mam pojęcia ile w tym uśmiechu było tego szczerego uśmiechu, a ile wymuszonego.
- Ale… Ja tam twierdzę iż są niesłusznie uznawane za mordercze stworzenia. Można przecież je jakoś udomowić. Jestem tego pewien. Przecież nie każdy smok musi być maszynką do zabijania. Prawda? -spytałem.-Po za smokami Dany… No, ale… Ja i tak wiem swoje.
- Za dużo się naoglądałeś bajek z siostrą Ai –powiedział, a ja oddałem mu sójką w bok. Ruszyliśmy w stronę błoń rozmawiając o tym jak to zwierzęta magiczne są traktowane okropnie w naszym świecie. Ja twierdziłem, że skrzaty są dyskryminowane i że powinny mieś przynajmniej niską płacę, a Dave rozgadał się o tym, jakie to wile są ładne. Nie podzielałem jego zdania w szczególności, że są tylko ładne, dopuki po chwili cię nie otumanią. I wyobrażasz sobie, że siedzisz na jednorożcu a przed tobą stoi owa wila bez niczego i podchodzi tym swoim uwodzicielskim krokiem. I tym sposobem doprowadziłyby do szaleństwa i śmierci. Po czym porównałem je do syren, a ten zmarszczył nos mówiąc, że to jest niebo a tamto piekło.  Przypominając sobie żeglarskie historie nagle zacząłem przytakiwać, bo nie każda syrenka to była milusia Arielka. Z błoni ruszyliśmy na dziedziniec a tam dojrzeliśmy skromny pojedynek młodych uczniów. Chłopak przygryzł wargę jakby pojedynki przywoływały w nim jakieś nieprzyjemne wspomnienia.
- Tak, więc streszczając naszą rozmowę… Skrzaty powinny mieć płacę, ale odebrany alkohol, bo nie są zbyt trzeźwe nawet, jeśli to piwo kremowe. Wile są lepsze od syrenek, które nie są Arielkami. Smoki nieokiełznana sfajczą wszystko, pegazy powinny dostawać więcej paszy a te wielkie konie, które zaczynają się na a powinny się dzielić trunkiem, który piją. –powiedziałem, a Dave przytaknął. Może to dziwne, ale dopiero teraz zauważyłem, że jest naprawdę… Przystojny? Nigdy nie oceniałem tak chłopaków. Jednakże to nadal przyjaciel nawet, jeśli mnie pocałował to nadal jest przyjaciel.
- A tak w ogóle mój kumplu to ile miałeś dziewczyn? –spytał wytrzeszczając się, ponieważ znał odpowiedź. Może ja nie byłem aż tak przystojny, ale ja po prostu przebierałem w poszukiwaniu tej jedynej a nie brałem, co leci, co pies wykopie i co babka na targu po przecenie sprzeda.
- Nie do końca pamiętam mój przyjacielu. Bodajże, 5… Ale to ty pochwal się jak długo wytrzymywały twe związki? I jak się kończyły? Bo moje nie trwały krótko i chodź to takie nie męskie to dziewczyny ze mną kończyły. –podrapałem się niezręcznie po karku. –Może to głupie, ale po prostu nie lubię łamać serc nawet, jeśli naprawdę chcę z tą dziewczyną zerwać. Po prostu nie mogę, bo boję się o to jak może zareagować. Miałeś tak kiedyś?
- Ale że co? Że bałem się iż moja dziewczyna po tym jak ją rzucę to rzuci się z okna najwyższej wierzy? –przytaknąłem, a ten wzruszył ramionami. Zmarszczyłem nos, a blondyn uniósł brew. Jego oczy wpatrywały się w moje. Serducho nagle zabiło szybciej, ale to nie mogło być to.
- Dave to jak teraz? Wygadałeś się i w ogóle. Gdzie zmierzasz? Jak chcesz to wpadaj do mnie powiedz tylko obrazowi, że chcesz rozmawiać z preclem, a powinni mnie zawołać. Proszę cię nie pytaj, dlaczego precel, bo nawet, jeśli będziesz drążył to i tak ci nie powiem. –palcem wskazującym dźgnąłem go. –To jest tylko i wyłącznie moja sprawa… No i wszystkich Papilonów, ale oni i tak pary nie puszczą. Chyba, że są niczym Brutus, a wtedy będę mógł wypowiedzieć te słynne słowa „I ty Brutusie przeciw mnie?” To jak? I tak i tak zmierzam w stronę dormitorium. Nie przejmuj się tylko ludźmi najwyżej… Najwyżej cię zjedzą, ale wpierw nabiją na pal i usmażą na rożnie.
David uśmiechnął się jakby już zapomniał o tym wszystkim, co się wydarzyło. To dobrze a może i nie? Może powinienem przetrzeć oczy jeszcze raz by zrozumieć ten dość skomplikowany świat? Obraz poprosił o hasło, przy czym spiorunował blondyna wzrokiem jednakże to ja go wpuściłem. Niczym prawdziwi ninja przedostaliśmy się do mojego pokoju. Był pusty, ale to, dlatego że chłopaki grali w wybuchającego durnia w pokoju wspólnym.
- Witam w moim królestwie! –wskazałem na ten wielki burdel i jedyne pościelone łóżko, które należało do mnie. Nie chodzi o to, że jestem pedantem po prostu jeden skrzacior mój brachol mnie polubił i mi ścieli oraz nawet układa ubrania w szafie. W kosteczkę! –Siadaj gdzie chcesz…, Ale nie radzę siadać na podłodze. Nigdy nie wiadomo, jakie czyhają tam potwory. Widzisz przyjacielu żyją tu niechlujne osobniki, dla których podłoga to śmietnik, szafka, kosz na brudne ciuchy i w ogóle… Chcesz coś zjeść? Pucek przyniósł mi muffinki. Znaczy przynajmniej tak się umówiliśmy. Pucuś to skrzat tak jakby, co. Bo chyba tylko ja mam takie cudowne przezwisko jak precel jednakże nie używajmy go…
Podszedłem do skrzyni gdzie na ciuchach leżał talerzyk a na nim parę muffinków. Wyciągnąłem je i podałem blondynowi, który usiadł na moim łóżku. Chłopak spojrzał to na babeczkę to na mnie, ale w końcu wziął ażeby był pewny, że nie są zatrute to sam wziąłem jeden i zjadłem.
- Pucuś jest dobrym skrzatem nie otruł nas. –uśmiechnąłem się i David zrobił to samo. Miał łady uśmiech. Dosyć! To przyjaciel nie traktuj go inaczej. Chciałem coś powiedzieć, ale jedynie, co mi przyszło na myśl to powrót do tego, co mieliśmy zapomnieć, ale ja nie potrafiłem.
[Davidku? ^-^]

Uczennica Domu Papillonlisse: Jane Star

Jane Star

Imię:  Jane
Pseudonim/Ksywka: 
Nazwisko:  Star
Krew: Pół Krwi
Rok: Czwarty
Data Urodzenia: 7 Lipca
Dom: Papillonlisse
Drużyna Quidditch'a: Ścigająca, Kapitan drużyny Papillonlisse
Chłopak:  Miała chłopaka...
Rodzina:  Mama(nie żyje) Aurélie,Ojciec (nie żyje) Edmond, Bracia Nicodème
(zaginął) i Maxime, Macocha Malvine Siostra, przyrodnia: Nadine.


Sowa: 

Towarzysz: Gekon - Pascal




Różdżka: Wierzba, Rdzeń: Pióro feniksa, Długość: 10 i pół cala,
Właściwości: świetna do zaklęć i uroków.
Ciekawostki:
~ Bogin - śmierciożerca
~ Patronus - chart
~ Genetyka - Jest animagiem (seter irlandzki)
~Zdolności - Teleportacja
~ Inne - Ma 3 dziurki w lewym uchu i 4 w prawym lecz nie zawsze zakłada wszystkie kolczyki.
Ulubiony Przedmiot: Opieka nad magicznymi stworzeniami
Znienawidzony Przedmiot: Historia Magii
*~ Stajnia - I
Właściciel - ♥Joanne♥



Zainteresowania: Muzyka, śpiew, gimnastyka artystyczna, taniec, fortepian, zwierzęta, książki

Aparycja: Jane jest średniego wzrostu.Jej włosy mają płomiennie rudy kolor, są lekko 
falowane i sięgają jej do łopatek.Jej oczy mają szmaragdowy odcień i są w kształcie migdałów.
Jej cera jest cała w rudych piegach.

Charakter: Jane jest bardzo różna ,jednego dnia na nią trafisz i jest ,łagodna 
oraz straszliwie nieśmiała,a innego dnia jest wredna i oschła. Kiedyś była pozytywnie
rąbnięta i zawsze pozytywnie nastawiona do świata jak i do ludzi. Teraz jednak stała się 
nie tyle co wredna co po prostu bardzo ale to bardzo sarkastyczna. Opryskliwa często 
nadęta jak balon lecz to tylko maska. Pod tą maską kryje się dziewczyna która jednak 
ma uczucia lecz te uczucia są nadszarpnięte. Kiedyś złamanie jakiejkolwiek zasady 
było czymś niedopuszczalnym teraz jednak potrafi zrobić wszystko by jak najdalej 
oddalić się od społeczeństwa. Stała się aspołeczna chodź kiedyś nie potrafiła wytrzymać
nawet dnia bez ludzi i bez rozmowy teraz często ukrywa to wszystko głęboko w sobie.

Historia: Jane nie ma wesołej historii.Urodziła się w małym miasteczku nie daleko Paryża. 
Jej rodzice byli aurorami wysokiej klasy chociaż jej matka była mugolakiem nikt nie 
zwracał na to uwagi.Podczas gdy ojciec był na misji, jej starsi bracia siedzieli u babci, 
a Jane i mama (Jane miała wtedy 7 lat) siedziały w domu.Jeden z śmierciożerców 
nawiedził jej dom.Jane schowała się w szafie i przez dziurkę od klucza patrzyła jak 
mama walczy niestety chodź była bardzo dobra, zaklęcie Avady trafiło ją i na oczach 
dziewczynki osunęła się na ziemie martwa. Śmierciożerca jeszcze szukał w domu,
Jane ze strachu przykryła się stertą maminych cinchów znajdujących się w szafie.
Czarodziej szybko zniknął gdy usłyszał kroki jej ojca.Wyszła z szafy i tylko płakała nad 
ciałem matki. Od tego czasu to ojciec próbował robić to co matka np.robił jej (koślawe) 
warkoczyki, uczył grać na pianinie lecz nie potrafił dlatego też ożenił się drugi raz jej 
macocha była inna od jej matki ale bardzo troskliwa. Przez to rana po stracie matki 
zabliźniła się ale nie zagoiła.I tak też żyła, chodziła do szkoły i miała dosyć szczęśliwe 
życie do puki nie wezwano ją do domu. Kazano jej rzucić wszystko by pojechać do domu. 
Zastała swojego ojca lecz nie człowieka pełnego energii jakiego pamiętała a osobę martwą, 
ubraną we frak, w trumnie. Mówi się że śmierć w przypadku aurorów jest ryzykiem 
zawodowym ale nigdy nie myślała że i ona dosięgnie akurat teraz jej ojca. Po pogrzebie 
dostała rozkaz wyjechania do babki lub do jednego z braci. Wybrała brata. Okazało się że 
ten już ma ułożone życie nie tak jak jego bliźniak. Maxime wyczuwał że coś się z jego 
bratem dzieje, zazwyczaj tak jest jeśli chodzi o bliźnięta że wyczuwają co się dzieje 
z drugim. I pewnie by po paru miesiącach wróciła do szkoły gdyby nie to że okazało 
się iż Nico zaginął a to już wydawało się dziwne. Jej rodzinny dom nagle został 
opustoszały bo macocha wraz z jej córką wyjechały do jej matki a bracia mieli własne 
mieszkania, stojące mauzoleum które jedynie odwiedzała babcia by wysprzątać 
i poodkurzać. Dziewczyna zamknęła się w sobie i całe dnie przesiadywała na parapecie 
w pokoju gościnnym mieszkania Maxima. Pogrążała się w myślach sprawiając że wszystkie 
te straty dźgały ją na nowo. Raniąc głęboko tak jak to rany po stracie bliskiej osoby potrafiły.
Pewnego dnia dostał list od jej zaginionego brata a treść była następująca 
"Nie szukajcie mnie, mam się dobrze. Wasz Nico. Ps. Uważaj na siebie Jane".
 Jednak coś jej nie pasowało. Może te plamy które chodź już wyschnięte pozostawiały 
ślad na kartce. Były to ślady łez więc jak ktoś koto ma się dobrze może płakać? 
Poszukiwania brata nadal trwały lecz bezskutecznie. W końcu dziewczyna załamała 
się i tylko Max potrafił ją jakoś pocieszyć. W końcu jednak musiała wrócić do szkoły
nawet jeśli nie chciała.






poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Ombrelune: Od David'a Do Aiden'a

Szedłem korytarzem, rozglądając się dookoła. Szukałem Aidena ale nigdzie nie mogłem
go znaleźć, nagle zza rogu, jak torpeda wybiegł jakiś chłopak, który po bliższym
przyjrzeniu się, okazał się właśnie Ai'm. Gdy ostro wyhamował przede mną, o mało na mnie
nie wpadając, od razu się wyszczerzył.
- O tu jesteś! - Zawołał. - Szukałem Cię, ale nigdzie nie mogłem cię znaleźć. - Podrapał
się po głowie, dalej szczerząc jak głupi.
- Ja też Cię szukałem. - Odpowiedziałem mu, uśmiechając się lekko. - I widać musieliśmy
się mijać. - Dodałem.
- Co jest? - Zapytał zmartwiony, na co zmarszczyłem brwi.
- Co? Nic, nie wiem o co ci chodzi. - Mruknąłem.
- Oj już ty dobrze wiesz! - Zawołał. - Coś Cię dołuje, chcesz pogadać?
Zapytał a ja westchnąłem.
- Taaa... - Mruknąłem. - Może chodź na błonie co? - Zapytałem, patrząc na niego niepewnie.
- Pewnie!

~*~

- To mów o co chodzi? - Zapytał gdy siedzieliśmy na mostku, przy jeziorze.
- Mam tego po uszy w nosie... Mam dość. - Powiedziałem wzdychając.
- Ale czego?
- Bo.. Widzisz mój związek z Les... Na początku było w porzo... W wakacje też...
Ale odkąd wróciliśmy do szkoły, to katastrofa! - Uniosłem się lekko. - Ciągle się kłócimy,
wrzeszczymy i wyzywamy. O wszystko się czepia, i chodź wiem, że pewnie bez winny nie
jestem, to nie potrafię się z nią dogadać!
- Może.. Powinniście o tym pogadać? - Zaproponował nie pewnie, zerkając na mnie a ja na niego.
- Nie... Nie chce, nie mogę, nie potrafię z nią szczerze porozmawiać o takich rzeczach!
- Czemu?
- Bo i tak ją oszukuję! - Krzyknąłem w przypływie... Czegoś. I wiedziałem, że za dużo powiedziałem..
- Czemu ją oszukujesz? Jak? - Zaczął drążyć.
- Aiden nie..
- Powiedz, wiesz że mi możesz powiedzieć wszystko. Czasem trzeba się wygadać...
- Ale ja nie mogę!
- Czemu?
- Bo nie!
- Nie ufasz mi?
- Ufam ale...!
- Nie ma ale, David. - Powiedział jak do małego dziecka, szczerząc się. - Albo mi ufasz, albo nie.
- ... - Nie odpowiedziałem, a on nie naciskał. Dziwne zawsze był taki... Wesoły nie poważny,
by się zdawało, a teraz? - Ale obiecaj, że to zostanie między nami, ok?
- Obiecuję. - Uśmiechną się.
- Bo, ja jej nie kocham... Nigdy jej zresztą nie wygłaszałem miłości. Lecz... No jest ładna..
I w ogóle jest spoko, ale nie byłem z nią nigdy szczery... Nie była nigdy dla mnie... Ważna.
A zamiast mówić, że ją kocham, mówiłem że jest dla mnie ważna... Jej to zdawało się wystarczać.
Wziąłem ją na bal, mówiłem Ci zresztą o tym i jak ją poprosiłem o chodzenie, no nie? - Pokiwał
głową. - To powiedziałem jej, że możemy wkurzyć diabła i w ogóle... I ona na to przystała.
Ale ja zrobiłem, to też z innych pobudek.. . - Zamilkłem.
- Czemu?
- Jestem gejem. - Wypaliłem. A Aiden zrobił oczy wielkości krążków od hokeja. Spanikowałem.
- Znaczy.. Nie... Jestem Bi, okey?
- Yy.. Spoko. - Chwila ciszy. Czułem się niezręcznie. Głupi! On chyba też...
- Ja w trzeciej klasie, odkryłem swoje zainteresowanie tą samą płcią. A właściwie przed, w wakacje.
I D-diabeł b-był moim obiektem za-adużenia. - Wyjąkałem... Założę się, że byłem zarumieniony po
same koniuszki uszu, ale tak dziwnie o tym mówić. - Gdy się pokłóciliśmy było mi ciężko...
Mówiłem ci o tym, no nie? No.. I po tym, gdy tak spektakularnie się pogodziliśmy i zostaliśmy sami...
J-ja go pocałowałem. - Nie patrzyłem na niego. Wlepiłem wzrok w swoje dłonie, kontynuując.
- Był w szoku takim, że nawet kilka razy oddał go, ale później mnie odsunął. Powiedziałem mu,
ale on powiedział, że nic do mnie takiego nie czuje i bla, bla,bla mniejsza o to.- Zaśmiałem się, co
zabrzmiało histerycznie. - Dlatego zaprosiłem Les... Spotkałem ją tuż po tym, jak on poszedł sobie.
Udawałem, że niby nic się nie stało, ale to bolało. J-jaa... Ja chciałem go sobie zastąpić.. Ona mia-ła
mi go zastąpić.. W końcu to jego siostra, po za tym mogłem być jeszcze bliżej niego... Miałem
powód, by chociaż przesiadywać częściej u niego w domu. Balem zwróciłem jego uwagę, gdy
się dowiedział, że jestem z jego siostrą.. .. Kurwa! - Schowałem twarz w dłonie. - Ja nie....
Wiesz, że ten pocałunek z diabłem, był pierwszy z ch-hłopakiem...? I było cudownie.. Cholera!
Byłem lekko zrozpaczony.. Lekko mówiąc. A to, że Aiden milczał tylko mnie dobijało, jeszcze
bardziej.
- Uważasz, że jestem żałosny? - Zapytałem.
- Nie...
- Wiesz lubię cię. - Przerwałem mu. Tym razem na niego spojrzałem. - Zawsze wiesz jak
mnie rozśmieszyć, przy tobie dostaję głupawki i nie przeszkadza mi to, że ktoś na to patrzy.
- Dzięki też... - Tym razem znów, nie dałem mu dojść do głosu... Tylko...
Obróciłem się do niego, i złapałem go za szyję i... po całowałem.



<Aiden? >

niedziela, 12 kwietnia 2015

Uczeń Domu Papillonlisse: Nicklase Craven

Nicklase Craven 


Imię:  Nicklase
Pseudonim/Ksywka: Nick, Nico, Nicolas
Nazwisko: Craven 
Krew: Pół Krwi 
Rok: Trzeci
Data Urodzenia: 10 listopad 
Dom:   Papillonlisse
Drużyna Quidditch'a: ---
Chłopak:  Szuka [tak, jest gejem]
Rodzina:  Nicklase nie lubi za bardzo opowiadać o swojej rodzinie, 
ma dobrych rodziców, oprócz tego miał jeszcze brata, 
jednak zginął w wieku 9 lat.


Sowa: Płomykówka, Marzia 



Towarzysz: Morte, Wąż, Żmija Atheris, 




Różdżka:  Jarzębina, Szpon Hipogryfa, 15 cali
Ciekawostki:
~ Bogin - Postać jego młodszego brata.
~ Patronus -   Pies rasy Akita Inu.
~ Genetyka - 
~Zdolności -  Posługiwanie się językiem węży.
~ Inne - 

Ulubiony Przedmiot: Transmutacja
Znienawidzony Przedmiot:  Eliksiry 
*~ Stajnia - -
Właściciel - Horo


Zainteresowania: Tak jak wcześniej było mówione, Nicklase interesuje się 
zbieraniem scyzoryków. Lubi również samotnie chodzić do lasu… 
ogólnie siedzieć samotnie. Zajmowanie się swoimi zwierzątkami, też jest 
w pewnym sensie zainteresowaniem, ponieważ przykłada do tego dużo wagi.
 Lubi też śpiewać, co wychodzi mu całkiem dobrze. Preferuje raczej muzykę 
gatunku Rock i Metal [oraz odchodzące od tego podgatunki]. Dobrze gra także 
na gitarze elektrycznej oraz perkusji. 

Aparycja: Nicklase to wysoki chłopak bo aż metr osiemdziesiąt dwa, 
‘’wspaniałego’’ człowieka. Pomimo tego, że nosi zazwyczaj luźniejsze ubrania, 
przez co wydaje się chudszy, jest dosyć umięśniony. No może nie przesadnie, 
ale jakiś zarys mięśni to on ma [jak się napnie chłopaczyna to hehehe]. 
Ma jasną karnację, jego skóra jest prawie tak blada jak u trupa. Długie jak na 
chłopaka, gęste i rozmierzwione czarne włosy. Do tego jasno niebieskie oczy, 
które dodają mu uroku. Chłopak ma dwa kolczyki na prawym uchu oraz tak zwane 
Snake. Na plecach ma wytatuowane małe, czarne krucze skrzydła [ukrywa 
ten fakt przed całym światem]. Lubuje się raczej w ciemnych ubraniach, 
które zazwyczaj odzwierciedlają jego ponury nastrój. Prawie zawsze chodzi ze swoim 
plecakiem, z którym bardzo rzadko się rozstaje. 

Charakter: Jeśli nie znasz Nicka, to nie warto go oceniać. Jest to chłopak 
o dosyć dziwnym charakterze. Na pozór może się wydawać wrogo do każdego 
nastawiony, cichy i skryty. To dwie ostatnie cechy są w pewnym stopniu prawdą. 
Chłopak potrzebuje czasem chwili samotności, jednak nie preferuje tego 
w nadmiarze. On też potrzebuje czasem się do kogoś odezwać. Tak więc jest 
otwarty na nowe znajomości, stara się wpasować w nowe towarzystwo chociaż 
nie zawsze mu to wychodzi. Nie brakuję mu odwagi, jednak tak jak każdy ma chwilę
zawahania. Jest oddanym przyjacielem, ciężko jest go obrazić, zazwyczaj czyjaś 
opinia o nim po prostu mu spływa. Nigdy nie wbija nikomu sztyletu w plecy i stara 
się dotrzymywać obietnic, tego samego oczekuje od innych. Potrafi się odgryźć, 
jeśli zrobisz coś komuś na kim mu zależy, on potraktuje Cię tak samo, jak nie 
Kika razy gorzej. Ma silną wolę, ciężko go złamać. Nie kłamie bo nie ma do tego powodu, 
nie zmyśla też. Jeśli już nie chce czegoś mówić to po prostu nie powie i nie wydusisz 
tego z niego, chociażby świat miałby się zaraz walić. Nie zmusisz go także, do 
podjęcia szybkiej decyzji, na wszystko potrzebuje czas, musi się kilka razy zastanowić. 
Jest mądry, czego może nie widać na pierwszy rzut oka. Ma plany i marzenia których 
kurczowo się trzyma. 


Historia: Nicklase już od małego dziecka był przygotowany na to, że pewnego 
dnia dane mu będzie zostać czarodziejem. A właściwie to nie, czarodziejem 
był od zawsze. Ale wiedział, że będzie musiał kształcić się w tej szkole. 
Rodzicie od zawsze powtarzali mu, że może osiągnąć wiele, wystarczy, że tylko 
się do tego przyłoży. Rodzicie byli dla niego dobrzy, właściwie to nadal są. 
Zastępowali mu przyjaciół których nigdy nie miał, bo po prostu nie byli mu 
potrzebni do szczęścia. Wystarczyło mu samotne łażenie po lasach, 
w towarzystwie swojego psa Romulusa i młodszego brata. Wtedy to jeszcze 
Nicklase był bardziej wesołym człowiekiem, codziennie śmiał się z byle czego. 
Jednak kiedy pewnego dnia w lesie zastała ich burza, w drodze powrotnej zrobiło 
się ślisko. Wcale nie potrzebne było wiele, żeby doszło do tragedii. Kiedy Nicklase 
się poślizgnął, jego młodszy brat Gale od razu ruszył mu na ratunek, gdyż obok 
tego było dosyć spore urwisko. Nicklase został uratowany, jednak jego młodszy 
brat sam zapłacił za to życiem. Po tym zdarzeniu chłopak zamknął się trochę w sobie. 
Coraz bardziej zaczął unikać kontaktów ze swoimi rówieśnikami, jak i rodzicami. 
Jego żałoba trwała do pory, kiedy nie ukończył 13 lat czyli 2 lata po śmierci brata. 
Stopniowo zaczął znowu się zbliżać do ludzi, jednak nadal nie potrafi się cieszyć 
życiem w stu procentach.