Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonasz Milar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonasz Milar. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Podobnie jak większość, byłem na błoniach i latałem na miotle. Koledzy wypuścili złoty znicz, a ja, że jestem "ścigającym", to musiałem za nim ruszyć jak głupi. Już stawałem na miotle i wyciągałem ku niemu rękę. Wtem ktoś na mnie wpadł. Momentalnie poczułem jak zsuwam się z miotły i spadam. Słyszałem z boku krzyki, które mnie nawoływały. Były łamliwe i przeszywające. Zobaczyłem nad sobą Amir'a.
To działo się tak wolno...
Począł pikować ku mnie z wystawioną dłonią. Chciałem jej dosięgnąć. Nie mogłem, był za daleko. Przerażenie zawładnęło moim ciałem, nie mogłem zmienić formy. Wyprężyłem się jak struna, z głową skierowaną w dół. Patrzyłem na zbliżającą się ziemię. Zamknąłem oczy i spróbowałem się rozluźnić... teraz... albo już nigdy... a gdy je otworzyłem to zacisnąłem zęby. Przemieniłem się w hipogryfa, aby przy okazji Amir spadł na mój grzbiet. Jak przypuszczałem tak się stało. Padł na mnie, odrzucając miotłę. Zaczął targać pióra. Opadłem na trawę, a on zeskoczył, przewracając się w tył. Powróciłem do prawdziwej formy i padłem na kolana. Skierowałem drżącą głowę w jego stronę. Wszystko zaczęło się rozmazywać. Złapałem się za brzuch prawą ręką, a lewą zacisnąłem na źdźbłach trawy. Ktoś mnie podniósł i zaczął biec do szkoły.

***

- To nic takiego, tylko wybity obojczyk i posiniaczony brzuch, niedługo pan wyjdzie- urocza pielęgniarka uśmiechnęła się do mnie. Kiwnąłem głową, odwzajemniając gest. Osobą, która mnie przyniosła, nie był kto inny jak Amir. Wiedziałem, że to zamknięty rozdział, że nie wrócimy do siebie, jednakże jego ciepło i wszystko co z nim było związane, dawało mi poczucie spokoju, bezpieczeństwa i tego, że jest ktoś, za kim tęsknie i w pewnym sensie jest moim oparciem. Trzymałem na komodzie jego poruszające się zdjęcie, gdy posyłał aparatowi szeroki uśmiech i puszczał mu oczko, lecz tylko ja je widziałem. Dla innych było zaczarowane i widzieli je dopiero, gdy je podnosiłem, co robiłem często...
Zbyt często...
Wziąłem jakąś kartkę i wypisałem na niej krótkie słowa:
"Dziękuję Ci..."
Pod spodem zamieściłem moje zaczarowane zdjęcie, które szczerzyło się do oglądającego, by na końcu podnieść różdżkę i przyjąć neutralny wyraz twarzy, machnąć tym magicznym patykiem i wtedy kartka powoli zapalała się od dołu. Zadziała to dopiero, gdy on weźmie ją w łapki.
Zamknąłem ją i poleciłem, by trafiła do Amir'a. Zmieniła się w motyla i wyleciała przez otwarte drzwi. Sam wyjrzałem przez okno. To tylko podziękowanie... nic więcej...

(Amir? Rekordy w długości opek .-. )

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Przyglądałem jej się z boku. Dłuższe blond włosy, grzyweczka w stylu e(ski)mo(sa), lekki uśmiech, którym wdzięcznie każdego pozdrawiała i lekko wydęte policzki. Była bardzo do kogoś podobna, ale nie miałem pojęcia, z kim mogłaby być połączona genami. Camille, brzmi tak prosto w naszym języku a nóż.. dawniej niebiesko-włosy opowiadał o koledze Kamilu z polski. Wciąż czułem się dziwnie, wspominając osobę, którą kochałem. On.. nie zasługiwał na mnie. Słyszałem, że zmarli mu rodzice, a gra specjalnie dla nich. Odwiedziłem go z innymi ale nic nie powiedziałem. My już nigdy nie będziemy w dobrych relacjach. Zdrada jest hańbą, obrzydlistwem a co najważniejsze~rani najbardziej. Był zdolny do całowania innego. Do tej pory widzę ich zbliżających się do..
- Jesteśmy! - rzuciła popychając drzwi od biblioteki, bo to właśnie tu zamierzałem zanieść wszystkie okładki. Szybkim krokiem przemierzałem korytarzyki rozdając na miejsca książki. Dziewczyna znikła mi z pola widzenia, jednak nie na długo pozostałem sam. Xev, rudowłosa anielica wskoczyła mi na plecy śmiejąc się cicho. Od tygodnia staramy się poznać bliżej, tym bardziej, że dwa razy zdarzyło nam się przespać i czułem się z tym źle, bo to na prawdę super dziewczyna. Odwróciłem się do niej, objąłem ją w pasie i namiętnie pocałowałem. Odwdzięczyła się podrapaniem mnie po karku i mruczeniem. Przerwało nam chrząknięcie blondynki, która przyjęła pozę niewinnej i przejechała palcami po swoich włosach. - Skończyłam.
- Dziękuję. - odparłem i złapałem rudą za rękę, idąc do wyjścia powoli.
- Ale ładna! - powiedziała do mnie na ucho, gdy szliśmy korytarzem. Wyszczerzyłem się do niej jak głupi.
- Same kąski do mnie przylatują! - za to oberwałem z łokcia. Potrafiliśmy żartować z takich spraw, bo nikt nas nie trzymał na smyczy. Byliśmy z kim chcieliśmy, robiliśmy co nam wpadło do głowy a partner miał g*wno do gadania, gdyż go nie było.
Na obiedzie przysiadłem się do David'a, bo wszyscy inni zajęci byli Jonaszem. Gryzło mnie to, że stał się taki popularny, ale cóż. Przełknąłem kolejny kawałek pieroga.
- Ma więcej fanów niż ty. - zagwizdała Sumka podchodząc do nas. Wstałem, przytuliłem się do niej mocno i nie puściłem mimo bicia mnie po plecach. - Puść niedźwiedziu..
- Dobrze jędzo. - wystawiłem do niej język wracając na miejsce. Dokończyłem żarło zaraz zbierając się do wyjścia. Nie umknęło mi jak fuksjowo-włosy popatrzył za mną. Obserwował mnie, tak jak ja jego.

~

Wzbiłem się w powietrze wykonując różne akrobacje. Nareszcie udało mi się opanować latanie, potrafię nawet stać na miotle i szybko lecieć ( : D ) co jest cudem. Podskoczyłem na niej z radości, okręciłem się i znów wzbiłem..

<mhmhm>

piątek, 1 maja 2015

Bellefeuille: Od Jonasz do Amir'a

Lekcja transmutacji. Dla mnie było to wyjątkowo łatwe, gdyż niedawno okazało się, że jestem metamorfomagiem. Zmiana w kota- banał, pies- łatwe, kanarek- no błagam!
Już miałem przyjąć formę salamandry ognistej, gdy wtem do sali weszła dyrektorka.
- Panie Milar... proszę za mną- wskazała na mnie swym długim paznokciem. Nieco zestresowany wstałem i ruszyłem za nią. Oblał mnie zimny pot, a co jeżeli zrobiłem coś naprawdę złego?
Po dotarciu do jej gabinetu, usiadłem na krześle, które mi pokazała, po czym sama spoczęła na swoim, wyglądającym jak prawdziwy tron, przy wielkim biurku. Jej mina nie wyrażała by było to coś miłego. Po cichym chrząknięciu i poprawieniu pierścionka, oraz złotej bransoletki, spojrzała na mnie z powagą w oczach.
- A więc... Panie Milar, wieści, które dziś do nas dotarły nie są zbyt przyjemne. Dokładniej chodzi o pańskich rodzicach.
- Wypisali mnie?- moje kąciki ust zrezygnowane skierowały się ku dołu.
- Nie... niestety jest to coś o wiele, wiele gorszego. To co teraz panu oznajmię, może, a raczej na pewno, drastycznie wpłynie na pana psychikę. A więc... pańscy rodzice... jechali samochodem, podobno do sklepu, bo chcieli kupić panu prezent i... prezent kupili, ale już go nie wyślą... panie Milar, pańscy rodzice nie żyją...
Nie żyją...
Nie żyją...
Nie żyją...
Te słowa podeszły do mnie i z całej siły pi*prznęły mnie w pysk.
- Tto żart?
- Niestety, nie... mieli wypadek... nie przeżyli... od dziś jest pan pod opieką ciotki... jeżeli się pan zdecyduje, możmy zapisać pana na terapię, a także zwolnimy pana z lekcji do czasu... do czasu dojścia do siebie...

***

Ósmy dzień spędzony na wyciszaniu się w pokoju. Nico przychodził kilka razy dziennie, aby przynieść mi jedzenie i mnie pocieszyć. Nie wychodził mu...
Chciałbym, żeby to on tu był...
Z mojego dormitorium codziennie dochodziły wdzięczne dźwięki skrzypiec, dzięki czemu zrobiłem sobie już niezłą widownię. Kiedy tylko przejeżdżałem smyczkiem po strunach, wpadała tu chmara dziewczyn i kilka kujonów, którzy zafascynowani taką muzyką słuchali mnie uważnie. Raz nawet ujrzałem tego, którego kocham. Uśmiechał się delikatnie, stał z boku.
Grałem dla niego.
Grałem dla rodziców.
Powoli godziłem się z myślą, że ich nie ma... ale już ich nie zobaczę... nie powiem im jak bardzo ich kocham.
Ból...
Tak cholerny ból rozrywał mnie od środka.
Ale to mi pomogło.
Pomogło mi w pewnym sensie dorosnąć, stać się silniejszym.
Aczkolwiek zraniło moją psychikę dogłębnie. Wyryło we mnie głęboką dziurę i zmiażdżyło pewną część mojego umysłu. Byłem teraz dziwnie wyciszony, dość smutny i odseparowany. Nie chciałem widzieć innych, chciałem być tylko ze skrzypcami.
Minął miesiąc.
Długi miesiąc, a ze mną nie było lepiej. Uczęszczałem na lekcję, ale nie rozmawiałem z ludźmi i nie byłem na nich aktywny. Zostały ze mną tylko skrzypce, innych odrzucałem. Ich delikatne dźwięki koiły moje burzliwe myśli i leczyły głębokie rany. Pocieszały mnie i płakały ze mną.

***

Święta już za chwilę. Postanowiłem mu coś kupić. Zwykły drobiazg, który miał pokazać, że mi na nim zależy i że jest dla mnie kimś ważnym. Jednakże, aby to zrobić musiałem zbliżyć się do niggoo jeszcze bardziej. Bogu dzięki, iż jestem metamorfomagiem. Plan mój był dość niebezpieczny i była szansa iż w ogóle się nie powiedzie.
Wkradłem się do damskiej łazienki, gdzie przybrałem formę młodej, blondynki.



Uśmiechnąłem się sam do siebie po czym ruszyłem na lekcje pod postacią Camille Berié, nowej uczennicy z domu Bellefeuille. Jeżeli to nie wypali, przejdę do drastyczniejszych środków...
Wybiegłem... znaczy się, wybiegłam, pełna energii i wyszczerzona od ucha do ucha. Nim się zorientowałam, podczas mojego biegu wpadłam na Amir'a, niosącego stos książek. Czym prędzej pomogłam je pozbierać.
- Przepraszam, jestem taka rozkojarzona!- zaśmiałam się i podałam mu lektury.
- Nie szkodzi...
- Pomóc ci z nimi? Są ciężkie.
- Nie będę angażował dam w coś co mogę przenieść sam...
- No ale dajże spokój! To nie problem, daj, pomogę ci!- wręcz wyrwałam mu kilka.
- Yhh... no dobrze...
Szliśmy w ciszy. Przyjemnej, jak dla mnie, ciszy.
- Jesteś nowa, co nie?
- Tak, Camille Berié, nowa uczennica z domu Orlaków.
- Amir Tuasion, miło mi...
- I mi też!
W ciele Camille byłem... inny, weselszy, zdrowszy... byłem jak kiedyś. Wiem, że to nie fair i to chamskie w stosunku do Amir'a, ale... nie mogę bez niego żyć...
Bo tęsknie...
Bardzo...

(Amir?)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a END Jonasza

Usiadłem na oparciu krzesła, nie siląc się na wyjęcie dłoni z kieszeń grubej bluzy, która przyjemnie grzała mnie w brzusz i plecy. Jonasz, przyznał się. Potwierdził moje przypuszczenia, że potrafiłby całować się z innym pomimo, że wyznawał mi swoją miłość więcej niż jeden raz. A ja głupi wierzyłem w jego dorośnięcie, zrozumienie odpowiedzialności.. Tylko rok, a wiele różnicy. Wybaczyłbym mu obrażanie się, olewanie mnie, nawet gdyby mi nawrzucał, ale moja duma jest czymś co raz urażone, za drugim razem nie pozwoli sobie na takie coś. Były już podobne sytuacje, w których się kłóciliśmy.
Wydmuchałem parę, która zrobiła zakręt i rozwiała się w powietrzu. Przypatrywał się z nadzieją, wyczekująco. Po policzkach spływały mu łzy, lecz nie robiły na mnie wrażenia. Czy też byś tak płakał, czy też byś czuł się winny podczas oddawania mu się? I to jeszcze z kimś, kogo szczerze nie cierpię. Nie nawidzę, gardzę, choć nie powinienem, mej rodzinie nie wypada, wciąż jednak chciałbym wytrzeć nim podłogę. Matka byłaby zawiedziona, a co dopiero ojciec, który pokładał we mnie nadzieję, a o rodzeństwie już nawet nie wspomnę. ,,Amir, Amir, veillez à ne pas causer de l'embarras!". Stał, stał i patrzył. Lecz nie ja powinienem podejść, nie ja zawiniłem. Być może jest to egoistyczne, ale ja mam tego wszystkiego serdecznie dość. Niech ryczy, niech się głodzi, to tylko robi z niego rozpieszczonego bachora, który chce mieć wszystko, a nie stara się ani trochę. Przejechałem językiem po bardziej wyostrzonych od innych kłach, raniąc się lekko. To nie prowadziło do niczego, możemy tak całą noc, a nic się nie zmieni.
Wskazałem ruchem głowy na jego skrzypce, które leżały spokojnie na parapecie. Zerknął na nie i niepewnie podniósł, pytająco mrugając. Pokiwałem głową nieco zirytowany, ale ukrywałem to. Ciemność w pokoju jedynie mi to ułatwiała. Jednak ciągle chować się nie można; wyjąłem różdżkę, wyszeptałem inkantację i wszystkie świeczki zapaliły się, oświetlając pomieszczenie.
- Znasz My Chemical Romance? - mruknąłem. Pokiwał, a po tym przetarł instrument, układając na ramieniu i brodzie. Smyczkiem wygrywał wstęp, a ja zgasiłem tylko niektóre ze świec, bo raziło mnie w oczy. Usiadłem na podłodze przed nim i zacząłem śpiewać tak, jak śpiewałem Victor'owi gdy siadał ze mną na dworze. Mówił, że mam piękny głos i że nigdy nie pogodzi się z tym, że to nie on będzie mi towarzyszył. Że będzie tęsknił.



Wykorzystałem całą parę, by tylko dokończyć śpiewanie. Fuksjowo-włosy był jak zaklęty-wpatrywał się we mnie, jakby ujrzał ducha, z lekko otworzonymi ustami. Wstałem, przetarłem oczy i podszedłem bliżej, wsuwając palce pod jego grzywkę. Odrzuciłem ją do tyłu i w takiej pozie zastygłem.
- Obiecaj mi, że za parę lat zmądrzejesz. - było to wypowiedziane dosyć sucho, bez specjalnych emocji. Przez kratę w oknie przeszedł Lucyfereest, wyczuwając sytuację. Zeskoczył, podszedł pod jego nogi i mocnym skokiem dopadł jego ramienia. W tej pół-jasnej widoczności można było zauważyć jego świecące oczy, świdrujące jego głowę, jakby sam kot miał radar i potrafił czytać w myślach. Zaraz to mu się znudziło i skoczył na mnie, kładąc się tak, że oba ramiona były zajęte, a brzuch miał na moim karku. Lubił byś tak transportowany.
- Obiecuję.. - powoli docierało do niego, że zakańczam najkrótszy chyba związek w jakim kiedykolwiek się znalazłem. Zadrżał, a ja ostatni raz przytuliłem go do swojej piersi nie jak przyjaciela, a jak chłopaka. Objąłem go bardzo mocno, w net puszczając i odchodząc. Powiedział - Zaczekaj! - lecz nie potrzebnie. Nie miałem takiego zamiaru.
Wróciłem do siebie, odłożyłem zwierzę i poszedłem się umyć. Od dziś będę go jedynie obserwował, przyglądał się i patrzył jak powoli się zmienia. Bo każdy się zmieni, dziś, jutro, za dwa lata~
A ja poczekam..
Poczekam.

END

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Ból...
Biłem się z myślami... tutaj osoba, która była przy mnie... no częściej od Amir'a, ale nic do niej nie czułem prócz przyjacielskiej sympatii. Obok chłopak, na którym zależy mi najbardziej z wszystkich, a mimo to, zraniłem go. To znaczy, chyba go zraniłem, bo jego twarz nie wyrażała nic prócz najzwyklejszego oburzenia. Zrezygnowany zapaliłem światło. Rozmowy w ciemnościach są dobre dla par, które mają sobie do powiedzenia coś romantycznego, a to romantyczne nie było.
Długo myślałem co powiedzieć. Początkowo miałem się tłumaczyć, ale żadnych argumentów nie miałem. Zaprzeczenie też na nic się nie zda. Powinienem powiedzieć prawdę. Postanowiłem tak zrobić, wiedziałem jednak, że to będzie dla mnie prawdziwy wyczyn psychiczny, po którym, najpewniej, dostanę ataku histerii i zamknę się w pokoju na kolejne trzy dni, zalewając się łzami i siedząc po kątach. Zbierałem się na to dość długo, otwierając przy tym i zamykając usta co jakiś czas, próbując coś z siebie wydusić. Wzrok ukochanego przewiercał mnie na wylot.
- Tttutaj nnie ma cco wyja-wyjaśniać...- wyszeptałem spuszczając głowę. Czułem jakby ktoś rozrywał moje małe, ledwo bijące serduszko- Gdybyś się nie zjawił, doszłoby do tej zdrady...- podniosłem na niego wzrok. Miał zaszklone oczy. To mnie dobiło. Płacze... przeze mnie...- Nie zdziwię się jeżeli teraz mnie rzucisz... nie zasługuję na ciebie, tylko jakaś k*rwa może zdradzać...- wpatrywałem się w francuza- Nico, wyjdź...- skierowałem wzrok na czarno włosego, który po kilku minutach i rzuceniu ku Amir'owi wrogiego spojrzenia, posłusznie wyszedł prychając. Staliśmy tak. Naprzeciwko siebie. Obaj mieliśmy łzy w oczach, które chłopak próbował maskować.
Strach...
Serce biło mi jak oszalałe. Mój oddech był ciężki i głęboki. Przerażenie przeszywało moje ciało. Nie wiedziałem co powiedzieć. Cisza zawładnęła wszystkim dookoła. Sprawiała, że atmosfera robiła się coraz gorsza i obaj czuliśmy się nieswojo.
- Kochałem go jak brata... rodzinę, nic więcej- wychrypiał nagle. Casper był dla niego jak brat. Znowu cisza. Był blady, smutny i wymęczony. Kto by nie był? Najpierw spięcie z chłopakiem w sprawie innego, potem wyjazd najlepszego przylaciela, a teraz to... zacząłem podejrzewać, że wyniszczam go psychicznie.
- Powinniśmy to wtedy wyjaśnić... ale nie, moje ego kazało mi spi*przyć stamtąd będąc wielce obrażonym. Jestem d*bilem, gdybym wtedy się o to dopytał nie doszło by do tego...- uroniłem jedną łzę, którą natychmiast wytarłem- Przepraszam...- wyszeptałem resztkami sił- jestem ch*jem.
Załamany wyminąłem go, próbując się uspokoić, ale mimo to w połowie schodów wybuchłem płaczem. Czym prędzej wbiegłem do dormitorium i zamknąłem się w nim na cztery spusty, do czego dodałem również różne zaklęcia. Współlokatora nie było od kilku dni i dobrze.
Zdradziłem go. Zniszczyłem to co było, co iskrzyło, co dawało mi siłę i sprawiało, że byłem szczęśliwy. Co sprawiało, że obaj byliśmy w jakiś sposób szczęśliwi. Bo byliśmy razem, wspieraliśmy się...
Zniszczyłem to...
Wszystko...
Padłem na łóżko zalewając się łzami. Ból spowodowany własną głupotą rozsadzał moje ciało. Miałem ochotę wykrzyczeć to wszystko, wydrzeć się i nabluzgać Bogu, że stworzył istotę tak durną. Lecz nie Bóg tu winny, lecz ja. Sam sobie na to zapracowałem.
Po godzinie ciężkiego płaczu, wypominaniu sobie błędów i karania siebie za swoje zachowanie, wstałem. Skrzypce. Moje ukochane skrzypce. Leżały pod łóżkiem czekając, aż pewnego pięknego dnia ponownie na nich zagram. Nikt nie znał mnie od tej strony, dla wszystkich byłem wyluzowanym chłopaczkiem, który zawsze się śmieje i gustuje w ostrych brzmieniach. A prawdą było, że jestem nieśmiały, wrażliwy i zazwyczaj smutny. Gram na skrzypcach, kocham to. Wtedy pokazuję swoje prawdziwe oblicze.
To ukryte gdzieś głęboko we mnie.
Każdy zakłada maskę, która kryje go przed światem. To jego tarcza. Wszyscy jesteśmy kłamcami, zasra.nymi kłamcami, którzy wiodą innych ku nieprawdziwym stwierdzeniom. Uniosłem je ostrożnie. Były moim skarbem, którego strzegłem tak jak tylko mogłem. Stanąłem przed wielkim oknem, z którego był widok na błonie. Blask księżyca oświetlał je srebrną smugą, nadając im tajemniczości, a tym samym sprawiając, że stawały się przepiękne. Włączyłem podkład, którym była melodia pianina i częściowo fletu, przyłożyłem skrzypce pod brodę i zacząłem grać.


Rozryczałem się na dobre. Mój lament rozbrzmiewał po pokoju, towarzysząc dźwięku instrumentu. Nie przestałem grać. Nigdy nie kończyłem w połowie, zawsze dogrywałem do końca. Podczas grania uciekałem od rzeczywistości, zamykałem się we własnym świecie. Nie istnieli inni, nie istniały żale, smutki, sprawy, które męczyły mnie na co dzień. Byłem ja... i one...
Skończyłem...
I dopiero wtedy zorientowałem się, że ktoś za mną stoi.
On...
Odłożyłem instrument na parapet tak delikatnie jak tylko umiałem. Odwróciłem się do niego ze łzami w oczach. On też płakał, było widać ślady na jego policzkach. Zasłoniłem usta dłonią i zacisnąłem powieki.
- Przepraszam... tak bardzo przepraszam... wiem, wiem, że tego nie da się wybaczyć, ale i tak przepraszam! Serce mi się łamie, gdy pomyślę o tym, że to zrobiłem, że cię zdradziłem, że śmiałem próbować pocałować się z innym! Wstyd mi za to! Przepraszam, ch*lera jasna, przepraszam!

<om... nom... nom... :c >

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Obudziłem się wraz z budzikiem, który niechętnie rozbrzmiał znaną już przez nas melodyjkę. Pod ręką miałem mniejsze ciało, które przylegało do mnie w pełni uspokojone, pewne, że w razie niebezpieczeństwa uchronię je. Uśmiechnąłem się pod nosem, wepchałem nos w jego włosy i wciągnąłem zapach, który nagle zrobił się inny. Powoli unosiłem powieki, zauważając nie niebieskie, a różowe, pomiędzy fioletowym-włosy. Zmarszczyłem brwi i nagle przypomniałem sobie, co wczoraj ogłosił dyrektor podczas kolacji. Cas wyjechał.. Opuścił szkołę. I to tak nagle, nawet się nie pożegnał.. Wziąłem uspokajający oddech, po czym lekko potrząsnąłem chłopakiem by otworzył oczy. Oczywiście zrobił to, chyba od nocy czekając, aż będzie mógł pochwalić się nowym wyglądem. Uniósł twarz wraz z nowymi kolczykami ziewając.
- Nah buoy.. - wymruczałem. - Coś ty zrobił?
- Cio? - zapytał niewinnie, gdy objąłem go tak, by zaraz usiadł mi na kolanach. Pocałowałem jego szyję, potem bródkę a na końcu cmoknąłem wargi.
- Powiedziałem, że cie akceptuje, a ty od razu robisz sześć kolczyków. - zrobił kocie oczka, przytulił się i otarł policzkiem, drapiąc pazurkami moje plecy. Przez chwilę było miło, aż obraz dobitego blondyna wyskoczył mi przed twarz. Syknąłem głośno, wstałem i poszedłem do łazienki, gdzie oparłem się o zlew powstrzymując gniew i rozpacz. Zdradzieckie łzy spłynęły po moich policzkach, a ja szybko je wytarłem, bojąc się przyznać, że mimo wszystko tak cho*ernie za nim tęsknie. Odgłosy gołych stóp rozbrzmiały, przyprowadzając do środka teraz już fuksjowo-włosego. Widział, widział wszystkie te emocje, ale dalej nie był świadom, dla czego tak reaguje. Zbliżył się, przytulił me plecy i zapytał, co jest. Trochę się zbierałem do odpowiedzi. - Boże, on wyjechał..
- Kto? - zdezorientowanie wręcz promieniało od niego. Opadłem na oparcie wanny i pociągnąłem nosem. Powoli wyjaśniłem sytuację, przeklinając co drugie słowo, gestykulując i na zmianę zmieniając ton z wysokiego na niski. Usiadł, nie dotknął mnie, tylko pocieszył, mówiąc, że wróci, że tu ma przyszłość, pewnie zrobił sobie wakacje, a wtedy powiedziałem coś, co go zmroziło. Coś, czego nie powinienem i nie powtórzę. Zadygotał, wstał i wyszedł, nic więcej nie mówiąc. Biłem się z myślami; jak mogłem, kiedy wczoraj mówiłem o tych uczuciach do niego, a dziś.. Ale nie chodziło mi o taką ,,miłość". Nie kocham Cas'a jak mężczyzny, lecz jak brata, a tego już nie dodałem. Jestem głupi, idiota i zwykły niedoj*b.
Chcąc nie-chcąc poszedłem sam na zajęcia, męcząc się i główkując jak udobruchać swojego chłopaka. Milion myśli wskakiwało na swoje miejsce, zastąpione następnymi. Gorzej było z wykonaniem tych wszystkich rzeczy, kiedy nie zaciągnę go tu, czy tam~. Postanowiłem dać mu czas do wieczora, by przyszedł, by pogadał. Ale nie przyszedł. Olewał mnie cały dzień, znikał jak mnie widział, a Nicklase o mało w szał nie wpadł, kiedy widocznie mu się poskarżył. Nauczyłem się unikać ciosów, ale gdybym ich nie opanował, pewnie miałbym obitą mordę.
Następnego dnia wieczorem, bo nic w tym czasie się nie zmieniło, wkradłem się do ich dormitorium i schowałem pod stół w kociej formie, chcąc wziąć go jakoś z zaskoczenia. Wszedł jednak do środka z kolegą-do-bicia, siadając na kanapie bez zapalania światła. Oświetlała ich mała lampka, która mi potrzebna nie była, bo widziałem w ciemności o wiele lepiej. Nagle zaczeli rozmawiać..
- Ja już nie wiem, co mam robić. - powiedział w pewnym momencie, spuszczając głowę. Zrobiło mi się duszno; cierpi przeze mnie. Ale gdyby został i wysłuchał, byłoby mu łatwiej, a tak robi dziwne domysły. Wyostrzyłem wzrok i słuch wraz z klękającym na jedno kolano Nicklase. Zaczął mówić, że nie jestem wart i inne pierdoły. Atmosfera się zagęściła, wtem ten sam osobnik położył ręce Jonasza na swojej piersi, pokazując, jak mu trzepocze serce. Ledwo skryłem prychnięcie. Niespodziewanie, młodszy wjechał dłońmi do góry na jego policzki i wtedy zaczęli zbliżać swoje twarze do siebie.


Nie mogłem na to patrzeć, wiedziony naturalnym zdenerwowaniem i chęcią odebrania swojej własności; wyszedłem z ukrycia, wskoczyłem na stół i miauknąłem głośno. Tylko Jonasz spojrzał w moim kierunku, Nick tylko zmarszczył brwi.
- A-a.. - wybąkał i odsunął od siebie przyjaciela. Odwróciłem mordką wzrok w bok, przymknąłem oczy i znów wpatrzyłem się wyzywająco w jego własne. Przemieniłem się, usiadłem na stole i kontynuowałem obserwowanie.
- Teraz się włamujesz? - rzucił drugi, ale fuksjowo-włosy mu przerwał.
- To nie tak.. - był załamany i przestraszony.
- Ale właśnie, że ,,tak"! - odparł Nicklase. Nareszcie się odwrócił, za co można dawać mu brawa. Taki leń.
- Chce usłyszeć te słowa od ,,mojego chłopaka". - podkreśliłem ostatnie dwa słowa ze spokojem.

< akurat do sytuacji... >

niedziela, 26 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Ochhh jestem dla niego jedyny! To takie kawaii! Nie zależy mu na moim wyglądzie, mogę robić co chcę, więc w końcu wcielę mój plan zmiany wyglądu w życie. Złapaliśmy się za ręce i ruszyliśmy ku zamku. Ja podskakując i się śmiejąc, on jak zwykle spokojnie, z lekkim uśmieszkiem na pyszczku. Boże jacy my jesteśmy różni, on stanowczy, spokojny, męski. Ja zachwiany nastrojowo, porząnie pi*prznięty na umyśle i taki bardziej kobiecy. Jesteśmy jak ying i yang, ale jak to mówią, przeciwieństwa się przyciągają.
- Aruuś?- wymruczałem.
- Tak?
- Nie będziesz mieć nic przeciwko, jeżeli pójdę dziś z kolegami do Equelle?
- Jonasz, żarty sobie robisz? Jasne, że możesz- soczysty całus spoczął na moim policzku. Od razu się rozgrzałem i uśmiechnąłem błogo. Mocniej zacisnąłem palce i zbliżyłem się do niego.
- Kupić ci coś, pyszczkuuu?
- Pyszczku?
- Tak, pyszczku! To kupić czy nie?- zamrugałem pośpiesznie, trzepocząc przy tym rzęsami. Odchylił głowę, a jego twarz wyraziła zastanowienie. Chuchnąłem, by zobaczyć parę, która przypomina dym. Lubiłem ten widok. Dalej nie odpowiadał. Myślał. A wyglądał przy tym tak poważnie i dostojnie. Szlachetnie, powiedziałbym.
- Niczego mi nie trzeba, ale dzięki, że pytasz...
- Proszę- podniosłem nasze łapki i objąłem się jego ramieniem. Kochałem się przytulać, a już w szczególności do niego. Nie docierało do mnie, że jesteśmy razem. Miałem wrażnie, że to zwykły sen, z którego zaraz się wybudzę.

***

- Hejoo!- pomachałem chłopakowi od piercingu, który czekał na mnie w pokoju życzeń, gdzie zawsze przyjmował klientów. Kiwnął głową uśmiechając się. Wskazał na krzesło przed sobą, a ja posłusznie na nim usiadłem. Denerwowałem się, nie powiem...
- No to co robimy?
- Kolczyki w wardze i w nosie- wyszczerzyłem się wskazując miejsca- nie wiem dokładnie jak to się nazywa, ale fajnie wygląda- na to wybuchł gardłowym śmiechem. Po uspokojeniu się przystąpił do działania. Bolało. Jak ch*lera. Ale był warto i po kilkunastu minutach było gotowe. Podobały mi się. Bardzo-bardzo. Zaraz rzucił jakieś nowo nauczone zaklęcie i cała opuchlizna, jak i zaczerwienienie znikło.
- Pięknie...- przeciągnął się, naciągając przy tym mięśnie, które były dobrze widoczne, przez ciemną skórę.
- Dzięki!- podniosłem się i radosny wybiegłem z sali.
Kolega o dwa lata starszy już czekał na moje przyjście przed zaśnieżoną szkołą. Zdziwił się na mój widok, ale nic nie powiedział, tylko posłał mi ciepły uśmiech i złapał pod ramię. Przy rozmawianiu o jakiś pierdołach zleciała nam cała podróż do miasteczka. Mnóstwo stoisk i ludzi, nieco nam przeszkadzało, ale dało się przeżyć. Błądziliśmy od sklepu do sklepu, tutaj czekolada, tam różdżki, a gdzie indziej lody. Weszliśmy do sklepiku w stylu kosmetycznego i zaczęliśmy po nim dreptać, w poszukiwaniu szamponu. Ale mnie zaciekawiła młoda czarownica z kilkoma eliksirami tego samego koloru i tabliczką "koloryzacja włosów". Zafascynowany podszedłem do niej.
- A cóż to panienka ma?- podniosłem butelkę.
- A eliksir zmieniający kolor włosów.
- A ile kosztuje?
- A pięć monet.
- A to poproszę jedną- wręczyłem jej drobniaki i uniosłem płyn do ust. Ale jakie chcę... fuksjowe! Wypiłem wszystko, intensywnie myśląc o wcześniej wspomnianym kolorze. Spojrzałem w lustro, stojące na jej stoisku i ujrzałem jak włosy powoli zmieniają kolor.



- Omg...- wyszeptałem.
- Jonasz co ty?!- usłyszałem z tyłu głos.
- Wyglądam bosko!- zapiszczałem.
Po 22 postanowiliśmy wrócić. Kupiłem sobie szampon, kremik i ciasteczka dla Arcia, a chłopak kapcie, które przy wykonaniu kroku wydają huk. I znowu rżaliśmy bez powodu, i znowu to szybko minęło. Pożegnaliśmy się przytulasem i poklepaniem po pleckach. Zmachany wszedłem do dormitorium. Amir spał. Bez przebierania się, czy mycia wdrapałem się na jego łóżko i położyłem się przy nim. Ciekawe jak zareaguje na czuprynę w kolorze różowym, zamiast błękitnym. No i kolczyki. Leżałem do niego plecami i krótko po tym zasnąłem...

<omnomnom>

sobota, 25 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a CD Jonasza

- Amir.. - przerwał prawie nie rozłączając naszych ust, które ciągle stykały się i ocierały o siebie. - Kocham cię, kocham cię ponad życie..
To ostatnie zdanie przeszyło mnie na wylot. Zastygłem, kompletnie zaprzestając pocałunku. Słowa, które wypowiedział, znaczą bardzo dużo i jeśli są prawdziwe, będzie musiał wywiązać się ze swoich obowiązków. Wiele się zmieni, nie będzie mógł z nikim więcej sypiać, on.. Boże, jeśli na prawdę pała do mnie takim uczuciem, to nie daruję mu tego.
Usiadłem wyprostowany, trzymając go dalej za biodra, dzięki czemu w miarę się zgraliśmy. Siedział na mnie okrakiem, bardzo blisko, więc widziałem dokładnie jego oczy, pełne przejęcia, strachu, niepewności i tego dodatkowego - miłości. Przełknąłem ślinę, która zaczęła zalegać mi w gardle. Przyłożyłem ucho do jego klatki piersiowej, patrząc gdzieś w bok, w tym samym czasie jadąc palcami na jego szyję. To małe narzędzie przytrzymujące go przy życiu biło teraz niemiłosiernie mocno i szybko. Ja? Ja się nie denerwowałem, byłem opanowany, tylko trochę wstrząśnięty. Kto by nie był..
- Hej.. - mruknąłem wdychając jego zapach. - Jesteś świadom swoich słów?
Skrzywił się prawie niezauważalnie, ale po chwili prawie wyrywał się, chcąc ze mnie zejść. Posłałem mu ostrzeżenie wzrokiem, uspokoił się ale i tak unikał kontaktu z moją twarzą.
- Jak możesz pytać? Tyle co przez ciebie wycierpiałem, nie jadłem.. - więc to jednak przeze mnie nie jadł. Nie chciałem, by się irytował, więc uciszyłem go krótkim pocałunkiem i przytuliłem do siebie drgające ciałko. Opadł bezwładnie, pociagając nosem i cicho chlipiąc. Pogłaskałem go po włosach, a zaraz odsunąłem lekko, by widział me oczy.
- Jonasz. - skupił się, bo zobaczył, że to poważna rzecz. Bo była. Odchyliłem głowę na chwilę, by grzywka opadła po bokach i ścisnąłem jego policzki. - Wiem, że to trochę za późno, ale.. Zostań moim chłopakiem.
Chwila przedłużała się, a on jak nie zareagował, tak dalej nad czymś rozmyślał. Nagle ni stąd ni zowąd zaczął chichotać i zakrywać usta. Zmarszczyłem brwi, ale ten tylko przytulił się mocno.
- Już znasz odpowiedź. - mimo śmiechu mówił cicho. Wyszczerzyłem się i przeturlałem nas tak, bym był na górze. Już chciałem go wycałować, gdy do środka wparowała grupka dziewczyn na czele z Nicklase, który obrzucił nas nieodgadnionym spojrzeniem. Zwaliłem z siebie niebiesko-włosego, a po tym pociągnąłem do swojego pokoju ku zadowoleniu pewnych fanek gejowskich par.

~

- Amir.~ - przeciągnął zmysłowo przegryzając wargę i robiąc zachęcające pozy na łóżku. Na mnie to jednak nie działało, byłem zajęty zakuwaniem do sprawdzianu z numerologii, jemu radziłem to samo, ale nie słuchał. Chyba obrał inną drogę, bo wyciszył się, a gdy odwróciłem się, by zajrzeć, co robi, ten ze ściągniętą koszulką jeździł dłonią po swoim brzuchu, raz po raz zahaczając o linię bokserek, która była wyżej spodni. Zamknąłem książkę, wstałem i podszedłem do niego, niby z uśmiechem, który mówi, że może na coś liczyć, a jednkak okryłem go narzutą i poszedłem do toalety.
Wyszedłem z niej i oberwałem poduszką prosto w twarz. Westchnąłem, przyglądając się jego sfochanej twarzy. Paroma krokami znalazłem się nad nim, klapiąc obok. Już miałem mu wyjaśnić, że jestem zajęty, gdy dostrzegłem list, który miałem spalić. On popatrzył w tym samym kierunku, uniósł skrawek, a gdy chciałem go zabrać, wstał i zaczął pośpiesznie czytać. Był odwrócony plecami, lecz i tak wiedziałem, że zaczyna się wkurzać, smucić i dobijać na raz.
- Posłuchaj..
- Kłamałeś? - podniósł głos, przerywając mi. - Kłamałeś, kłamałeś! Masz kogoś..
Zaczął panikować, chodzić w kółko, co rusz unosząc dłonie do twarzy którą przecierał. Zbliżyłem się, ale ten odepchnął mnie i oparł się o ścianę, po której zjechał, powtarzając, że go zdradzam. W końcu zmienił język na (jak się dowiedziałem od niego) polski, ale brzmiało to jeszcze gorzej, niż gdy mówił zrozumiale. Kucnąłem, lecz znów mnie pchnął.
- Jonasz, ku*wa mać! - słychać było mnie chyba nawet na korytarzu. Nie zareagował, ale nie interesowało mnie to. Złapałem go za rękę ciągnąc brutalnie na fotel. Rzuciłem go tam i przyszpiliłem rękoma, czołem stykając się z jego własnym. - Nie zdradzam cię, ten list jest od mojego byłego!
- Pisało, że.. - zaciął się.
- Dokładnie! Poćwicz angielski, jeśli nie rozumiesz! On mnie kocha, ja kocham tylko ciebie! - wypaliłem. Nie mówiłem mu tego jeszcze, bo jakoś tak.. nie było okazji, a jak była, to się wstydziłem. I poszło, już tego nie cofnę, trzeba się mierzyć z konsekwencjami.
Na szczęście udało mi się go bardzo szybko udobruchać. List spaliłem, na jego oczach z resztą i tak położyłem się przy nim, na kanapie, po prostu czując swoje ciepło. Wróć, on czuł moje, a ja marzłem jak cho*era, ale w takiej sytuacji musiałem się poświęcić. Gdy zasnął, usiadłem, przykryłem go i wróciłem do nauki.

~

Słońce wstało, parząc moje biedne odkryte ramiona. Całą noc przesiadywałem nad papierami i co chwila budzącym się niebiesko-włosym, który za każdym razem od nowa zaczynał histerię. Spojrzałem na czas i doszedłem do wniosku, że trzeba się umyć. Tak więc zrobiłem i gotowy wróciłem do dormitorium, budząc go. Zaspany wykonał te same czynności. Nie dałem mu poznać, że jestem śpiący, nawet, gdy poprosił, bym zaniósł go do jego pokoju. W końcu byłem mu to winien za swoją głupotę.
Kiedy tylko spotkaliśmy się w salonie, zachciało mu się wyjścia na spacer. Więc poszliśmy, pomimo grubej warstwy śniegu dookoła. Przechadzaliśmy się, a on jak dziecko łapał za puch robiąc śnieżki, którymi celował w drzewa. Dotarliśmy na ławkę, usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać o pierdołach. Wtapiał się w tłum ze swoim bladym wyglądem, niczym śnieżka.. jak w bajce. Przyjrzałem się jego twarzy, na brwi dalej miał tą dziurkę, tak samo jak i w uchu. Spuściłem wzrok i złapałem go za rękę.
- Te kolczyki.. jak wrócimy, załóż je. - był zdziwiony. No cóż. Objąłem go, a jego głowa opadła mi na pierś z grubą kurtką.
- Dla czego? Nie podobają ci się. - zauważył. Sapnąłem, sam nie wiedząc, co mnie tak wzięło, ale chyba muszę mu odpowiedzieć coś sensownego.
- To twoje ciało, zmieniaj je jak chcesz. I tak będziesz dla mnie jedyny. - wymruczałem. Takie wyjaśnienie mu starczyło, uniósł brodę i dał mi buziaka. Zaraz zresztą wstaliśmy i wróciliśmy do zamku. Niedługo boże narodzenie.. ciekawe, czy skoro uznaję go takiego jaki jest, zmieni coś więcej..

< Róż. Ma być różowy. I wypiercingowany. Omnomnom >

piątek, 24 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Chciałem tak zostać już na zawsze... w jego objęciach, bezpieczny. Ręce dokładnie otulające moje wątłe ciałko i ciepło. Ciepło, ciepło, ciepło. On jest gorący, dosłownie i w przenośni.
Śnił mi się ogród. Były tam kwiaty (no brawo, jesteś taki błyskotliwy!) i drzewa (nie no, naprawdę? Nie spodziewałem się), ale nie to było najważniejsze. Kiedy wchodziłeś głębiej, mogłeś ujrzeć dumnego kota, który wyprostowany siedział na kamieniu wygrzewając się w promieniach słońca. Przyglądałem się jego szlachetnej mordce z uśmiechem, lecz kiedy on otworzył leniwie swoje cudne oczy i mnie ujrzał, uciekł. Zacząłem zalewać się łzami. Padłem na kolana wymawiając jego imię, lecz nie pamiętam jak się nazywał.
- Jonasz!- ktoś mną potrząsnął, tym samym budząc mnie ze snu. Byłem spocony i zapłakany, dopiero silne objęcia Amir'a w pewnym stopniu mnie uspokoiły. Najdelikatniej jak potrafił podniósł mnie, niestety przeszyła mnie fala bólu biegnąca wzdłuż kręgosłupa. Ciche stęknięcie z mojej strony, sprawiło, że czuły chłopak dał mi soczystego całusa w policzek i powoli odłożył mnie z powrotem na materac. Wytarł moje łzy. Załapałem co oznaczał ten sen... kogo oznaczał ten kot.
Delikatnie uśmiechnięty chłopak zawisł nade mną. Czułem jego gorący oddech na twarzy. Po nocy czułem się o wiele lepiej. Zdrowszy, silniejszy, szczęśliwszy. Kiedy jego rzęsy zatrzepotały, a ręka zaczęła masować mój, piękący od łez, policzek, zaczął wyglądać uroczo, a zarazem biła od niego aura "samca alpha", która kazała mi być wobec niego całkowicie uległym. Kiedy zabrał ciepłą dłoń z mojego policzka, uradowany, zawiesiłem łapki na jego szyi i pocałowałem go namiętnie w usta. Jak zwykle chłopak jak najbardziej przedłużał, ten nasz "francuski" pocałunek i przestaliśmy dopiero po jakichś dwóch minutach. Dałem mu jeszcze cztery krótkie całusy w dolną wargę i kącik ust, by po tym opaść z powrotem na poduszkę, na co ukochany roześmiał się. Wraz z jego widokiem moje motylki w brzuchu zawsze się ożywiały i przyjemnie mnie łaskotały.
Sturlałem się z łóżka, wymijając Amir'a i czmychnąłem do łazienki z zamiarem umycia się. Po zdjęciu mokrych w miejscu du.py bokserek i wrzuceniu ich do kosza z praniem, czy co to tam, czym prędzej wskoczyłem pod "prysznic". Rzadko kąpałem się w ciepłej wodzie, najczęściej robiłem to w letniej, lub chłodnawej. W gorącej zawsze robi mi się słabo i mdleję, raz prawie się utopiłem, bo zemdlałem w wannie. Od tego czasu myję się tylko pod prysznicem. Wziąłem mój ulubiony szampon, po którym włosy są takie mięciusie i ładnie pachną, po czym delikatnie zacząłem rozmasowywać go na skórze głowy. Nienawidzę piany, więc odchyliłem głowę do tyłu, tak mocno jak potrafiłem. Wtem ktoś wszedł do łazienki. Rozebrał się, a gdy otworzył drzwi od kabiny, ujrzałem Amir'a. Bez zastanowienia wtargnął do środka i dokładnie zamknął za sobą drzwiczki. Nim się spostrzegłem zaczął mi myć głowę. Duże dłonie bardzo delikatnie masowały moją skórę. Było to bardzo przyjemne doznanie, spokojnie, nie aż tak jak noc z nim...
- Spłukujemy- wziął słuchawkę prysznica i puścił ciepłą wodę, która z każdą chwilą robiła się coraz gorętsza.
- Amir... Amir, zimną...- wyszeptałem.
- Przeziębisz się...
- Słabo mi, Aruś, zimną- cofnąłem ku niemu, gibiąc jak pijaczek. Po chwili zastanowienia puścił letnią wodę, dzięki czemu zacząłem się czuć o niebo lepiej.
- Umyć ci plecki?
- Umyć- uśmiechnąłem się jakby sam do siebie, a usta chłopaka, delikatnie musnęły jeden z moich wystających kręgów w karku. Podałem mu jagodowy płyn, a on od razu wylał go na moje plecy, nie rozgrzewając go wcześniej w dłoniach, czym bardzo mnie ucieszył.
- Niech zgadnę, twój ulubiony kolor to niebieski?
- I czarny- zaczął ugniatać moje plecy, na co zamruczałem. Mycie+ masaż + seksiak który to robi = Najlepsza kąpiel EVEEEEER! Początkowo delikatne ruchy z każdą chwilą były coraz energiczniejsze i szybsze, czym doprowadzał mnie do stanu ukojenia i błogiego szczęścia.

***

Po pełnej wrażeń kąpieli i wytarciu się, stałem przed lustrem tylko w luźno zawiązanym ręczniku na biodrach. Zgodnie z obietnicą, zacząłem ściągać kolczyki, za którymi nie przepadał ten na którym zależało mi najmocniej na świecie. Amir sam jeszcze się moczył, bo twierdził, że w czasie mojego mycia się, wyziębił organizm, a nie pójdzie na zewnątrz z czerwonym nosem i sinymi ustami. Rozbawił mnie tym. Skończyłem już zabieg "usuwania metalu z pięknej buźki", więc zacząłem myć ząbki i twarz. Aruś też skończył i czym prędzej pokazałem mu brak metalowych ozdobników. Uradowany przytulił mnie śmiejąc się rozkosznie, po czym odwrócił mnie i utulił mnie od tyłu, staliśmy przed lustrem. Wyplułem do umywalki pianę i wyczyściłem dokładnie usta.
- Popatrz, jaki piękny, młody bóg- wskazałem na nasze odbicie- te oczy, usta, nosek... no przystojny jak nikt inny- chłopak się zaczerwienił- o popatrz! Ty też tu jesteś!- wyszczerzyłem się, a on roześmiał się gardłowo.
- Tak, tak, ty młodym bogiem, raczej niemowlaczkiem...
- No ej!- fuknąłem- nie wypominaj mojego wieku!

***

- Tuli- wystawiłem łapki ku Amir'owi z błagalną minką.
- No chodź tu- uśmiechnął się czule. Skoczyłem na niego, a on gibnął się w tył. Siedzieliśmy w salonie Orlaków, gdzie póki co, nikogo nie było. Krótki całus w czoło, nos, podbródek i usta, wykonany przeze mnie. Lecz kiedy trafiło właśnie na wargi, chłopak nie odpuścił i jak zwykle (co zawsze bardzo mnie cieszyło) ze zwykłego całusa przeistaczał go w pocałunek francuski, trwający najczęściej 2-3 minuty. Uwielbiany przeze mnie kolczyk w jęyku, którym zawsze się bawiłem, a gdy coś nie pasowało, dociskałem go, sprawiając lekki ból, którego oznaką było syknięcie i złapanie mnie za pośladek. Tym razem było inaczej. Obaj robiliśmy to namiętnie, bez wygłupów. To był pocałunek prosto z serca, w którym (moje) zabiło mocniej i szybciej niż zwykle gdy to robiliśmy.
- Amir- wyszeptałem mu w usta- kocham cię, kocham cię ponad życie...

<Nie usunęło się? Sukces! Omnomnomnom>

środa, 22 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a CD Jonasza [18+!]

Słysząc przyjemną uwagę na temat mojego przyrodzenia nie mogłem się nie uśmiechnąć. Był po prostu słodki, a teraz taki wymęczony i spełniony aż prosił się bym go dotknął, wziął w swoje ramiona i nie puszczał, póki sam bóg by nas nie rozdzielił. Przyśpieszyłem ruchy palców, zginając je w pół i odginając, by zminimalizować ból, który zazwyczaj występuje podczas moich stosunków z chłopakami. Drugą dłonią oplotłem jego penisa, na nowo pobudzając go do życia, przez co niebiesko-włosy zakrył sobie usta by jeszcze bardziej nie jęczeć. Odwróciłem twarz w stronę jego nogi, złożyłem na niej pocałunek, po czym zaczepiłem zębami skórę, jakby nie będąc pewnym, czy mogę wreszcie połączyć nasze ciała w jedność.
- S-starczy.. - wręcz wychlipał. Zagryzłem szybko wargę, czując falę ciepła płynącą do tego jednego miejsca. Wyjąłem palce, nie przestając masturbacji jego narzędzia i przysunąłem się bliżej, dwa razy przejeżdżając po własnym palcami. Nakierowałem go na wejście które wcale nie było takie luźne, schyliłem się i zacząłem powoli w niego wchodzić. Kiedy główka była już w środku, Jonasz złapał mnie dłońmi za szyję i zacisnął oczy.
- Spokojnie. - mruknąłem, szybkim pchnięciem wchodząc 3/4. Bez skrępowania jęknął na cały pokój, a między jego długimi rzęsami zebrała się słona ciecz. Tyle chwalił się, że jest uzależniony od sek*u, ale wydaje mi się, że miał na myśli zaspakajanie się nawzajem. Ot co dziewica?
Mnie również było ciasno i to bardzo, dla tego sapnąłem z przejęcia, pozwalając sobie na kilka lekkich ruchów w przód i w tył. Obiema dłońmi objąłem go za biodra, kontynuując. W między czasie wchodziłem też głębiej aż syknął i zatrzymał mnie ręką. Nawilżyłem usta, palcem starłem te nieznośne łzy z jego twarzy i uśmiechnąłem się czuło, gładząc go po policzku. To dało mu odwagę by samemu ruszyć biodrami. Uznałem to za pozwolenie i już o wiele szybciej wykonywałem ruchy w przód i w tył, obserwując z zafascynowaniem grę emocji. Czułem, że długo i tak nie pociągnę, więc bez wychodzenia z niego podniosłem go tak, by usiadł mi na ugiętych nogach. Nie było to zbyt wygodne, dopóki nie odwróciłem go by był do mnie plecami. Tak było idealnie; nasze ciała złączały się niczym dwa elementy, opierając się o siebie. Udało nam się zsynchronizować ruchy i wspólnie w tym specjalnym, intymnym tańcu zbieraliśmy przyjemność.

Całowałem jego szyję, ramiona i gryzłem co jakiś czas lekko w ucho, chcąc dać co tylko mogę. Jedną ręką trzymałem go za brzuch, a drugą za włosy, za co pewnie później mnie opierniczy. Jęczał i wzdychał, raz po raz również krzycząc i powtarzając nie zrozumiałe słowa po swoim rodzinnym języku, których nie rozpoznawałem. Jedno to było przekleństwo, bo gdzieś to ,,ku*wa" słyszałem, może w jakimś filmie.. - Jonasz, czy mogę..
- ,,Tak!" - krzyknął znowu. Uznałem to za pozwolenie, mimo, że nie znam tego języka i począłem poruszać się najszybciej jak umiem. Nie trzeba mi było dużo, bym doszedł odginając swoją szyję w ten sam sposób co on. Powinienem użyć prezerwatywy, ale.. oj, raz kozia śmierć. Pomogłem mu dalej ruszając biodrami dojść w moją dłoń, z której potem zlizałem białą ciecz, której na marginesie wcale nie było tak dużo. Rozłączyliśmy się, ale dosłownie na chwilę i położyliśmy obok siebie, uspokajając oddech. Chłopak był we mnie wtulony i co rusz jechał ręką po moim brzuchu, mając zamknięte oczy.
- Nawet nie wiesz jak wyglądałeś seksownie. - wymruczałem patrząc na jego senną twarz. Uśmiechnął się, otworzył oczy i zbliżył się by pocałować mnie namiętnie, ale krótko. Zaprotestowałem i kolejny raz tego dnia złączyłem nasze wargi na dobrą minutę.
- Teraz spaać..~ - wymruczał jak kotek i przytulił się do mojej piersi. Zacmokałem i zwaliłem go na podłogę. - Ej!
- Najpierw ubierz gatki Julio. - sam wstałem i ubrałem na swój tyłek własne, różdżką cofając zaklęcia z drzwi. Poszedłem do łóżka, położyłem się i poklepałem miejsce obok, na które z resztą zaraz się rzucił. Odwrócił się tyłem, a ja mocno przylgnąłem do niego, obejmując go. Po paru minutach wyszeptałem; kocham cię, ale on już spał..


< Masz co chcesz, pływaj tesz~ omnomnom >

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a [+18]

Doprowadzał mnie do obłędu. Każdy jego ruch, oddech, pocałunek był nie do opisania. Byłem "na górze", całowałem go, masowałem jego ramiona i poruszałem wolno biodrami, podczas gdy on masował moje udo i pośladek. Nie dokońca dochodziło do mnie co mówił, jedyne co zanotowałem to "pokochaj". Mam pokochać jego, czy kogoś innego? Jeśli jego, to przecież go kocham całą duszą i ciałem. Ryczałem za nim po nocach i dniach, głodziłem się i złapałem załamanie nerwowe. A jeśli innego? Nie ma szans, kocham go za mocno, za bardzo. Moje myśli zawsze są zawładnięte przez jego uśmiech, usta, nos, kości policzkowe, oczy, włosy, piegi! Przez całą jego osobę! Nie przestawałem myśleć nad tym "A co by było gdybyśmy zostali parą?" Jak by to się potoczyło?
Nim się zorientowałem, leżałem pod nim. Nie opierałem się temu, tylko zamruczałem. Jego rozpalone, słodkie wargi, złączyły się z moimi. Moja ciekawska łapka, wtargnęła pod jego bokserki, a, zapewne, ciemne włoski na jego tyłku stanęły pod moim dotykiem.
- Czemu masz takie chłodne ręce?- wyszeptał w przerwie między pocałunkami, by znów zanurzyć się w moich ustach.
- Nne wem- wysapałem sepleniąc. Ścisnąłem mocno jego tyłek, na co chłopak syknął w moje usta. Uśmiech wpełzł na moją, czerwoną już od podniecenia, twarz. Przygryzł moją wargę i pociągnął ku sobie, puszczając. Zaczął zjeżdżać w dół, badając przy tym ustami i rękami każdy kawałek mojego rozgrzanego ciała.
Zatoczył językiem kilka kółek wokół mojego pępka, przy okazji masując moje sutki. Sapanie i jęki z mojej strony jeszcze bardziej go nakręcały i nie zauważyłem kiedy zawisnął nad moją męskością, patrząc na nią wygłodniale. Oblizał zmysłowo wargi i musnął językiem, mokry już, czubek. Napiąłem wszystkie mięśnie i westchnąłem rozkosznie, a był to dopiero początek pieszczot. Wziął go, całego, zaciskając na nim swoje palce i wargi. Kolczyk w języku sprawiał, że każdy jego ruch był dla mnie cztery razy silniejszy i bardziej emocjonujący, co też wiąże się z faktem, iż doszedłem o wiele szybciej. Prosto w jego buzię. Przełknął białą maź z uśmiechem satysfakcji. Chciałem aby i jemu było dobrze. Podniosłem zachęcająco nogę i położyłem ją na jego ramieniu.
- Bierz mnie... całego...- wyszeptałem chrypliwym głosem. Amir zastanawiał się nad tym przez pewien czas, aż w końcu, nieśmiało kiwnął głową. Jedną dłoń położył na moim kolanie, a drugą nakierował na moje "wejście". Podniósł brew, a ja sapiąc i wyczekując dałem mu znak, żeby to zrobił. Po chwili jego jeden palec znajdował się we mnie. Powoli nim poruszył, by zaraz dodać drugiego i trzeciego. Przy ostatnim zasyczałem cicho i wygiąłem się w mostek, z czego skorzystał Ar i pocałował mnie w pępek. Jednym ruchem różdżki (TEJ MAGICZNEJ) zamknął drzwi na cztery spusty i zabezpieczył je kilkoma zaklęciami. Pomogłem mu zdjąć bokserki...
- Wow...- wyszeptałem próbując złapać oddech- D-duży- odchyliłem głowę do tyłu.

<Słyszysz? Masz dużego, przer*chaj go. Omnomnomnom>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Skrzywiłem się co miało wyglądać choć trochę jak uśmiech, nachyliłem się nad jego uchem, odsunąłem kosmyk włosów i prawie dotykając ustami ucha wyszeptałem gardłowo ,,Jak bardzo?" chuchając na nie. Zaśmiałem się w duchu, kiedy zadrżał, a każdy włosek na jego ciele uniósł się w górę. Wróciłem na miejsce, puszczając skórkę od banana i łapiąc za własną kanapkę, gryząc ją i kątem oka obserwując lekki rumieniec na jego twarzy. Ja też potrafię być kuszący, również umiem onieśmielać i podrywać, sorki kotku, ze mną nie ma żartów. Już chciałem podnieść kubek z piciem, kiedy oberwałem w głowę gazetą. Odwróciłem się i ujrzałem gwiżdżącą pod nosem brunetkę z którą spędziłem dzieciństwo. Uśmiechnąłem się, wstałem i poczochrałem ją, za co od razu dostało mi się w łeb po raz drugi. Zaciągnęła mnie na bok, pokazując, bym się schylił i wręczyła mi jakiś zwinięty rulonik. Poklepała mnie po ramieniu, a ja na pożegnanie przytuliłem ją i wróciłem na miejsce. Nie uszło mojej uwadze zazdrosne spojrzenie Jonasza oraz lekko zirytowana postawa. Żeby udać, iż wszystko jest okej, ugryzł jabłko, bo przecież nie mógł złapać za nic lepszego od owocu. Zignorowałem go, dokańczając śniadanko.

~

- To proszę przećwiczyć, na następnych zajęciach wypytam o każdy szczegół. - powiedziała Papandreu rozglądając się po naszych twarzach. Stawała na niektórych, nieco onieśmielonych i uśmiechała się. Była na prawde piękną kobietą, lecz swym urokiem nie dorównywała mojej matce w młodości. Okej, nie czas na przemyślenia, skup się, bo będziesz mieć przechlapane jutro.
W końcu lekcja się skończyła, a ja mogłem wylecieć wesoły w stronę błoni. Dzisiaj czułem się wyjątkowo dobrze, zazwyczaj odczuwałem już chłód i nieprzyjemne dreszce o tej godzinie. Nie tym razem. Każdy ubrany był w bluzy, długie-ramiączka, czy też kurtki, a ja w zwykłym podkoszulku rzuciłem się na trawę i przeturlałem w bok. Z boku musiałem wyglądać jak wariat, ale trudno~

~

Ósmy, dziewiąty, dziesiąty.. trzydziesty pierwszy! - odliczałem w myślach ilość zrobionych pompek. Tak nawdychałem się wcześniej świeżego powietrza, że musiałem odreagować ćwicząc. Czy dużo mi to zajęło czasu? No cóż, bieganie w miejscu, brzuszki, przysiady, rozgrzewka, to wszystko dało mi około godziny. Czyli powinna być godzina dwudziesta druga, a Jonasza jak nie było, tak nie ma. Umówiliśmy się, że będzie o dwudziestej, spóźnia się już dwie godziny..
Po czterech następnych wstałem, poklepałem się po odkrytym brzuchu bez jakichś większych zamiarów i z kieszeni spodni wyjąłem lekko zgnieciony list. Rozwiązałem małą wstążeczkę i zacząłem czytać. Najpierw zerknąłem na podpis - był to jeden z moich ,,chłopaków" z osiedla. Przez większość tekstu przepraszał, że na mnie nawrzeszczał, że nie umiał zrozumieć jak bardzo przeżywałem śmierć naszego kolegi, dla tego do jego głowy wpadały myśli o mojej zdradzie, że tęskni i kocha. Na odwrocie pismem Sumki pisało ,,SPAL TO". Nie zdążyłem wykonać polecenia, bo do pomieszczenia wpadł niebiesko-włosy i zamknął drzwi. Szybko włożyłem papier pod poduszkę i odwróciłem się do niego przodem, opierając plecami o oparcie łóżka.
- Ładnie to tak się spóźniać? - wymruczałem. Wiem, jestem okropny, najpierw mówię sobie, że nie dotknę go zanim nie powie, że mnie kocha, a teraz sam pokazuje mu, że jestem chętny do czegoś więcej. Ku*wa.
- Nico.. - nie musiał dokańczać, żebym się zirytował. Ten chłopak zaczyna działać mi na nerwy, co nie zrobię czegokolwiek, ten się wpierdala i rozwala mi szczękę. Czy on nigdy nie da mi spokoju, nie, wróć, nie da spokoju Jonaszowi? - ..zatrzymał mnie na chwilę.
- Jest za dwadzieścia. - zerknąłem na zegarek. Odetchnął z ulgą, a ja się skrzywiłem jeszcze bardziej. - Za dwadzieścia jedenasta.
Oh'noł ze skruszoną miną i podszedł, robiąc chytry uśmieszek. Przyłożył swoje zimne jak zwykle dłonie do mojej klatki i pomasował ją, lekko drapiąc i tak jeździł w górę i w dół, zagryzając wargę. Od razu polepszył mi się humor; dosyć mocno przyciągnąłem go do siebie, ręce kładąc na jego biodrach, które pomasowałem wjeżdżając nimi pod materiał koszuli. Tego oczekiwał, wspiął się wyżej i pocałował mnie, językiem zaczynając tak bardzo kochany przez nas splot. Przyjemnie okrążał nim mój kolczyk, nie zaprzestając badania mego ciała. Pozwoliłem sobie rozwiązać jego krawat i zdjąć marynarkę, za którą poleciała ostatnia część górnego ubioru. Teraz bez zastanowienia oderwałem się od niego i począłem lizać i całować szyję, zjeżdżając w dół na klatkę, a potem na wrażliwe punkty na piersi. On, jako iż nie miał za dużego dostępu, wykorzystał swe ręce do głaskania i drapania mnie po głowie. To nie było ważne. Teraz liczyło się to, by to jemu było dobrze.
Zassałem się na brzuchu, robiąc malinkę i polizałem ją, po czym wstałem i wpiłem się w jego usta na powrót, z zadowoleniem spijać oczyma czerwone wypieki i spinające się mięśnie pod palcami.
- Dzisiaj nie przestaję. - wysyczałem mu w usta już pewniej zjeżdżając z dotykiem na pośladki osłonięte szkolnymi spodniami. Jeden ścisnąłem i żeby odwrócić jego uwagę równocześnie coraz mocniej napierałem z całunem. Przypomniałem sobie o tych kolczykach, których jednak nie ściągnął. Ścisnąłem nas jeszcze mocniej, zębami łapiąc płatek ucha i boleśnie ściskając kłem, aż poczułem metaliczny smak. Jęknął, nie do końca ucieszony takim zachowaniem.
- Zabolało. - poskarżył się. Wyczułem jak jego biodra wysuwają się do przodu i do tyłu, prawie nie zauważalnie. Byłem podniecony tak samo jak on, nie da się ukryć. Rzuciłem go na rozłożoną wcześniej kanapę, wchodząc na niego. Podkuliłem jego nogi, i z twarzą blisko podbrzusza rozpiąłem zamek, a po chwili ściągnąłem z niego te niewdzięcznie zasłaniające najważniejsze miejsca spodnie. Butami i skarpetkami nie musiałem się przejmować, bo były zdjęte.
Chciał mnie pociągnąć do siebie, ale przytrzymałem jego klatkę by nie siadał i ustami przylgnąłem do przyrodzenia przez materiał, jadąc nimi w górę wydychując ciepłe powietrze. Odchylił głowę w tył, wzdychając głośno. Wystawiłem język i razem z kolczykiem przejechałem tą samą trasę. Wreszcie udało mu się mnie przewrócić i usiąść na mnie. W tej walce zyskałem tyle, że zsunął się w dół i teraz był mniej-więcej na mojej wysokości. Napawał się tym, co matka natura dała mi pod brodą w dół, a ja z uwielbieniem gładziłem jego plecy, ciekawską ręką powoli wjeżdżając pod jego bokserki.

- Jonasz.. - przerwałem mu całowanie mojej brody. Uniósł zamglony wzrok czekając, aż kontynuuję. - Pokochaj mnie pewnego dnia na prawdę.
Pokiwał jakby do siebie, nie przerywając sobie poprzedniej czynności. Delikatnie złapałem za koniec bielizny, powoli ciągnąc ją w dół, aż sam chłopak odrzucił je na podłogę. Uśmiechnąłem się i przejechałem po jednym pośladku w dół nogi, i w drugą stronę. Chciałem już doprowadzić go do tego najwyższego stanu, ale równocześnie pragnąłem dać mu długą przyjemność..

< omg, to już 1.35? hehehe >

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Czemu się obraził... zrobiłem coś nie tak? Nagłe całusy i tak dalej? A może kolczyki? Nie wiem, naprawdę, obraził się i znikł... idiota Nico, jak zwykle poszedł i go uderzył, na co zareagowałem wyrzuceniem go z pokoju, wrzaskiem i użyciem krótkiej drętwoty. Wk*rwiony i zrozpaczony padłem na łóżko.
Po długiej i pełnej łez nocy, obudził mnie nietypowy zapach i coś miękkiego, smyrającego mnie po twarzy. Otworzyłem leniwie oczy i zobaczyłem... du.pę jakiegoś kota. Wrzasnąłem i zrzuciłem go z łóżka, na co zareagował przeraźliwym miauknięciem. Zerwał się z podłogi i zasyczał strosząc sierść.
- A kysz, duszo nieczysta!- pisnąłem machając rękami i wycierając twarz. Nim się spostrzegłem, stał przede mną, rozmasowujący ramię, Amir- Co do...- nagle złapał mnie za ramię, a drugą rękę położył na moim kolanie.



- CO TO MA BYĆ?!
- Transmutacja głuptasie.
- To ty... kot... kotek? KOTEK! Ale co ty tu robisz...
- Śpię... to znaczy spałem, póki pewien jegomość nie wywalił mnie z łóżka.
- Zaskoczyłeś mnie... ach i na przyszłość, wsadź se tam tic-tac'i- poklepałem go po tyłku, na co fuknął i wielce obrażony odwrócił się, zakładając ręce na piersi- Oj noo... nie gniewaj się znowu- złapałem go za biodra i jednym, szybkim ruchem pociągnąłem go na materac. Opadł na niego, a ja jak małe dziecko wtuliłem się w jego plecy. Ciepło bijące od niego, przyjemnie mnie rozgrzało, a dobrze zbudowane ciało i jego męska sylwetka, zawsze wzbudzały u mnie poczucie bezpieczeństwa. Krótki całus w linię szczęki, nieco go rozbudził i rozbawił, a po chwili siedziałem objęty przez chłopaka- Czemu się tak obraziłeś... Gapciu?
- Gapciu? A dostałeś zezwolenie na nazywanie mnie tak?
- Nie...
- No właśnie...
- No to... Amorku, czemu?
- Bo nie ma dżemu, powiem ci kiedy indziej... zmiatamy na śniadanie...
- Arrr, zostało jeszcze półtorej godziny...- podniosłem ku niemu łebek. Jego oczy, zasłonięte przez rzęsy, wpatrywały się w moją twarz. Odgarnął moją grzywkę, muskając kciukiem kolczyk.
- Po co tak zbeszcześciłeś swoje ciało?
- Nie są ładne?- złapałem szybko za kolczyk w uchu.
- Lepiej było bez nich...
- Zdejmę je kiedy tylko zechcesz. Tylko żebyś się już nie obrażał.

***

- Powiedz: "aaaaa"- stanowcza dłoń Amir'a chwyciła mój podbródek.
- Ale ja nie chcę- wyjęczałem, ale chłopak nie odpuścił i szeroko otworzył moje usta. Zacisnąłem powieki i poczułem jak na siłę wpycha twardą część w moją buzię. Poruszył raz i pogłaskał mnie po głowie- za dużo- wyszeptałem czując ból gardła. Lekko to wysunął, by po chwili znowu wepchnąć z podwójną siłą.
- No zjedz bananka!
- Ale ja już jadłem!- ugryzłem żółty, twardawy owoc.
- Ładnie, a teraż przeżuwamy- poruszył moją dolną szczęką w górę i w dół.
- Zjadłbym innego banana- wyszeptałem, puszczając mu oczko.

<omnomnom>

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Jego długie, chude palce przejechały po mojej odkrytej skórze, a słodkie usta zlewały się z moimi. Językami tworzyliśmy nieskładany taniec, siłując się kto tutaj prowadzi. Nie myślałem o tym na serio, chciałem jedynie lekkiej bliskości, ale widocznie nie zgadzał się z moją myślą; złapał za krańce koszuli, zsunął ją nagle z moich ramion i puszczając me wargi, dossał się do zagięcia w szyi. Nie przerywałem, to jeszcze nic takiego. W pewnym momencie zaczął majstrować przy moim zamku, więc odsunąłem go na nowo, tym razem mocniej i zarzuciłem na siebie zwisający materiał. Położyłem ręce na jego policzkach, przyglądając się jego oczom. Ten kolczyk w brwi nie do końca mi pasował, jednak zignorowałem ten dodatek i nawilżyłem usta językiem, by powiedzieć.
- Powinieneś już iść. - odwrócił wzrok na dosłownie sekundę. Znów popchał mnie na ścianę i oparł się o mnie czołem. Pogłaskałem go po włosach, lecz to nie zmieniało mego postanowienia, że do jutra nie zamienimy więcej słowa. To dla jego dobra, niech ochłonie i pozbiera myśli.
Plus, wciąż nie mogłem zrozumieć po co przebił tak piękną i delikatną skórę jakimś metalem. Pojmuję mnie, bo nie mam idealnego ciała, tak czy siak ich nie widać, a on.. w brwi? W uchu? Przecież widać na kilometr te błyskotki. Mówi się, że ważne wnętrze i dusza, a nie wygląd. Patrząc na niego ta gadka się nie zgadzała. To po prostu mnie irytowało.
Dalej stał, co rusz przecierając jakieś pierwsze lepsze miejsce na moim ciele chyba próbując wrócić do romantycznej atmosfery. Dla mnie ona dawno się skończyła, dla niego również powinna. - Jonasz, wyjdź.
- Co takiego zrobiłem, że jesteś zły? - zapytał kiedy złapałem go za rękę i poprowadziłem do drzwi. Tam oparł się mojej sile, z zawziętością trzymając się mej koszuli. Strzepnąłem go, otworzyłem wrota i wypchałem go, zamykając je. Ta cała złość pojawiła się nagle, nie wiedziałem nawet, że potrafię tak chamsko się zachować, ale.. Kto by nie zrobił czegoś takiego po ujrzeniu zniszczeń na.. ah, szkoda się rozpisywać. Mleczna biała, teraz zdobiona metalem skóra. Nie, nie chcę tego widzieć. Co do zachowania, to też to mi się nie podoba. Chciałem dać mu szansę na miłość, nie na sam sek*, którego przecież wcześniej tak bardzo się wzbraniał gdy miało dojść do czynu.
Przez resztę dnia [i wieczora] siedziałem u siebie czytając. Kiedy ktoś zapukał, zignorowałem to i tylko Casper który siedział na łóżku ruszył się i otworzył, od razu będąc popchanym. Przyszedł Nicklase, z wnerwioną postawą i ściętą miną. Zgadnijcie jak to się skończyło. Dostałem w twarz z pięści i gdyby nie blondyn oraz jego różdżka pewnie dostałbym również gdzie indziej. Aż tak bardzo go broni, że ryzykuje dwóch na jednego..

~

- Amir.. - usłyszałem gdzieś z końca korytarza. Odwróciłem się, lecz nie był to odpowiedni krok. Niebiesko-włosa czupryna przebiegła między paroma osobami, niczym prawdziwy ninja, używając palców by przyśpieszyć. Znieruchomiałem, nie wiedząc, czy uciekać, czy stać i przyglądać się. Chłopak podbiegł do mnie i się przytulił, co chwile drgając w akcie rozżalenia. Zgadywałem, że brakowało mu mojej osoby przez te parę dni w których omijałem go jak ognia. Po części bo dalej miałem siniaka stworzonego przez jego maczo-obrońce, a po części dla tego, że widząc jego sylwetkę czułem ciepło w podbrzuszu mówiące: na co czekasz, bierz go. Nie chcę go skrzywdzić.
Uniósł podbródek z tą psią minką, która zawsze mnie dobijała. Kiedy chciał, potrafił być seksowny, urzekający, umiał zrobić z siebie ofiarę która wzbudza współczucie.. prawdziwy aktor. Ale nie, ja już podjąłem decyzję. Odsunąłem go i wznowiłem drogę, co pewnie też zraniło jego niepewne serduszko.
Dopiero w nocy odważyłem się do niego przyjść. Nie, nie mam na myśli formy ludzkiej, wkradłem się do środka jako kot i położyłem się na jego poduszce obok głowy, łapą obejmując jego szyję. Nie mogłem długo się gniewać, po prostu nie potrafię. Ta nić łącząca nas dwóch jest zbyt gruba, żeby z byle błahostki poświęcać wszystko.
Ale i tak mam mu za złe za te kolczyki.

< myhmyhmyh.. >

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

- Są cudne...- wymruczałem.
Zadziwił mnie tymi tatuażami. Przejechałem palcem po zaczerwienionym jeszcze misiu.
- Czemu skrzydła?
- Bo jestem wolny...
- A miś?
- A miś... a miś bo silny- odwrócił głowę, a ja pokiwałem łebkiem. Naprawdę podobały mi się oba, ale nic nie przebije kolczyka w języku, nawet kolczyk w pępuszku. Złapałem go za podbródek i otworzyłem szeroko jego usta, po czym chwyciłem wilgotny jęzor i wyciągnąłem na całą długość. Jęknął coś i próbował się wyrwać, a ja dokładnie oglądnąłem jego języczek.
- No proszę, jak ładnie...- puściłem go, a on wytarł język w najbliższy ręcznik.
- Co ty żarłeś?
- Ummm... nie chcesz wiedzieć...
- JONASZ NO NIE MÓW, ŻE TY...
- Tak, tak, jadłem cebulę... no ale przegrałem zakład- wyszeptałem. Jego mina? Bezcenna.
- To. Nie. Smakuje. Jak. CEBULA!
- No dobra, dobra... dokładnie piłem, ale nie chcesz wiedzieć co...
- JONASZ K*RWA, CZY TY ROBIŁEŚ TO O CZYM JA MYŚLĘ?- wykrzywił się i zawył. Połączyłem wątki i dotarło do mnie co on sobie wyobraził.
- Nie! Miałem lekcje eliksirów, a to...- liznąłem swoją rękę, na co chłopak zasłonił usta dłonią- A to tojad... pomieszany z twoją śliną.
- I TY TO JESZCZE ZLIZUJESZ?!
- No... twoja ślina... nawet smaczna.
- SMACZNA? CZŁOWIEKU CO TY PIEPRZYSZ?
- Nie pieprzę, tylko solę, nie lubię pieprzu...
- Jonasz... czy ty się dobrze czujesz?
- Wyśmienicie- podszedłem bliżej i stanąłem na palcach. Cmoknąłem go delikatnie i czym prędzej czmychnąłem. Szedłem dzisiaj z Nico na lody.
- Jonasz?! Gdzie idziesz?!
- Na lody!
Planowałem później zrobić sobie kolczyk w uchu i brwi. Nie będę gorszy od tego Francuzo-Brytyjczyka!

***

Wracałem dumnie wyprostowany do dormitorium. Prawa brew bolała, ucho już nie. U Amir'a to się tak nie rzucało w oczy, w końcu on miał tylko w jęzorku i pępuszku. Ledwo wszedłem do salonu Orlaków, poczułem cieplutkie palce na nadgarstku, które należały do Amir'a. Zaciągnął mnie do swojego dormitorium.
- On jest przerażający...
- Kto?
- No Nicklase... przyszedł i non-stop się na mnie gapił. To trochę straszne...
- On taki już jest...
Chłopak patrzył na mnie z uśmiechem na tej piegowatej mordce. Aż zrobiło mi się ciepło na serduchu. Odgarnąłem grzywkę za ucho, zapominając zupełnie o kolczykach. Przez chwilę się jeszcze uśmiechał i nagle jego mina z wyszczerzonej od ucha do ucha, zmieniła się w minę mówiącą: "Co ty k*rwa zrobiłeś?". Złapał moją małżowinę w dwa palce i bardzo dokładnie ją oglądnął, po czym to samo zrobił z brwią.
- Zgapiacz...- wyburczał. Z uśmieszkiem flirciarza pchnąłem go w stronę ściany, na którą wpadł z hukiem. Ruszyłem ku niemu kręcąc biodrami i zagryzając zmysłowo wargę. Zacząłem rozpinać jego, nieco przyciasną, koszulę. Wyjąłem z buta różdżkę i machnąłem nią niedbale w stronę drzwi, które szczękiem oznajmiły, że zostały szczelnie zamknięte. Kiedy dokończyłem rozpinać guziczki przy jego mundurku, delikatnie ją rozchyliłem i przylgnąłem wargami do złącza skrzydeł, błądząc swoimi kościstymi, długimi paluchami po jego brzusiu. Oczywiście moje niesforne łapki, wsunęły się pod jego spodnie. Mocna dłoń chłopaka odsunęła mnie stanowczo, aczkolwiek delikatnie- Co ty robisz?
- Miziam cię- stanąłem na paluszkach i padłem na niego dając mu namiętnego i soczystego całusa. Obkręciłem kilkakrotnie jego kolczyk swoim językiem, a on chwycił mnie mocno za ramię- Chcę cię... tu... teraz...
- Jeśli mnie złapiesz... no dalej, złap mnie w te swoje "uwodzicielskie szpony" z których nie będzie odwrotu...
- Jeśli potrafię, to zrobię to z wielką chęcią- zacisnąłem palce na jego biodrze, a z jego pełnych, przyklejonych teraz do moich, ust wyrwał się cichy jęk pomieszany z przyjemnym pomrukiem.

<#Załamanie_nerwowe #strata_zwierzora #zarwana_noc #opo_bez_sensu #omnomnomnom>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

- Dyrektor! - wydarłem się zrzucając go na podłogę. Tak na prawdę nikt nie szedł, ale nie chciałem mieć odcisków po jego nogach na brzuchu, tym bardziej, że idę zrobić sobie nowe tatuaże. Nie, nie wyjdę ze szkoły; jest tu ponad trzech starszaków którzy mają przyrządy i dobrze radzą sobie z takimi rzeczami, zaufam jednemu z nich z którym się dogadałem przy stole. Okazało się, że umie również przekłuwać różne części ciała, w tym język. Może skuszę się, może nie, ale dwa tatuaże które sobie zaplanowałem zrobię na pewno. Mianowicie niedźwiedź przechodzący po moim lewym boku i duże, bardzo duże skrzydła na klacie do ramion. Czemu?
a) Niedźwiedź - na cześć Jonasza, on również jest takim małym wku*wiającym misiem który będzie na moim ciele do końca życia, chyba, że go jakoś zmażę.
b) Skrzydła - chcę pokazać, że potrafię być wolny. No i to tak chyba wszystko, jeśli chodzi o tłumaczenie ich znaczeń, pora na zdobywanie chole*nej wiedzy w nudnych godzinach nauki. Ale najpierw odprowadzę tego marudę..

~

Nadszedł ten czas. Umyłem się, wypachniłem żeby nie było iż idę śmierdzący, ubrałem coś lekkiego i wymsknąłem się jak najszybciej by nie spotkać Susła, który zapytałby gdzie idę. Dotarłem w umówione miejsce, czyli w komnatę życzeń, gdzie już czekał ten owy, czarnoskóry mężczyzna. Kazał mi usiąść i zaczął zabawiać jakimiś gadkami, bym się wyluzował, ale praktycznie nie musiał. Naniósł szkice i wyciągnął maszynkę. Samo tatuowanie nie było bolesne, dopóki nie doszedł do wrażliwej szyi. Zagryzłem wargę i wytrzymałem. Zakleił miejsca watą wcześniej spryskując dziwnym sprejem. Uśmiechnąłem się wdzięcznie i już miałem dać mu zapłatę, kiedy wyciągnął drugie narzędzia, o wiele mniejsze i wystawił język, wskazując go palcem.
- Nie pękaj, będzie ci pasował. - wyszczerzył się. Niestety bardzo szybko poddałem się jego prośbom. Znieczulił mnie, kazał wystawić język, zrobił kropeczkę i.. ciach. Nie było przyjemnie, źle też nie było. Wyjął jakąś rurkę i zastąpił ją kolczykiem.
Wróciłem do dormitorium z lekkim skrzywieniem, ponieważ ranki piekły, a język lekko spuchł. Po ciemku ruszyłem do pokoju, gdy nagle ktoś wskoczył na moje plecy i nogami tak mocno ścisnął brzuch, że zawyłem i upadłem na kolana, drgając i ściskając oczy. Osoba, zdziwiona, zapaliła świece dookoła różdżką i pomogła mi wstać.
- Jonasz, ku*wa.. - zasyczałem. Podrapał się po nadgarstku wpatrując pytająco. Miałem pokazać je dopiero za parę dni, ale przy nim to nic się nie da zrobić z opóźnieniem, bo on musi odkrywać niczym bachor. Uniosłem koszulkę, wprawiając go w stan niedowierzania, a potem wypchałem język z buzi.
- Woah. - skomentował, usiadł obok mnie i zerknął pod bandaż. Strzepnąłem jego dłonie i przełknąłem kolejną falę śliny. Kupkowaty ślinotok.

~

Ściągnąłem białe, choć teraz już nieco zabrudzone opatrunki i ściągnąłem górę oglądając się w lustrze. Okropnie podobały mi się te tatuaże i normalnie wcześniej czułem tam pustkę. Przekręciłem się, dotknąłem lewego niedźwiedzia i w tym momencie usłyszałem pukanie. Pozwoliłem wejść. Niebiesko-włosy wleciał do środka, zatrzymał się i zagwizdał, podchodząc bardzo, bardzo blisko. Palcem przejechał po skrzydle oglądając go z zaciekawieniem.
- Podoba ci się? - zapytałem podnosząc brew z głupim uśmieszkiem. Mruknął coś i teraz oglądał misia, którego miał ukazywać, przynajmniej w moich oczach. Boże, jakie on miał teraz zimne paluchy..

< x P omnomnom >

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Pomogłem Amir'owi wstać i usiąść na moim łóżku. Jak Nico śmiał go uderzyć! Jego policzek był szkarłatny, trzymał go kurczowo. Westchnąłem ciężko.
- Przepraszam za niego, jest takim zazdrośnikiem... no i trochę zbyt opiekuńczy, no ale cóż poradzisz, taki Nico... będę go pilnował- wyszeptałem ciężko. Po chwili objąłem go i dałem mu całusa, nie wyrywał się.



- Ja wiem, że ku-ku boli, ale będzie dobzie... mój mały Amirek... nie pozwolę, żeby Nico cię skrzywdził...
- A idź ty! Nie mam czterech lat!- od razu się rozpogodził i roześmiał. Dałem mu jeszcze trochę całusów w czerwony jak róże polik.
- Lepiej, mój mały, biedny, pokrzywdzony misiaczku?
- Ta...- burknął i założył ręce na piersi. Przytuliłem swój policzek do jego i zamruczałem jak kotek- Oglądamy ten film?
- Okay- sięgnąłem pod łóżko i wyjąłem stamtąd laptop kolegi- To na co masz ochotę?
- Horror?- uśmiechnął się. Dostałem paraliżu i przełknąłem głośno ślinę- To jak?
- Ddobrze...- wyszeptałem.
- Obecność? A może Anabelle?
- Może Obecność- udałem, że się nie boję... NIENAWIDZĘ horrorów... zaczęliśmy oglądać. Przez pierwsze "straszniejsze" jak dla mnie sceny, czułem się niekomfortowo, ale wytrzymywałem. W środku spanikowałem i jak małe dziecko zapiszczałem przestraszony, po czym schowałem głowę pod pachę starszego chłopaka. Zaczął się śmiać i wyłączył film.
- Boimy się szkrabie?- pogłaskał mnie po głowie śmiejąc się non-stop. Pokiwałem łebkiem i mocniej wcisnąłem się pod jego rękę- Strachliwa ciamajda...- fuknął, a ja zaskamlałem. Po chwili wdrapałem się na jego kolana i przylgnąłem do niego swoim chudym ciałkiem. Poczułem dłoń na plecach, a drugą na udzie.
- Nigdy więcej horrorów...
- Czemu?
- Sam wiesz czemu... nienawidzę horrorów...
- To mam już na ciebie haka, gdy czegoś zechcę.
- Amir, nie, proszę...
- A tak, będę cię szantażował Smerfie.
- Aruś!
- Co?
- Aruś! Mój Aruś nie będzie mnie szantażował, bo się obrażę!- odsunąłem się i założyłem łapki na piersi. Uśmiech na twarzy chłopaka był dla mnie jak miód dla serca. Od razu poczułem przyjemne ciepełko i dreszczyk. Jego śnieżnobiałe ząbki. Piegi, które dodawały mu uroku i piękne oczy. Pociągła twarz, wyglądała teraz dojrzalej niż kiedyś, a wydatne usta i kości policzkowe jak zwykle kusiły. Odpłaciłem mu się tym samym, po czym rozłożyłem rączki- Tuli- złożyłem usta w dzióbek, a Amir pokręcił głową i utulił mnie. Przewróciłem nas, tak, że oboje leżeliśmy na boku i bardzo szybko usiadłem na nim okrakiem. Przechylił głowę i podniósł wysoko brew w geście zapytania, na co wyszczerzyłem się.
- Co?
- Co mordko? Leżysz pode mną...
- Nie na długo...- nagle przeturlał nas w bok na co chrząknąłem i zrobiłem minę wkurzonego bachora.
- To nie fair...

***

- CZŁOWIEK KOALA!- krzyknąłem skacząc na Amir'a i wieszając się na nim jak wspomniany wcześniej miś na gałęzi.
- Jonasz! Jonasz k*rwa!- przechylił się w tył, ale zaraz złapał równowagę i wrócił do pozycji wyprostowanej.Nogami oplotłem jego udo, a ręce zawiesiłem na jego ramieniu- złaź pasztecie ty!- charknął.
- Nie! Idziemy na korytarz, wio!- podciągnąłem się i oplotłem go nogami w pasie (nie dotykając w tym czasie ziemi!).
- Jonasz!
- Do boju! Pokaż że jesteś facet, bo powiem wszystkim, że nosisz gacie w kaczuszki!
- Skąd...
- A przegrzebałem ci szafkę...
- Ty gnojku! Złaź!
- NIE! POWIEM O GACIACH W KACZUSZKI I SKARPETKACH W WOZY STRAŻACKIE!
- TY! NIE POWIEM JAKI!- ryknął. Po chwili dodał zrezygnowany:
- Dobra... idziemy na korytarz...
Przeczuwałem, że ma niecne zamiary. Nie myliłem się. Wyszliśmy z dormitorium, a on wtedy krzyknął na cały głos...

<Co krzyknąłeś? omnomnomnom>

niedziela, 19 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Oblizałem lekko wargi na których spoczął smak miętowej pasty do zębów, której używał każdego poranka. Ta sytuacja była dziwna i nie koniecznie odpowiednia, dla tego by nie wprowadzić go w zakłopotanie [albo przynajmniej zmniejszyć jego stan] zaśmiałem się w miarę naturalnie i poczochrałem jego włosy. Nie wiem, czy powinienem przyznawać się do tego, że to ja zrobiłem krok w przód jako pierwszy i pocałowałem go. Nie to, że zrobiłem to specjalnie, po prostu.. Ah, co się będę tłumaczył. Pochlebiało mi jego uwielbienie do moich mięśni, tym bardziej, że jeszcze przed chwilą jego wzrok mówił //boże jakie przecudowne zarysy//. Mruknął coś po tym swoim języku co bezlitośnie zignorowałem odkręcając korek by do niskiej wanny nalała się ciepła woda. Kiedy się schyliłem, wręcz czułem jak pożera wzrokiem każdą napiętą jednostkę mego ciała. Żeby nie było mu za dobrze, wyprostowałem się, zbliżyłem do niego i oparłem się o ręką o ścianę po jednej stronie jego głowy. Miałem zamiar go wypłoszyć jak najszybciej. Uniósł podbródek, bo teraz wydawał się o wiele mniejszy. Uśmiechnąłem się, wokół nas zaczęła pojawiać się para, która osiadała na mojej skórze. Woops, zbyt gorąca woda..
- To jak, spadasz czy mam ci pomóc? - spojrzałem na jego krocze które dumnie odstawało na przód. Ha! I tu mam potwierdzenie; podnieca się na mój widok tak jak dziewczyny, hehehe. Zaczerwienił się słodko i spanikowany wyszedł zamykając za sobą drzwi. Kiedyś już taka sytuacja się zdarzyła, ale było na odwrót, bo to ja wszedłem do jego pokoju w złej chwili. No, oboje wiemy, że wchodzenie bez pukania i pozwolenia źle się kończy. Chociaż, czy źle, czy nie.. Teraz może sobie zwalić.
Zamknąłem zaklęciem drzwi na wszelki wypadek i wskoczyłem do wody z błogim uśmieszkiem, który zaraz zmienił się w skrzywienie, gdy pieczenie nasiliło się na wszelkich możliwych miejscach mego ciała. Również na pośladkach. Po jakimś czasie zacząłem śpiewać piosenkę mugolskiego (choć mówią, że jest mieszanej krwi) piosenkarza Stromae, o nazwie Papaoutai. Casper mówił, że mam podobny głos.. to wręcz zaszczyt, przynajmniej dla mnie.

~

Przejechałem wzrokiem po całym pomieszczeniu. Nauczycielka opowiadała o czymś, co nawet mnie nie zainteresowało na tyle, bo wysłuchać o samym temacie. Siedziałem z blondynem pomimo wkur*u, z tą różnicą, że nie odzywałem się ani słowem nawet jak mnie tykał. Dopatrzyłem się uśmiechniętego Susła, któremu puściłem karteczkę w kształcie skaczącego królika. Złapał go i odczytał, a jego uśmiech jeszcze bardziej się powiększył. Raczyłem go jeszcze oczkiem i zacząłem słuchać.
Po zajęciach udałem się do dormitorium do jego pokoju i walnąłem na jedno z łóżek czekając. Powiedział, że przyjdzie trochę później, żebym poczekał, więc czekałem. Co mieliśmy robić? A no dogadaliśmy się, że wspólnie obejrzymy dawno oczekiwany film na laptopie przemyconym przez jednego ze starszaków. Piętnaście minut i.. ktoś wszedł. Ale nie był to ktoś kogo oczekiwałem.
- Co ty tu robisz? - zapytał wrednym tonem Nicklase, zamykając drzwi i podchodząc. Usiadłem, zrzucając nogi i wstałem, drapiąc się po karku.
- Jonasz kazał mi tu zaczekać.. - wyjaśniłem. Zmarszczył brwi, podsunął się tak blisko, że stykaliśmy się praktycznie czołami. Starał się mnie przestraszyć, co niestety; nie udało mu się, wręcz wywołało odwrotny efekt. Odepchnąłem go. - Jaki ty masz problem?
- Daj mu wreszcie spokój, co? - wysyczał. - Przez ciebie przestał jeść, płakał, mdlał..
Zakryłem twarz dłonią, nie mogąc uwierzyć, że doszedł do tego stopnia. Przecież to nie jego sprawa, czy młody zadaje się ze mną, czy nie. Uniosłem wzrok jeszcze raz, ale zaraz tego pożałowałem, gdyż dostałem jakimś zaklęciem prosto w policzek. Odrzuciło mnie tak, iż poleciałem na podłogę przed owym łóżkiem. Zaczęło kręcić mi się w głowie, a cały obiad podszedł mi pod gardło. I tu niczym bohater do środka wszedł mój mały kumpel - Suseł. Widząc co jego przyjaciel zrobił zaczął się awanturować i pomógł mi wstać. Wcześniej wspominany wyszedł z pokoju wielce obrażony. Pięć minut i udało mi się utrzymać na własnych nogach..

< khekhe omnomnom >

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

Od razu wydałem z siebie charakterystyczne dla mnie w takich sytuacjach: "Ouch..."
- Przepraszam, nie powinienem pytać- odłożyłem truskawkę, którą miałem zjeść, na talerzyk.
- Rozumiem, byłeś ciekawy- spuścił głowę i połknął owoc, tym samym odrywając od niego szypułkę. Zrobiło mi się go żal, był dobity, widocznie naprawdę go kochał. Sapnął cicho, przeczesując włosy palcami, a ja odruchowo, jakby nigdy nic, objąłem go i przytuliłem mocno. Jęk zmieszany z westchnieniem od strony Amir'a mnie zdziwił, nie zrozumiałem co miało to oznaczać, ale chłopak po chwili odwzajemnił uścisk. Lekko ścisnąłem jego kark i musnąłem nosem jego małżowinę uszną. Trudno było powiedzieć czy koniec z Cas'em go bolał, czy może zawstydzał, bo zachowywał się jakby to było sprawą wstydliwą i niepoprawną. A to nieprawda, ja też miałem zawód miłosny i co? I nie ukrywam się z tym, a on pragnie, aby ta sprawa nie ujrzała światła dziennego. No cóż taki już jest Amir, chce być idealny (no i taki jest).
- Jeżeli zechcesz to już nigdy nie poruszę tego tematu- odsunąłem się, a on kiwnął głową.

***

Końcówka książki, a ja dalej nie wiem o co w tym chodzi! Nim się zorientowałem doczytałem ostatnie zdanie. Urwało się w środku, nie było kropki, jakby pisząc to, autor umarł. Powieść była w postaci pamiętnika, czyli pisząca go dziewczyna umarła... wybuchłem nagłym, przerywanym płaczem i wstałem. Ruszyłem do łazienki, gdzie Amir miał myć zęby. Otworzyłem drzwi i wparowałem tam.
- AAAAMIR JA NNNIE RROZZUMIEM TEJ KSI...- nie dokończyłem, bo otworzyłem oczy i zobaczyłem go prawie nagiego. Był tylko w zsuniętych do połowy dupci bokserkach. Odwrócił się nagle, a moją uwagę przykuł wyrzeźbiony brzusio i gładkie, pokryte ciemnymi włoskami podbrzusze. Zaraz wciągnąłem tak nagle powietrze, piszcząc cicho- "Boże najświętszy, ukochany mój, cóż za ciało! Ukarz mnie, żem ten grzech uczynił i wtargnąłem tu bez pukania, lecz dzięki Ci, za to, żem miał prawo ujrzeć ciało jak Apolla!"- wykrzyczałem po Polsku.
- Co ty mówisz?! I MATKA CIĘ PUKAĆ NIE UCZYŁA?!
- Ha, ha! Uczyła! Ale miałeś tylko umyć zęby!- poczułem powiększające się wybrzuszenie i nadchodzącą wolno falę przyjemności.
- Ygh! Myślałem, że załapiesz, miałem zamiar umyć się cały! Zęby to tylko aluzja!
- NIE UŻYWAJ PRZY MNIE ALUZJI, BO JESTEM NIEOGARNIĘTY DO BÓLU!- zawyłem jak syrena alarmowa.
- Dobra, nie będę! Tylko czasami...- wyburczał pod nosem. Moja męskość wychylała się z każdą chwilą coraz bardziej. W końcu nie wytrzymałem, podszedłem do niego. Moja ręka powędrowała na jego ramię, po którym zjechałem w dół, by po chwili ścisnąć delikatnie biceps. Wzdrygnął się cały, a włoski na jego ciele wyprostowały się. Gęsia skórka wtargnęła na jego ręce.
- Boże kochany...- zbliżyłem się kładąc drugą dłoń na jego dobrze widocznych mięśniach brzucha. Były twarde i tak ładnie ukształtowane, aż poczułem zazdrość, że nie mam takich, ale cóż... ja jestem tylko takim kościotrupem. Nie mogę nabrać tkanki tłuszczowej, a co dopiero mięśniowej- Chcę taki brzusio- wymruczałem jakby sam do siebie.
- To trzeba pracować...
- Tyle, że u mnie to nie wypali- przejechałem po jego podbrzuszu i trafiłem na gumkę od bokserek. Zagryzłem wargę wpełzając palcem pod nią. Pociągnąłem ją i puściłem, czemu towarzyszył jęk z jego strony. Stał mi. No normalnie mi stał. Wydałem z siebie charakterystyczne, zadziorne "mrr", na co on odpowiedział głębokim, basowym, przyprawiającym mnie o dreszcz mruknięciem. Nim się zorientowałem staliśmy zwarci w nieśmiałym całusie, ja z palcem pod jego gumką, on zaś błądził swoją dużą ciepłą dłonią po moich plecach- Przepraszam- wyszeptałem, delikatnie odsuwając się od niego.

<omnomnomnom>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Nie wiem, ile wpatrywałem się w niego, próbując wydusić z siebie słowa, które określiły by co dzieje się w moim życiu. Poddałem się po paru próbach, ściskając powieki i unosząc twarz w górę do nieba, jakbym chciał pokazać bogu jak wyglądam przez jego wynalazek nazywany losem. Przełknąłem ślinę, ściąłem brwi i po tym niczym w depresji upadłem lekko na kolana tuż przed niebiesko-włosym. Nic nie mówił, jedynie przyglądał się, tak jak wczoraj. Palcami złapałem się jego dłoni, przyciągając do swoich ust i policzka, przytulając ją jak ostatnią deskę ratunku.
- Zacząłem go kochać. - wyplułem to słowo tak, jakby było jadem. Ogarnęła mnie złość na samego siebie. Jak mogłem być taki głupi, żeby w ogóle myśleć o czymś takim jak związek z nim? Przecież widać było po jego oczach; lubię cię, to nie jest jednak nic więcej. Zapłakałem brzydko, bo według mnie płacz faceta nigdy nie mógłby być piękny, dalej opierając się na jego ręce. Uklęknął i przytulił mnie mocno, pozwalając wylać resztkę negatywnych emocji. Zadrżałem, gdy jego ciepłe ciało mnie dotknęło. Zapomniałem o tym, że jeszcze wcześniej miałem go dość, że był dla mnie irytującym bachorem, teraz i tu dawał mi coś czego szukałem od dawna. Powoli zacząłem się uspokajać, jednak serce dalej biło szybko z żalu. Wziąłem głęboki wdech, i wydmuchałem przez nos, oznajmiając, iż jestem gotowy by powstać. - Przepraszam..
- Za co? - zapytał, kiedy już staliśmy, jednak nie odsunąłem się od niego ani o centymetr, po prostu nie chciałem, jeszcze chwilę ~ powtarzałem. Położyłem czoło na jego ramieniu, wzdychając. No tak, dla czego właściwie go przepraszam? Bo zajmuje jego czas, wykorzystując go na własne żałosne potrzeby wypłakania się. Ale nie powiem mu tego w ten sposób, bo do końca nie jest to prawdą. Gdyby nie chciał, mógłby przecież odejść.
- Za to, że nie byłem przy tobie tak jak ty przy mnie. - cudem przeszło mi to przez gardło. Obwiniałem się za swoje wcześniejsze egoistyczne myśli i kroki w stronę naszej relacji. Byłem dupkiem, ale teraz postaram się to naprawić, byleby już więcej nie doprowadzić do takiej sytuacji jak ta. Zabawne, oboje zranieni pocieszają się nawzajem. Niczym scenariusz z dramaty, a jednak prawdziwego. Nie skomentował, tylko uśmiechnął się tak, jak rodzice widząc swoją pociechę gadającą głupoty. Być może to się zgadzało, sam nie wiem co myślę, jestem daleko od tego świata głową. Na ziemię przywróciło mnie kichnięcie, po którym oboje odsunęliśmy się od siebie. - Chyba powinieneś już wrócić.
- Ty tak samo. - pokiwałem potwierdzając i tak ruszyliśmy do zamku. Będąc w salonie dormitorium nie puściłem jego ręki, którą cały czas trzymałem bojąc się, że gdy tylko ją puszczę wszystko przyjdzie z podwojoną siłą i uderzy we mnie niczym złe wspomnienie dawno uważane za zapomniane. Jakoś klapnęliśmy na kanapę, rozmawiając już o pierdołach, raczej mało ważnych. Pochwalił się iż przeczytał połowę mojej książki, na co zrobiłem zdziwioną minę. Jonasz czytał książkę, nie do wiary..

~

Na następny dzień wstałem bardzo wcześnie, ubierając się i wychodząc z pokoju byle by tylko nie patrzeć na blondyna. Poniekąd chciałem też zobaczyć się z Susłem, który obiecał mi coś pokazać rano. Od Heleny dostałem również dzień wolnego, więc mogliśmy spędzić czas w spokoju nie denerwując się lekcjami czy też urywanymi w połowie zdaniami przed nauczycieli. Zapukałem do ich drzwi, lecz odpowiedziała mi cisza. Zapukałem drugi raz i wtedy Nicklase otworzył je, patrząc na mnie zaspanym i zdenerwowanym wzrokiem.
- Zawołaj Jonasza. - poleciłem mu, opierając się o framugę dzięki czemu nie mógł zatrzasnąć ich tuż przed moim nosem. Dodatkowo podtrzymywałem je stopą. Prychnął coś cicho tak, że nie usłyszałem i odepchnął się znikając za ścianą. Chwilę potem ujrzałem szurającego nogami i przecierającego oczy dłonią niższego chłopaka. Chyba nie wiedział, że to akurat ja po niego przyszedłem, bo stanął jakby nagle go zamroziło i drgnął, znowu odchodząc. Uniosłem brwi do góry. Minuta, dwie, trzy, wreszcie przybiegł z wielkim, opakowanym w papier pudełkiem. Wypchał mnie na zewnątrz, sam też wyszedł i zamknął za sobą drzwi, kierując się na fotel. Usiadł i zaczął wypakowywać. A co było w środku; dwie koszulki z dziwnym napisem nie po naszym języku. To znaczy, nie był to francuski, ani angielski. Pisało tam ,,Piwodajnia" z rysunkiem kufla, a na drugiej napisane było ,,Peszekmista", tutaj obrazek przedstawiał czarne pixelowe okulary na białym tle. Obie w ogóle były białe. - Co to znaczy?
- A takie tam powiedzonka. - odparł śmiejąc się. Założył tą drugą i z dziwnym skrzywieniem stwierdził, że jest za duża i wybrał kuflową. Wepchnął mi na siłę przez głowę i teraz oboje staliśmy w tych koszuleczkach. - ,,Bosko!".
- Co? - stałem zdezorientowany. Wybuchł jeszcze większym śmiechem. Usiadłem krzyżując ręce na piersi i odwracając głowę w stylu ,,foch". Udało mi się przywrócić go do pionu; podszedł, siadł obok i tyknął mnie w policzek, ale nie przyznałem się, że trochę to zabolało. Ma kościste paluchy.
- To znaczy très bien po języku na którym się chowałem. - wyjaśnił. Łaskawie odwróciłem się, ale usta w kształcie dzióbka dalej mi zostały. Żeby się ich pozbyć wystawił mi język i uciekł na drugi koniec pokoju.
- Ty mały.. - wycharczałem i tak rozpoczęła się gonitwa. Wygraliśmy remisem, ale i tak na mocy prawa starszej osoby uznałem siebie za zwycięzcę. Dzięki niemu zapomniałem na cały dzień co to znaczy być smutnym. Ale jego ciekawość wygrała, około godziny siedemnastej, gdy wcinaliśmy truskawki leżąc w planetarium [bo akurat miałem się pouczyć o gwiazdozbiorach i innych pierdołach] zapytał mnie o powód całego tego zamieszania.
- Casper.. - zaciąłem się na sekundę. - Zakończył to.. co było.

< DOBIEGŁEM, OMNOMNOMN. >