Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

niedziela, 12 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Przetarłem jego policzek, po którym zaczęła ściekać stróżka śliny. Chłopak wyglądał na rozmarzonego i takiego, który w tym momencie nie kontaktuje; to wywołało we mnie wyrzuty sumienia, bo jeśli pomyślał sobie, że to coś dla mnie znaczy, to będzie zawiedziony. Wykorzystałem go, to było złe, ale nie mogłem się powstrzymać, tym bardziej, że ostatnio ciągle mnie kusił.
Zszedłem z niego i wstałem, podając mu rękę. On również się podniósł, dzięki czemu mogłem normalnie wytłumaczyć mu co tu zaszło, czego ma się spodziewać i co zrobimy z tym dalej. Popchałem go kumpelsko na kanapę, usiadłem po drugiej stronie oraz przetarłem twarz. Gdy znów na niego spojrzałem, jego mina zdradzała, że chyba czuł, że coś się święci.
- Jonasz, posłuchaj mnie.. - zacząłem kręcąc się szukając odpowiednich słów. Co rusz przecierałem swoje dłonie. - To, co zrobiłem.. nie powinienem. To był impuls, okay? Przepraszam, ale mam dziewczynę, nie chcę jej zdradzać.
Zrobił się blady i mizerny. Oczywiście kłamałem, żadnej dziewczyny nie mam, ale nie chcę pakować się w związki, tym bardziej, że to by nie przetrwało. Różnimy się pod wieloma względami, a ,,przeciwieństwa się przyciągają" w tej sytuacji nie było prawdą.
Ku*wa, to było głupie, teraz muszę się tłumaczyć przed nim. Muszę tłumaczyć się przed kumplem, który toczył wewnętrzną walkę pewnie zastanawiając się, czy mi nie przyj*bać. Ale cokolwiek by postanowił, należałoby mi się.
- Nie, spoko. Masz racje. - nagle zrobił się pochmurny oraz gniewny. Otwierałem i zamykałem usta, lecz nic nie przychodziło mi na myśl. W końcu sam podjął decyzję. Wstał, nabrał wdechu i nic nie mówiąc poszedł do swojego pokoju, a ja zostałem rozmyślając. To będą ciężkie czasy, oj ciężkie.

~

- Gapciu, wku*wiasz mnie.
- I tak mnie kochasz. - westchnąłem opierając się lżej o plecy Summer. Zaczęła nucić coś pod nosem, bo według niej jestem zbytnio przewrażliwiony i muszę nauczyć się lubić śpiew. W takiej pozycji czytałem książkę. Znajdowaliśmy się na błoniach, zaraz przy wejściu, blisko do zamku, bo akurat była przerwa i mogliśmy się spotkać.
- To nie znaczy, że wszystko ci wybaczę, głupku. - mruknęła tak jak zwykle obrażając mnie, lecz z nutką czułości. Przedrzeźniałem ją słowami bla bla. - Dobra, ja idę.
- Nie..! - przytuliłem się do jej nóg, gdy wstała. - Nein! Zostań Bello!
- Później pogadamy Edwardzie. - strzepała mnie z siebie i odeszła. Przeturlałem się na brzuch obserwując otoczenie. W pewnym momencie ujrzałem Susła który szedł przy jakimś chłopaku, żywo gestykulując jakby mu coś tłumaczył. Uśmiechnąłem się pod nosem; dobrze, że znalazł kogoś do rozmowy i nie zamartwia się tym, co zrobiłem.
Wstałem i ruszyłem w ich stronę, lecz gdy niebiesko-włosy mnie zobaczył, przyśpieszył kroku udając, że niby się rozgląda i pokazuje różne rzeczy do niego. Nie będę go w takim razie denerwował. Wróciłem do zamku, poszedłem po książki na następną lekcję i tak też kontynuowałem dzisiejszy dzień.

<OMNOMNOM>

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

Cały drgałem. Początkowo myślałem, że mam atak padaczki, ale okazało się, że to konwulsje... nie no, żartuję. Żyję... chyba... Amir tak natarczywie napierał swoimi ustami na moje i całował mnie z taką namiętnością, że... uhuuu! Żadna defensywa tu nie pomagała! Był bezlitosny, a ja? Jak zwykle uległy. Wpatrywałem się w jego zamknięte oczy i próbowałem oddawać pocałunki, co nie było łatwe, bo chłopak najzwyczajniej w świecie nie dawał mi dojść (HUEHUEHUE) do władzy. Czułem, że od dziś będę jego... pomiotem, będę robił co on chce i kiedy chce. Nie umiem się postawić i to moja największa wada. Będę mu... oddany i albo mnie wyrzuci jak starą, niechcianą lalkę (Boże Jonasz co ty masz za skojrzenia... HUEHUE), albo zostanie ze mną i zaopiekuje się mną.
~ Błagam Jonasz, on ma teraz zwykłą potrzebę przelizania się z kimś i tyle! Przecież on nic do ciebie nie czuje! Jesteś daleko we Friendzone!~ zamknij się głupi wewnętrzny głosie, nie dobijaj mnie już!
~ Znowu jesteś we Friendzone idioto!~ w mojej głowie zabrzmiał głos Amir'a, a potem przed oczami pojawił mi się obraz jak liże się z tym Cas'em. K*RWA WYOBRAŹNIO NIE SPI*PRZ MI TERAZ TEJ PIĘKNEJ CHWILI KIEDY ON (NA TRZEŹWO!) MNIE CAŁUJE!
Dziękuję!
Wracając do aktualnej sytuacji... k*rwa jak on całował... no po prostu... jakby to powiedział Makłowicz (Mugolski kuchcik, który opisuje jakby miał porażenie mózgowe): Tutaj, proszę państwa, widzimy, tak niezwykłe, takie cudowne, yh, uusta... proszę zobaczyć jak one, w tym właśnie momencie, tak delikatnie, aczkolwiek, yh, namiętnie ugniatają, młode, jeszcze nie do końca wykształcone i unerwione wargi tego o to, młodzieńca, o jakże niezwykle, błękitnych jak morze nad Chorwacją, włosach...
~ Jonasz... popi*rdoliło do reszty?~ MOOŻE...
Chłopak odsunął się, ale jakby niechętnie. Wyglądał jakby znowu chciał wpić się w moje usta, co pochwili ponownie uczynił. I znowu atakował mnie przez jakieś piętnaście minut i znowu nie mogłem się oprzeć i znowu tylko odwzajemniałem całusy. Otworzył oczy i szeroko usta, biorąc przy tym głęboki, łapczywy wdech. Odkleiliśmy się od siebie, a cieniutka nitka ze śliny nie chciała się przerwać, przez co siedzieliśmy tak z tą nitką ze śliny łączącą nasze usta. Patrzyłem na niego tak ch*lernie zamglonym wzrokiem. Byłem rozmarzony, nieobecny, uśmiechnięty jak idiota. Dopiero ciepłe palce chłopaka na mojej szyi mnie do końca wybudziły z transu.
- Nie zostawiaj mnie...- wyszeptałem schrypniętym głosem, tym samym przerywając tą nić łącząca nasze wargi. Dopiero teraz zorientowałem się, że z kącika ust płynie mi strużka śliny, którą chłopak wytarł rękawem.

<Arciu? Pan Makłowicz też prosi, żebyś nie zostawiał smerfika ^^ >

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Położyłem książkę koło łóżka i odwróciłem głowę w jego stronę patrząc mu w oczy. Przyjął wyzwanie i nie odpuścił dopóki nie zamrugałem.
- Jesteś najbardziej irytującym gnomem jakiego znam. - rzuciłem i zawisnąłem nad nim. Od razu się speszył, a na jego policzkach pojawiły się delikatne wypieki. Schyliłem się bardziej, on za to znieruchomiał patrząc na mnie wyczekująco. Zmęczenie dało o sobie znać; opadłem na niego, chowając twarz obok jego głowy, rękoma podpierając się nieco, by go nie zmiażdżyć.
- Wstawaj.. - znów powiedział. Przeturlałem się na podłogę, a z niej doczołgałem się jakoś do łazienki, pod którą podniosłem się i cudem wparowałem do środka, przerywając Cas'owi mycie zębów. Pomachałem ręką, by sobie nie przeszkadzał, stanąłem przy kiblu tak, by się zasłonić i począłem się załatwiać. To już u nas normalne, jak się śpieszymy, to nie ważne, co druga osoba robi. Gdy skończyłem, spłukałem wodę i wróciłem się, lecz niebiesko-włosego nie było, za pewne poszedł do siebie. Uśmiechnąłem się zwycięsko skacząc na miękkie, ciepłe łóżko. Śpię dziś do obiadu, a co!
Plan planem, gorzej z wykonaniem, kiedy osoba która dzień wcześniej rzuciła się na ciebie przychodzi i marudzi, że jej się nudzi. A rymy w tym zdaniu są lepsze od cytryny. Wracając, ustawił sobie za punkt honoru dobrać się do mojego umysłu i przewiercić w nim śrubkę ,,lenistwo" na najmniejsze obroty. Wytaszczył mnie z zamku, zabrał do miasta a tam prowadził od kawiarni do kawiarni. Nie powiem, że mnie to nie męczyło; dawno byłem zmarznięty i kompletnie zniechęcony do dalszego zwiedzania. Dotarliśmy do ostatniego miejsca z listy Susła, mianowicie sklep z drobiazgami. W środku czuć było wszędzie kurz i papier, stary papier, ale to ekscytowało tylko przychodniów. Ja się dusiłem.
- Zobacz tam! - zakrzyknął biegnąc gdzieś. Dla swojego dobra zmieniłem się w kota i podążyłem za nim, oglądając jakąś rzeźbę ręki która obraca w sobie patyk. Proste, a jednak skomplikowane zaklęcie, hm. - Amir?
Uczepiłem się jego nogi, a on kucnął i pogłaskał mnie po główce. Otarłem się o nią i polizałem go po palcach, dalej się łasząc, i tuląc. Gdy mu się znudziłem, odszedł szukać mej ludzkiej formy, więc wróciłem do swojego ciała i złapałem go za kołnierz.
- Chodź zanim się zgubisz. - wyprowadziłem go i na ulicy stanąłem przypatrując jego twarzy. - Jakieś inne pomysły nisz szał zakupów?
- Możemy.. - zamyślił się.
- Na przykład pograć w szachy? - zaproponowałem łapiąc go za rękę i ciągnąc z powrotem do zamku. Okej, lubię jego durne pomysły, ale tylko czasem. Teraz chcę się polenić.

~

- Haha - zaśmiałem się gdy kolejny raz wygrałem. - Słaby jesteś.
- Nie prawda, potrzebuję tylko praktyki. - wywnioskował na głos dorabiając sobie palcem wąsy. Zaczął udawać wynalazcę, przez co śmiałem się w kółko i w kółko aż rozbolał mnie brzuch. Z dobrego humoru [odzyskanego] wskoczyłem na niego siłując się na żarty. Tutaj też wygrywałem! - Dobra, dobra! Poddaje się!
- I to chciałem usłyszeć. - mruknąłem i tym razem to ja pocałowałem go w usta z zapałem. Może tego potrzebowałem.. takiej bliskości, w której nie rozmawiasz ze znajomą, tylko z osobą, która pozwala ci się dotknąć w specjalny sposób..
Przymknąłem oczy i pogłębiłem pocałunek, dalej będąc nad nim. Palcami jeździłem po jego policzku, co chwile wzdychając z braku powietrza, albo z przejęcia. Uwielbiałem całować, lecz tak rzadko mogłem to robić. Gdy jego smukłe palce spoczęły na mojej szyi wzdłuż mojego kręgosłupa przeszedł dreszcz, a ja uśmiechnąłem się pod nosem, drugą dłonią zachęcając go do podrapania mnie po karku. Nie chciałem widzieć jego miny, ważne, że odpowiedział na to ciche wołanie z mojej strony.

<Ar taki niepewny>

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Rozpłynąłem się. Usta. Jego usta na trzeźwo i w całej okazałości... pełne, słodkie jak miód i do tego tak delikatne. Miękkie. Nie mogłem przestać, ale trzeba. Tak nie przystoi. Odsunąłem się od niego zalewając po uszy, soczystym i czewonym, jak pomidory rumieńcem. Zasłoniłem trzema palcami wargi i odwróciłem głowę chrząkając cicho.
- Przepraszam...- poprawiłem krawat i starałem się nie patrzeć w jego stronę- To było nie na miejscu...- ponownie odchrząknąłem i wstałem otrzepując tyłek z brudu- Robi się późno, ja już pójdę- nagle złapał mnie za rękę. Natychmiast wyrwałem ją z jego uścisku i szybkim krokiem zmierzyłem ku szkole. Byłem czerwony na twarzy i czułem tak wielkie zakłopotanie, dobicie i załamanie, że po prostu... pocałowałem Amir'a... on sobie tego nie życzył, a ja go pocałowałem. Bez zgody. Na spontana. Nie wiem kiedy szybki chód zmienił się w trucht, a następnie bieg. Chciałem uciec. Chciałem zniknąć, wyparować, nie myśleć! Znalazłem się pod drzwiami do salonu. Zapukałem, odpowiedziałem na zagadkę i pobiegłem do dormitorium. Usiadłem na parapecie w pokoju. Widok z okna padał centralnie na błonie... przez które kroczyła dobrze mi znana sylwetka. Mój współlokator dawno już spał. Zacząłem jeździć palcem po gładkim szkle, chujając na nie i tworząc tym samym różne wzorki. Po pół godzinie, gdy nastała druga w nocy postanowiłem pójść spać. Ledwo położyłem głowę na poduszce, do pokoju wparował Amir, wziął mnie na ręce jak księżniczkę i zaniósł do siebie. Przestraszony, z sercem bijącym jak bęben, patrzyłem na niego, panicznie błądząc wzrokiem po jego twarzy. Odłożył mnie na, najpewniej, pościelone łóżko i pogłaskał po głowie. Nic już nie mogłen zrobić, bo powoli odpływałem, a leniwe i delikatne ruchy ręki spoczywającej na moim czole dodatkowo mnie usypiał. Padłem jak kawka, gdy chłopak nieśmiało musnął moje wargi swoimi. Jedyne co potem czułem, to ciepło drugiego ciała leżącego przy mnie i ręka obejmująca mnie w pasie i noga, która niecierpliwie ruszała się pomiędzy moimi stopami. Amir wiedział jak podnieść kogoś na duchu.

***

- Te, Amir, wstawaj- usiadłem na śpiącym jeszcze chłopaku okrakiem.
- Co...?
- Wstawaj, dwunasta dochodzi... nie zmarnujesz chyba tak cudownego dnia na spanie, szczególnie, że możesz...
- Pohasać z tobą?- dokończył niemrawo za mnie. Pokręciłem głową.
- Poczytać... masz, podobno fajna- wręczyłem mu mugolską książkę, którą kiedyś dostałem od mamy- spóźniony prezent, ale jest...
- Ale ty mi już dałeś... spędziłeś ze mną czas...- na to także zalałem się rumieńcem.
- Często spędzamy razem czas, to nic niezywkłego- próbowałem wybić sobie z głowy wczorajsze wspomnienie, mimo iż było to najlepsze przeżycie jakie kiedykolwiek doświaczyłem. Padłem koło niego i spojrzałem w jego stronę kątem oka- co dziś robimy?

<Pacanku?>

Bellefeuille: Od Amir'a cd David'a

Odchyliłem głowę oddychając szybko. Kiedy zobaczyłem jak biały wilk wchodzi sobie do środka od razu dostałem ataku paniki, dla tego wydarłem się jak głupi. Powoli jednak strach przeradzał się w zdenerwowanie i irytację.
- Nie biega się w animagicznej formie po szkole, ku*wa! - rzuciłem przecierając twarz. Zrobił skruszoną minę i rozejrzał się chcąc wyszukać pielęgniarki, która wyszła na chwilę mówiąc, bym nie ruszał się z łóżka.
- To ciężka dla mnie sytuacja, musiałem tu szybko przybiec. Nie wiesz, kiedy Helena wróci? - zapytał mnie, podchodząc i siadając na łóżku. Od razu cofnąłem się na metr, podkulając nogi. - Stary, nic ci nie zrobię.
- Jasne! Tylko patrzysz, kiedy wyszczerzyć kły. - trochę histeryzowałem, ale co poradzić, trauma z dzieciństwa dawała o sobie znać. Wziąłem jeszcze parę wdechów, by uspokoić kołaczące serce, kiedy wkroczyła osoba o której mówiliśmy. Chłopak wstał, odszedł na stronę i znów zostałem sam, bo poszli do gabinetu. Gdy wychodził, miał przy sobie torbę z jakimiś fiolkami i pudełeczko. Miałem nadzieję, że nie zachce mu się pogadanek, ale life is hard man, always making things more complicated ~
Oparł dłoń o ramę łóżka i teraz w moim umyśle wyglądał jak diabeł. Przełknąłem ślinę chcąc by tego nie zauważył, ale na próżno. Pokręcił głową.
- Na prawdę nie jestem dzikusem, to tylko ja. - od razu do mojej głowy przyszły różne obrazy, jak rozszarpuje mi gardło, jak ośliniony stoi przede mną.. Znów spanikowałem i zmieniłem się w kota, uciekając przez otwarte drzwi. Coś za mną wołał, ale nie patrzyłem na to, tylko biegłem prosto do dormitorium, chcąc się schronić.
Jeśli spotkam go kiedyś na korytarzu, chyba padnę na zawał. Mój boże, czemu obdarowujesz mnie takimi okropnymi ludźmi do towarzystwa? Nic ci przecież nie zrobiłem, byłem grzeczny i..
Kur*a, nie wierzę w ciebie.

<DAAAYUUMMM>

sobota, 11 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Podrapałem się po głowie patrząc jak się rozciąga marudząc o szkole i braku czasu na odpoczynek. Nauka jest ważna, a dwa dni wystarczająco mnie zadowalają, dłuższe przerwy byłyby ciężkie do przetrwania, takie suche jak pięty Cejrowskiego-mugolskiego podróżnika. Tak przyglądając się jego sylwetce przypomniałem sobie coś z wieczora gdy położyłem się na nim plecami i diabelsko wyszczerzyłem kły.
- Jonasz, wiesz, nie wiedziałem, że podniecają cie napady. - zadrwiłem, na co uniósł brew i wstał, pewnie chcąc iść się przebrać. Zacząłem go gilgotać przez co zdziwiony upuścił rzeczy i zwinął się, opadając z powrotem na materac.
- Co? - chichocząc zapytał. Udałem, że się zastanawiam i jakbym odkrył Amerykę podskoczyłem.
- Stał ci wczoraj. - zrobił się cały czerwony i odwrócił twarz przecząc mruczeniem pod nosem. Zebrał się i zanim zdążyłem go zatrzymać, uciekł gdzie pieprz rośnie. Wzruszyłem tylko ramionami, kto by pomyślał..
Zgarnąłem rzeczy, wziąłem krótki prysznic i po dwudziestu minutach poszedłem na śniadanie. Suseł dawno objadał się czekoladowymi babeczkami, ja tylko zjadłem płatki.

~

Miałem właśnie lekcję z gajowym o zwierzętach. Poznawaliśmy dziwne, małe ropuchy które strzelają językiem w taki sposób, że wydaję się, iż był to strzał z jakiejś broni. Dźwięk ten jest bardzo głośny, dla tego zamyka się im buzie rzemykami, które chronią nasze uszy. Zaprezentował dwa osobniki, i jedną samicę która była cztery razy większa od samców.
Grupa Jonasza skończyła swoje lekcje godzinę temu i udało mi się go zauważyć jak zmykał po drodze z chłopakami, co trochę mnie rozpraszało, ale jakoś wytrzymałem tą lekcję. Tak też było następnego dnia, mało gadaliśmy, ale coś tam czasu razem spędzaliśmy. Trzeci, czwarty dzień, piąty.. mijało nam na wspólnych wygłupach i rozmowach. I tak proszę państwa, dokładnie szesnaście dni później obchodziłem swoje imieniny. A jak wiadomo, najbliższą mi osobą jest Summer, która jak na złość o tym zapomniała i wystawiła mnie dla znajomej, z którą wyszła do miasta.
Gdzieś po obiedzie usiadłem przed książkami na korytarzu zaraz przy wyjściu. Siedziałem tak może pięć minut i znudzony wystawiłem nosa by się rozejrzeć. Dosłownie przed moim nosem była twarz Susła, który szczerzył się. Nie zrozumiałem o co mu chodzi, dopóki nie schował książki za plecy i odsunął się na parę kroków. Zaczął biec w kierunku drzwi, które z resztą przekroczył. Goniłem go przez błonia, lecz z moją kondycją mogłem sobie tylko pohasać jak sarenka w polu. Zacząłem zamarzać, przystanąłem więc, z miną cierpętnika.
- Dobra, poddaje się. - rzuciłem gardłowo. Nieopodal był konar, na którym też usiadłem i otuliłem się swoją bluzą.
- I bardzo dobrze, bo też się zmachałem.. - wyznał wskakując obok. Spojrzałem na zegarek i głośno przeklnąłem, goniłem go do osiemnastej, pięknie. Słońce też to pokazywało; powoli kierowało się ku linii horyzontu. Otarłem czoło z paru kropelek potu i westchnąłem.
- Tak właściwie, to czemu rano byłeś smutny? - zapytał nagle gładząc powyginane rogi kurtki. Za nami był mały sad, który odgradzał nas od reszty świata.
- Cisa wyszła, a miała ze mną zostać na imieniny. - mruknąłem cicho. ,,Ohh'noł" na cały głos i przytulił mnie mówiąc biedny Amirek. Pacnąłem go w łeb za takie zachowanie, ale i tak też go objąłem.
- Więc, wszystkiego najlepszego. - zaczęliśmy rozmawiać o różnych pierdołach, aż temat zszedł na bardziej rodzinne sprawy. Opowiedziałem mu, jak to moi rodzice eksperymentowali z krwią, o braciach, dziadku, o tym że boję się wilków panicznie, co przyjął ze śmiechem, bo uważa ,że wilki są fajne. Przeszliśmy do rozmowy o towarzyszach, dla tego też zawołałem swojego, który chodził za mną cały czas, tylko, że chował się w cieniu. Susłowi oczy prawie wypadły jak zobaczył tego szczura, ale w końcu go polubił.
Zrobiło się całkiem ciemno i jedyne co nas oświetlało to światło księżyca oraz drobna lampa nieopodal. Kołysałem się w rytm szumu wiatru, gdy zaczął robić to, czego nie cierpię; zaśpiewał. Spiąłem się i zasłoniłem uszy jak dziecko, patrząc na niego zły.
- Zepsułeś atmosferę ciołku. - warknąłem. Zrobił zdziwioną minę, przekręcił głowę i odchrząknął.
- Zapomniałem, że nie lubisz..
- Tak, nie lubię. - potwierdziłem. Wyciszyliśmy się, patrząc na przód na rogalik na niebie i małe gwiazdy dookoła niego. - Wierzysz w boga? Z resztą, nie ważne. Ale wiesz, ja wierzę, że coś tam jest. Gdzie pójdziemy.
- Co cię tak wzięło? - mówiliśmy cicho, by nie zburzyć spokoju natury. Wzruszyłem ramionami, po czym popatrzyłem na niego. W takim oświetleniu widać było błyski w jego oczach.
- Jak jest takie miejsce, chciałbym pójść tam z tobą. - to prawda, był chłopakiem bardzo ciekawym, miłym, opiekuńczym i co najważniejsze; współczującym oraz wyrozumiałym. Miał jakieś tam wady, trochę irytował i był dziecinny, ale i tak się wyróżniał. Nie tyle, co..
W tym momencie niespodziewanie podniósł się lekko z miejsca i mocno wpił się w moje usta, dłonie kładąc poniżej mojego policzka. Zdziwiony nie wiedziałem jak zareagować, dla tego tylko uniosłem swoje ręce opierając je na jego łokciach.



<CIOŁKU?>

Ombrelune: Od David'a cd. Amir'a

- Petty co jest? - Zapytałem zmartwiony kuzyna, który zwijał się na łóżku.
-Nic. - Wy warczał. - Idź sobie!
- Ale co jest! Boli cię? - Zapytałem. Byłem zmartwiony, ponieważ za
trzy dni jest pełnia... A Petty zawsze gorzej się czuł, gdy było blisko pełni.
Był wtedy blady, obolały i wiecznie zmęczony, lecz... Pierwszy raz widziałem by się
tak kulił. - Chcesz jakieś eliksiry?
- W szafce.. - Wychrypiał cichym głosem. Podszedłem do niej. Były tam 2 eliksiry
przeciw bólowy i jeszcze jakiś. - Daj mi je..
- Masz to są ostatnie.. - Podałem mu je, a on je wręcz łapczywie wypił.
- Przyniesiesz mi jakieś..? - Zapytał się, już na mnie nie warcząc.
- Od Siostry Heleny?
- Tak... Ona będzie wiedzieć jakie.. Potrzebuję na rano... - Powiedział i w tulił się w poduszkę.
Ja już się o nic więcej, nie zapytałem. I tak wiedziałem, że potrzebuje jeszcze na noc,
gdyby się obudził..
Nie czekając długo, zmieniłem się w moją animagiczną formę - Wilka, by jak najszybciej
tam dotrzeć. I już po chwili byłem pod drzwiami i wkradałem się do środka...
I od razu tego pożałowałem - Mianowicie zapomniałem o gościu który siedzi w SS.
- W-wilk!!! Aaaaaa! - Tuasion krzyknął i cofną się na sam koniec łóżka sapiąc jak po
maratonie. [Lub jak po dzikim orgazmie dop.aut.~A masz jak na czacie napisałeś! xD].
Szybko spanikowany, zmieniłem się w człowieka i zacząłem go uspokajać i uciszać.
- Ej! Ej! Młody spokojnie! Nic Ci się nie stanie! To tylko ja, nie ma wilka, nic Ci nie zrobi!
Spanikowany otarłem czoło, on zaś siedział dalej na końcu łóżka z szeroko otwartymi oczami.
- Eee... David Martines. - Przedstawiłem się, drapiąc po potylicy. Wyciągnąłem do niego rękę.
- A-amir Tuasion - Przedstawił się chłopak.
- Jest Siostra Helena? - Zapytałem, a chłopak zaprzeczył ruchem głowy. 
Nie wiedziałem co zrobić by go uspokoić... Chyba się serio przestraszył wilka... .

<Amir? XD>

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Początkowo byłem nieco przerażony, ale chichot go zdradził... tak się bawimy panie Amirze? Dobrze...
- Skąd o tym wiesz?!- zawyłem- Błagam nie wydaj mnie! Nie chcę poznać pocałunku Dementora! Nie chcę trafić do Azkabanu, wstyd mi, że użyłem zaklęcia niewybaczalnego, ale musiałem! Błagam!- zacząłem płakać. Ma się ten talent aktorski, co? Nagle odwiązał mi oczy. Po kilku minutach zobaczyłem jego sylwetkę i twarz- Amir?!- pisnąłem- przepraszam, że się o tym dowiedziałeś, przepraszam! Teraz będę musiał to zrobić też z tobą- ostatnie słowa wychrypiałem ze smutną miną i śladami łez na policzkach- a nie chcę tego... Amir, zabij mnie, teraz...
- Jonasz, co ty pi*przysz do jasnej ch*lery?! To miał być wkręt!
- Nnie wiedziałeś?! K*rwa mać!- zaskamlałem. Boże jak ja z niego ryję.
- Jak mogłeś?
- Co? Zażartować z ciebie?- wstałem cichocząc.
- Że co?
- Żartujemy tutaj! Na przyszłość, nieładnie budzić Susła, teraz będziesz mnie usypiał...
- Ale co?!
- Nikogo nie zabiłem idioto!- podszedłem do niego- która tak właściwie godzina?
- W pół do dwunastej...
- No to idziemy spać- obszedłem go o wdrapałem mu się na plecy. Chłopak nagle rzucił się tyłem na łóżko, przy okazji zgniatając mnie. Pisnąłem cicho i sapnąłem zagryzając wargi- zejdź ze mnie...- wyszeptałem, a on przeturlał się w bok. Czułem teraz nagłą falę zimna. Szczególnie w kroczu, które było mokre od "psikusa" Amir'a.
- Idź do siebie.
- Nie... śpię u ciebie...- zamilkłem na chwilę, by zaraz ponownie otworzyć usta- Zimno mi...- wyszeptałam drżąc. To prawda, potrzebowałem ciepła i fizycznie i psychicznie. Myślałem, że chłopak mnie przykryje i tyle, albo wogóle wyniesie do mojego dormitorium, ale to co zrobił przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Przytulił mnie. Na łyżeczkę. Zmusił mnie do przylgnięcia plecami do jego brzucha. Zadrżałem i spiąłem się cały. Po chwili mnie, tfu! Nas! Przykrył. Czułem się... ważny, czułem, że jestem kimś i komuś na mnie zależy. Uśmiechnąłem się sam do siebie i mocniej, ściślej, wtuliłem się w niego. Miłe ciepło wylało się całym kubłem na moje serce, a w żołądku zatrzepotały malutkie, różowe skrzydełka motylka- Ddziękuję- wymruczałem. Zakochałem się? Nie wiem, ale pewne jest, że znaczy dla mnie wiele.

***

- Wstajeemy- głęboki głos powoli wybudzał mnie z letargu. Uśmiechnąłem się błogo, gdy poczułem ciepłe palce na kościstym ramieniu, które ścisnęły je lekko. Otworzyłem leniwie powieki i zobaczyłem nachylonego nade mną Amir'a.
- Dzień dobry...- wyburczałem. Jego kąciki ust podniosły się ku górze, pokazując przy tym szereg perłowo białych zębów.
- No hej morderco...- prychnął tak nagle.
- Hej kłamczuchu- westchnąłem i przeszedłem do pozycji siedzącej. Przetarłem oczy, w których, jak zwykle, miałem śpiochy. Poczułem jak materac, który dotąd był ugięty, prostuje się. Chłopak wstał i gdzieś poszedł, a ja sięgnąłem po jedną fasolkę. O dziwo, po raz pierwszy w swoim krótkim życiu trafiłem coś dobrego. A co? A cytrynę. Kwaśna, ale mniejsza o to. Amir wrócił z moimi rzeczami.
- Chodź, zaraz śniadanie, a potem lekcje- rzucił mi mundurek.
- Nienawidzę lekcji... gdyby weekend nie mógł potrwać trzech dni!

<Pyśku? Mnomnomno ^^>

Bellefeuille: Od Vinyl cd. Lili

Nauczyciel ONMS'u podszedł pospiesznie do białowłosej, sprawdził jej tętno na szyi i podniósł na ręce.
- Wszyscy do szkoły! - krzyknął. - Lekcje odwołane!
Cały tłum uczniów ruszył w stronę akademii, a Trich dosłownie biegł z Bianką na rękach. Ja i Lili dogoniłyśmy profesora i truchtałyśmy równo z nim.
- Co z nią? - zapytałam przerażona. Właściwie to nie trzeba było nawet pytać, bo od razu można się zorientować, że jest źle. Bardzo źle... Na przedramieniu przyjaciółki znajdowała się rana, z której powoli sączyła się ciemnoczerwona krew i spływała po rękach Tricha. W każdym bądź razie nikt mi nie odpowiedział. Nie pytałam ponownie, znałam odpowiedź.
Chwilę później znaleźliśmy się już w skrzydle szpitalnym. Trich delikatnie położył nieprzytomną Biankę na pierwszym wolnym łóżku, a ja od razu zawołałam panią Petersen.
- Psze pani! Moja koleżanka... szybko!
Kobieta przybiegła za mną do łóżka, na którym leżała Piana i od razu zrobiła to co każdy lekarz robi, by zapoznać się z poszkodowanym: sprawdziła jej tętno na prawym nadgarstku. Rzuciła okiem na całe jej ciało i szybko pobiegła po kilka jej zabawek pielęgniarskich. Dosłownie po dwóch sekundkach wróciła z całą tacą przyrządów. W tempie błyskawicznym założyła na ręce białe rękawiczki i delikatnie zaczęła ciąć rękaw na jej rozszarpanym ramieniu.
- Co się jej stało? - zapytała.
- Fipogryf... i jej głupota. - odparł nauczyciel opierając się o kant łóżka.
- No dobrze. Dalej sobie sama poradzę, możecie wrócić na lekcje.
- Będzie z nią dobrze, prawda? - zapytała lekko drżącym głosem Lilianne.
- Na pewno będzie dobrze. - odpowiedziała pielęgniarka. - A teraz już lećcie na lekcje kochane.
W dramatycznym humorze ruszyłyśmy w stronę wspólnego dormitorium.

<Lili? Piana? :3 Sorki, że tak długo ._. >

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Uśmiechnąłem się pod nosem kładąc reklamówkę pod stołem, opartą na nóżce. Chłopaki usiedli przy kominku, który ładnie palił się za pomocą magii i ogrzewał mnie oraz cały salon, bo gdyby było inaczej, to pewnie dawno drżał bym i rzucał w konwulsjach. Przerzuciłem kolejną stronę, oparłem się wygodnie o oparcie, nogi położyłem na stole i w ten sposób się odprężyłem. Już wciągałem się w historię, gdy z ich strony dobiegło coś pomiędzy krzykiem a piskiem. Skrzywiłem się lekko i zerknąłem tam, czego pożałowałem, bo spotkałem się spojrzeniem z poirytowanym Susłem, który też wstał i podszedł, zabierając mi książkę. Odrzucił ją gdzieś w kąt i założył ręce na piersi stukając stopą.
- Okej, łapie. - zaśmiałem się i wziąłem kremowe piwo. Otworzyłem je i nabrałem łyka, pokazując w między czasie kciuk do góry. Uśmiechnął się szeroko i pstryknął.
- No i tak ma się spędzać czas wolny. - zakrzyknął. Wyjąłem fasolki wszystkich smaków, wziąłem jedną wstając i pogryzłem, od razu zwijając się z obrzydliwego smaku w ustach. Trafiłem na wymiociny trolla, gorzej być nie mogło, a jednak oboje zaczęli się śmiać, więc i ja dołączyłem do ich rechotu. Rzuciłem po jednej każdemu z nich, i tak wspólnie marnowaliśmy czas. Wypiliśmy butelkę po 1/3, razem wariując na dywanie. Dołączyło jeszcze parę osób i dopiero gdy przyszedł jeden z nauczycieli postanowiliśmy się wyciszyć. Niby bawiliśmy się w pytę, lecz zauważyłem, że między mną a niebiesko-włosym była odległość której nie chciał pokonać. Mało zwracał na mnie uwagę jako na osobę pojedynczą, bardziej jako do grupy i gdy zaczęliśmy się rozchodzić, nie pożegnał się. Zirytowało mnie to i to bardzo, nawet przyszykowałem plan szatański, na którego zrealizowanie musiałem poczekać dwie godziny. Równo z dwudziestą trzecią trzydzieści zakradłem się do jego pokoju, odkryłem kołdrę i wziąłem ciało na ręce, wynosząc w tylko sobie znanym kierunku.
Doniosłem go do najdalszej części swojego pokoju, bo salon był złym wyborem a tam zawiązałem mu oczy. Pomyślałem, czym by go wystraszyć i powoli wylałem szklankę zimnej wody na jego spodnie. Od razu się obudził, a czując opaskę chciał coś powiedzieć.
- Przyznaj się, zabiłeś ją! - mocno ukryłem swój akcent i zmieniłem głos na podobny do horrorowego, chichocząc jak głupi po zakończeniu zdania.

< OMNOMNOMN <3 >

Uczennica domu Ombrelune: Rosalie Rayan

Rosalie Rayan

Imię: Rosalie
Pseudonim/Ksywka: Ray, Rej, Ryjek, Reksio, Rose. 
Nazwisko: Rayan
Krew: Czysta
Rok: Trzeci
Data Urodzenia: 20.02
Dom: Ombrelune
Drużyna Quidditch'a: Póki co dajmy sobie spokój C:
Chłopak: 
Rodzina: Matka - Emily, Ojciec - Lorenc


Sowa: Ally, płomykówka


Towarzysz:  -



Różdżka: Wiąz, 12 cali, włos z głowy jednorożca
Ciekawostki:
~ Bogin - Olbrzymi czarny pająk.
~ Patronus - Delfin
~ Genetyka - Metamorfomag
~Zdolności - Brak.
~ Inne - 

Ulubiony Przedmiot:  Eliksiry
Znienawidzony Przedmiot: Historia Magii
*~ Stajnia -  Brak.
Właściciel - Rainbow :3



Zainteresowania: Czytanie, Quidditch, trochę jazda konna i mugolska muzyka.

Aparycja: Rosalie jest dość wysoką dziewczyną, o błękitnych oczach 
i pełnych ustach. Jest metamorfomagiem, więc jej włosy są często innego koloru, 
jednak najczęściej wybiera naturalne kolory, z kolorowymi końcówkami, 
lub coś w ten deseń. 

Charakter: Jest to spokojna dziewczyna, niczym nie wyróżnia się wśród swoich 
rówieśniczek. Ale jej prawdziwy charakter jest doskonale skrywany. Jeżeli ktoś 
zrobi cokolwiek, co ją zdenerwuje Rose potrafi być naprawdę wredna. 
Raczej nie lubi być jednak w centrum uwagi. Okropnie nie lubi arogancji i samolubności. 
W młodości dużo czasu spędzała z kuzynem, który raczej nie był odpowiednim
 towarzystwem dla małej. To ukształtowało jej charakter. Kiedy ktoś lub coś 
jej się nie podoba, to omija to, nie zwraca na to uwagi. Miła dla przyjaciół, 
a innych raczej nie darzy wielkim szacunkiem. Ma swoje sekrety... 
Priorytetem dla niej w chwili obecnej jest ukończenie szkoły i nie 
zawraca sobie głowy innymi sprawami. A przynajmniej się stara. 


Historia:   Jej historia jest niezwykle krótka i niezbyt ciekawa. Urodziła się gdzieś 
w pobliżu Akademii. Wiedziała o swojej odmienności i nie przeszkadzało jej to. 
Miała nudne, niczym nie wyróżniające się od innych dzieciństwo. Gdy podrosła 
zapisała się tu. Niestety nie zatrzymała się tu na długo. Jej ojciec dostał propozycję 
pracy w Anglii i zmuszona była nagle wyjechać. Jednak było dużo lepszych osób 
na to stanowisko i wkrótce tu wrócili. Rosalie niezbyt podobały się te podróże. 
Teraz mieszkają na obrzeżach dużego miasta i nie zanosi się, aby mieli znów wyjeżdżać.



Ombrelune: Od David'a cd. Lilianne

-Moje przyjaciółki-wyjaśniłam-Bronią mnie przed chłopakami odkąd Luke... No wiesz.
-Nie sądzisz że są nadto troskliwe? - Zapytałem mierząc je pobłażliwym wzrokiem.
Na co te, rzecz jasna, się oburzyły. - Nie mogą cały czas trzymać chłopaków od ciebie
z daleka.
- Niby dlaczego co? - Zapytała ruda.
- Ponieważ, izolujecie ją? Nie pozwalacie w ten sposób, zdobyć kolegów i przyjaciół.
A po za tym skończy jako stara panna z kotem. Zaś JA mam dziewczynę. Więc spokojnie.
Nie czatuję na jej cnotę! - Zrobiłem głupią minę a Li, się zaśmiała.
- To czemu podrywasz Lili? - Zapytała białowłosa.
- Co? - Zapytała zdziwiona Lili. - On mnie nie podrywa..
- A to, to co to było na korytarzu przed salą? - Zapytała R u d a.
- To było dla zabawy! - Oburzyłem się. - Lubię flirtować a to nie zdrada! Tym bardziej,
jeśli robię się to z koleżanką dla zabawy!
- A..!
- Dobra! Mniejsza... Lili, - Zwróciłem się do dziewczyny. - Spotkamy się przy stajni
po lekcjach? Umiesz jeździć konno? Byśmy pojeździli. Jeśli chcesz to przyjdź tam po lekcji.
Pa! - Rzuciłem jeszcze i odszedłem w stronę Luniaków, nie czekając aż odpowie.
Zastanawiałem się tylko czy przyjdzie... I czy przeciśnie się może przez mur. który sprawiły
jej przyjaciółki.. Rozumiem, że się martwią, ale bez przesady!

<Lili? :D>

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Od akcji na "stołówce" minął dzień, lub dwa, a cała sprawa ucichła, jakby zniknęła kart historii i pamięci innych. Szczerze mówiąc bardziej dobił mnie fakt iż kogoś skrzywdziłem, niżeli to, że powyzywali mnie od Szlam. Jestem już uodporniony na to przezwisko, nie robi ono na mnie zbyt dużego wrażenia, mówię sobie, że oni wykrzykują to z własnej słabości... a co z Amir'em? Sam nie wiem czemu, unikam go. Gdy wchodzi do salonu Orlaków, ja spi*rdalam stamtąd jak oparzony i próbuję o tym nie myśleć. Sytuacja nie jest tak dobijająca, bo (z tego co pamiętam, a moja pamięć nie jest zbyt dobra) wymieniliśmy ze sobą dwa całusy. Gorzej byłoby gdyby był to tuzin, czy coś koło tego, ale dwa?! Wiem jedno, pierwszy pocałunek był... pierwszym pocałunkiem(?), a drugi (najpewniej) ostatnim.
~Ej, ale Jonasz, nawet nie postarasz się o więcej?~ Haha! Kocham cię wewnętrzny głosie, ale w tym wypadku raczej NIE. Lubię go, jesteśmy... kolegami? I gites!
~ Ale widać, że nie chcesz go stracić Smerfie!~ Aj zamknij się! To mój koleżka, on ma być od pocieszania i noszenia mnie do łóżka, gdy zasnę na kanapie w salonie. Gadamy sobie normalnie, nic nas więcej nie łączy, KONIEC KROPKA!
~ Nie denerwuj się tak słodziaku!~ jestem nienormalny, gadam sam ze sobą i dodatkowo nazywam samego siebie słodziakiem... choć po części to prawda... ale wracając do sytuacji mojej i Amir'a, niech ludzie mówią co chcą, jesteśmy kolegami i możemy być najwyżej przyjaciółmi... PRZYJACIÓŁMI! GŁUPIA WYOBRAŹNIO ZABIERAJ MI TE GRZESZNE OBRAZY SPRZED OCZU!

***

- Nico ja wariuję- wyszeptałem drżąc.
- Co jest?
- Ta sytuacja z Amir'em! Dodatkowo nie mogę spać, ROZUMIESZ?! JA NIE MOGĘ SPAĆ! Ach i zaczynam mieć zachwiania emocjonalne... jestem psychiczny, to są skutki nie uprawiania seksu od dwóch miesięcy...
- Człowieku ty masz 15 lat...
- ALE JESTEM OD TEGO UZALEŻNIONY! DAJ MI PODUSIĘ!- ryknąłem zrozpaczony. Chłopak cofnął się nieco i rzucił mi miękkie, puszyste cudeńko, które po chwili leżało w strzępach na podłodze. Mrugnął parę razy, chrząknął i zabrał się za zbieranie materiału i piór.
- Jak tak dalej pójdzie to ja ci chyba lalkę kupię...
- Yhhh... muszę się opanować... wdech... wydech... wdech...- zatrzymałem się na chwilę i zacząłem węszyć- czekolaaaadaaaa...- wymruczałem.
- Co?
- Chodźmy na... czekolaaaaadę- oblizałem się zacierając złowieszczo łapki- gorącą...
- Jest weekend... więc okay- ubrał się porządnie, a potem zapiął mi płaszcz. Nienawidzę guzików.
Ledwo wyszliśmy z salonu niebieskich, od razu trafiliśmy na zaczytanego Amir'a. Czy on nawet w niedzielę nie da sobie odpocząć? Ostatnio gadaliśmy tydzień temu i czuję się dobrze, ale dziwnie pusto i z chęcią zamieniłbym z nim chociaż jedno słówko. Brunet szybko się otrząsnął i pozbierał porozrzucane książki.
- Nawet w niedzielę siedzisz nad podręcznikiem? Nie lepiej gdzieś wyjść i się przewietrzyć?- rzuciłem z wymalowanym na twarzy uśmiechem.
- Jest zimno...
- Ale później będzie jeszcze chłodniej, radzę ci, odpocznij sobie, za ciężko "harujesz"- zrobiłem palcami cudzysłów w powietrzu.
- Jutro mam "egzamin"- też zrobił cudzysłów, ale jedną ręką, bo na drugiej spoczywały książki o roślinach i ich magicznych właściwościach.
- Zielarstwo?
- I eliksiry- westchnął ciężko.
- Chcesz, to mogę robić ci z tego korki, profesor nawet mnie lubi i o dziwo radzę sobie z tą "czarną magią".
- Nie dzięki, ale może kiedyś... a gdzie idziecie?
- Na czekoladę, Jonasz nalegał- wtrącił się Nico, a ja wyszczerzyłem się jak głupi.
- Okej, ja idę się dalej uczyć- westchnął tak ciężko, że zrobiło mi się go żal.
- Kupię ci coś!- krzyknąłem, bo Nico już ciągnął mnie na dół, po schodach.

***

- Czekolada jest uzależniająca- wysapałem kończąc kubek gorącego napoju. Byliśmy już w szkole, więc wyrzuciłem, dziwne, że tu takie mają, plastikowy kubeczek.
- Wypiłeś cztery kubki, nie boli cię brzuch?
- Nie... po czekoladzie nigdy!- weszliśmy tanecznym krokiem do salonu Orlaków. Pierwsze co zobaczyłem, ślęczącego przy książce Amir'a. Zdjąłem płasz i niedbale go odwiesiłem, podszedłem do niego i położyłem na stoliku torbę.
- O, hej...
- A ty dalej nad podręcznikiem?
- Teraz czytam jakąś powieść przygodową, sam za bardzo nie wiem o czym...
- Yhh... masz- wręczyłem mu dwa pudełka Fasolek Wszystkich Smaków, przemyconą butelkę piwa kremowego i słynne słodkości umożliwiające naśladowanie odgłosów danego zwierzęcia- odpocznij sobie, odpręż się, porób cokolwiek, tylko błagam, NIE CZYTAJ WIĘCEJ!- zaśmiałem się gardłowo i czmychnąłem za Nicolasem do kominka, ogrzać się nieco. Amir miał rację, było zimno. Bardzo...

Amirku?

Bellefeuille: Od Tymoteusza cd. Summery

Wszedłem do Herbaciarni i zacząłem się rozglądać.
Czemu tu byłem? By zepsuć randkę siostruni.
Czemu? Ponieważ, tak mi się podoba. I oczywiście by uratować ją przed głupotą Papillonów.
Jeszcze się czymś zarazi. Na przykład wirusem G Ł U P O T A.
Oczywiście, nie obyło się bez trudności.... W postaci Susan Darlson.
Ale sobie poradziłem.
Summi siedziała przy stoliku z tym... Eee... Vako?
Taaa, chyba tak mu było. Z tego co gadał Ori.
O tak! Czas na przedstawienie, zacząć! Muahahahahaha!
- Oooooooo! Kogo moje piękne oczka widzą!?!?! - Zawołałem rozradowany, widząc
moją siostrę siedzącą przy stoliku, w końcu była na swojej "Randce".
Ha! Ha! Ha! Teraz się odegram, za tą akcje na lekcji z Tymusiem, Lemusiem, Alfusiem
i popijaniem mleka!
- Co ty tu robisz?! - Zawołała wzburzona, że przeszkadzam jej w małym randew - Spadaj...
- Oh! Ale Kochana, ma! - Facio robi minę ,, Eee.. O co kaman? Jaka kochana?'' - Łamiesz
mi serce! To ja nic, już dla Ciebie nie znaczę?! - Chłopak zmieszany, spojrzał na wściekłą
Summery chcąc wyjaśnienia, ale nie dałem mu rzecz jasna, nawet otworzyć ust! - Tyle lat!
Czy to nic dla ciebie nie znaczy?
- Tymoteusz!
- Czy ma miłość jest tylko nijakim, strumyczkiem w twych uczuć morzu? - Zacząłem
wygłaszać poemat dalej, padając przed siostrą na kolana i łapiąc ją za rękę. Zwracając
oczywiście uwagę nie tylko zdezorientowanego i zmieszanego, brata mego przyjaciela ale
także i innych.- Czemuż mnie wyganiasz?!
- Tymon!
- Czym, żem zawinił! - Mówiłem dalej, nie słuchając co raz bardziej zirytowanej siostry,
która nie wiedziała jak się z tego wyplątać.
- Nie słuchaj go, to tylko... - Chciała powiedzieć mu, że jestem jej bratem, lecz to by
zniszczyło mój genialny plan!
- CZYM! Odpowiedz! Kim dla ciebie jestem?
- Tymoteusz to tylko m...
- Tylko nie wielki strumień, w głębi twych oczu! W oczach, których się roztapiam przez
ich...
- Ok, o co tu, do diabła, chodzi? Kim jest ten pajac?! - Wnerwiony chłopak, w końcu nie
wytrzymał. PUNKT DLA MNIE SIOSTRA.
- To nikt ważny! To tylko m...
- NIKT WAŻNY? Kalasz me serce! Mą dusze, gnieciesz i wyrzucasz do kosza tymi słowami!
 - Powiedziałem udając zrozpaczonego, podchodząc bliżej, a raczej kolanami szurając po
podłodze ponieważ, dalej klęczę na nich przed nią. Podniosłem jej dłoń o mych ust. - A gdzież
ta miłość, co mi ją zarzekałaś! Gdzież nasz miłość, która łączy nas od...! - Tu przerwało mi
szurnięcie a następnie odejście chłopaka.
- Nie! Czekaj! - Zaczęła wołać, lecz rękoma przytrzymałem ją by dokończyć..
- Od.. Dziecka jako bliźnięta, z jednej matki, z jednego ojca, jednej krwi i więzów ich!
Dokończyłem po czym, usiadłem na miejscu uciekiniera.
- COŚ TY ZROBIŁ!
- Oj tam, uratowałem Cię, Szopen. Powinnaś mi dziękować. - Powiedziałem, zajadając się
przysmakami, które jedli zanim im przerwałem.
- PODZIĘKOWAĆ? WŁAŚNIE ZNISZCZYŁEŚ MI RANDKĘ!
- Hehe, no fajna zabawa, no nie? - Zaśmiałem się. - Te miny co strzelał...
- Zabiję Cię!
- Oj tam, takim idiotą się przejmujesz? Tsss, nawet nie potrafił rozpoznać, żeśmy rodzeństwo!
Rozumiem jakbyśmy  byli w różnym wieku czy coś.. Ale my jesteśmy bliźniakami. Głupi, że
podobieństwa nie zauważył więc, powinnaś mi dziękować. Od głupoty tego młotka, Cię
uratowałem siostra! - Powiedziałem, chodź cóż nie on jedyny się na tym kopną, co chwila myślą,
że my para nie rodzeństwo ale mniejsza o to nie będę jej o tym przypominał... Tylko się zaśmiałem
- Hehe. Nie no.. Skąd ty go wytrzasnęłaś, co?
- ...
Nie odpowiedziała, na co tylko się roześmiałem jeszcze głośniej.

Koniec.

Ps. Robimy osobne do tego konika i ćmy ty zaczynasz, prześle ci te sceerny na pocztę.
Ty zaczynasz! :D

Bellefeuille: Od Amir'a cd Davida

Skrzywiłem się widząc dziwny płyn w fiolce. Znowu muszę pić coś, co nie koniecznie przypomina smaczną herbatę, czy ożywiającą kawę. Mimo to przechyliłem się wypijając do dna całą zawartość. Odłożyłem naczynie, po czym popatrzyłem prosto na jego twarz, czekając aż wykona jakiś ruch.
- Tylko tego nie wypluwaj bo potem będzie, że ją zignorowałem. - mruknął i odwrócił się idąc do wyjścia. Moja ciekawość się ujawniła, rzuciłem w jego stronę czekaj. Zwrócił ku mnie twarz, robiąc ruch głową mówiący ,,co?" w górę i w dół. Wstałem z łóżka, poprawiłem mundurek i podszedłem do niego. - Nie mam czasu.
- Dobra, dobra. - przerwałem mu. - Po co tu przyszedłeś?
Przetarłem swoje dłonie, gdyż zrobiło mi się znowu zimno. Nie rozumiem własnego ciała, ostatnio na prawdę źle znoszę powiewy i niskie temperatury. Może zje*ał mi się wewnętrzny termometr który mówił kiedy mam się trząść a kiedy pocić.. Tak czy siak, nic na razie z tym nie zrobię.
Zrobił minę jakby ktoś go kopnął, a potem jakby się obrzydził. Założyłem ręce na klatkę piersiową, ten gest przejąłem od otoczenia, nigdy wcześniej tak nie robiłem. Z westchnięciem poirytowania złapał za klamkę i już miał pociągnąć, gdybym go nie wyprzedził.
- Nie wiem co odpier*alasz ale lepiej wracaj na łóżko, zanim siostra zaciągnie cie tam siłą. - warknął odpychając mnie lekko. Udało mu się wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Wzdrygnąłem się, bo w momencie kiedy zostałem odepchnięty poczułem coś na wzór impulsu, a potem na myśl przyszło mi, że jest dziwną osobą. Tak nagle, bez sensu myśl.
Wykonałem polecenie i w parę kroków doskoczyłem do łóżka, kładąc się i gapiąc w sufit. A może on tu jeszcze przyjdzie, w końcu coś chciał. Przyszła pielęgniarka, rozejrzała się i podeszła.
- I jak się teraz czujesz? - zapytała miło. Podrapałem się po głowie oceniając samopoczucie i jakoś tak średnio, ale dla świętego spokoju wyszczerzyłem się.
- Idealnie, lepiej być nie mogło. - pobłażliwie poklepała mnie po ramieniu.
- Zostaniesz tu jeszcze do wieczora. - jęknąłem głośno, a ona się zaśmiała. - Ciesz się!
- Nieee..! Tyle godzin nudy. - zawyłem i znowu się zaśmiała. Odeszła do siebie gdzie pewnie zajęła się swoimi sprawami.
Położyłem się wygodniej, poprawiłem poduszki i powoli odpłynąłem, by co parę minut budzić się i obracać w drugą stronę.
- Za jakie grzechy..

< rym cym cym >

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Usiadłem przy stole z westchnięciem i nałożyłem sobie trochę sałatki, a do tego kanapkę z dżemem i herbatę. Nie pierwszy raz całowałem się z kimś po pijaku, ale gorzej, że każdy tak się z tym odnosi. Jak nauczyciele by się dowiedzieli, większość byłaby w bardzo złej sytuacji.
Popatrzyłem na stół Papciów, ale nie zauważyłem Summer. To dobrze, oszczędziła sobie tego widoku. Co do reszty; patrzyli na mnie, ale ja na te zaczepki nie odpowiadałem. Jeśli mają problem z krwią, niech się pie*dolą, przecież to bez znaczenia, co w tobie płynie dopóki dajesz radę z nauką i nie jesteś słabeuszem. Kiedy dokończyłem śniadanie, od razu zacząłem iść ku drzwiom, lecz wtedy zawołał mnie Cas mówiąc bym zaczekał. Odwróciłem się i oberwałem chlebem. Zaśmiałem się sam z siebie, bo rzucił to ktoś kogo znam.
- Dzięki! - zawołałem do stołu i razem z blondynem wyszedłem. Nie mówił nic specjalnego, co mogłoby mnie zaciekawić, dla tego tylko przytakiwałem.
Doszliśmy do dormitorium, zastukaliśmy i odpowiedzieliśmy na zagadkę, by wreszcie znaleźć się w środku. Zignorowałem płacz dobiegający z drugiej strony gdzie mieszkał niebiesko-włosy, rozumiem, że jest bardzo wrażliwy, ale mała nauczka w życiu nikogo jeszcze nie zabiła. Będzie wiedział, co stoi za poszczególnym zachowaniem.
- Może lepiej go pocieszyć.. - zaproponował kumpel, kiedy rzuciłem się na łóżko by poleżeć i pomyśleć. Uniosłem głowę, spojrzałem na niego po czym pokazałem mu środkowy palec. - Frajer.
- Też cie lubię. - odparłem z uśmiechem. Zabrał coś z kufra i wyszedł zostawiając mnie całkiem samego. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale jednak siedzenie i słuchanie wycia bo ktoś nazwał sie szlamą, po prostu żałosne. - Lucyfereest!
Zawołałem ni stąd ni zowąd. Kot wyszedł zza szafy jak ninja i wskoczył na łóżko przytulając się do boku. Pogłaskałem jego pyszczek, a potem grzbiet. W ten sposób spędziłem kolejne piętnaście minut, gdy płacz ucichł. Zaciekawiony [pełny chęci wyrzucenia w twarz, że trzeba być ostrym] wyminąłem towarzysza, na paluszkach podkradłem się pod drzwi i nastawiłem ucha. Na kanapie siedziało parę osób rozmawiając cicho, ale gdy zobaczyli co robię zrobili się o wiele głośniejsi, jak na złość. Zmarszczyłem brwi, po czym nacisnąłem klamkę. Suseł po prostu zasnął..
- Odwiedzasz swojego chłopaka? - zapytała dziewczyna za moimi plecami. Zamknąłem drzwi, odwróciłem się i już normalnie, życzliwie uśmiechnąłem.
- Dalej jestem singlem. - puściłem do niej oczko. Wywróciła oczami.
Dokonałem szybkiego wyboru, pójdę dzisiaj do stajni i zajmę się koniem. I tak nic lepszego do roboty nie mam, a cóż; jest na tyle zimno, bym nie chciał latać na miotle.

~

Napisałem ostatnie zdanie piórem na kartce. Nareszcie, skończyłem wypracowanie i jestem wolny jak ptak. Podniosłem się z krzesła, wziąłem na ręce książki i odniosłem odkładając na miejsce. zabrałem torbę z resztą rzeczy, pożegnałem się z regałami i przeszedłem przez drzwi. Na korytarzu było dużo osób, ale w środku nikogo; tylko ja jestem taki głupi by przerwy wykorzystywać na naukę zamiast zjeść lub posiedzieć ze znajomymi.
Odnalazłem wzrokiem przyjaciółkę i podszedłem do niej. Przywitaliśmy się.
- Rany, zamarzam. - pożaliłem się.
- Domyślam się. - rzuciła sprawdzając coś w dzienniku. Mruknąłem cicho, że za dobrze mnie zna, a ta tylko zamrugała. - Dostałeś jakiś list od rodziców?
- Nope. - westchnąłem.

< huehuehuehue >

Bellefeuille:Od Summery -c.d. Vako

Spojrzałam na niego i od razu usłyszałam w głowie głos Tymcia "Szopen idzie na randkę? Uuuu co za nowość! Jest ślepy?No dobra żartowałem... Pewnie głuchy." Uśmiechnęłam się do chłopaka w końcu jest papilonem a papiloni to młotki. Jednakże co mi szkoda? 
- Oczywiście -odpowiedziałam. Uważałam że odpowiedź "Ok" czy też "Spoko" jest takie pospolite,a nasz język jest tak piękny że aż szkoda żeby go nie używać. Chłopak podrapał się po karku. Czyżby układał sobie scenariusz ale zapomniał kwestii którą właśnie teraz miał wypowiedzieć.
- Szopen! -gdzieś z dala odezwał się braciszek. Odwróciłam się by spojrzeć jak daleko jest. On i ten jego przyjaciel. Orion zmarszczył brwi widząc swojego brata i podobnie zrobił sam Vako. -Szopuś, kochanie! Co ten młotek od ciebie chce? Czy ci nie mówiłem że papiloni do idioci? Och głupiutki człowieku mój kochany! Przyniosłem babeczki! Ej, gdzie idziesz?! Hildi!
Próbowałam nie dawać po sobie tego iż to wszystko było zwrócone do mnie. Wstałam a dziewczyny za mną. Uniosłam brew pytająco w stronę chłopaka który stał i próbował się nie uśmiechać.
- To jak? Jesteśmy umówieni -skwitował a ja przytaknęłam i trybem incognito zaczęłam iść w stronę szkoły tak żeby Tymuś w końcu dał mi spokój. Lecz to jak marzenie indyka który myślał o niedzieli a któremu w sobotę łeb ścieli. Tymuś dorwał mnie na korytarzu i odciągnął od grupy wsparcia.
- Ej! Co ty kręcisz z papilonem? I to jeszcze z jego bratem! -wskazał na kolegę. -Czy mam ci przypomnieć twoje słowa? Szopuś! Odradzam. Ej pomóż mi! Ona się pcha na stryczek Oruś! W sensie metaforycznym.
- Tymciu skarbie. Jakoś ci nie jojczałam nad uchem kiedy umówiłeś się z papilonką -warknęłam po czym napięcie zaczęłam iść przed siebie.
- Nie Tymcio, Tymoteusz Szopenie. -wyszczerzył się i wziął mnie pod ramię.-Dokąd zmierzasz?
- Idę grać na moim Flecie Picolo. Chcesz posłuchać? -chłopak skrzywił się. Może przypomniał sobie może lekcje nauki kiedy to rozbrzmiewał na cały dom piskliwy dźwięk tego cudownego instrumentu. -A tak naprawdę to idę to Beatrice.
- To jej koleżanka? -spytał Orion a obydwoje zaśmialiśmy się równocześnie. -Co? Nie rozumiem?
- Beatrice to moja wiolonczela -powiedziałam. Chłopak miał dosyć zabawny wyraz twarzy. Według naukowców przywiązujemy się bardziej jeśli nadamy tej rzeczy imię i tak oto przywiązałam się do Beatrice. Jest to instrument wielu smutków i wylanych łez ale chyba nie oddałabym jej teraz.
- No to Szopuś idź graj Chopina ale wpierw babeczka! Specjalnie dla ciebie! Pełna laktozy! -powiedział. Jak dla mnie nie było to zabawne ale ten sobie drwił. Ach... Jakbym zjadła babeczkę albo muffinkę tylko szkoda że moje muszą być z soi jak prawie połowa moich potraf.
- Tymciu stój. -powiedziałam, a braciszek uniósł brew. -Jak przestaniesz się ruszać to łatwiej przywalę ci w nos.Chodź w twoim przypadku paznokcie wystarczą.
Braciszek posłał mi piorunujące spojrzenie po czym wziął gryza babeczki. Odszedł z koleżką a ja mogłam spokojnie ruszyć w swoją stronę lecz wiedziałam że długo nie nacieszę się samotnością. Zwłaszcza że to był Tymuś ,a Tymuś jak to Tymuś kocha mnie tak że już odkąd dowiedziałam się o narzędziach tortur w średniowieczu nie mogę się zdecydować co wybrać
***
- Gdzie tak pędzisz? -powiedziała jedna z moich współlokatorek kiedy miałam zamiar wychodzić z Pokoju wspólnego orlaków. -Pełnymi zdaniami i mam nadzieje, że z idealną składnią, bo inaczej nie puszczę.
- A do czego potrzebna ci ta informacja Susan Roveno Darlson? Czyżbyś zamierzała pisać o mnie biografię? -uśmiechnęłam się do niej. Susi tylko zmarszczyła nos. -Wybieram się na randkę... Z chłopakiem. I to nie jest mój brat! Tak przy okazji mogłabyś go jakoś... Upilnować by tego nie zepsuł? On potrafi wszystko...
- Jasne. Summer masz słowo zwiadowcy. Będę on dla mnie tytanem którego nie wolno przepuścić dalej! Mogę mu coś złamać? -spytała. Susi była tak zwanym mangozjebem podobnie jak Tymuś i zazwyczaj się kłócili o bohaterów i anime jakie oglądali. Jednakże naprawdę niechętnie zaprzeczyłam. Gdyby umarł to babcia przetrzepałaby mi skórę a to nie jest przyjemne.
Ruszyłam niczym tajny ninja tak żeby na pewno nie wpaść na brata do herbaciarni gdzie byłam umówiona z owym chłopakiem. Łatwiej byłoby gdybyśmy się umówili gdzie się spotykamy ale wyszło jak wyszło. Chłopak stał przed herbaciarnią. Próbowałam być poważna by swoją prawdziwą ja nie odstraszyć jego jak to robiłam z poprzednimi chłopakami. Weszliśmy do środka oraz zamówiliśmy każde z nas po daniu. 
- A więc... Jesteś orlakiem? -powiedział nie spuszczając ze mnie wzroku. -Słyszałem że orlaki są zarozumiałe ale ty chyba taka nie jesteś. Co nie?
- No tak... Jednakże wy też bez skazy nie jesteście. Jak to twierdzi mój brat "Papilloni to głupie, bezmyślne i mało rozgarnięte młotki. Najpierw robią później myślą, o ile znajdzie się taki który potrafi myśleć." -wyrecytowałam dokładnie formułkę którą mówi Tymuś kiedy ktoś go spyta co myśli o papillonach. I chyba to nie było dobre posunięcie. Chłopak chyba się nieco obruszył tym faktem iż jego dom uważany jest za bandę głupków. Ja twierdziłam tak samo ale jakoś musiałam to ratować. -Ja tak nie twierdzę... Znaczy się nie do końca... No bo... Ten... Jakoś dziwnie ociągają te zamówienia. Czyż nie? 
-Taak. -przyznał. Chyba też poczuł że ta sytuacja stała się dosyć niezręczna. -Czym się interesujesz? Oprócz wkówania całymi dniami i siedzenia przed książkami?
- Uczenie się wcale nie jest takie złe... Ale Qudditch. Gram razem z bratem w jednej drużynie ja ścigająca a on to pałkarz. Słyszałam że grasz na obronie -uśmiechnęłam się. Wreszcie jakiś temat który można rozwinąć. -Założę się że podczas meczu po między naszymi domami strzelę w twoją bramkę więcej razy niż wasi w naszą! 
- Ha! Nie jestem co to tego pewien Summer -powiedział uśmiechając się. -No i to wszystko co cię interesuje? U mnie jest jeszcze jazda na desce i wróżbiarstwo.
- Przepraszam że cię poprawię. Deskorolce. Na desce to sobie raczej długo nie pojeździsz -powiedziałam. Jednak orlak pozostanie orlakiem. -Gram na wiolonczeli i ogólnie uwielbiam muzykę. I jeśli powiesz że pewnie słucham tylko klasyki bo tak wyglądam to stwierdzę iż jesteś stereotypowy. Tak samo jak inteligencja zależy od koloru włosów! Rudy się nie dostał, blondynka głupia i nadzieja w brunetach. Stek kłamstw które się utrzymują na porządku dziennym...
- Jak na orlaczkę przystało widzę że lubisz gadać. -uśmiechnął się. Coś czułam, że jednak za dużo gadam i w ten sposób chce zwrócić mi uwagę żebym przestała gadać. Znowu nie wiedziałam co robić na szczęście z opresji uratowała nas kelnerka z zamówieniami. -To mówisz że masz brata?
- Bliźniaka. Nieznośny. Do tego szczyci się tym że jest starszy. Bo się wepchał i urodził 3 minuty przed mną. -prychnęłam. Jednakże nie chciałam rozmawiać tylko o mnie. -A ty... Też masz brata. Oriona. Co nie? Znaczy się jestem pewna że to twój brat jednakże macie mniej więcej takie same relacje a może jest lepiej?
Chłopak otworzył usta żeby coś powiedzieć. I wtedy wszystko poszło nie tak. W drzwiach pojawił się Tymoteusz i odszukał mnie wzrokiem. Chyba gorzej być nie mogło.
[Tymusiu? :3]

Ombrelune: Od Adama cd Amira

- Adam, wyjebałeś z półobrotu jakiemuś trzecioklasiście?! - zapytała Clary przed klasą do eliksirów. Eliksiry były następną lekcją po zaklęciach, co oznaczało, że wiadomość rozniosła się po szkole w tempie ekspresowym, obejmując tym samym czas jednej przerwy.
- Ta, bo co? - Uniosłem na nią obojętny wzrok, masując bezwiednie prawą dłoń, która przed paroma minutami zadała wzorowy cios w nos.
- W sumie to nic. - Wzruszyła ramionami. - Bardzo płakał?
- Trochę się przewrócił. - Mimowolnie się uśmiechnąłem.
- A co zrobił? Powiedział, że ma lepszy żel do włosów od ciebie? - spytała niewinnie zza mojego ramienia Ell, która niepostrzeżenie pojawiła się przy nas.
- Nie, za to ty za chwilę możesz mieć lepszą ranę od niego - syknąłem, odwracając się.
- Przepraszam. - Spojrzała na mnie dużymi oczami i zrobiła minę szczeniaczka.
- Tak, tak... - mruknąłem, wywracjąc oczami. Niewiele myśląc schyliłem się, chcąc uraczyć ją pocałunkiem, ona jednak odsunęła się w panice i rozejrzała po korytarzu. Znajdowaliśmy się w lochach, była więc tutaj tylko nasza klasa oczekująca na lekcję - nikt normalny nie spędza przerwy w ponurym podziemiu.
- Wybacz, mała - bąknąłem, przypomniawszy sobie, jak przeżywała, gdy David nakrył nas leżących na łóżku - ale jeszcze nie przyzwyczaiłem się do twojego opacznego gustu obejmującego wstyd przed pokazywaniem się ze mną publicznie. Inne na twoim miejscu dostałyby padaczki. - Wyszczerzyłem się. Usłyszałem sugestywne chrząknięcie. Clary stała z rękami opartymi na biodrach.
- A to co, Adamie? - zapytała, udając oburzenie. - Ładnie to tak ignorować przyjaciółkę, która wiernie stała za tobą murem, kiedy INNI wyjeżdżali na pół roku bez słowa? Nawiasem mówiąc nie było to łatwe - wytrwać z człowiekiem o zbiorowej inteligencji ananasa i pamięci godnej rybki akwariowej, który na każdym kroku myśli, jak by cię tu zwabić w jakiś ciasny kącik i zgwałcić.
- No już nie przesadzaj. - Popukałem się w czoło. - Samouwielbienie spływa po tobie wartkim strumieniem w barwie fuksji.
Clary prychnęła z dezaprobatą, robiąc obrażoną minę.
- Hej, dzieci, jeśli chcecie zobaczyć smerfów las, przed ekran dziś zapraszam was! - Usłyszałem śpiew Davida gdzieś obok nas. Nucił jedną z tych dzikich mugolskich piosenek zasłyszanych od Petty'ego. Był dzisiaj w zaskakująco dobrym humorze jak na kogoś, kto przed niecałą godziną prawie wrobił mnie w szlaban. - Żartowałem! Chuja wam pokażę! Chociaż nie... Tego też nie zobaczycie. - Zaśmiał się z własnego, kiepskiego żartu.
- Z kim ja się zadaję? - jęknęła Clarisse, teatralnie kładąc dłoń na czole.
- Tak, Clary, ja też od ponad trzech lat zadaję sobie to pytanie! Ten Adam to jakiś czubek, nie?
- Chyba zrobię ci krzywdę - poinformowałem go życzliwym głosem.
- Dziękuję, postoję.
- Po coś tu przylazł? - zapytała La Rue z wyrzutem.
- Trening, trening, trening!
- Znowu? - Z Ell jak na komendę okazaliśmy swe jawne niezadowolenie.
- A kiedy niby ostatnio był? - obruszył się Dave.
- Przedwczoraj?
- Och, narzekacie! - Aniołek uśmiechnął się słodko. Ta, łatwo jej mówić. To nie ona popyla co drugi dzień na miotle ganiając za piłką, bo jakiś gejas, który sam tylko patrzy i się drze, jej tak kazał.
- Widzicie? Clary się cieszy! - rzucił blondyn. - Chętnie zostanie waszą cheerleaderką.
- Czekaj, co?!
- Cheerleaderką - powtórzył usłużnie. - Będziesz nam tańczyć i skandować "David jest super!".
- Pogięło cię? Nie będę nic tańczyć! Tu się jebnij. - Wskazała palcem na skroń. - Sam możesz przywdziać spódniczkę i zrobić herki na miotle, wysoko w górze. Jak myślisz, polepszy ci się, gdy spadniesz?
- Ja sądzę, że nic mu już nie pomoże - wyznałem.
W tym momencie przyszedł Craxi i wpuścił nas do sali pełnej kolorowych oparów. Czas na lekcję eliksirów.

Po lekcji, na której - przynajmniej teoretycznie - nauczyliśmy się rozróżniać nalewki z asfodelusa, piołunu i mandragory po ich właściwościach fizycznych, cała drużyna jak strzały pobiegła do dormitoriów po sprzęt i wesołą gromadką podążyła na boisko do quidditcha, żartując, podszczypując i popychając się. Kiedy weszliśmy na murawę, spostrzegliśmy jakąś postać balansującą w powietrzu. Szanowny pan kapitan stwierdził, że nic a nic nam to nie przeszkadza, i kazał wskoczyć na miotły, co też uczyniliśmy.
Odbiłem się od ziemi i już po kilku sekundach zawisłem przy obręczach. David gestem dłoni rozpoczął mecz, polegający na tym, że każdy ścigający ma swojego kafla, a ja muszę latać i bronić jak głupek.
- SMOKUUU! SMOOOKUUU!!! - zacząłem się drzeć już po piętnastu minutach.
David pokazał komendę "czas" i podleciał do mnie.
- Czego?
- Czego? Czego?! A chcesz se, kuźwa, tak pobronić? - Ściągnąłem koszulkę z wielką plamą od potu na plecach i rzuciłem mu prosto w twarz.
- Fuj, wiesz, co to mydło?
- Wiesz, co to wysiłek fizyczny? A nie, czekaj, jesteś szukającym - uśmiechnąłem się słodko.
- Okej, dobra, zrób sobie przerwę czy coś. ĆWICZYMY PODANIAAA! - wrzasnął do reszty. Złapałem się za ucho. Głośniej się nie dało, co?
Przerwę postanowiłem wykorzystać na polatanie sobie w kółko. Niczego nie kocham tak bardzo jak tego. Wiatr we włosach, zabójczy pęd, świst w uszach... Wspaniałe! W dodatku chłód uderzający w moją nagą klatę.
Po chwili nie tylko chłód uderzył w moją klatę.
- Boże, znowu ty?! Co to za fatum?!
Miałem miotlarską kraksę z tym samym ziomkiem, który wcześniej wpadł na mnie na korytarzu. Dwa razy. Do trzech razy sztuka, jak to mówią. Tyle że tym razem Orlak zawisł ręką na miotle.
- Sorry. Niezbyt dobrze latam - burknął.
- Wiesz, zauważyłem.

Amir?

piątek, 10 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Jonasza cd Lili

Nagle kichnąłem i mocniej wtuliłem się w dziewczynę.
- O i jesteś chory...
- Wcale nie...
- Wcale tak! Gil ci wisi!- zachichotała, a ja szybko wytarłem nos wierzchem dłoni. Fuknął cicho i odwróciłem głowę- obraziłeś się?- spłonąłem soczystym rumieńcem.
- Nie...
- Boże jaki ty chudy- zacisnęła palce na moim ramieniu- same kości! Ty nie masz anoreksji przypadkiem?
- Nie... po prostu jestem chudy- wyszczerzyłem się i znów kichnąłem.
- Idźmy szybciej, zaraz całkiem się rozłożysz- nagle przyśpieszyła, a ja prawie się przewróciłem.
- Nie tak szybko!- pisnąłem.
- Nie tak szybko, nie tak szybko, a potem przeziębienie i grypa! Nie zwolnimy!
Chwilę później byliśmy przed szkołą. Nim się zorientowałem, siedziałem w salonie, okryty trzema kocami, z kubkiem z herbtą w łapce. Kiedy?! Spojrzałem na krzątającą się Lili. Blondynka czegoś szukała, ale najwyraźniej to znalazła.
- Jak się czujesz?
- Lepiej...
- Idę pozałatwiać pewne sprawy- powiedziała i wyszła machając mi. Siedziałem tak chwilę. Przyszedł Amir, trochę się powygłupialiśmy, ale zaraz poszedł gdzieś z Casperem, więc znów siedziałem sam. Oczywiście znając moje umiejętności, chwilę po tym zasnąłem, jak to Suseł...

Lili? Wena znika :c I dziękuję c:

Bellefeuille:od Lili CD David'a

Uśmiechnęłam się do David'a i, nim zdążył zareagować, wślizgnęłam się do WS i siadlam prędko przy stole Orlaków. Zza drzwi dochodziły krzyki. Po chwili David smętne opadł na ławkę obok mnie, co wywołało poruszenie wsród dziewczyn ze wzystkich domów.
-Dzięki, że wytrwale wspierałaś kolegę, poważnie, doceniam to-burknął i zabrał talerz z sąsiedniego nakrycia.
-Nie ma za co-Uśmiechnęłam się w najbardziej
rozbrajający sposób, na jaki było mnie stać. Była to mina z serii "co złego to nie ja".
Luniak bez słowa zaczął jeść, a mnie zrobiło sie nieco głupio, że doprowadziłam do kłótni, a nie próbowałam zrobić nic, by jakoś załagodzić konflikt chociaż wiedziałam, że Leslie Brooks co najwyżej oblałaby mnie kwasem. O ile jest dziś E dobrym humorze.
-Ale wiesz, musi ci naprawdę na niej zależeć, skoro ona ma takie humory, a wy wciąż jesteście razem-powiedziałam pojednawczo. Rzucił mi uśmiech. Uf, przynajmniej tyle.
-Wiesz, że umiesz mowić, Lilianne?
-Nie no, poważnie!? Dzięki za info! -zawołałam sarkastycznie.
-W sensie że umiesz sie mową posługiwać. Byłabym dobrym prawnikiem. Jak kiedyś zechcą mnie wpakować do pie*dla to będziesz moim
obrońcą.
-Zobaczę-zaśmiałam się-Jeśli cię skażą za nękanie żony to obawiam się, że Brooks'owie znajdą lepszego.
-JA miałbym nękać LESLIE!? Na odwrót raczej!
Zaśmialiśmy się, ci moje przyjaciółki uznały za alarm. Podeszły równym krokiem jak jakieś BOR-owiki.
-Zgubiłeś się?-spytała słodko VI.
-Mamy wskazać drogę?
David spojrzał na mnie pytając.
-Moje przyjaciółki-wyjaśniłam-Bronią mnie przed chłopakami odkąd Luke... No wiesz.
-Nie sądzisz że są nadto troskliwe?

David?

Ombrelune: Od David'a do Volonte

Właśnie kończyła się ostatnia lekcja, czyli OPCM.
Nudziło mi się, ponieważ Diabeł zerwał się z ostatniej lekcji.
Westchnąłem biorąc plecak i kiwnąłem wujkowi głową na pożegnanie i ruszyłem
do drzwi. Będą pogrążonym w myślach, zderzyłem się w drzwiach z kimś.
Gdy obróciłem głowę w bok zobaczyłem Volonte.
- Wybacz. - Mruknąłem, cofając się i przepuszczając ją.
- Nic się nie stało. - Również mruknęła.
- Co się stało, że nie masz humoru? - Zapytałem. Nudziło mi się a rozmowa jest lepsza.
- Nie lubię OPCM. - Skrzywiła się, wymawiając skrót. - A ty?
- Nudzi mi się, Diabeł zwiał i nie mam co robić. - Westchnąłem cierpiętniczo.
- Też bym zwiała chętnie z tej lekcji.
- Masz ochotę przejść się po błoniach? - Zapytałem po dłuższej chwili ciszy.
- Czemu nie. - Odpowiedziała po chwili. - Tylko najpierw może odnieśmy książki co?
Powiedziała lekko się uśmiechając, gdy ja nagle zmieniłem kurs na błonie.
- Taa! Oczywiście. - Uśmiechnąłem się.
Po kilkunastu minutach już byliśmy na błoniach, siedząc pod drzewem.
- Co tam u ciebie, dawno nie rozmawialiśmy... - Zapytała.
- Dobrze.. Chyba... Mam dziewczynę.
- Aha. - Mruknęła.
- Chodzę z siostrą Diabła, Leslie. Ostatnio często się kłócimy ale to chyba tylko taki
przejściowy kryzys.. Mam też nowego przyjaciela z którym dużo czasu spędzam,
przez co ona jest zazdrosna. - Westchnąłem. - A u ciebie? Co tam słychać?


<Volonte?>

Ombrelune: Od David' cd. Lili

- Oczywiście! Lepiej, żeby tak było bo inaczej Les zabije najpierw mnie a później
ciebie - Zaśmiałem się i uśmiechnąłem się. I dodałem. - Eh.. Żeby ona mi tak dziękowała,
za takie pierdoły! - Rozżaliłem jej się, na co ona się zaśmiała.
- Jak ładnie poprosisz to na pewno, Ci da buziaka.
- Oh... Tssaaaa To Brooks'ówna! Ty ich chyba nie znasz! I do tego Luniaczka,
która jest zazdrosna o moich kolegów, więc nawet nie chce wiedzieć, co by było gdyby
zaczęła i o wszystkie dziewczyny być zazdrosna!
- Oj przesadzasz!
- Może troszkę.. - Mruknąłem na co ona parsknęła. - To gdzie idziemy?
- A gdzie chcesz?
- Hym... Może mógłbym ci towarzyszyć przy obiedzie?
- Jeśli chcesz. - Wzruszyła ramionami.
- Baaardzo chce. Moja dziewczyna - Powiedziałem przedrzeźniającym głosem i miną. - Znów
miała do mnie wonty bo wybrałem Ai'ego zamiast zostać z nią. A chciałem z nim spędzić czas.
I teraz jakbym usiadł przy luniakach musiałbym znosić jej fochy i złośliwości.  Eh. - Westchnąłem
teatralnie.
- Ale jeśli usiądziesz ze mną, może być zazdrosna. - Spojrzała na mnie. Zatrzymała się,
zresztą ja też bo byliśmy już przy WS.
- Oh nie przejmuj się nią! - Powiedziałem i objąłem ją ramieniem i pokazując ręką przed
siebie, dodałem. - Po co się nią przejmujesz, skoro możesz sprawić, że ten obiad, będzie
wyjątkowy. Móc mieć takie towarzystwo jak moje? - Wskazałem ręką na siebie patrząc
w jej oczy, dalej ją obejmując i uśmiechając się. - Pozwól nacieszyć się swoim domownikom,
iż ten cudny bożyszczu będzie siedział obok nich, sprawiając, że ten obiad będzie wyjątkowy
przez samą mą obecność. - Powiedziałem strzelając wymyślne miny.
- Jesteś strasznie narcystyczny. - Zaśmiała się kręcą głową, ja zaś ją już puściłem,
widząc kontem oka Les... ,,Przeeeejebaneeee...'' Przeleciało mi przez myśli. A także
dlatego by ktoś nie pomyślał.. Że flirtuję, mając dziewczynę... Chodź cóż zawsze flirtuję
nawet z koleżankami takimi jak Lili, bo to lubię a Flirt to nie zdrada!
- To jak? - Zapytałem.

< Lili?? LES! Mam dla nas kolejny powód do kłótni xD>

Bellefeuille: od Lili CD David'a


Uśmiechnęłam się do Luniaka. Nic sie nie zmienił.
-Nie wiem, czy aby napewno chcesz, bo idę do biblioteki. Ale zawsze możesz nosić mi książki.
Skierowaliśmy sie do biblioteki. David niósł za mną wszystkie moje lektury, stękając cicho, jednak kiedy tylko sie odwracałam, robił wyluzowaną minę, jakby stos ksiąg był dla niego równie ciężki co talerz ze śniadaniem. Uśmiechnęłam się szeroko. Czasem nie cierpię Luniaków, jednak jeśli potrzebuje poprawy humoru, to zaraz po Vi i Pianie są na pierwszym miejscu.

Jak zwykle klimat biblioteki wprawił mnie w dobry nastrój, czego niestety (albo i stety) nie można było powiedzieć o Davidzie. Wyglądał, jakby chciał rzucić książki byle gdzie i uciec. Nie to miałam jednak w planach.
Najpierw spokojnie położyłam stos na ladzie, wdając sie z bibliotekarką w dyskusje na temat poszczególnych tytułów, potem spytałam, co by mi polecała, po czym zanurkowałam miedzy regały, między słowa.
David natomiast ciagle narzekał.
-Mówiłam, że cię to nie zainteresuje-powiedziałam rozbawiona patrząc, jak wzdycha i próbuje wzrokiem przebić sufit by dotrzeć do niebios i tam złożyć skargę.
-Nie sądziłem, że można AŻ TAK długo siedzieć w bibliotece.-odburknął.
-Już kończę. Jeszcze tylko pójdę po stołek, żeby zdjąć tamtą książkę i idziemy.
Luniak nagle sie ożywił.
-Nie, nie, mała blond. Nie po to tu sie za tobą przywlokłem, żeby teraz byc bezużytecznym! Zdejmę ci tę książkę. Która to dokładnie?
-,,Podręcznik młodego farmaceuty"
-Really?-zmarszczył się i podał mi lekturę bez większego problemu-No, teraz uciekamy.
Kiedy załatwiłam formalności z wypożyczaniem i wyszliśmy z biblioteki, David powiedział:
-Wiesz co, nie obraziłbym się o małe dziękuję.
Na widok jego nadąsanej miny zaśmiałam się, wspięłam na palce i pocałowałam Luniaka w policzek. Wiem, wiem, brzmi irracjonalnie.
-Dziękuję-rzekłam, po czym uzupełniłam-To był gest dziękczynny i czysto przyjacielski.

David?

Bellefeuille: od Lili CD Jonasza

Zmierzyłam chłopaka wzrokiem. Niski. Rok młodszy. Niebieskie oczy i włosy. Chudy jak szczapa. Wrażliwy. Łagodne usposobienie. Brak możliwości zakochania. Spacer z nim nie będzie zdradą wobec Luke'a. Boże, Luke...
-OK-zgodziłam się-Ale módl się, żebyśmy nie natrafili na moje przyjaciółki. Są sceptycznie nastawione do moich kontaktów z płcią przeciwną.
-Ah.
Pokiwałam głową i wstałam. On za mną. Wyszłam z pokoju szybkim krokiem, cały czas słysząc za sobą Jonasza.
-Czemu sceptycznie?-spytał, a ja westchnęłam. Bałam sie, że spyta, ale nie odpowiadałam.-Ktoś ci złamał serce? Rzucił cię? Uciekł? Zdradził? Okazał sie krewnym? A może kosmitą?
Odwrociłam sie gwałtownie, aż chłopak na mnie wpadł. Odbił sie od mojej piersi i spojrzał na mnie zdziwiony. Zmroziłam go wzrokiem.
-Nie rzucił. Nie uciekł. Nie zdradził. Nie okazał sie ani kosmitą, ani krewnym. Zniknął. Po feriach świątecznych już nie wrócił. Nie wiem, co sie z nim stało, gdzie jest. Ale nie UCIEKŁ.
Łzy w oczach chłopaka (tudzież raczej chłopca) wyhamowały nieco moją złość. Zimno w mojej piersi sie roztopiło. Tak właśnie działają na mnie łzy. Chole*a.
-Przepraszam-westchnęłam i nagle poczułam, że piecze mnie pod powiekami, a w piersiach zbiera sie szloch.-Po prostu... Po prostu strasznie za nim tęsknię.
Głos mi się załamał. Zacisnęłam wargi i mruganiem
odgoniłam łzy. Żebym nigdy nie musiała powiedzieć, że chłopak doprowadził mnie do płaczu. Nie Luke.
Jonasz pokiwał głową i spojrzał na mnie współczująco.
-To ja przepraszam. Nie powienienem drążyć-spuścił wzrok.
-Ustalmy na razie, że żadne z nas sie nie gniewa, OK?
-OK-zgodził się.



Błonia jesienią to piękne miejsce. Troche tylko zimne. Jonasz trząsł się, a ja powstrzymywałam chęć, by go przytulić i ogrzać własnym ciepłem. Dla jasności: NIE, nie podobał mi się. Budził we mnie jedynie zdrowe, kobiece instynkty, by opiekować się słabszymi.
-Zimno trochę-zauważyłam odkrywczo, gdy szliśmy tunelem.
-A-Aha-zaszczękał zębami.
-Może chcesz wracać?
-N-nie, jest OK.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem. Kolor jego twarzy świadczył wbrew jego słowom. Można powiedzieć, że wargi dopasowały mu sie kolorem do włosów. A co dopiero będzie zimą...
-Wracamy-stwierdziłam kategorycznie. Próbował walczyć mówiąc, że jest mu ciepło, jednak widziałam wdzięczność w jego oczach. Objęłam go za ramiona(były tak wąskie, że wystarczyło mi do tego przedramię i dłoń) i poprowadziłam w stronę zamku.

Jonasz? On jest taki słodki :3

Ombrelune: Od David'a Do Violetta

Siedziałem w PW Luniaków i właśnie kończyłem zadanie domowe, a po chwili byłem
już spakowany. Było już po 21, Diabeł znów gadał z Ell, wolę nie wiedzieć czy się
kłócili czy co. On i Ona to mieszanka wybuchowa! Naprzeciw mnie zaś siedziała jakaś
ruda dziewczyna, głowiąc się nad zadaniem z eliksirów. Patrząc na temat, musiała być
o rok młodsza. Właściwie z nudów, nie z dobrych chęci, postanowiłem do niej zagadać
i pomóc jej w nim.
- Hej, jestem David. - Przedstawiłem się wyciągając do niej rękę. Ona zaś oderwała
wzrok od pergaminu i uśmiechnęła się lekko, przyjmując dłoń.
- Violetta.
- Pomóc Ci może, w tym zadaniu? - Zapytałem, a gdy na mnie zaskoczona spojrzała
dodałem. - Jestem prefektem, moim obowiązkiem jest ci pomóc. -Uśmiechając się.
- Chętnie. Nie mam już siły na to, głowię się nad tym od..
- Wiem, przecież tu byłem, cały czas. - Mrugnąłem do niej siadając bliżej.
Po dwudziestu minutach zadanie było już zrobione, i to i następne z OPCM.
Przez ten czas również gadaliśmy o różnych głupstwach, dopóki nie wspomniałem o Wilczku.
- Skąd znasz Petty'ego? - Zapytała się.
- A ty, zdradzisz mi pierwsza? -Spytałem się.
- Poznaliśmy się w tym roku w ekspresie, siedzieliśmy w jednym przedziale...
- A więc tam się skurczybyk schował! - Zaśmiałem się, lecz po chwili dodałem, wyjaśniając
jej . - Szukałem go, lecz później się poddałem. Wiesz Petty to mój kuzyn, nasi ojcowie są
przyrodnimi braćmi. Mieli tą samą matkę, bo babcia 2 razy zamężna była. - Dodałem.
- On... Zawsze jest taki.. - Zaczęła, lecz zawahała się.
- Jaki? - Zmarszczyłem brwi.
- No... Sztywny lekko, markotny, jak go poznałam było widać w nim smutek chodź
oczy miał zimne i puste.
- Bo widzisz... W tamtym roku po Balu bożonarodzeniowym... Wiesz Petty, zawsze był
delikatny... Ale proszę nie mów mu, że ci powiedziałem.. ok? - Zapytałem zmieszany,
nie chciałem mówić jej o nim za plecami. Tym bardziej, że.. Była trochę do niej podobna..
Więc wiem czemu, on zwrócił na nią uwagę... Nie powinienem się wtrącać.. Lecz gdy
pokiwała głową na zgodę powiedziałem... Powinna wiedzieć czemu Pett, zwrócił na nią
uwagę. - Był też zamknięty w sobie. Chodź zawsze miły i otwarty na wszystkich to nigdy
też nie dopuszczał do siebie osób bliżej niż na relacje, koleżeńskie czy przyjacielskie.
Ja jestem jedną z osób którą dopuszcza do siebie. I także jeszcze jedna osoba była...
Jane, Petty był w niej zakochany po uszy. Była jego dziewczyną, był z nią blisko nawet
mieli dormitorium obok siebie, wiesz i ona i on, byli naczelnymi.
- On nadal jest..
- Tak... Lecz po balu w zeszłym roku, ona.. Nie wróciła do szkoły. Pojechała do domu
i nie wróciła jak reszta uczniów. Petty bardzo się niepokoił. Pisał listy, wypytywał nauczycieli,
nawet do Dyrektorki regularnie chodził. Nic niestety tym nie wskórał, nikt nic nie wiedział
lub nie chciał powiedzieć. A on.. Bardzo źle to przyjął, przestał się uczyć a zawsze był
prymusem, opuszczał lekcje, nie chodził na posiłki. Całe lato przesiedział w łóżku..
I tak jest z nim o wiele lepiej niż było. Teraz czasem się uśmiecha.. Gada z nami, znów jest
prymusem i znów bierze udział w życiu szkolnym. W końcu jest jedynym w tym roku naczelnym
i prefektem swojego domu... Myślę, że on przyjął już z goryczą to, że ona nie wróci...
A ty jesteś do niej trochę podoba wiesz? - Dodałem po chwili. - Myślę, że tym zwróciłaś
jego uwagę. Lecz on nie jest głupi i wie, że ty nie jesteś nią i nigdy nie będziesz... Lecz sam
fakt, że przypominasz... On chyba szuka jakiegoś oparcia na tym..
Po tej mojej wypowiedzi między nami zapadła cisz. Po chwili spojrzałem na nią....

<Viola?>

Ombrelune: Od David'a Do Lili

Biegłem przez korytarz co chwila wpadając na kogoś i przepraszając, chodź
i tak dalej biegłem i znów kogoś potrącałem, szczerząc się do wszystkich.
W końcu gdy miałem do tyłu odwróconą głowę wpadłem w prost na kogoś,
przewracając nas.
- Ał! - Zawołałem - Sorki!
- Nic się nie stało. - powiedziała... Lili siadając i masując sobie plecy.
Ja już się podniosłem i dałem rękę pomagając sarence, również się podnieść.
Ah. Tak, zawsze gdy ją widzę od razu przypomina mi się jak ją poznałem, gdy
będąc w mojej animagicznej formie ścigałem ją po lesie a ona w swojej uciekała.
- Wybacz, nie chciałem Cię potrącić. - Uśmiechnąłem się lekko.
- Chyba staranować.. - Zaśmiała się lekko i zaraz zaczęła zbierać książki, które teraz
walały się na około. I ja się zaraz po nie schyliłem by jej pomóc.
- To.. Zdradzisz mi przed kim tak zwiewałeś?
- Oh.. Ja nie.. Ohh... Dobra z kolegą się bawiłem, później biegaliśmy i pożegnaliśmy
się ale ja dalej biegłem.. Sam nie wiem poco.. - Wyszczerzyłem i podrapałem po karku.
- Czyli energia Cię rozpiera.
- Taa, pewnie tak. Cóż Ai zawsze sprawia, że dostaję głupawki, eh.. Chyba za dużo
z nim przebywam ostatnimi czasy. - Znów się uśmiechnąłem - Dokąd idziesz? Mogę
Ci towarzyszyć? - Zapytałem od razu.

< Lilianne? xD >

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

Wpatrywałem się w jego unoszące się i opadające plecy. Przetarłem oczy.
- Amiir... Aruś- usiadłem przy nim- jestem głodny, Aaaaruuuś, za ile śniadanie.
- Nie wiem...- wyburczał. Po chwili zwinąłem się w "kłębek" i jak kot przylgnąłem do jego boku. Zamruczałem, gdy poczułem jego ciepłe palce na linii szczęki. Leżeliśmy tak w spokoju i byłbym już zasnął gdy... pukanie... CH*LERNE PUKANIE DO DRZWI. Fala bólu nadeszła od razu, a ja zapiszczałem. Bogu dzięki słyszę tylko na jedno ucho i dźwięk ten nie był, aż tak uporczywy. Tak, nie korzystam z aparatów słuchowych, czemu? Nie lubię ich. Dźwignąłem się z łóżka i otworzyłem drzwi.
- Jonasz!- kolega wytargał mnie z pokoju.
- Co?- zasłoniłem ucho dłonią.
- Jest u ciebie Amir?
- Tak...
- Boże, doszło do czegoś między wami?
- Co? Nnie! Tylko spaliśmy!
- Patrz co jest w ukrytej dla nauczycieli stronie w gazetce- wskazał mi ruchome zdjęcie mnie i Amira jak kołyszemy się w tańcu- i teraz!- w tym momencie wspiąłem się na palce i pocałowałem go czule. Dostałem wytrzeszczu.
- Co?! To?! Jak?!!!- złapałem się za głowę.
- Wczoraj na imprezie...
- Ale... ja przecież... z... jakąś brunetką!
- Nie, to był Amir...
- Tto niemożliwe... niech chłopak o tym nie pamięta! Ale zobaczy gazetę... po mnie, po mnie, po mnie! MOJA POZYCJA SŁODZIAKA SPADNIE!
- Co? Stary, wszystkie dziewczyny to non-stop oglądają! Jeszcze bardziej wzdychają na twój widok, bo zachowałeś się tak uroczo.
- Kłamiesz...
- Zerknij do salonu...
Jak powiedział tak zrobiłem. Ledwo wystawiłem głowę wszystkie dziewczyny zaczęły piszczeć i śmiać się unosząc zdjęcie. Na mojej twarzy pojawił się soczysty rumieniec i wróciłem do Nicolasa.
- No może i masz rację...

***

- Podaj mi kawę- wystawiłem łapkę na lewo, gdzie siedział Nico. Jedliśmy śniadanie, jak zwykle wszyscy byli głośno. Podał mi dzbanek z napojem, a ja wlałem go do kubka. Nagle do sali wszedł Amir, a wszyscy, po prostu wszyscy, zastygli w bezruchu. Nagle ktoś wrzasnął:
- A gdzie twój chłopak?!- na to Amir się zatrzymał ze zdziwionym wyrazem twarzy. Wyglądał uroczo, tak jak dziecko, które dowiedziało się, że bajka się skończyła.
- Co?- odwrócił się. Szybko zasłoniłem twarz od jego strony ręką. W tym momencie chłopak siedzący koło mnie, popchnął mnie do tyłu, a ja spadłem na podłogę.
- Tam leży!- wskazano mnie palcem.
- Dodatkowo ze szlamą!- ryknął jakiś zielony, a ich grupa wybuchła gardłowym śmiechem. Żółty zerwał się z miejsca i pokazał Amir'owi stronę z gazety. Podniosłem się i ponownie usiadłem- SZLAMA!- ponownie zawołał.
- Przestań go tak nazywać!- usłyszałem z tyłu głos Amir'a. Po sali rozległo się westchnięcie.
- Zakochaaany!
- To mój przyjaciel!- zerwałem się zaciskając powieki i piąstki- Dostałem wyzwanie, jasne?! Dajcie nam spokój, a nawet gdybyśmy byli razem w czym by to wam przeszkadzało! Założę się, że ponad połowa z was z chęcią pocałowała by osobę tej samej płci!- odwróciłem się. Zacząłem wychodzić...
- Szlama...
Nie wytrzymałem i cisnąłem chłopakiem w ścianę. Opadł bezwładnie na ziemię, a wszyscy jego koledzy podbiegli do niego w przerażeniem na twarzy. Ledwo wstał.
- Nie odzywaj się tak, bo nie tylko ja jestem mugolakiem! Też powinieneś o tym wiedzieć! Szlama!- ryknąłem. To prawda, tamten chłopak był mugolakiem, miałem nadzieję, że zniszczyłem mu reputację, choć i tak wiem, że ośmieszyłem sam siebie. Ze łzami w oczach wybiegłem z sali. Dobrze, że dziś wolne i mogę cały dzień przeleżeć w łóżku zalewając się słonymi kroplami. Wbiegłem do dormitorium i rzuciłem się na materac. Skuliłem się na nim i zakryłem kołdrą.
Szlaaaaamaaaaa...

(Ar?)

Ombrelune: Od David'a do Percy'ego

Szedłem właśnie do dormitorium Percy'ego. Z miotłą w ręku oczywiście.
- Percy! - Zawołałem pukając.
- Czego? O cześć. - Wyszczerzył się.
- Chcesz iść pograć w quidditcha? - Zapytałem pokazując miotłę.
- Pewnie! Diabeł też idzie? - Zapytał biorąc swoją w rękę.
- Nie... Ogólnie nie mogę go nigdzie znaleźć więc wiesz.. - Mruknąłem.
- Oh.. Spoko to idziemy? - Uśmiechnął się.
- Tak, tak.. O! A później możemy iść na piwo do Trzech różdżek, co ty na to?
- Pewnie!
Gdy po kilku minutach byliśmy na boisku zaczęliśmy grę.
Po pół godzinie było nas już razem 14 i graliśmy na drużyny, gdyż w czasie gry
podłączyło się 10 starszych chłopaków oraz 2 młodszych.
Walka była zacięta, lecz po półtorej godziny gry drużyna w której byłem w raz z Percy'm
wygrała a my, razem z nimi wybraliśmy się do Pubu pod Trzema Różdżkami.
- To była super gra panowie! - Zawołał jakiś z szóstego roku od razu zagadają kolegów.
Ja po chwili zaczepiłem Percy'ego, by z nim pogadać  i oderwać na chwilę od prowadzonej
rozmowy ze starszymi.
- Percy bo wiesz.. Ostatnio tak mało gadaliśmy i w ogóle.. - Zacząłem niezręcznie - Co
tam u ciebie, jakieś dziewczyny, czy coś? Wiesz chciałbym tak trochę, znów się za kumplować
bo się oddaliliśmy.. - Spojrzałem na Percego...

< Percy? xd>

Héroiqueors: Od Petty'ego Do Clarisse

Szedłem szybko korytarzem, nie bacząc na nikogo, potrącając czasem kogoś.
W pewnym momencie tak, uderzyłem o kogoś, że wylądowałem na ścianie zaś
tamta osoba o mało nie upadła.
- Cholera - Syknąłem, rozmasowując sobie bolące ramię. Podniosłem wzrok na 'tego kogoś'
i od razu tego pożałowałem... Ponieważ spojrzałem w oczy najgorszej jędzowatej, krowy
na świecie. Dokładnie mówiąc Pannie Clarisse La Rue, dla której jestem tylko, łagodnie
mówiąc, Szlamowatym Futrzakiem.
Do dziś żałuję, że była jedną z osób, którym powiedziałem o swojej likantropii.
Niestety ale jak powiedziałem wszystkim z paczki kuzyna i wiewióreczce to i ona do tej
paczki należy, chodź jak nie miałem nic by wiedzieli Percy, Adam, Ell.. To cóż jej bym
najchętniej nie mówił.. Lecz cóż nie wszystko można mieć...
- Pacz jak chodzisz, Szlamo! - Krzyknęła zła.
Ja tylko westchnąłem i chciałem iść, gdy nagle... Usłyszałem to.

''- Chyba nie dasz jej się tak poniżać młody!? - Zabrzmiał mi w głowie, oburzony 
głos Szachara. - Nie możesz dawać jej sobą tak pomiatać! Co ty Ciota czy facet?
  - Zapytał kpiąco.
- Nie twoja sprawa! - Ofuknąłem go.
- A właśnie, że moja! Jakbyś nie pamiętam ja jestem..
- Mną a ja tobą, tam gdzie ja tam i ty. - Mruknąłem dokończając jego ulubiony tekst.
- Oh jak miło, że pamiętasz. - Powiedział przemiłym głosem.
- Powtarzasz mi to za każdym razem, gdy chcę byś się nie wtrącał, więc to chyba
oczywiste, że umiem to już na pamięć!
- O Jezu, nie bulwersuj się tak. Po prostu wygarnij jej co o niej myślisz i będzie spokój.''

- Wybacz, jędzo lecz nie zwracam uwagi na takie, durne Krowy jak ty! - Zawołałem zły.
Nie na nią. Byłem po prostu zły na Szachara. Cóż czasem trzeba się na kimś wyżyć.
A kłótnia z La Rue jest na to najlepszą opcją.

< Clar? :D>

Ombrelune: Od Davida cd. Amir'a

Wszedłem do Skrzydła szpitalnego, a widząc chłopaka na łóżku zmarszczyłem
brwi, otarłem czoło. Zaraz podeszła do mnie pielęgniarka.
- Panie Martínes! No wreszcie! - Powiedziała zniecierpliwiona pielęgniarka wyciągając,
rękę w moją stronę.
- Proszę wybaczyć.. - Zacząłem jednocześnie grzebiąc w torbie, wyjmując inną
mniejszą od mojej. - Proszę. - Powiedziałem dając go jej. - Profesor Craxi, kazał
przekazać, że za godzinę przyniesie jeszcze kilka eliksirów czyszczących rany oraz Wiggenowy.
- Oh, cudownie! Zaczyna mi już ich brakować. - Powiedziała kręcąc głową. - Coś jeszcze,
Davidzie? - Zapytała, tym razem zwracając się do mnie po imieniu.
- Yy... Tak ale.. - Zerknąłem na chłopaka leżącego na łóżku nie opodal.
- Oh! Chodź ze mną do gabinetu... - Kiwnąłem głową i ruszyłem za nią. - Więc?
- Mój wuj... Eem, Profesor Emiliano, prosił o przyszykowanie Wywar Tojadowy, które
robi Psor Craxi by mógł je zabrać od razu, jak po nie dziś pod wieczór przyjdzie.
- Ah! No tak to już za kilka dni.. - Mruknęła, zagarniając jakieś rzeczy z biurka. - Dobrze,
zaraz je przyniosę, a ty już idź.. Tylko daj ten eliksir, proszę paniczu Tuasion'owi i każ
wypić! A ja pójdę po wywary... - Dała mi i od razu wyszła.
Wyszedłem i zaraz skierowałem się do chłopaka.
- Ej, masz - Powiedziałem i podałem mu eliksir. - Siostra Helena kazała ci to całe wypić.

<Amir? Brak weny do tego xP xD>

Papillonlisse: Od Vako cd. Daniela [Do Summer]

Siedziałem przez 10 min. na błoniach i...
I właśnie... Można by powiedzieć, że się czaiłem. Na kogo?
Dziewczynę z 2 roku, Summery Thewlis... Czemu?
Ponieważ, osobnik płci męskiej, który znajduje się obok mnie i na siłę
próbuje przekonać bym już podszedł do niej i zaprosił ją na... RANDKĘ!
Czemu? By wzbudzić zazdrość w osobniku [tym razem] płci Pięknej, która siedzi
ze swoimi dwoma przyjaciółkami kawalątek dalej od Summery.
Czemu Summery Thewlis? Ponieważ zna ją mój brat i jej jakiegoś brata, podobno się
z nim przyjaźni, nie wiem i nie obchodzi mnie to, szczerze mówiąc. W końcu nie o jej
brata chodzi, więc nie muszę wiedzieć kim on jest.
- No idź już do niej! VAKO! Wóz albo przewóz!
- Ale, ale!
- Nie ma ale! Ale są dwie, jedna ma kota, a druga nie! - Powiedziała już pod irytowany.
  - Jeśli zaraz tego nie zrobisz to Vinylia sobie pójdzie i będzie kicha!
- No dobra! Już idę, idę! - Powiedziałem i ruszyłem w stronę dziewczyny.
Widziałem jak Vinylia patrzy na mnie, chwilę jej się przyglądałem lecz po chwili spojrzałem
na ładną blondynkę, która siedziała z koleżankami na trawie pod drzewem.
Spojrzała na mnie, a ja się zacząłem denerwować... ''Jesteś Papillonem do Cholery!"
Powtarzałem sobie dla otuchy...
- Cześć.- Uśmiechnąłem się najbardziej czarująco jak tylko potrafiłem. Gdy młodsze
dziewczyny zwróciły na mnie uwagę, od razu zaczęły się ze mną witać. Może nie będzie
tak, źle? W końcu jestem starszy, brzydki wcale też nie jestem... A młodsze zawsze zabiegają
o zainteresowanie starszych chłopaków... Rozluźniłem się i z lekkim uśmiechem spojrzałem
na dziewczynę, która najbardziej mnie w tej chwili interesowała. - Jestem Vako, trzeci rok,
Papillon, a ty zdradzisz mi swoje imię, miła? - Spytałem na co ta lekko się zarumieniła, słodko.
- Summery, drugi z Bellefeuille. Mogę wiedzieć, czemu do nas podszedłeś?
- Ah, tak zapomniałbym o najważniejszym! - Zawołałem z lekkim śmiechem. - Czy zgodziłabyś
się Summy, pójść ze mną.. zjeść jutro obiad Madame Bovary? Zgodzisz się pójść ze mną na Randkę?


<Summery? XD>