Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

piątek, 10 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Davida cd. Leslie XD

- Przecież, nie ma nic złego w spotykaniu się z kumplami.. - Powiedział diabeł drapiąc się
po głowie jakby główkował nad ciężkim zadaniem, na co Les prychnęła niczym wściekła kotka.
- To samo jej mówię! - Zawołałem i zwróciłem się do Les - TO, że nie lubisz Sola to nie znaczy,
że od razu możesz mi robić jakieś wonty, że za dużo czasu z nim spędzam! - Zakończyłem
przez co ona znów ciskała we mnie, błyskawicami.
- Nie robię tego, bo go nie lubię...! - Zaczęła się wściekać...
- Oczywiście a ja jestem zakonnicą! - Znów mi ciśnienie, zaczęło podnosić się...
- Kim...? - Spytał Diabeł...
- A tobie pozwolił ktoś się WTRĄCAĆ!! - Wrzasnęła na niego zła.
- Nie krzycz na niego! Nic ci, kurwa nie zrobił! - Zacząłem go bronić.
- A TY mi nie mów, co ja mam robić! Wiem lepiej!
- Będę! W końcu ktoś musi ci pomóc w rozumowaniu, bo TWÓJ MÓZG chyba ma zwarcie!!
- ZWARCIE to TY będziesz miał jeśli..
- Jeśli co? - Przedrzeźniałem ją. - Może jeszcze dasz mi szlaban i zamkniesz mnie na siedem
spustów, BO CI KURWA NIE PASUJE Z KIM SIĘ ZADAJE!??? - Piekliłem się - Albo
pilnowała bym o 22 był już w łóżeczku i wydzielała czas na spotykanie się z przyjaciółmi!?!?!!
- A TY MYŚLISZ, ŻE CO ?! Jutro przyjdziesz z bukietem jakiś chwastów i urządzisz
pseudo-romantyczną randkę na wierzy i już mnie udobruchasz  i znów zaczniesz mnie Olewać?!!?!
- Eee.. Les... Smoku, może zamiast wrzeszczeć na całą szkolę lepiej spokoj.. -Zaczął Diabeł
nas uspokajać...
- ZAMKNIJ SIĘ!! - ... za co, na niego wrzasnęliśmy oboje.
- Oh, przepraszam! - Zawołał chyba, zirytowany i zły, Diabeł - To JA przychodzę sobie
TU, do również MOJEGO, dormitorium by odpocząć po rundce Quidditch'a, zgodziłem
się was wysłuchać, może coś pomóc, A NIE SŁUCHAĆ JAK NA SIEBIE I NA MNIE
WRZESZCZYCIE! - Krzyknął i podbuzowany wyszedł, trzaskając drzwiami.
- Kehem.. - Odkaszlałem.. -Hym... Tooooouuułłłł... co? - Spojrzałem na także, zdziwioną
i ogłupiałą, co ja, przez wywód diabła...
- Obiad! - Zawołała.
- Za! - I wyszliśmy razem, lekko spięci z dormitorium kierując się do WS.
,,Coś mi się zdaje, że to jeszcze nie koniec rozmowy...'' - Pomyślałem jeszcze.

<Leslie?> XD

Bellefeuille: Od Jonasza cd Lili

Westchnąłem ciężko i przeciągnąłem się. Aż dziwne, że przydzielił mnie do starszej o rok dziewczyny... może aż tak na mnie liczy, że postanowił podnieść mi poprzeczkę. Lili (chyba mogę tak mówić) była urocza, aczkolwiek jej oczy... trochę mnie... przerażały? Były takie... czułeś się jakby cię przewiercały, nie patrzyły na ciebie, a przez ciebie. Wzdrygnąłem się lekko i poskładałem resztę gratów, po czym też uciekłem z salonu. Zasnąłem jak... Suseł!

***

- Jonasz? Śpisz?- dziewczyna trąciła mnie łokciem. Kończyliśmy pisanie historii eliksiru, a ja ponownie zasnąłem z piórem w łapce.
- Co?!- wybudziłem się potrząsając głową.
- Zanotowałeś?
- Nnie... przepraszam, znów odpłynąłem... nie napiłem się rano kawy i widzisz- westchnąłem ciężko. Przeczesałem włosy palcami. Nagle dziewczyna dała mi kubek z gorącym napojem- Skąd?
- Magia!- zachichotała.
- Nie wątpię- uśmiechnąłem się i wziąłem łyk. Po kilku minutach nabrałem energii i dokończyłem pisanie- Gooootooowe- strzeliłem karkiem i przeciągnąłem się.
- Pokaż...
- Prosz- podałem jej świstek.
- Okay... yhym... dobra, to na tyle- wstała i zebrała rzeczy- Ładnie piszesz- wyszła do dormitorium i po chwili wróciła. Oparłem się luźno o krzesło i spojrzałem na nią.
- Chciałabyś się gdzieś przejść?

(Lili?)

Bellefeuille: Od Jonasza Do jakiegoś trzecio roczniaka

Jak ja nienawidzę Mandragor! Czemu one się tak drą?! Ogólnie nienawidzę zielarstwa. Na co mi wiedza co mogę zrobić z Bzu, lub jak przesadzić te wrzeszczące korzenie. Niech ta lekcja się skończy, to ostatnie zajęcia, chcę wrócić do dormitorium, położyć się do łóżka i się zdrzemnąć. Nagle rozbrzmiał głos oznajmiający, że na dziś koniec. Jak torpeda wypadłem z sali i biegiem godnym młodej sarenki. Jeszcze ta zagadka. Kto to wymyśla?! Bogu dzięki jakiś chłopak, około rok starszy, wpuścił mnie.
- Potrzeba cię goni?- prychnął nagle. Wbiegłem do pokoju i rzucając książki na stolik, skoczyłem na łóżko. Oczywiście ledwo zmrużyłem oko, a ktoś tyknął mnie w udo.
- Czego?- wyburczałem w poduszkę.
- Widziałeś gdzieś nasze karty z czekoladowych żab?- spytał mnie jakiś okularnik.
- Nie... nie widziałem i możesz przestać mnie non-stop o to pytać? Chciałbym POSPAĆ- fuknąłem, a on chrząknął poprawiając swoje grube szkła. Wyszedł w poszukiwaniu swoich "drogocennych" kart z różnymi osobistościami. W głowie dalej słyszałem krzyk Mandragor mimo iż miałem słuchawki i dodatkowo nie słyszę na lewe ucho. Już odpływałem w świat snów i fantazji, gdy nagle... pukanie. Poirytowany podszedłem do drzwi, otworzyłem je.
- Ale na pewno ich nie...
- NIE, NIE WIDZIAŁEM TWOICH KART, NIE WIDZIAŁEM TEŻ TWOICH SZACHÓW CZARODZIEI, ANI PODRĘCZNIKA TRANSMUTACJI!- wydarłem mu się w twarz.
- Dobra...
- Ej, ale nie drzyj się tak na niego- dopiero teraz zauważyłem stojącego koło niego trzecioklasistę, który mnie wpuścił. Był wyższy ode mnie, co nie było trudne. Podejrzewam, że jestem najniższym drugo roczniakiem. Mama chciała mi nawet dawać hormon wzrostu, ale nie zgodziłem się. A propos wyglądu, dziwne, że nie kazali mi się przefarbować.
- Pyta mnie o to ósmy raz- podniosłem wysoko brew i zacisnąłem szczęki.
- Może ma amnezję?- prychnął śmiejąc się.
- A może jest upierdliwy? Chciałbym pospać- westchnąłem ciężko- miałem dziś zielarstwo.
- Znam ten ból... ale to nie powód, żeby się tak na niego drzeć.
- Przesadzaliśmy Mandragory...
- Ouch... to zmienia punkt widzenia- podrapał się po karku. Każdy jego ruch był dopracowany w każdym szczególe, nie wykonywał niepotrzebnych machnięć. Zadziwiał mnie, a dodatkowo jego idealne rysy twarzy i onieśmielający mnie uśmiech, przez który cały się rumieniłem. Odgarnąłem kosmyk niebieskich kłaków spadających mi na twarz i poprawiłem mundurek. Kaszlnąłem cicho i spuściłem wzrok. Nie patrzyć na jego usta, nie patrzyć na usta, no nie patrz się na usta! Ale takie ładne są...
- Ummm... Jonasz jestem, Jonasz Milar- podałem mu dłoń i skierowałem wzrok w jego oczy.
- Jonasz?
- Tak, Jonasz, dziwne imię, prawda? Ale słodkie- zaśmiałem się gardłowo i znów kaszlnąłem- a ty?

(Jakiś trzecio roczniak z Bellefeuille?)

Bellefeuille: Od Amir'a do Davida

Nachyliłem butelkę z wodą i łapczywie zacząłem przełykać coraz większą ilość wody, a gdzieś między piciem poczęła spływać mi po brodzie i skapywać na trawę. Dziś wasz szczęśliwy dzień, małe, kiełkujące zielonki. Pijcie, pókim spragniony równie co wy. A czemu się tak zmęczyłem, huh. No właśnie. Mój dzień zaczął się od rannej pobudki zimną szklanką wody na głowie, co wystarczająco pobudziło me nerwy. Wyciągnięty zostałem z dormitorium i bez pytania zabrany na jakieś spotkanie-a-la-nudne, damskie pogaduszki. Chłopcy mnie wyciulali, nawet palcem nie ruszyli by dowiedzieć się czegokolwiek o moim aktualnym stanie psychicznym po takiej akcji.
Ale to jeszcze nic. Zostałem wrobiony i podstępnie zmuszony do rywalizowania z jakimiś głupkami. Jak to się stało? A to była bardzo ciekawa historia, bo.. Może jednak wam tego oszczędzę. Tak, to będzie o wiele lepszy pomysł. Tak czy siak, przed chwilą biegałem dookoła budynku pocąc się jak świnia. I wiecie co, wygrałem. Boże, moja klatka piersiowa..
- Udało ci się~ - powiedziała jedna z dziewczyn od moich rywali. Uśmiechnąłem się w jej stronę, ale zanim zrobiłem krok na przód, by pogadać, zasłabłem i wręcz poleciałem do przodu. Pomogła utrzymać mi się w miejscu przerażona. - Ej, ej, wszystko dobrze?
- Tak, tak. - wymruczałem pod nosem masując nos, z którego pociekła krew. - Ch*lera..
- Zawołam kogoś. - nie pytała, od razu to zrobiła, wołając głośno ,,pomocy". Skrzywiłem się na takie zachowanie. Przybiegło ze swoich kółek zainteresowań około pięć osób, wraz z nauczycielem który obserwował nas z daleka.

~

Skrzydło szpitalne nie było dla mnie miejscem które chciałem koniecznie odwiedzić, ale niestety, dowiedziałem się, że jestem odwodniony, oraz mój organizm jest na skraju wytrzymałości.
- Powinien pan bardziej o siebie dbać. - powiedziała kobieta w fartuchu. Przewróciłem oczami zgadzając się westchnięciem i pokiwaniem głowy. Podała mi eliksir, którego kompletnie nie rozpoznałem, ale w momencie wypicia go, poczułem się nieco lepiej. Chyba chciała zrobić mi kolejny wywód, gdy do pomieszczenia wszedł jakiś chłopak marszcząc brwi i ocierając czoło.

<NYHYHYHY>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Drobne ciało opadło w moje ramiona całym swoim niepozornym ciężarem. Byłem napity, więc zakołysałem się do tyłu, ledwo utrzymując nas obu. Dobra, skoro zasnął, to chyba nic tu po mnie, nie zostawię go w takim stanie samego. Podciągnąłem go na swój bok, objąłem i szurając nogami podążyłem do wyjścia, co rusz potykając się. Jakoś dotarliśmy do schodów wieży, a tam bezsilnie usiadłem, kładąc go sobie na kolana, a dopiero potem wstając i wspinając się dalej. Cała wędrówka trwała nie mniej jak godzinę i na prawdę czułem się zmęczony gdy położyłem go do łóżka. Zakręciło mi się w głowie, dla tego opadłem obok Susła i już nie wstałem. Nawet nie zamierzałem, mój pokój znajdywał się za daleko. Obróciłem się w jego stronę i chrapnąłem, odpływając w krainę snu i marzeń. Gdzieś między snem a jawą poczułem jak mnie objął w pasie.

~

Z chwilą wrócenia do rzeczywistości poczułem ból głowy rozpościerający się aż po ramiona. Nie próbowałem otwierać oczu, wiedziałem czym mogłoby się to skończyć. Za to przewróciłem się nabierając głębokiego wdechu i wydechu. Ktoś leżał obok. Na myśl wpadła mi jakaś dziewczyna którą przypadkiem doprowadziłem do intymnej sytuacji, ale gdy tak podotykałem trochę ramienia, doszedłem do wniosku, że nie znam dziewczyny tak kościstej. A jeśli znam, to nie blisko.
Jakiś czas później osobnik ten również się zbudził i popełnił podstawowy błąd; gwałtowne podnoszenie się i rzucanie. Skończył spadając na podłogę z jękiem. Już upewniłem się, że jestem ubrany, a to istny dowód na czystość.
- Jonasz.. - westchnąłem w stronę podłogi. - ..Joonasz.
- Co..? - odparł podnosząc się chwiejnie. - Nigdy więcej nie piję.
- Każdy tak mówi. - zachichotałem lekko. - Kładź się.
Nie widziałem jego twarzy, ale nie ruszył się o krok. Po prostu zastygł. Zdecydowałem się zacząć walkę ze słońcem, które świeciło w okna i uniosłem powieki. Mój drogi niebiesko-włosy znikł i tylko wymiotowanie w łazience mówiło o czyjejkolwiek obecności. Zmartwiony jego stanem zajrzałem do środka, uwcześnie zwlekając się z kołdry.
- Wszystko spoko? - i kolejna fala wymiocin. Odsunąłem jego grzywkę, dotykając rozpalonego czoła. - Słabo.
Wsadziłem go pod prysznic w gaciach, bo upierał się jak księżna, że da sobie radę, wstydliwiec. Pomogłem mu się potem ogarnąć, ubrać i zrobić coś z twarzą, by nie wyglądał na kompletny wrak.
- Kiedy ja w ogóle zasnąłem.. - zapytał powietrze, bo ja dawno tuliłem twarzą poduszkę. Tak czy inaczej wzruszyłem ramionami. Ziewnąłem potężnie i ściągnąłem cisnącą mnie marynarkę.

< omnomnomn >

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Zawał. Przyrzekam, jutro mu coś zrobię. Wszyscy na mnie patrzyli, a szczególnie dziewczyny, które już się śliniły i zachowywały się jakbym był jakąś cenną zdobyczą. Przełknąłem ślinę. Bogu dzięki, że wszyscy są upici i ledwo się trzymają. Powoli się dźwignąłem i zabrałem jednemu chłopaczkowi szklankę z alkoholem. Na raz przełknąłem gorzki napój i wyrzuciłem szkło. Przeciągnąłem się i rozglądnąłem. Uroczo uśmiechałem się do każdej dziewczyny, ale najbardziej wyszczerzyłem się do ładnej brunetki siedzącej po drugiej stronie kółka. Obszedłem kilka razy kółeczko i w końcu zatrzymałem się przy niej. Dostała wytrzeszczu, gdy podałem jej dłoń.
- Zatańczysz?- wszystkim w tym momencie opadły szczęki, a ja nie przejmowałem się, byłem zbyt nietrzeźwy. Uścisnęła ją niepewnie i wstała, by po chwili zacząć kołysać się ze mną w wolnym tańcu. Była wyższa, nic dziwnego, wszyscy byli ode mnie wyżsi. Na końcu uniosłem głowę i pocałowałem ją lekko. Jej usta były pełne i tak przyjemne... wszyscy w tym momencie zachłysnęli się powietrzem, a potem zaczęli krzyczeć coś w stylu: "więcej!", "gorzko, gorzko!". Odsunąłem się od niej- dziękuję... odwdzięczyłem się, Amirze- uśmiechnąłem się do "niej" słodko. Jego mina była bezcenna.
- Wpadłem ci w oko?- wyszeptał nagle.
- Saaam nie wieeem... jestem nietrzeźwy, dziękuję!- po tym czknąłem i wróciłem na miejsce. Gibnąłem się do przodu i przewiercany przez wzrok wszytkich na sali, zakręciłem butelką. Wypadło na blondynkę obok chłopaka, który siedział prze Amirze- Uuum...- podrapałem się po karku- Kto ci się podoba? Wskaż tą osobę pocałunkiem, niekoniecznie w usta- wyszeczerzyłem się. Nagle podeszła do mnie i cmoknęła mnie w policzek, co nieco mnie zawstydziło. Chociaż też czuć było od niej alkohol więc...
*
Zabawa trwała w najlepsze i nic nie wskazywało na to, aby miała się szybko skończyć. Dodatkowo atmosferę podkręciła ruda, która dostała wyzwanie, aby wykonać szybki striptiz, tylko do bielizny. Faceci się ślinili i wrzeszczeli, ja też w pewnym momencie pisnąłem wznosząc łapki do góry. Po kątach leżeli już nieprzytomni uczniowie, który trzymali kurczowo butelki i zapowiadało się, że i ja zaraz do nich dołączę, bo powoli urywał mi się film no i wiecie. Skończyli grać w butelkę, a ja podreptałem pod ścianę i ledwo widząc oparłem się o nią ciężko wzdychając.
- So tam Suśle?- usłyszałem głos Amir'a.
- Mam słabą głowę, chyba pójdę się położyć...
- Spać?! W środku imprezy?!
- Raczej nocy, ale tak, jestem zmęczony i wiesz...
- Pff... ja ci nie dam pójść, idziemy!- złapał mnie pod łokieć i pobiegł ze mną gdzieś na parkiet. Czułem jakbym zaraz miał odlecieć, ale wiedziałem, że nie mogę zasnąć, bo chłopak nawet nie da rady mnie złapać w razie czego. Poczułem jak gibię się do przodu, a potem silne ręcę które mocno mnie trzymają. Bezpieczeństwo. Pierwsze słowo, które nasunęło mi się na język, gdy znalazłem się w objęciach.
- Nie puszczaj mnie...- wyszeptałem już na skraju wytrzymałości, po czym padłem...

(Hue... hue...)

Bellefeuille: Od Amir'a do Vinylii

- Ar, do jasnej ch*lery! - zawył Alhar unosząc się gładko na miotle, kiedy ja znów próbowałem załapać równowagę. - Poczuj ten je*any rytm!
- Nie drzyj się na mnie ku*wa! - odwarknąłem. Próby nauczenia się ciągle kończyły się nędzną porażką i choć wiele innych grup już próbowało, ja dalej nie umiałem. Może ja po prostu nie jestem stworzony do tego sportu?
Nie, stop.
Ja JESTEM stworzony do wszystkiego, jak każdy człowiek. Tylko muszę ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, aż uda mi się osiągnąć efekty. To jest dobre myślenie, a przynajmniej takie jakie powinno być. Zero doła, sama satysfakcja. Boże, jestem coraz gorszy w poprawianiu sobie humoru.
- Schodzimy, to nie ma sensu. - powiedział ktoś dalej i wylądował. Za nim poleciała reszta, tylko ja zostałem w powietrzu wpatrując się tępo na przód. Sens, sens.. Nic nie ma sensu, dopóki się go nie odnajdzie. Te drzewo; stoi samo, gołe i nie koniecznie wesołe, ma mały dostęp do wody, wokół niego rosną ciernie, a na całość pada cień. Nie może się rozwijać jak normalne drzewa, ale stoi i próbuje. Czyli ma nadzieję na lepsze jutro. Pesymizm jest do bani. - AMIR!
Zbyt mocno pociągnąłem i miotła w mig zakołysała się, zrzucając mnie w dół. Trzymałem się jedną ręką, aż zakołysała po raz drugi. Zacząłem spadać, zasłaniając głowę rękoma i zanim poczułem uderzający ból na całym ciele, coś przytrzymało mnie i lekko opadłem. Drgając otworzyłem oczy i ujrzałem rude włosy oraz ładną twarz nad sobą. Dziewczyna, bo to ona, trzymała mnie jedną ręką i uniosła brew.
- Beznadziejny przypadek beztalencia. - skomentowała. Stanęła na nogach, już mnie puszczając. Cała jej poza zdradzała, że miała w sobie klasę, styl, a już na pewno coś wspólnego, czyli tą aurę którą czuć tylko od Orlaków. - Ej, spadać.
Drugoroczniacy, którzy nie powinni latać i uczyć pana Amir'a, a już na pewno nie przeklinać [choć ja też nie] zrezygnowani odeszli klepiąc się po ramionach i rozbawiając. Wstałem na chwiejnych nogach, czując jeszcze ten przypływ paniki.
- Dzięki. - rzuciłem w jej stronę. - Jestem..
- Zwyczajnym głupkiem. - zatkało mnie. Ale mogłem się tego spodziewać po niej, w czasie kiedy razem się uczyliśmy w tej samej grupie uczniów, zdążyłem każdego poobserwować i zapamiętać ich zachowania. Odchrząknąłem znacząco wskazując zamek.
- Może lepiej by było pogadać w środku? Mimo wszystko jest chłodno. - przystanęła na tą propozycję. Wróciliśmy w ciszy, podczas której zastanawiało mnie skąd ona się tam wzięła. Trenowała? A może tylko zauważyła jak próbuję nie zabić się i zrobiło jej się mnie żal. Cokolwiek to było, chętnie ją zapytam.

<MUAHAHAHAH>

Bellefeuille: Od Amir'a do Volonte

Przegryzałem pióro wpatrując się w tablicę z nudą w duszy. Zostałem w wolnej klasie tylko po to, by pooglądać ściany i nauczyć się na numerologię. Dla czego tu, a nie w dormitorium, cichym i miłym.. wróć, właśnie odbywa się tam kłótnia i besztanie przez nauczyciela każdego po kolei. Nie chcę sobie nagrabić u ulubionego belfra, nie tym razem Mariasie.
Lucyfereest wskoczył przez okno do środka i usiadł na jednej z ławek, bacznie mnie obserwując. Na jego pyszczku były ślady krwi, na pewno polował na myszy albo inne małe stworzonka. Niesiony opiekuńczym drygiem podszedłem do niego i wziąłem go na ręce delikatnie [choć z boku mogłoby to wyglądać na agresywne]. Przysunąłem bliżej swojej twarz i starłem pozostałości rękawem. Jego oczy czasami mnie odstraszały; wyglądał jakby widział co mam w duszy, a to nie zawsze są dobre rzeczy.
Tak, czułem się teraz okropnie, być może jest to taki okres, że podupadam psychicznie, albo to tylko przerwa spowodowana kłótnią. Jestem egoistą, który wiecznie potrzebuje czyjegoś wsparcia, bo sam sobie nie poradzę. Jak dziecko, gubiące się we mgle, dryfujące między falami, tonące w morzu własnych cierpień. Czy jestem tego świadom, owszem. Doskonale wiem, co z siebie robię.
- Jestem żałosny. - warknąłem w twarz kotu. Jakby mnie zrozumiał, podrapał mnie po twarzy zostawiając rankę z której pociekła krew. Nie byłem na niego zły, miał całkowite prawo do tego. Puściłem małego wracając do ławki, w której czekała cała sterta materiału. Gdybym tylko się skupił, gdyby tylko! Pojmuję bardzo szybko, tak samo zapamiętuję, ale problemy z koncentracją rujnują wszystko. Jak takie złe duszki.
,, Zostaw to! Nie ucz się! " - podpowiadają.
Rozmyślałem dalej nad jednym zadaniem wreszcie odprężając się i zagłębiając w treść. Dobijanie się jeszcze nikomu nie pomogło, a czas leci, wystarczy go tylko dobrze wykorzystać, prawda? Tak powinienem myśleć.
A może ktoś z rodziny za mną zatęsknił.. może nawet bardzo, tylko oczekują dnia w którym wrócę. To miłe, ale co ja im powiem, że udawałem emo w klasie od mugolskiej matematyki? Nieee, to niezbyt dobre wyjście.
Coś stuknęło, a drzwi zamknęły się za mną. Podskoczyłem wystraszony, po czym podbiegłem do nich i rozejrzałem się po korytarzu. Po prawej odchodziła pośpiesznie czarnowłosa dziewczyna, dookoła której wręcz emanowała złość. Przyjrzałem się bliżej, lecz nie rozpoznałem jej sylwetki. Ciekawe, co jej się stało?

<MUAMUAHAHAHA>

czwartek, 9 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Widząc, że uśmiecha się głupio, a w kącikach ust zalegają mu resztki ciastka upewniłem się, że dobrze sie bawił. Co prawda była to impreza bardziej dla czwarto-roczniaków, oraz starszych, ale nikt nie będzie miał problemu, kiedy jest ze mną.
Było dużo osób, ktoś zażyczył sobie dużą salę, to taką dostał. Co rusz pojawiały się następne osobistości w luźnych przebraniach. Skinąłem w kierunku mojego roku, po czym zabrałem go do nich.
-Yo, Ar.-czarnoskóry chłopak imieniem Ferys podał mi dłoń. Uścisnąłem ją chętnie, zaszczycając każdego perlistym uśmiechem. Od razu poczułem się tak, jak powinienem; balowy nastrój zaczął się udzielać, upiłem dwa kieliszki przemyconego alkoholu, porwałem do tańca czyjąś partnerkę, żartowałem i wygłupiałem się, a gdy ktoś marudził, podejmowałem odpowiednie kroki. Niebiesko-włosy tchórzył, gdy chciałem dać mu łyka tego gorzkiego płynu.
- Nie pękaj! - zaśmiałem się i przybliżyłem do niego podsuwając mu pod nos szklaneczkę.
- Nie, dzięki.. - wzdychał. Wkurzyłem się i sam wypiłem, a gdy się rozejrzał, pochwyciłem jego ramię, a dłonią brodę i niespodziewanie wpiłem się w jego usta. Zdezorientowany utworzył je i zachłysnął się gdy ciesz spłynęła do jego gardła. Puściłem go, poklepałem i wróciłem do rozmowy z innymi.
~
- Butelka! - zaproponował ktoś i od razu przyniesiono jakąś pustą. Około trzydziestu osób utworzyło dwie grupy i w ten sposób zaczęliśmy grać. Wylosowali niską blondynkę, z przerażeniem na twarzy.
- hm.. kto z tej grupy ci się podoba? - spłonęła rumieńcem po same uszy. Ktoś ją ponaglił, więc pokazała na kręcącego. Rozbrzmiały oklaski i gwizdy oraz typowe buczenie. Tak czas mijał, aż wypadło na mnie. Polecenie brzmiało ,,pocałuj osobę po lewej. Po mojej lewej był jakiś chłopak, a po prawej dziewczyna. Wziąłem ją za rękę i pocałowałem ją lekko. Wszyscy się zbulwersowali.
- Osoba po lewej! - mówili. Wyszczerzyłem się głupio.
- Nie powiedziałaś po kogo lewej. - ah ja taki sprytny. Dali sobie spokój, kiedy sam zakręciłem. Stanęła na ledwo trzymającym się Jonaszu. - Suseł, Suseł, Suseł.. poproś do tańca kogoś, kto wpadł ci w oko, albo chciałbyś go pocałować.
I znów wszyscy zaczęli buczeć i gwizdać, patrząc na dziewczyny, które uśmiechały się do niego zalotnie. Każda chciała by wypadło na nią ale to ze względu na słodkość całej jego osoby. Zakłopotanie wymalowane na jego twarzy doprowadziło mnie do głupawki.

<HUEHUEHUE>

Bellefeuille:od Lili do Jonasza

Nie lubię Craxi'ego.
Nie dość, że poodejmował nam punkty, to jeszcze dał karne zadanie.
-Dobiorę was w pary. Każda para będzie musiała wybrać eliksir z ostatniego działu, POPRAWNIE go przyrządzić i opisać receptę, proporcje i historię eliksiru. Na pojutrze.
Przez salę przebiegł jęk niezadowolenia.
-CISZA! Fiodorow-Massleton.-Biana jęknęła cicho na wiadomość, że będzie musiała pracować z konfidentem.-Howard-Le Grand.-Vija spojrzała ze zgrozą najpierw na nauczyciela, a potem na Dorothy, zwaną Didi, która w Belle znalazła się najpewniej z powodu awarii czarodziejskiego proszku.-Lavali-Milar.
Wywróciłam oczami i zwróciłam wzrok na niebieskowłosego chłopaka o dziewczęcej twarzy. On natomiast spojrzał na mnie, co mnie speszyło. Spusciłam wzrok i poczułam, że się rumienię. Nie lubię, kiedy mnie przyłapują na przyglądania się.
Westchnęłam. Zapowiadała się wspaniała nauka.


-Jonasz-wymamrotał chłopak w pokoju wspólnym.
-Lilianne-mruknęłam.-No... Jaki chcesz robić eliksir?-spytałam, by przerwać milczenie.
-Płynna smierć jest dość łatwa-stwierdził nieśmiało.
-OK, niech ci będzie, ale ja tego nie testuję.
Niebieskowłosy się uśmiechnął i usiadł przy stole, klepiąc krzesło obok siebie. Usiadłam na samym skraju, w dystansie od chłopaka. W milczeniu otworzyliśmy książki i zaczęliśmy z dziwną synchronizacją przygotowywać ingrediencje. Ustawiłam kociołek na palniku, a ciemnobrązowa
ciecz zaczęła bulgotać. Ściemniało się.
-No-westchnęłam, odpadając ciężko na oparcie.
-No-zgodził sie chłopak i ziewnął.
-Miło sie pracowało-powiedziałam i wyciągnęłam do niego rękę. Uścisnął ją niepewnie. Ze zdumieniem stwierdziłam, że ma dziwnie dziewczęce dłonie i jeszcze mniej mięśni niż ja, a jestem dość wątła, chociaż ćwiczę.
-Dzięki, wzajemnie. Czyli co, jutro napiszemy tę historię i amen, można powiedzieć?
Kiwnęłam głową, pozbierałam swoje bety i mamrocąc ciche pożegnanie, wróciłam do dormitorium.

Jonasz?

Ombrelune: Od Clary do Adama

„Clarisse będąc sobą, siedziała w bibliotece zatapiając smutki w książkach.” Gdyby istniała książka opisująca moje życie w każdym rozdziale to zdanie było by gdzieś na początku. Siedziałam w ciszy w najbardziej oddalonym dziale w całej bibliotece, gdzie nikt nie zagląda, przedstawiam wam dział ksiąg z podpisem dzieła naukowe. Oczywiście że tu nikt nie zagląda, kto normalny czyta książki o fizyce… Dobra ja jestem wyjątkiem. Oczywiście po reszcie wesołej kompanii nigdzie nie było widać. Zapewne Adam i Eli poddają się romansowi, David ucieka od Leslie, a mój kochany „braciszek” ucieka przed fankami… nie wróć psycho-fankami. Książka którą czytałam była.. no cóż wymagająca w pewnym stopniu, a było to „Cierpienia młodego Wertera” autorstwa Johann Wolfgang von Goethe, która nie dość że po wydaniu wzniosła ilość samobójstw w Europie, to zmieniła modę na nowego bohatera w jego czasach, choć większość zna go z dramatu „Faust”. Nagle ktoś oderwał mnie od mojej lektury, moja kochana kotka zapragnęła mnie podręczyć.
-I ty Brutusie przeciwko mnie?!- jednak Bastat spojrzała się na mnie z miną „chodź ty szalony kapeluszniku i wyjdź na dwór. Na dwór, powiadam!”. Przyznam że zawsze się słucham jej sugestii. Nie wiem czemu, ale jakoś czasem ona jest moim głosem rozsądku. Gdy wyszłam z biblioteki i ruszyłam w stronę błoni, ludzie którzy kłębili się na korytarzach rozstąpili się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Nie powiem popularność wśród wszystkich jako nadzwyczajna piękność czy największy wróg wszystkich pół-krwi i mugoli była mi na rękę. Chodź nie w święta te chrześcijańskie czy kobiet, a już najgorsze były walentynki. Dostaje tyle kwiatów że mogę otworzyć zakład pogrzebowy! Boże, jeśli istniejesz, to spraw żeby nie dowiedzieli się o moich urodzinach, bo chyba wtedy urządzą paradę! Już i tak miałam dosyć atrakcji na cały rok. Jednak nie dotarłam do błoni, moja kotka poprowadziła mnie na boisko Quidicha, na którym był sparing po między Luniakami, a Orlakami. Mój dom jak zwykle dawał nauczkę wszystkim drużyną, ale dziś to przeszli samych siebie, nawet ten rezerwowy, który grał zamiast Percy’ego był dobry, ale nie dorównywał poziomowi reszcie drużyny. Ha, nawet rezerwowy jest lepszy od innych zawodników z innych domów. Oczywiście mecz skończył się tak szybko jak się zaczął. Usiadłam na trybunach AM gdzie było wolne, ale oczywiście zaraz wszyscy na trybunach spojrzeli na mnie, jak no nie wiem… ciastko z kremem. Rozumiem czym sobie zasłużyłam na uwagę płci przeciwnej, ale nadal nie wiem dlaczego dziewczęta patrzą na mnie jak na siódmy cud świata? Oczywiście zaraz podleciał do mnie Adam, który jak zwykle wyglądał jak tania trapezopodobna wersja elfa św. Mikołaja.
- Witam, a cóż do na anioła sprowadza?
-Nic. Bastet zapragnęła Świerzego powietrza i sama tu ciągnęła.
-ma dobry gust.
-Słuchaj mam takie pytanie, może jest trochę ono dziwne, ale nie wiesz może za co mnie podziwiają te zacne niewiasty, bo ja bladego pojęcia nie mam.


TANIA TRAPEZOPODOBNA PODRUBO ELFA ŚW.MIKOŁAJA?
PS. Na mą duszę jak dawno nie pisałam opowiadania
PS.PS. Ombrelune musi wygrać puchar, bo jak nie to wam wszystkie kości porachuje :D

Ombrelune: Od Ell cd. Adama

Nie skrzywdzi? Tak. Znając Adama Brooksa wyrzuci mnie jak niepotrzebnego śmiecia po tygodniu. O ILE na cokolwiek bym sie zgodziła. Ale hej, życie jest po to, żeby z niego korzystać. A może sie zmieni... Tak, Ell karm sie kłamstwami w które sama nie wierzysz - skarciłam się myślach. Podniosłam wzrok na chłopaka w tym samym momencie zdając sobie sprawę w jakiej dwuznacznej pozycji leżymy. Co gorsze - nie przeszkadzało mi to. Jemu najwyraźniej też.
- Co jest? - zapytał widać lekko zdezorientowany tym, że sie w niego wgapiam intensywnie o czymś rozmyślając.
- Y... Nic. Wiesz, wygodny jesteś - powiedziałam uśmiechając się lekko.
- Dzięki.
Popatrzyłam mu głęboko w oczy. Nie zobaczyłam w nich cienia.. Hm. Pożądania? W sumie to nic w nich nie zobaczyłam. Adam nachylił się chyba z zamiarem pocałowania mnie i sumie nie miałabym nic przeciwko, ale... W tym momencie drzwi otwarły sie na oścież, a stanął w nich nikt inny jak David Martiness. Jego twarz zdradzała osłupienie i nawet lekkie rozbawienie.
- Okej, nie przeszkadzam - powiedział szybko zamykając za sobą drzwi.
- To nie jest to na co wygląda, Martiness! - wrzansnęłam za nim. Odpowiedział mi cichym chiochotem.
- Ale idiota - mruknął Adam.
- No... - wymamrotałam przetaczając sie na drugą stronę łóżka. - To była najbardziej żenująca sytuacja w moim życiu. Ukryłam twarz w poduszce.
Westchnęłam.
Teraz David wymyśli niestworzoną historię i poleci do Clarr ją opowiedzieć. Clarr będzie męczyć mnie. Potem Clarr powie Leslie, a ona pewnie palnie swoim koleżankom zakochanym w Adamie, kiedy będą ją wkurzać. Krótko mówiąc, za chwilę cała szkoła będzie miała plotkę.
- Ej, wyluzuj - powiedział Adam łagodnie. Zaraz, zaraz! Łagodnie? Oderwałam głowę od poduszki i spojrzałam na niego.
Obszedł łóżko dookoła i usiadł obok mnie.
- David to idiota - powiedział.
- Adam, zaraz cała szkoła będzie myślec nie wiadomo co. Nie chce być w centrum ploteczek. Ok?
Chłopak nic nie odpowiedział. Chciałabym żeby tak było zawsze. Żebyśmy sie nie kłócili, a Adam sprawiał wrażenie człowieka z uczuciami. Nawet nie spostrzegłam kiedy nachylił się i lekko musnął moje usta swoimi. Nie protestowałam, ale kiedy chciał pogłębić pocałunek odsunęłam sie lekko zaczerwieniona.
- To ja już będę lecieć - oznajmiłam i szybkim krokiem wyszłam z pokoju.
Na korytarzu co druga osoba dziwnie sie na mnie patrzyła. To nie wróży nic dobrego. Ledwo przekroczyłam próg dormitorium, a wpadła do niego cała czerwona... Victoria.
- Robisz mi to na złość, co?! Zawsze musisz być lepsza! To ty musisz wszystko mieć! - wydarła się.
- Ej, młoda o co ci chodzi, co?! - zapytałam, choć łatwo było sie domyślić. Dziewczyna prychnęła.
- Wiedziałaś, że Adam mi sie podoba! I jeszcze przespałaś sie z nim jak jakaś p*erdolona dzi*wka!
- Co?! - tym razem to ja wrzeszczałam - Ty chyba jesteś niepoważna! Wynoś sie z mojego dormitorium! Już!
Po tych słowach wykopałam ją za drzwi.
Nie wierzę. Po prostu nie wierzę.


Adam? Pisane na telefonie i wgl zakończone dramatycznym akcentem xd Ej ci z Belle coś za dużo opek piszą ;-;

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Patrzyłem zdezorientowany na niego i jego koleżankę z jeżem. Wzdrygnąłem się lekko i otrząsnąłem. Czy przed chwilą CHŁOPAK zaprosił mnie na imprezę? E tam, pewnie w akcie desperacji, no bo może nie miał z kim iść, a taki "macho" nie może iść sam, to popsułoby jego reputejszon. Jednak wzbudziło to we mnie pewną radość i dumę, a miłe ciepełko ogrzało moje serduszko. Uśmiechnąłem się sam do siebie i wróciłem do znajomych, którzy jak wariaci śmiali się z jakiegoś żartu, który od niedawna krążył po szkole. Nie słyszałem go jeszcze i nie było mi do tego śpieszno. Spoglądnąłem jeszcze w stronę, z której dobiegał głęboki, zaakcentowany głos Amir'a. Zadzwonił dzwonek, a nasz grupka jak szalona pobiegła do lochów, na lekcję z eliksirów. Lubiłem tego profesora, mimo iż był oschły i negatywnie nastawiony do nie swoich wychowanków. Jednak było w nim coś interesującego i intrygującego. Niestety nie mogłem się skupić, bo po głowie wciąż krążyła mi propozycja Amir'a. Niektórzy mówią na niego Ar, ale ja jakoś tak... nie czuję się jeszcze na tyle blisko jego osoby, aby tak się do niego zwracać.
- Milar- usłyszałem szorstki głos nauczyciela, który wybudził mnie z transu.
- Ttak?
- Czy odpowiesz na pytanie?
- Ehh...
- Nie uważał pan- wysyczał i zaczął notować coś w zeszyciku. Zawzwyczaj uważałem na jego lekcjach i chętnie brałem w nich udział- Zasmucił mnie pan- z hukiem zamknął dziennik- A więc powtórzę pytanie...

***

- Nieźle mu dziś podpadłeś- kolega trącił mnie ramieniem.
- Wiem, wiem... nie moja wina, że nie mogę się skupić.
- Ale aż tak?! Nie pamiętałeś najłatwiejszego przepisu, co się z tobą dzieje?!
- Nie wiem, naprawdę- oczywiście kłamałem. Nagle zobaczyłem Amir'a, od razu złapałem Nicolas'a za łokieć i skręciłem z nim w inny korytarz.
- Jonasz? Co ty robisz?
- Idę na spacerek?- wykrzywiłem się.
- Oj to beze mnie, ja idę na lekcje transmutacji, pa!- pobiegł w drugim kierunku. Cały zadrżałem i westchnąłem głośno.
- Uciekasz przede mną?- usłyszałem nagle za sobą. Odwróciłem się zaskoczony i odskoczyłem widząc Amir'a.
- Nnie...
- Jonasz jeśli nie chcesz iść, to powiedz...
- Chcę! Oczywiście, że chcę, ale... stresuję się?
- Czym?! To tylko impreza!- wyszczerzył się- będzie okay... ja spadam, zaraz lekcja! Ej Cisa!- pobiegł do dziewczyny, która rano trzymała jeża.

***

Niestety jestem bardzo punktualny i dokładnie z nadejściem 22 stałem już w komnacie życzeń. Było już kilkanaście osób, które popijały piwo kremowe. Chrząknąłem cicho i poprawiłem kołnierz koszuli, by po chwili podejść do jakiegoś stołu(?) i wziąść muffinkę czekoladową... sztuk pięć... a Amir'a jak nie było, tak nie ma. Nie dziwię się, chłopak często zarywał noce i może chciał to odespać przed "imprezą". Zacząłem nieśmiało skubać ciasteczko, błądząc niespokojnie wzrokiem po twarzach innych. Oblał mnie pot i zacząłem się denerwować. Rzadko chodzę na imprezy, a w starszym towarzystwie, którego nie znałem, czułem się nieswojo i byłem zestresowany. Przestąpiłem z nogi na nogę, przygryzając przy tym wargę. Rozglądnąłem się panicznie i szybkim krokiem podszedłem do kąta, w którym miałem zamiar przesiedzieć resztę wieczoru. Nim się zorientowałem stał nade mną Amir. Machnąłem mu nieśmiało i uśmiechnąłem się głupkowato, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

(Ar?)

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Śmiałem się jak głupi z jego zachowania, był wariatem, prawie tak głupim jak ja. Bałem się nieco, że pobudzimy pozostałych, ale na szczęście niebiesko-włosy odpłynął do krainy snów kiedy uspokajałem chichot. Wstałem, opiekuńczo podniosłem go jak księżniczkę po czym zaniosłem do jego pokoju. Rzuciłem go na pościel, a ten pół przytomny mruknął odwracając się na drugi bok.
- Sleeping beauty dans son environnement naturel.. - skomentowałem. Powoli ogarniało mnie zmęczenie na widok jego odprężonej twarzy, a na dziś muszę przygotować wypracowanie. Chwała bogu za kopnięcie mnie w stronę biblioteki; nie muszę wychodzić, żeby dobrać się do źródła wiedzy. Wystarczy iść po księgi do pokoju.
Usiadłem obok niego, przecierając twarz. Już odczuwałem tęsknotę za przyjaciółką. Chciałbym jej się wyżalić, powiedzieć jak dużo mnie irytuje. Brooks, woźny, pierwszoroczniacy, im więcej problemów tym bardziej osowiały jestem. Skończę jako beztalencie i nieuk w takim tempie. Rozczochrałem włosy o rok młodszego chłopaka z miną ,,diabelski Ar'' i wyszedłem chcąc zabrać się za pisanie.
Wspomniałem, że mówi do mnie po pełnym imieniu? To dziwne, bo wszyscy od razu mówią Ar, chcąc zaliczać się do przyjaciół.
Gapcio ~ głos Cisy w mojej głowie doprowadził mnie do czułego uśmiechu.
~
- ..Ar, słuchasz? - dziewczyna imieniem Greta oparła ręce na pokaźnych piersiach. Otrząsnąłem się z letargu i pokiwałem głową drapiąc się po głowie. Byłem ch*lernie śpiący i wszystko dookoła rozmazywało mi się przed oczami, przez ostatni tydzień spałem po dwie czy trzy godziny- Zapraszam cię na imprezę w ko..
- Wiem, Gy. - odparłem zanim skończyła. Zaskoczona uniosła brwi nachylając się do przodu, przez co mundurek odsłonił nieco klatki z czarnym stanikiem w koronkę. Zawiesiłem na nim wzrok tylko na sekundę.
- Skąd wiesz? Ktoś cie już zaprosił.. Ellie, prawda? - pokiwałem głową w akcie zgody. Zasmucona spuściła wzrok a palce przyłożyła do ust, przez co wyglądała niewinnie. Takie widoki zawsze mnie rozczulały. Przyciągnąłem ją do lekkiego uścisku, chcąc ją pocieszyć, bo w końcu głupio wyszło. Skorzystała wtulając się mocniej.
- Jeśli to cie pocieszy, nie zgodziłem się, bo ide z kimś innym. - skłamałem, nie zgodziłem się, ale z nikim nie idę. Puściła mnie i zadała pytanie z kim. Nerwowo rozejrzałem się po korytarzu w poszukiwaniu ofiary, lecz nikt nie przechodził. - Z Summer..
- Na pewno nie, pytałam ją czy idzie. - uniosła brew. Westchnąłem, a wtem pojawił się Suseł w towarzystwie paru chłopaków. Mruknąłem ,,o'', podbiegłem do niego i przyciągnąłem za nadgarstek do Grety. Przerzuciłem rękę przez jego ramię w kumplowski geście.
- Zaprosiłem Jonasza, chcę trochę rozgrzać jego duszę imprezowicza, wiesz o co chodzi. - przyjrzała mu się podejrzliwie, a on sam nie ogarniał co się dzieje. Jego koledzy podekscytowani gadali o czymś, ledwo zauważając jego brak.
- Skoro tak.. - wzruszyła ramionami, pożegnała się i odeszła kręcąc biodrami. Puściłem go z jękiem.
- Co proszę? - zapytał rozbawiony. Zrobiłem psie oczy i złożyłem dłonie jak do modlitwy. Wytłumaczyłem mu sytuację po kolei, a potem pacnąłem się w czoło za swój idiotyzm.
- Biba w komnacie życzeń, spoko. - i tak nie był zadowolony.
- Będzie piwo kremowe, coś skubniesz. - zauważyłem idącą w naszą stronę brunetkę z jeżem w dłoni. Pośpiesznie nachyliłem się nad jego prawym uchem mówiąc ,,dziś o 22 na miejscu'' i rzuciłem się ku niej całując w policzek oraz witając się z Jerzym.
<hehehehuohuohuo>

środa, 8 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Ell

Okej. Przegrałem życie.
Czemu?
Och, minął miesiąc i nadal nie wskoczyła mi do łóżka.
Ale zapewniam, że mi się to uda. Skubana jest całkiem odporna na moje nagabywanie. Właściwie całkiem dawno jej nie całowałem i to mogło wywołać u niej pewien szok w stylu "och, chyba ten bęcwał dał mi wreszcie spokój". O nie, nie. Nie dał. Ten bęcwał dopiero się rozkręca.
Boże, czy ja gadam do siebie?
- Proszę!
W pewną pogodną, październikową sobotę, kiedy zajmowałem się słodkim nicnierobieniem, byłem wobec tego bardzo zajęty, do mych delikatnych uszu dobiegło pukanie do drzwi, przez które weszła Elliezabeth we własnej osobie.
- Co robisz? - spytała pogodnie.
- Jestem zajęty - oznajmiłem, wyciągając się na łóżku i mrucząc z rozkoszy ze zmrużonymi oczami.
- Widzę właśnie. Idziemy polatać?
- Nieee chce mi się - stęknąłem.
- No chodź!
Poczułem jak sześćdziesiąt kilo żywej wagi zwala mi się na przeponę, pozbawiając mnie na chwilę tchu. Mocno klepnąłem w tyłek leżącą na mnie w poprzek dziewczynę i natychmiast poczułem odwet zadany kościstym łokciem.
- Gdzie dotykasz? Nie dla psa kiełbasa - fuknęła. Ani jej się jednak śniło ze mnie schodzić.
- Fajny masz tyłek - powiedziałem tonem znawcy.
Rzeczywiście pupa Ell była wyjątkowo jędrna i całkiem zgrabniutka. Doszedłem do wniosku, że naprawdę zbzikuję, nie mogąc jej nadal legalnie całować, dotykać i pieścić. Legalnie, to jest - bez dostania po twarzy.
- Eee... dzięki? Chyba. No wstawaj z tego wyra, grubasie!
- Ja znam ciekawsze sposoby, żeby schudnąć, poruszać się i miło spędzić czas. Wcale nie muszę w tym celu wstawać z wyra. - Uśmiechnąłem się szeroko. Spojrzała na mnie z mieszaniną strachu, speszenia, zażenowania i odrzucenia. Zdolność kobiet do odczuwania tylu emocji naraz jest doprawdy imponująca. - Możemy na przykład poskakać po łóżku - sprostowałem z miną pod tytułem "i kto tu jest zboczony?".
- Oczywiście, że właśnie to miałam na myśli. - Ell złapała buraka. Rumieńce na policzkach były jedną z bardziej uroczych cech jej aparycji.
- Serio? Bo ja na przykład coś takiego! - Wypowiadając ostatnie słowa, chwyciłem dziewczynę za ręce powyżej łokci i podciągnąłem tak, że leżała na mnie wzdłuż, błękitne oczy mając wprost przed moimi.
- Hej - powiedziała cicho.
- Hej. - Posłałem jej pokrzepiający uśmiech i wychyliłem, by cmoknąć ją w usta.
- Och, nie...
- Znowu wracamy do punktu wyjścia o współrzędnych "Adam, nie mogę" i "Adam, jesteś idiotą"?
- Tak... Nie... Nie wiem... - jęknęła i opadła na mnie, wtulając się w moją pierś, ramię oraz fragment leżącej pode mną poduszki. Cóż, niezbyt wygodna kombinacja, ale skoro jej to pasowało... Wymacałem jej dłoń i splotłem moje palce z jej. Czułem, że całe jej ciało drży.
- Boisz się mnie?
Nie odpowiedziała; poczułem tylko, jak wzrusza ramionami.
- No co ty? Nie skrzywdzę cię...
- Uhm - mruknęła z ironią. Spodziewałem się długiego monologu, tu mnie jednak zaskoczyła, poprzestając na pojedynczym dźwięku wyrażającym dezaprobatę. Najwidoczniej postanowiła dać sobie wreszcie spokój. Dobry wybór, mała.
Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę. O dziwo nie miałem ochoty jej dotykać, gwałcić od razu czy coś. Po prostu leżała sobie i to było bardzo miłe. Po kilku minutach poczułem nawet, że się rozluźnia i swobodnie mości na posłaniu z moich kości.

Ell? ;3
Bam, ten rym na koniec xD
Ale serio nie mam weny kurczę :/ Ale nie mogę pozwolić Orlakom wygrać pucharu xD

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

- Nie powinieneś być w dormitorium?- nachyliłem się nad chłopakiem i podniosłem w geście zapytania brew.
- A ty?- dał mi psztyczka w nos.
- Obaj powinniśmy.
- To co tu jeszcze sterczysz?
- A ty co tu jeszcze leżysz?- usiadłem koło niego.
- Noc jest zbyt piękna by kisić się w tamtejże wieży, jak ogórki w słoiku zakręconym dokładnie.
- Proszę jaki poeta!- prychnąłem- A co tam nuciłeś wcześniej? Do u f*ck, coś tam coś?
- Ta, ta...- spojrzał na mnie.
- Nie tata, Jonasz jestem- wyszczerzyłem się.
- Ha, ha, bardzo śmieszne.
- Dobra chodź, ukarzą nas jeszcze, a chyba nie chcesz spędzić następnego tygodnia na czyszczeniu stajni?
- Ygh...- burknął i dźwignął się z ziemi. Ja też wstałem i ruszyłem szybko za Amirem. Srebrna strużka światła rzucała jasną poświatę przed naszymi stopami. Jak zwykle stawiałem sprężyste kroki. Patrzyłem na jego ramiona, przykryte przez koszulę i szyję. Lubię jak ktoś ma ładne szyje. Szyja jest fajna, możesz ją chwycić gdy kogoś całujesz i go przyciągnąć, tym samym pogłębiając pocałunek. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Co tu dużo mówić Amir był przystojny, mądry, charyzmatyczny i zabawny. Amir... dodatkowo ten akcent rzucany na każde słowo. Moja wymowa była przy tym idiotyczna, a przyznam, że mówię nawet, nawet- Posiedziałbym sobie jeszcze, ale nieee, pan Jonasz musiał tu przyleźć i mnie zabrać- fuknął zatrzymując się i czekając, aż zrównam z nim kroku.
- Nie moja wina, że się o ciebie martwimy...
- Martwicie?
- To znaczy bardziej ten Cas, ale coś tam zaczął narzekać, po czym poszedł spać.
- A ty czemu nie poszedłeś?
- A nie wiem... miałem poczucie, że muszę z po ciebie pójść.
- Ile czasu mnie szukałeś?
- Dość krótko, sam nie wiem...
- Yhm...
- Ale masz rację... ładnie dziś- podniosłem głowę do góry uśmiechając się błogo. Nim spostrzegłem wchodziliśmy do dormitorium. Spojrzałem na Amir'a, nie wyglądał na śpiącego, wręcz przeciwnie, zachowywał się jakby zaraz miał iść na śniadnie. Usiedliśmy przy stoliku z zamiarem zagrania w karty, ale zamiast tego zaczęliśmy się cicho śmiać i wygłupiać. Nie mogłem odwrócić oczu od jego roześmianej twarzy, przez co kilka razy zostałem zganiony surowym wzrokiem przez posiadacza owej buźki, lecz nie zraziłem się. W pewnym momencie wziąłem jakąś butelkę i zacząłem coś mówić, aby po chwili wykonując szybki ruch głową i wykrzywiając się krzyknąć coś na tyle głośno, aby było mnie słychać, ale aby nie obudzić innych uczniów.

http://25.media.tumblr.com/cb48f0a999e432ddc9cfe9605269c0eb/tumblr_mu40qq6nNO1snmwaso1_500.gif

Chłopak zaczął się śmiać łapiąc za brzuch. Nie wiem kiedy znów, ledwo przytomny, byłem przez niego niesiony do sypialni i rzucany na łóżko. Nie moja wina, że mogę zasnąć w środku zdania, taki mój urok.

(Amir? Ja też jakieś takie krótkie, też trza się pouczyć)

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Zaśmiałem się kolejny raz słysząc żart. Staliśmy z paroma osobami przy ścianie czekając aż moja ulubiona lekcja się zacznie, a szkolny przystojniak aka nauczyciel przyjdzie i ze swoją gracją otworzy drzwi. Jestem głupi myśląc w ten sposób, wiem, ale co poradzić, tylko jego głos mnie przyciąga, a to jest cud.
- Ar, czemu nie przedstawisz mnie Czyśce? - zapytał ktoś z czwartego roku. Jak rażony wyprostowałem się i zmarszczyłem brwi, robiąc krok na przód. Nie cofnął się, ale patrzył ciekawy jak próbuję siłować się na wzrok.
- ,,Czyśka" mów do swojej matki, a nie do Summer. - warknąłem. Uniósł ręce w geście poddania powtarzając okej, okej. Nabrałem oddechu, a cała reszta odetchnęła. Dobrze wiedzieli, że ze mną się nie zadziera jeśli chodzi o tą dziewczynę; jest moją przyjaciółką, moją rodziną, moim życiem i cokolwiek się stanie, postaram się doprowadzić ją do dobrego zakończenia, nie pozwolę by coś jej się stało, a na pewno nie dam jej pod nos żadnego chłopaka który trudzi się tyle, co nic.
Nauczyciel przyszedł, jak zwykle wpuścił do środka dziewczyny, a gdy doszło do mnie, serdecznie się uśmiechnął. Byłem jednym z najlepszych uczniów i nawet on mnie lubił.
- Dobrze, siadajcie. Dzisiaj porozmawiamy o.. - zacząłem przysłuchiwać się i oglądać zabawną gestykulację. Niestety, wszystko co miłe, szybko się kończy. Chwila, moment a ja już musiałem wychodzić. Niechętnie pożegnałem się z mężczyzną skinieniem głowy.
Ostatnia lekcja, czyli teraz spokojnie mogłem iść do siebie. Gdzieś w między-czasie dołączył do mnie Cas.

~

- ..F*ck the system, I.. - nuciłem pod nosem leżąc na trawie na błoniach. Dawno powinienem być w zamku. Ta, kiedy niebo ma na sobie tyle pięknych gwiazd, nie ma mowy, bym kisił się w wieży.- ..like u a..

<muszę się uczyć, dla tego takie krótkie ;/>

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Chłopak zrezygnowany opadł na kanapę.
- A niby czemu mieliby cię wpuścić i przede wszystkim, gdzie?
- Musiałem iść do innego dormitorium, do pewnej osoby, ale jakiś Smerf musiał mi przeszkodzić.
- Smerf?!- uniosłem nieco głos.
- Tak, Smerf! A po chol.erę ty wyłazisz w środku nocy?!
- Z obrazami byłem na kawce, wiesz?- prychnąłem- Byłem po leki uspokajające, przed wczoraj mieliśmy lekcję z Boginami, dalej nie mogę się ogarnąć.
- Cykor...
- Pff... nie moja wina, że jestem wrażliwy i strachliwy... przynajmniej umiem się utrzymać na miotle, nie to co niektórzy.
- Ej, a kto cię dziś ocalił przed tłuczkiem?
- Jakiś tłuk!
- O ty!- skoczył na mnie i zaczął mnie tarmosić po głowie. Puścił mnie. Poprawiłem rozmierzwioną fryzurę i chrząknąłem poprawiając krawat. Interesowało mnie po co tak bardzo chciał iść do drugiego dormitorium- Jonasz?
- Hmm?
- Czemu leki? Nie lepiej użyć zaklęcia?
- Jakoś już na mnie nie działa. To znaczy tylko to zaklęcie, reszta jest normalna- wyjąłem różdżkę i machnąłem nią gładko w stronę świeczki, wypowiadając słowo "Inferno". Zapaliła się- A tak przy okazji, dzięki za ocalenie życia, tam, na błoniach.
- Proszę... a ja dziękuję za wyrwanie połowy włosów, tam, na schodach.
- Nie ma za co- wyszczerzyłem się. Po chwili wyrwało mi się ziewnięcie- stąd moja ksywka Suseł... lubię spać- przymnąłem powieki i usiadłem na kanapie. Obok mnie Amir- Skąd jesteś?
- Mam korzenie brytyjsko-francuskie...
- Stąd ten akcent...
- A ty? Skąd jesteś Smerfie?
- A takie zad.upie zwane Polską- mruknąłem powoli odlatując. Sam nie wiem kiedy położyłem głowę na jego kolanach i zasnąłem. Ostatnie co poczułem to głaskanie po głowie (Oooch...). Później jakieś urywki, to jak niesie mnie do pokoju, kładzie na łóżku, idzie sobie...

***

- Jonasz, idziemy na śniadanie- trącenie w ramię i ciepły głos chłopaka lekko mnie wybudziły.
- Jeszcze pięć minut, mamo...- wymruczałem zakrywając się po uszy kołdrą.
- Amir, Amir!- jakiś blondasek przybiegł ubierając spodnie.
- Co tam?
- Idziemy?
- Zaraz, tylko niech ten śpioch wstanie.
- A kto to?
- Smerf Jonasz...
- JONASZ?!- wybuchł śmiechem godnym mojego nauczyciela od matematyki z dawnej szkoły, który mówiąc coś, czy śmiejąc się wypluwał wodospad śliny. Mówiliśmy na niego Ślinotok, lub Niagara. Słodko, nieprawdaż.
- Tak... masz coś do imienia Jonasz?- wyburczałem w podusię.
- I TEN AKCENT- dodał.
- Tak, nabijaj się, nabijaj- fuknąłem i przewróciłem się na drugi bok. Poczułem jak ktoś mnie podnosi. Na moje nieszczęście byłem już w mundurku, bo wczoraj się nie przebrałem. Amir wyszedł ze mną, przerzuconym przez ramię z dormitorium i ruszył do sali, gdzie na stołach podane było śniadanie. Oni usiedli z trzeciakami, ja poszedłem do kolegów z drużyny. Na stole pojawiła się uczta, w tym gorąca czekolada do picia...
Po śniadaniu zacząłem zmierzać do wyjścia, ale wcześniej usłyszałem, jak ktoś woła: "Szlama!". Dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że jestem jedyną osobą, która wychodzi, a zieloni patrzą w moim kierunku. Po chwili dodali: "Dodatkowo głuchy!". Wszyscy z ich grupki wybuchli gardłowym śmiechem. Próbowałem nie okazywać, że bolało i czym prędzej poszedłem do łaźni. Zamknąłem się w toalecie i zacząłem chlipać, kuląc się na podłodze, przy ściance odzielającej jeden kibel od drugiego. Nim spostrzegłem, a drzwiczki się otworzyły i stanął nade mną Amir. Zasłoniłem twarz dłońmi, a on jak gdyby nigdy nic, wytachał mnie stamtąd.
- Jonasz? Co się stało?- jego oczy były pełne... zaniepokojenia i żalu?
- Nnic...
- To czemu wybiegłeś jak oparzony?
- Bbo tak...
- Jonasz- trącił mnie w ramię- coś o tobie mówili?
- Nic... tylko nazwali mnie Szlamą- wyszeptałem spuszczając głowę i bawiąc się koszulą. Chłopak nic nie powiedział- Nie moja wina, że jestem Mugolakiem...- podniosłem wzrok na jego usta, potem policzki, a następnie oczy, które zasłonięte były długimi, czarnymi, wyglądającymi jakby je machnął tuszem, rzęsami. Wytarłem łzy zewnętrzą częścią łapki i poprawiłem fryzurę. On dalej nic nie mówił- Ja idę... mam zaraz Opiekę Nad Magicznymi Zwierzakami... dziś Hipogryfy!- rozpogodziłem się nieco i wyszedłem z łaźni, uwcześniej muskając wewnętrzną część jego dłoni, palcami i uśmiechając się do niego nieśmiało. Ledwo wyszedłem zacząłem biec przed siebie. Znów zieloni...
- Szlaaamaaa!
- Brudny!
- Skażoony!- usłyszałem za sobą jeszcze kilka przezwisk, a potem wybiegłem na dziedziniec i do lasu. Gajowy już czekał z kilkoma uczniami. Widocznie nasza klasa nie spieszyła się za bardzo na te cudowne lekcje. Potem zielarstwo... yghh...

***

- Dobrze Jonasz, nie denerwuj się, trzymaj się mocno piór i próbuj nim sterować. Tylko nam na drzewo nie wpadnij- gajowy uśmiechnął się. Większości uczniów udało okiełznać się, tą dziką bestię. Nie byłem pewny czy mi się to uda.
- A to bezpieczne?
- Jasne! No! Leć młody!- niemrawo ruszyłem przed siebie schylając się do grzbietu magicznego stworzenia- Nie bój się!- usłyszałem z tyłu, a potem gryf jak rakieta wystrzelił w górę.
- Niżej... niżej, niżej, niżeeeej- wyszeptałem do niego, a on jak zaczarowany wykonał moje polecenie- dobra! Mamy zrobić beczkę i wrócić, okay?- spytałem, a on zaskrzeczał doniośle- No to git!
Po wykonaniu akrobacji i wróceniu do grupki czułem się lepiej niż gdy latam na miotle. Lekcja zakończyła się sukcesem wszystkich, żadnego złamania, czy pokaleczenia. Następna lekcja... zielarstwo... błagam, nie...

(Amir? Chyba się rozpisałam?)

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Widząc jak głowi się nad zagadką na którą odpowiada za każdym razem kiedy tu przychodzi zrobiło mi się go żal i od razu sam odpowiedziałem. Weszliśmy do środka, a po tym każdy rozszedł się do swoich pomieszczeń. Plus mieszkania w wieży? Zdecydowanie widoki. Najbardziej podoba mi się wielkie okno po środku ,,salonu" z którego mamy zrzut na zamek i jego inne części. Zatrzymałem się przy nim, na prawdę lubię to miejsce. Cas pewnie dawno wyszedł, a ja znów opuszczam lekcję. Chociaż.. dopóki Sumka nie wie, to jest dobrze. Jeszcze by coś palnęła przy rodzinnym stole, że się leniłem w dormitorium.
- Widzisz coś ciekawego? - zapytał Jonasz ściągając koszulkę i zarzucając sobie mały ręcznik na szyję. Odwróciłem się do niego, oparłem o parapet. Chwilę przypatrywałem się jego oczom, które jako jedyne tak na prawdę przykuwały moją uwagę.
- Teraz na pewno. - odparłem. Chyba źle mnie zrozumiał, bo się speszył. Próbował to ukryć chamskim uśmieszkiem, ale trochę mu się nie udało. - Byłem pewien, że jesteś bardziej pewny siebie.
- Obserwujesz mnie? - mimo wszystko dalej przyglądałem się błękicie tęczówek. Miałem odpowiedzieć na to pytanie, lecz jeden z jego kumpli krzyknął, że zajmie mu łazienkę. Rzucił się do drzwi, zatrzymał na chwilę, puścił mi oczko i zamknął je za sobą.
,,Niech będzie"~pomyślałem idąc do siebie. Co zyskałem trenując z nimi? Praktycznie opanowałem już odbicie pałką, a balans ciałem jakby powoli kiełkuje w moim umyśle.

~

- Cas, wychodzę. - mruknąłem do blondyna i wymknąłem się. Opuściłem dormitorium i cicho, na paluszkach kroczyłem w dół po schodach, chcąc odwiedzić Cisę, która jak na złość postanowiła dzisiaj mnie nieco olać. A ja muszę widzieć ją przynajmniej dwadzieścia minut dziennie, inaczej zbzikuję.
Plan był prosty; wychodzisz, idziesz po cichu, nic nie mówisz. Wkradasz się pod ich dormitorium i czekasz, aż ci otworzą. Spie*dolisz: odejmują ci punkty. Gdybym był szczęściarzem udało by się, ale ktoś jeszcze pomyślał o spacerkach po nocy i chyba nie zauważył mnie przed sobą, bo jakby zbiegł i oboje się zachwialiśmy. Ja ustałem, on za to wpadł na mnie i chwycił czegokolwiek, w tym wypadku moich włosów. Zasyczałem wkurzony, pociągnąłem go w górę i poświeciłem różdżką.
- Co ty ku*wa odpie*dalasz? - wiedziałem kto to jest z momentem ujrzenia niebieskich włosów. - Spacerków się po nocach zachciało?
- A ty co? - burknął. Wspólnie doszliśmy [hehe] do wniosku, że powinniśmy wejść na górę zanim ktoś nas zobaczy. Tak wylądowaliśmy w salonie sprzeczając się.
- Przez ciebie już mnie nie wpuszczą. - warknąłem i usiadłem na kanapie. - Za późno..

<Doszli razem, heheheheh>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Adama

Otworzyłem szeroko oczy znowóż zataczając się. Jego dłoń na mojej buzi wcale nie była taka przyjemna, toteż złapałem go za nadgarstek i zacząłem odciągać. Kary się unika, co?
Odepchał mnie na parę metrów zdala od drzwi mordoru z poważną i wkurwioną miną. Skorzystałem z chwilowej nieuwagi chłopaka, ciągnąc ten sam nadgarstek nieco dalej. Rzucał się chwilę, dopóki nie wyszliśmy zza róg, gdzie nie był widziany w ogóle i mógł poczuć się ,,bezpiecznie".
- Powinienem cię skosić i ją zawołać. - powiedziałem szczerząc zęby. Odpowiedział przeciąkłym warknięciem w stylu pierdol się, albo wpierdol.
- Puść mnie już. - wykonałem jego polecenie z nie małą satysfakcją, a wtedy się zaczęło. Dosyć nie miło zarzucił mi, że jestem niedorajdą i tym podobne, klnąc co jakiś czas. Przytoczyłbym tą rozmowę, ale chyba nie wypada. To nie tak, że stałem cicho i słuchałem; odpowiedziałem tym samym i gdy prawie zdecydował się na zniekształcenie mojej szczęki, ktoś zawołał go po imieniu z drugiego korytarza. Zmarszczył brwi jeszcze bardziej, prychnął i odwrócił się.
- Jestem francuzem, ocipiały idioto. - rzuciłem zdecydowanie nie potrzebnie. Wrócił się i przywalił mi z całej siły. Uwaga, to mój pierwszy raz. Moje myśli się pomieszały i nie ważne, że leżałem na tyłku podpierając kafelki, jedną ręką zasłaniając krwawiący nos; najbardziej stresowałem się faktem, że teraz nie będę wiedział, czy w końcu jestem czegoś warty, że należy mi się, a nie, że stoję obok społeczności.
- Kto jest teraz ocipiały? - po tym zdaniu zostawił mnie zdezorientowanego. W końcu jakaś dziewczyna z mojego rogu przyszła i jakbym umierał, zaczęła mnie podnosić na siłę i rozglądać się za nauczycielem. Zbeształem ją za ten pomysł, wstałem i przyjąłem chusteczkę.
-Boże, może jednak pójdziesz do skrzy..
- A ty co? - odezwał się trzeci głos, należący do Sumki. Popatrzyłem na nią nieco pustym wzrokiem. Odesłała, bodajże Dannę i sama zajęła się mną prowadząc do wieży. Zauważyła, że coś jest nie tak.
- Chyba zdenerwowałem szkolnego podrywakę. - przyznałem się. Doszliśmy do drzwi, powiedziałem odpowiedź na zagadkę i wpuściłem nas obu. Mojego współlokatora na szczęście nie było.
- I on ci dał w mordę? - chyba to ją rozśmieszyło, nie wiem, nie patrzyłem. Zabrałem się za zmywanie krwi i sprawdzanie, czy coś mi połamał, ale chyba nie ma tyle siły.

<EGHEGHEHEHE, pierwszy raz, he>

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Chłopak się trochę pysznił. Nie lubię takich osób, no ale co począć, nasz "genialny" kapitan szukał nowego pałkarza i chcą go sprawdzić. Pałkarz. He he. Ma wątłe ciałko, jak ja i jest niski, jak ja. Jedyne co w nim widzę takiego "wyjątkowego" to kości policzkowe. I rzęsy. No i jeszcze usteczka... no w ostateczności oczka też. Nie można zapo... dobra Jonasz! Stop! Ładny i tyle. Chociaż podobno jest też dość inteligentny... i przystojny... tylko trochę jak baba... jak ja!
- Te, Suseł! Na miejsce!
- Yup!- wskoczyłem na miejsce. Nie ma to jak być niskim i chudym, tak, tak, szukający, to znaczy rezerwa, ale jednak szukający. Moja miotła była... jak z jakiegoś kantorka woźnego, ale ją lubiłem, nie był to Nimbus 2002, ale fajnie się nią sterowało i dość szybko latała. Wzleciałem ciesząc się chłodnym powietrzem, które smaga mnie po twarzy i wolnością, którą czułem za każdym razem gdy miałem okazję polatać. Skupiałem się na Amirze, chłopak nieśmiało wszedł na miotłę i kurczowo się jej trzymając podleciał do góry. Dostałem głupawki patrząc jak chłopak próbuje z niej nie spaść.
Nagle, ledwo usłyszałem jakieś jęki z lewej strony. Kocham być głuchy! Zobaczyłem jak Amir się spręża i zaczyna szybko lecieć w moją stronę z pałką (taką do Quidditcha, bez skojarzeń proszę). Zdziwiłem się gdy chłopak nieoczekiwanie odepchnął mnie i walnął nią w tłuczek lecący w moją stronę.
- Głuchy?! Wołamy żebyś wiał, a ty co?!
- Przepraszam!
- Pilnuj się.
- Nie moja wina, że wołaliście z lewej strony- fuknąłem- Złoty znicz!- pisnąłem i zacząłem lecieć za cudeńkiem ze skrzydłami. Stanąłem na miotle i zacząłem lecieć jakbym jechał na deskorolce, co robiłem kiedy byłem w domu. Podniosłem łapki do góry i zacząłem się drzeć, by po chwili jak kotek skoczyć na znicz- Mam! MAM!- w ostatniej chwili złapałem się miotły i wisiałem tak w jednej ręce trzymając metalową kulkę, a drugą kurczowo zaciskając na drewnianej rączce. Nie spadnę, nie spadnę, nie spadnę... SPADAM! Zacząłem wrzeszczeć, bo dopiero teraz się zorientowałem, że jestem jakieś 15 metrów nad ziemią. Niestety odległość między mną, a podłożem się zmniejszała.
- Levicorpus!- usłyszałem końcówkę zaklęcia i chwilę po tym wisiałem w powietrzu (głową w dół, ale mniejsza o to), trzymany przez magię Amir'a.
- Na ziemię! Błagam!- zajęczałem, a on zniżył mnie na jakieś pół metra nad ziemię i puścił mnie. Walnąłem plecami o jakiś kamień- AU!- ryknąłem i podniosłem się. Dalej trzymałem znicz. Zawołałem miotłę i spojrzałem na śmiejących się kolegów. Otrzepałem się z pyłu i żwiru- Ale śmieszne, ha, ha...
Po "treningu", czyli bezsensownym lataniem za motylkiem (tak było w moim przypadku), ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście na miotłach. A jako iż ja byłem najlżejszy, to ja musiałem wieść Amir'a. Położyłem się na brzuchu, na miotle. Wyglądało to niefortunnie, bo przylegałem du.pą do jego krocza. Lecz kiedy poczułem jego palce na biodrze, zerwałem się i walnąłem go łokciem w brzuch. Kaszlnął i od razu zabrał paluszki. Resztę drogi przelecieliśmy (HEHE) normalnie. Kiedy dotarliśmy na dziedziniec, wręcz go zrzuciłem i sam zszedłem z miotły. Zacząłem iść do dormitorium.
- Jonasz?- usłyszałem z tyłu zaakcentowany głos tego, którego przewoziłem.
- Co?- chłopak mnie dogonił i stanął po mojej lewej stronie. Szybko go okrążyłem i teraz szedł po mojej prawej.
- Czemu... zaraz... lewa... czy ty nie słyszysz na lewe ucho?
- Bystry jesteś- uśmiechnąłem się- a myślałem, że słyniesz tylko z ładnej buźki- dotarliśmy przed drzwi z kołatką w kształcie orła. Nienawidzę tej zagadki...

(Ładna buźko?)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Amira

-  Biorąc pod uwagę, że jesteśmy we Francji... - mruknąłem beznamiętnie.
Zmierzyłem chłopaka znudzonym wzrokiem. Najwyraźniej mnie znał - cóż, nie dziwota. W końcu to... ja. Ja jednak go nie znałem. Nie powiem, żeby mi zależało, ale należało to jednak podkreślić jako niezbity dowód nieśmiertelnej sławy mojej oraz Martinesa w tej szkole.
- Anglik? - spytałem od niechcenia. Właściwie nie mam pojęcia czemu. Nie chciało mi się gadać z tym chłoptasiem.
- Co cię to obchodzi? - Spojrzał na mnie spod byka. Biedny, mały Orlaczek.
- Właściwie to masz rację. Nic, a nic mnie to nie obchodzi. - Przyznałem i wyminąłem go, zbierając się do odejścia. Za plecami usłyszałem głos:
- Po części. Jestem w iluśtam procentach Brytyjczykiem.
Zwolniłem kroku. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ta siła perswazji. Och, ach - ja zajebisty. Szybko jednak ponownie przyspieszyłem.
- To do zobaczenia na lekcji, BRYTYJCZYKU - rzuciłem, nie odwracając się za siebie.
Po chwili znalazłem się już pod salą do zaklęć. Rzeczywiście stało tutaj od groma i jeszcze trochę trzecioklasistów. Dziwne praktyki panują w tej szkole, powiadam. Zauważyłem grupkę przyjaciół gawędzących wesoło w kółeczku wzajemnej adoracji czy coś. Szczęśliwym trafem Elliezabeth była tyłem do mnie. Pokazałem na migi stojącemu naprzeciw mnie Percy'emu, by nie zdradził mej obecności. Cichcem podkradłem się do różowowłosej i zasłoniłem jej oczy.
- Debil? - mruknęła, zdejmując moje dłonie ze swojej twarzy. Obróciła się na pięcie. - A nie, to tylko ty.
- Czyli bardzo trafnie to odgadłaś - zaśmiał się David.
- Niee... On jest poziom niżej niż "debil" - sprostowała.
- Nie powinieneś być teraz ze swoją Leslie, cmok-cmok? - zapytałem rozeźlony.
- O, fakt, masz rację! Już do niej biegnę! Ale nie, czekaj... Ani mi się śni!
- A co się stało? - zapytała Ell z zaciekawieniem.
- Nic. Uroki Brooksów - warknął.
- Chcesz w zęby?! - Efektownie podciągnąłem rękawy koszuli.
- Och, nie! Nie, Adam, proszę! Nie bij mnie! - Blondyn momentalnie się skulił. Zrobił minę udręczonej ofiary. Wyprostowałem się w osłupieniu. Parę sekund później objawiło mi się wytłumaczenie jego perfekcyjnej gry aktorskiej.
- Brooks! Proszę natychmiast przestać! Zostaniesz u mnie na chwilę po lekcji. A teraz proszę, wchodzimy do klasy. - Za sobą usłyszałem głos ukochanej profesor De Maupssant.
- Dzięki, frajerze - syknąłem do Dave'a, kiedy mijałem go w drzwiach.
- Nie ma za co, kochanie - odpowiedział słodkim głosem i posłał mi buziaczka. Wzdrygnąłem się i pobieżyłem na tyły, gdzie błyskawicznie zająłem wolne miejsce obok Ellie.
- O nie, o nie, o nie. Ja cię tu nie chcę! - W bardzo brutalny sposób zaczęła wypychać mnie z ławki.
- Tak? Niby dlaczego?
- Znowu mi się przez ciebie oberwie!
- Panno Heap, proszę o spokój! Panie Brooks, niech pan zajmie już miejsce! Dziś gościmy uczniów z klasy niższej, jest małe zamieszanie, więc proszę o współpracę - odezwała się nauczycielka, spoglądając na nas groźnie. Od pierwszej lekcji po rozpoczęciu roku zauważała tylko nas, nie ważne, jak bardzo nieznośna byłaby reszta klasy.
- No, już ci się oberwało! To mogę?
Dziewczyna machnęła na mnie ręką i, udając pełne skupienie, zaczęła zapisywać temat na skrawku pergaminu. Wzruszyłem ramionami i rozłożyłem się jak szef. Nie miałem dziś ochoty na pisanie. Teoria w zaklęciach jest przecież zbędna.
Gdy rozbrzmiał dzwonek, przypomniałem sobie o powinności pozostania u Maupssant i wysłuchania wykładu na temat nieznęcania się nad słabszymi (On słabszy, ta? Dobre sobie.), może połączonego z jakimś nie do końca przyjemnym szlabanem - po sprzątaniu jej zbierającej kurz biblioteczki jeszcze po dziś dzień czuję, że w nosie kręci mnie kurz. Jako że niezbyt było mi to na rękę, chwyciłem torbę i kilkoma susami pokonałem drogę do drzwi. Życie to nie bajka i niezbyt często jest szczęśliwe, wobec czego oczywiście zderzyłem się z kimś, będąc już prawie na wolności. Zakląłem niepokornie, obdarzając spojrzeniem tego nieroztropnego osobnika, dla którego ten dzień również nie miał być taki miły.
- Matko, znowu ty?! - krzyknąłem, widząc twarz uroczego Brytyjczyka. Wypchnąłem go za drzwi prawie już opustoszałej sali i zasłoniłem usta, nim zdradził moją obecność rozglądającej się nauczycielce.

Ar? To nie były dwa lata xD
Krótkie, krótkie, krótkieee ;(

Bellefeuille: Od Amir'a do Jonasza

-A teraz napnij się nieco i użyj przepony!-powtórzyła Gawryłowa klepiąc brzuch jednej z uczennic naszego domu. Po chwili z gardła dziewczyny wydobył się krzywy dźwięk, jakby kogoś zaklinali, ale mimo to większość wpatrywała się w nią z uwielbieniem. Zatkałem uszy tak, by nikt tego nie zauważył. Jak można mówić ludziom, żeby niszczyli swoje gardło i czyjeś wrażliwe punkty jak ucho?-Bardziej na e..
Lekcja trwała, każdy po kolei prezentował ile nauczył się przeciągu ostatnich tygodni, doszło do mnie i złapałem się pierwszej lepszej rzeczy na myśli, kłamiąc, że boli mnie gardło. Oczywiście jeden czy dwóch osobników chciało zaprzeczyć [bo dzisiaj rano zauważając na boisku drużynę quidditcha darłem ryja jak szalony]. Upiekło mi się, ale następnym razem tak łatwo nie pójdzie.
Wyszliśmy z sali wraz z zakończeniem wykładu na temat dobrej opieki nad swoim gardłem. Teraz zaczynała się przerwa obiadowa ale, że rano zjadłem dużo budyniu dalej czułem go w przełyku i nie miałem zamiaru dalej się zapychać. Chociaż, fajnie byłoby pogadać z Sumką..
-Ej, Ar!-jakiś chłopak zawołał mnie po imieniu i podbiegł. Od razu wiedziałem, że jest młodszy o rok, na jego szacie widniał znaczek drugiego roku.
-Znamy się?-mruknąłem dosyć przyjemnie jak na siebie. Podrapał się po tyle głowy jakby dobierając słowa, w międzyczasie wznowiłem podróż.
-Tak, to znaczy nie, ja cię znam.-podniosłem brew nie zwalniając. Doszliśmy do wielkich drzwi, przeszliśmy przez nie wkraczając do środka.-Mieliśmy raz razem lekcje rok temu, siedzieliśmy razem.
Błękitne oczy przyjaciółki zwróciły się ku mnie, a usta przybrały lekki uśmiech. Odwzajemniłem się tym samym i zwalniając kroczyłem ku jej stołu. Nagle młodszy złapał mnie za rękaw zatrzymując.
-Czego?-teraz nie brzmiałem tak miło.
-Moi znajomi mówią, że chcą byś z nami ćwiczył.-odważnie napiął pierś.-Lubisz Quidditcha, a my dobrze gramy.
-To wszystko?-coś we mnie drgnęło, uwielbiam ten sport. I to może być w miarę dobra okazja do poćwiczenia i nauczenia się siedzenia na miotle..
-Chodź z nami na błonia, tam wszyscy czekają.-puścił moją szatą i odbiegł podekscytowany. Wreszcie dotarłem do niej, szczypiąc ją w szyję. Najbliżsi osobnicy również się ze mną przywitali, bo jak to na mnie przystoi, roztaczam aurę przyjaźni i chęci rozmowy.

~

Ciekawość zwyciężyła i po paru minutach pobiegłem na błonia. Zmieniłem się w kota, bo w ten sposób mniej się męczyłem szukając ich.
Nareszcie! Niektórzy dawno siedzieli na lewitujących miotłach, a inni stali i rozmawiali pokazując sobie kartki. Podszedłem do nich [wcześniej wracając do ludzkiej formy].
-Przyszedłeś.-powiedział ten sam chłopak. Nagłe poruszenie mile połechtało me ego. Zaczęli się przedstawiać i mówić o sobie parę rzeczy, aż doszło do niebiesko-włosego, niskiego chłopaczka którego oczy były takie same jak Sumki. Pomyślałem sobie, że już mnie zaciekawił, kiedy pierwsze zdanie wydobyło się z jego gardła.
-Siemka, jestem Jonasz, ale mów mi Suseł, bardziej do mnie pasuje.-chwilę trwałem w osłupieniu, by nagle wybuchnąć śmiechem do łez. Okej, mój akcent mnie dobija, jest okropny w połączeniu z angielskim językiem, ale to?-Czego się..
-Twój głos!-dalej rżałem jak po*ebany, chyba nieco go tym irytując. Opanowałem się, wytarłem oczy i poklepałem go po ramieniu. Stanąłem w środku ,,kółka zainteresowania" chcąc też się przedstawić.-Witam, jestem Amir, dla znajomych Ar. Jak wiecie jestem na trzecim roku. Nie muszę za dużo o sobie mówić, bo większość z was wie o mnie podstawy, w końcu jestem tak popularny.~
Każdy z nich zaśmiał się w reakcji na koniec mojej wypowiedzi, czego oczekiwałem.

<ohohoh Suseł>

Uczeń Domu Bellefeuille: Jonasz Milar

Jonasz Milar


Imię:  Jonasz
Pseudonim/Ksywka: Suseł
Nazwisko: Milar
Krew: Mugolak 
Rok: Drugi
Data Urodzenia: 28 kwietnia
Dom:  Bellefeuille
Drużyna Quidditch'a: 
Dziewczyna/Chłopak: Amir Tuasion
Rodzina:  Mama- Maria, Ojciec- Ray


Sowa: Dezy, Płomykówka

Towarzysz: --

Różdżka:  
Orzech włoski
12 i ćwierć cala
Szpon Hipogryfa
Idealna dla tego tego odkrywającego jeszcze swoje umiejętności chłopaka.
Ciekawostki:
~ Bogin - Zakapturzony nieznajomy z kosą (Śmierć)
~ Patronus -   Rajski Ptak
~ Genetyka - -
~Zdolności -  -
~ Inne - 
- Mimo swojego wieku jest uzależniony od seksu.
- Kocha czekoladę.
- Non-stop śpi, od tego powstała jego ksywka, Suseł
- Nie słyszy na lewe ucho.
- Bardzo często zmienia kolor włosów.

Ulubiony Przedmiot: Ochrona przed czarną magią, wróżbiarstwo.
Znienawidzony Przedmiot:  Zielarstwo.
*~ Stajnia - -
Właściciel - Sweet Horse


Zainteresowania: 
- Spanie się liczy?
- A jedzenie czekolady?
- Śpiewa *.*
- Umie grać na skrzypcach

Aparycja: Jonasz to niski (168cm) chłopak, niezwykle chudy (55kg) i nie ma u niego 
ani grama mięśni. Wąskie ramiona, pociągła, kobieca twarz u rzucające się w oczy 
włosy, których kolor zmienia bardzo często. Ma długie palce i duże stopy (rozmiar 41 ;-; ). 
Jeśli chodzi o jego sposób poruszania się, stawia krótkie, sprężyste kroki, gdy biegnie 
wygląda jak sarna. Ma pełno kolczyków i tatuaży. Ubiera się albo rockowo, glany te sprawy,
albo na luzie (spodnie w których wyglądasz jakbyś się zesrał *.*)

Charakter: Jonasz jest niezwykle przyjacielski i miły. Wesoły, uwielbia się śmiać 
i rozśmieszać, aura radości bije od niego na kilometr. Uparty, nie zna słowa "porażka". 
Zawsze stawia na swoim. Narwany, zwariowany i porządnie kopnięty. Potworny optymista. 
Po prostu wesolutki, milutki chłopczyk. Wrażliwy, bardzo. Empatyczny, nie umie 
patrzyć na nieszczęścia, które spotykają innych. Jak na swój wiek i "rozbrajający" 
charakterek jest bardzo inteligenty i bystry. Nie lubi napuszonych osób, czy takich 
zgorzkniałych, które nigdy się nie śmieją, są oschłe i chamskie. Sam czasem arogancki
i egoistyczny. Jest niezwykle leniwy, najchętniej spałby cały dzień. 


Historia: Urodzony w Polsce, w rodzinie "mugolskiej". Wychowany przez stanowczego,
aczkolwiek wrażliwego ojca i matkę z anielską cierpliwością. W wieku około 
dwunastu lat zorientował się, że jest z nim coś nie tak, wiedział, że jest inny. Rodzice po 
kilku latach dowiedzieli się, że jest czarodziejem zaakceptowali to i jak najszybciej 
wysłali go do tej szkoły.

Bellefeuille: Od Amir'a do Casper'a

Opadłem bezradnie na ławkę w korytarzu. Powinienem być teraz na lekcji, ale ktoś dał mi karteczkę, że chce się spotkać w tym miejscu, a gdy przyszedłem znalazłem drugą z napisem ,,Frajer". Na prawdę, nudzi im się, albo tak mocno mnie nienawidzą, choć nawet nie wiem kto. Wszyscy których znam czerpią przyjemność z towarzyszenia mi. Jakiś zazdrosny chłopak?
Przymknąłem oczy wzdychając. Za nic nie wróciłbym się gdy drzwi klasy zostały zamknięte, zbyt duże ryzyko na niechybną śmierć poprzez katusze u nauczyciela. Toteż zagłębiłem się nieco w świat drzemki, uchem nasłuchując czy przypadkiem jakiś randomowy człowiek postanowił przejść się akurat tym przejściem. Minuta, dwie, nawet udało mi się odlecieć myślami, lecz wtem odgłos tupania przedarł się przez powietrze i odbił echem. Widocznie ktoś biegł i to dosyć szybko, bo zbliżał się z niemożliwie szybkim tempem. Spanikowany takim obrotem spraw zmieniłem się w kota i usiadłem koło ławki, zaglądając zza rogu. Sekundy; blond włosy chłopak, widocznie zasapany zwolnił i oparł dłoń o kolano, drugą trzymając książkę. Wyszedłem na przód, chcąc go po prostu wyminąć, ale wyprostował się i uśmiechnął pod nosem.
-Kici kici..-rzucił. Nastroszyłem się, nie jestem jakimś zwykłym tępym kotem, żeby tak do mnie mówić. Ciesz się, że jeszcze się nie wkurzyłem i z grzeczności podejdę, ale to tylko z grzeczności, nie po to, byś mnie podrapał.-No choć, kici..
Potruchtałem pod jego nogi. Podniósł mnie na ręce, czego dosyć nie trawię i poruszył mną w prawo i lewo, a po tym położył na klatce piersiowej i pogłaskał. Rozejrzałem się za książką, wsadził ją za pasek spodni. No cóż, była mała.
Podrapał mnie za uchem (wcale nie zamruczałem), potem po głowie i po pyszczku, aż jedno ze świateł zgasło a on jak poparzony odskoczył w bok puszczając mnie. Upadłem na łapy i zasyczałem głośno, prychając na boki. Mógł chociaż odłożyć normalnie.
-Sorki kotku, ciemno się robi.-w jego głosie wyczułem strach. Boi się ciemności? W tym wieku, pewnie nie wyszedłby ze swojego pokoju, gdyby mógł. Tchórz. Zmieniłem się w człowieka, nie za bardzo interesując się tym, że stoi tam i patrzy na maksa zdziwiony. Wyprostowałem się, poprawiłem rozczochrane włosy a on spalił buraka.-Ty..
-Mogłeś chociaż uprzedzić.-westchnąłem.

< : O >

Uczeń Domu Bellefeuille: Casper Terence

Casper Terence


Imię: Casper
Pseudonim/Ksywka: Cas
Nazwisko:  Terence
Krew: Czysta
Rok: Trzeci
Data Urodzenia: 18 październik
Dom:   Bellefeuille
Drużyna Quidditch'a: 
Dziewczyna/Chłopak:  "Raz pedał to nie w dupę" Ja, aj em bi 8)
Rodzina:  mamusia i tatuś nie żyją, ale byli bardzo dobrzy
kuzynka aka jego kochanka Veronica 



Sowa: Sówcia [oryginalne imię] Płomykówka

Towarzysz: 

Różdżka:  Dziki Bez, Włosy Dendrofa Skrzydlatego, 13 cali, sztywna
Ciekawostki:
~ Bogin - Gasnąca lampa, wokół ciemna poświata symbolizująca strach przed ciemnością
~ Patronus -  Pająk
~ Genetyka - 
~Zdolności -  
~ Inne - 
W związkach boyxboy robi za uke 8)

Ulubiony Przedmiot:  brak
Znienawidzony Przedmiot:  brak
*~ Stajnia - 
Właściciel - animelove


Zainteresowania:  Leżenie w łóżku i spanie

Aparycja: Patrzysz na zdjęcie, wszystko widzisz i tyle powinno wystarczyć.

Charakter: Widzisz Cas'a .. co robisz? Podchodzisz czy czekasz, aż on podejdzie? 
Jeśli masz zamiar czekać, to poczekasz sobie ze sto lat. Z pozoru nieśmiały, ale gdy
go lepiej poznasz będziesz mógł z nim odwalać wszelkie rzeczy jakie ci same wpadną 
do głowy. Nie może usiedzieć chłopaczek w miejscu, więc raz jest tu i raz tam. 
Trochę roztrzepany, zapamiętuje tylko to co zechce. Jest bardzo i to bardzo kochaniutki, 
jak pies normalnie. Każesz mu czekać to ten będzie czekał, ale będzie się kręcił 
w miejscu bo się zanudzi na śmierć. Niby taki nie rozgarnięty, wesoły zawsze. 
Czerpie wiedzę ze wszystkich źródeł, jeśli chce wypowiedzieć się na jakiś temat, 
a jego wypowiedź różni się od innych od zawsze pozostanie przy swojej.
Taki kochany jest.

Historia:  Urodził się, przez rok mieszkał ze swoimi rodzicami, ale oni umarli i jego 
prawnym opiekunem była ciotka. Gdy wstąpił w szkolny wiek zaczął uczęszczać do 
Akademi Magii, jednak miał z tego powodu wielki bul dupki, bo był zakochany 
w swojej kuzynce i zostali rozdzieleni. Ale może kogoś fajnego spotka w Akademii?

Bellefeuille: Od Amir'a cd Cisy

Podskoczyłem jak piłeczka odbita pałą i odwróciłem się z miną godną polityka
głodzonego przez żonę masochistkę.

Zabrałem z jej ręki kleksa, który miał być prawdopodobnie maską przedstawiającą
Obamę-angielskiego mugola za którym przepadają rzesze fanek i fanów wieku dorastania płciowego.
-Cześć.. nie ładnie tak jędzo.-rzuciłem w nią szyszką, na co zareagowała skrzywieniem
kościa policzkowego lewego.-Miałaś być w dormitorium przed dwudziestą trzecią.
-A która jest?-spojrzała na moją rękę z zegarkiem. Pokazałem jej go, bo sam wiedziałem
 już jaka jest godzina. Dobre dwadzieścia po drugiej.-Ups..
-Nie ups, tylko wracamy.-mruknąłem. Że to na mnie przypada martwienie się czy ten
kobiecy kawałek magicznego człowieka przeżyje następny dzień, czy też wyrzucą go
na zbity pysk za chodzenie po nocy.
-No alee..~
-Ale to w przedszkolu zwałem.-przerwałem, szczerząc się i ciągnąc ją za rękę ku zamku.
Ciągała nogami ale jakoś szła, niechętnie. Udało jej się wyciągnąć jej jeża Jerzego
z kieszeni i pogłaskać go, wyrywając swoją dłoń.-Pewnie go zgniotłaś.
-Nie.-zaprzeczyła otulając zwierze małym kocyczkiem. Dałem jej jeszcze swoją czapkę
by malucha przykryła.-Ty masz gorzej.
-Nie moja wina, że Lucyfereest* zapomniał wyhodować sierści.

<Sumko?>
*-czy. Lusifere z akcentem na gardłowe ,,r" i ostatnie ,,e" miękko na literę ,,y"

Papillonlisse: Od Cisy do Amir'a [Gapcia]

Obudził mnie chłód i smród. Otworzyłam oczy, starłam ptasią kupkę z policzka i usiadłam. Całą dzisiejszą noc spędziłam w jakimś leśnym rowie. Wstałam szybko na nogi, otrzepałam mokry tyłek, aż poczułam w nim dziwne mrowienie. To był mój Jeż Jerzy, któremu najwyraźniej było zimno. Biedaczek. Obejrzałam się wokół i zobaczyłam w krzakach niedaleko jakieś zdjęcie i miotłę. Fotografia przedstawiała Czarną twarz. Zrobiłam w papierze dwie dziurki na oczy, przylepiłam go do twarzy i zaczęłam biec razem z miotłą przez las, aż do Akademii. W końcu zobaczyłam twarzyczkę mojego najdroższego przyjaciela Gapcia, który stał sobie przy pewnej pięknej sośnie. Wyglądał jakby stał na czatach, wypatrywał czegoś.
Zaszłam go od tylca i wystraszyłam go swoim "BU"


Wtedy zdjęłam moją maskę i przywitałam się z nim jak należy.
- Hej!

<<Gapciu?>>