Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

środa, 22 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Czemu się obraził... zrobiłem coś nie tak? Nagłe całusy i tak dalej? A może kolczyki? Nie wiem, naprawdę, obraził się i znikł... idiota Nico, jak zwykle poszedł i go uderzył, na co zareagowałem wyrzuceniem go z pokoju, wrzaskiem i użyciem krótkiej drętwoty. Wk*rwiony i zrozpaczony padłem na łóżko.
Po długiej i pełnej łez nocy, obudził mnie nietypowy zapach i coś miękkiego, smyrającego mnie po twarzy. Otworzyłem leniwie oczy i zobaczyłem... du.pę jakiegoś kota. Wrzasnąłem i zrzuciłem go z łóżka, na co zareagował przeraźliwym miauknięciem. Zerwał się z podłogi i zasyczał strosząc sierść.
- A kysz, duszo nieczysta!- pisnąłem machając rękami i wycierając twarz. Nim się spostrzegłem, stał przede mną, rozmasowujący ramię, Amir- Co do...- nagle złapał mnie za ramię, a drugą rękę położył na moim kolanie.



- CO TO MA BYĆ?!
- Transmutacja głuptasie.
- To ty... kot... kotek? KOTEK! Ale co ty tu robisz...
- Śpię... to znaczy spałem, póki pewien jegomość nie wywalił mnie z łóżka.
- Zaskoczyłeś mnie... ach i na przyszłość, wsadź se tam tic-tac'i- poklepałem go po tyłku, na co fuknął i wielce obrażony odwrócił się, zakładając ręce na piersi- Oj noo... nie gniewaj się znowu- złapałem go za biodra i jednym, szybkim ruchem pociągnąłem go na materac. Opadł na niego, a ja jak małe dziecko wtuliłem się w jego plecy. Ciepło bijące od niego, przyjemnie mnie rozgrzało, a dobrze zbudowane ciało i jego męska sylwetka, zawsze wzbudzały u mnie poczucie bezpieczeństwa. Krótki całus w linię szczęki, nieco go rozbudził i rozbawił, a po chwili siedziałem objęty przez chłopaka- Czemu się tak obraziłeś... Gapciu?
- Gapciu? A dostałeś zezwolenie na nazywanie mnie tak?
- Nie...
- No właśnie...
- No to... Amorku, czemu?
- Bo nie ma dżemu, powiem ci kiedy indziej... zmiatamy na śniadanie...
- Arrr, zostało jeszcze półtorej godziny...- podniosłem ku niemu łebek. Jego oczy, zasłonięte przez rzęsy, wpatrywały się w moją twarz. Odgarnął moją grzywkę, muskając kciukiem kolczyk.
- Po co tak zbeszcześciłeś swoje ciało?
- Nie są ładne?- złapałem szybko za kolczyk w uchu.
- Lepiej było bez nich...
- Zdejmę je kiedy tylko zechcesz. Tylko żebyś się już nie obrażał.

***

- Powiedz: "aaaaa"- stanowcza dłoń Amir'a chwyciła mój podbródek.
- Ale ja nie chcę- wyjęczałem, ale chłopak nie odpuścił i szeroko otworzył moje usta. Zacisnąłem powieki i poczułem jak na siłę wpycha twardą część w moją buzię. Poruszył raz i pogłaskał mnie po głowie- za dużo- wyszeptałem czując ból gardła. Lekko to wysunął, by po chwili znowu wepchnąć z podwójną siłą.
- No zjedz bananka!
- Ale ja już jadłem!- ugryzłem żółty, twardawy owoc.
- Ładnie, a teraż przeżuwamy- poruszył moją dolną szczęką w górę i w dół.
- Zjadłbym innego banana- wyszeptałem, puszczając mu oczko.

<omnomnom>

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Jego długie, chude palce przejechały po mojej odkrytej skórze, a słodkie usta zlewały się z moimi. Językami tworzyliśmy nieskładany taniec, siłując się kto tutaj prowadzi. Nie myślałem o tym na serio, chciałem jedynie lekkiej bliskości, ale widocznie nie zgadzał się z moją myślą; złapał za krańce koszuli, zsunął ją nagle z moich ramion i puszczając me wargi, dossał się do zagięcia w szyi. Nie przerywałem, to jeszcze nic takiego. W pewnym momencie zaczął majstrować przy moim zamku, więc odsunąłem go na nowo, tym razem mocniej i zarzuciłem na siebie zwisający materiał. Położyłem ręce na jego policzkach, przyglądając się jego oczom. Ten kolczyk w brwi nie do końca mi pasował, jednak zignorowałem ten dodatek i nawilżyłem usta językiem, by powiedzieć.
- Powinieneś już iść. - odwrócił wzrok na dosłownie sekundę. Znów popchał mnie na ścianę i oparł się o mnie czołem. Pogłaskałem go po włosach, lecz to nie zmieniało mego postanowienia, że do jutra nie zamienimy więcej słowa. To dla jego dobra, niech ochłonie i pozbiera myśli.
Plus, wciąż nie mogłem zrozumieć po co przebił tak piękną i delikatną skórę jakimś metalem. Pojmuję mnie, bo nie mam idealnego ciała, tak czy siak ich nie widać, a on.. w brwi? W uchu? Przecież widać na kilometr te błyskotki. Mówi się, że ważne wnętrze i dusza, a nie wygląd. Patrząc na niego ta gadka się nie zgadzała. To po prostu mnie irytowało.
Dalej stał, co rusz przecierając jakieś pierwsze lepsze miejsce na moim ciele chyba próbując wrócić do romantycznej atmosfery. Dla mnie ona dawno się skończyła, dla niego również powinna. - Jonasz, wyjdź.
- Co takiego zrobiłem, że jesteś zły? - zapytał kiedy złapałem go za rękę i poprowadziłem do drzwi. Tam oparł się mojej sile, z zawziętością trzymając się mej koszuli. Strzepnąłem go, otworzyłem wrota i wypchałem go, zamykając je. Ta cała złość pojawiła się nagle, nie wiedziałem nawet, że potrafię tak chamsko się zachować, ale.. Kto by nie zrobił czegoś takiego po ujrzeniu zniszczeń na.. ah, szkoda się rozpisywać. Mleczna biała, teraz zdobiona metalem skóra. Nie, nie chcę tego widzieć. Co do zachowania, to też to mi się nie podoba. Chciałem dać mu szansę na miłość, nie na sam sek*, którego przecież wcześniej tak bardzo się wzbraniał gdy miało dojść do czynu.
Przez resztę dnia [i wieczora] siedziałem u siebie czytając. Kiedy ktoś zapukał, zignorowałem to i tylko Casper który siedział na łóżku ruszył się i otworzył, od razu będąc popchanym. Przyszedł Nicklase, z wnerwioną postawą i ściętą miną. Zgadnijcie jak to się skończyło. Dostałem w twarz z pięści i gdyby nie blondyn oraz jego różdżka pewnie dostałbym również gdzie indziej. Aż tak bardzo go broni, że ryzykuje dwóch na jednego..

~

- Amir.. - usłyszałem gdzieś z końca korytarza. Odwróciłem się, lecz nie był to odpowiedni krok. Niebiesko-włosa czupryna przebiegła między paroma osobami, niczym prawdziwy ninja, używając palców by przyśpieszyć. Znieruchomiałem, nie wiedząc, czy uciekać, czy stać i przyglądać się. Chłopak podbiegł do mnie i się przytulił, co chwile drgając w akcie rozżalenia. Zgadywałem, że brakowało mu mojej osoby przez te parę dni w których omijałem go jak ognia. Po części bo dalej miałem siniaka stworzonego przez jego maczo-obrońce, a po części dla tego, że widząc jego sylwetkę czułem ciepło w podbrzuszu mówiące: na co czekasz, bierz go. Nie chcę go skrzywdzić.
Uniósł podbródek z tą psią minką, która zawsze mnie dobijała. Kiedy chciał, potrafił być seksowny, urzekający, umiał zrobić z siebie ofiarę która wzbudza współczucie.. prawdziwy aktor. Ale nie, ja już podjąłem decyzję. Odsunąłem go i wznowiłem drogę, co pewnie też zraniło jego niepewne serduszko.
Dopiero w nocy odważyłem się do niego przyjść. Nie, nie mam na myśli formy ludzkiej, wkradłem się do środka jako kot i położyłem się na jego poduszce obok głowy, łapą obejmując jego szyję. Nie mogłem długo się gniewać, po prostu nie potrafię. Ta nić łącząca nas dwóch jest zbyt gruba, żeby z byle błahostki poświęcać wszystko.
Ale i tak mam mu za złe za te kolczyki.

< myhmyhmyh.. >

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

- Są cudne...- wymruczałem.
Zadziwił mnie tymi tatuażami. Przejechałem palcem po zaczerwienionym jeszcze misiu.
- Czemu skrzydła?
- Bo jestem wolny...
- A miś?
- A miś... a miś bo silny- odwrócił głowę, a ja pokiwałem łebkiem. Naprawdę podobały mi się oba, ale nic nie przebije kolczyka w języku, nawet kolczyk w pępuszku. Złapałem go za podbródek i otworzyłem szeroko jego usta, po czym chwyciłem wilgotny jęzor i wyciągnąłem na całą długość. Jęknął coś i próbował się wyrwać, a ja dokładnie oglądnąłem jego języczek.
- No proszę, jak ładnie...- puściłem go, a on wytarł język w najbliższy ręcznik.
- Co ty żarłeś?
- Ummm... nie chcesz wiedzieć...
- JONASZ NO NIE MÓW, ŻE TY...
- Tak, tak, jadłem cebulę... no ale przegrałem zakład- wyszeptałem. Jego mina? Bezcenna.
- To. Nie. Smakuje. Jak. CEBULA!
- No dobra, dobra... dokładnie piłem, ale nie chcesz wiedzieć co...
- JONASZ K*RWA, CZY TY ROBIŁEŚ TO O CZYM JA MYŚLĘ?- wykrzywił się i zawył. Połączyłem wątki i dotarło do mnie co on sobie wyobraził.
- Nie! Miałem lekcje eliksirów, a to...- liznąłem swoją rękę, na co chłopak zasłonił usta dłonią- A to tojad... pomieszany z twoją śliną.
- I TY TO JESZCZE ZLIZUJESZ?!
- No... twoja ślina... nawet smaczna.
- SMACZNA? CZŁOWIEKU CO TY PIEPRZYSZ?
- Nie pieprzę, tylko solę, nie lubię pieprzu...
- Jonasz... czy ty się dobrze czujesz?
- Wyśmienicie- podszedłem bliżej i stanąłem na palcach. Cmoknąłem go delikatnie i czym prędzej czmychnąłem. Szedłem dzisiaj z Nico na lody.
- Jonasz?! Gdzie idziesz?!
- Na lody!
Planowałem później zrobić sobie kolczyk w uchu i brwi. Nie będę gorszy od tego Francuzo-Brytyjczyka!

***

Wracałem dumnie wyprostowany do dormitorium. Prawa brew bolała, ucho już nie. U Amir'a to się tak nie rzucało w oczy, w końcu on miał tylko w jęzorku i pępuszku. Ledwo wszedłem do salonu Orlaków, poczułem cieplutkie palce na nadgarstku, które należały do Amir'a. Zaciągnął mnie do swojego dormitorium.
- On jest przerażający...
- Kto?
- No Nicklase... przyszedł i non-stop się na mnie gapił. To trochę straszne...
- On taki już jest...
Chłopak patrzył na mnie z uśmiechem na tej piegowatej mordce. Aż zrobiło mi się ciepło na serduchu. Odgarnąłem grzywkę za ucho, zapominając zupełnie o kolczykach. Przez chwilę się jeszcze uśmiechał i nagle jego mina z wyszczerzonej od ucha do ucha, zmieniła się w minę mówiącą: "Co ty k*rwa zrobiłeś?". Złapał moją małżowinę w dwa palce i bardzo dokładnie ją oglądnął, po czym to samo zrobił z brwią.
- Zgapiacz...- wyburczał. Z uśmieszkiem flirciarza pchnąłem go w stronę ściany, na którą wpadł z hukiem. Ruszyłem ku niemu kręcąc biodrami i zagryzając zmysłowo wargę. Zacząłem rozpinać jego, nieco przyciasną, koszulę. Wyjąłem z buta różdżkę i machnąłem nią niedbale w stronę drzwi, które szczękiem oznajmiły, że zostały szczelnie zamknięte. Kiedy dokończyłem rozpinać guziczki przy jego mundurku, delikatnie ją rozchyliłem i przylgnąłem wargami do złącza skrzydeł, błądząc swoimi kościstymi, długimi paluchami po jego brzusiu. Oczywiście moje niesforne łapki, wsunęły się pod jego spodnie. Mocna dłoń chłopaka odsunęła mnie stanowczo, aczkolwiek delikatnie- Co ty robisz?
- Miziam cię- stanąłem na paluszkach i padłem na niego dając mu namiętnego i soczystego całusa. Obkręciłem kilkakrotnie jego kolczyk swoim językiem, a on chwycił mnie mocno za ramię- Chcę cię... tu... teraz...
- Jeśli mnie złapiesz... no dalej, złap mnie w te swoje "uwodzicielskie szpony" z których nie będzie odwrotu...
- Jeśli potrafię, to zrobię to z wielką chęcią- zacisnąłem palce na jego biodrze, a z jego pełnych, przyklejonych teraz do moich, ust wyrwał się cichy jęk pomieszany z przyjemnym pomrukiem.

<#Załamanie_nerwowe #strata_zwierzora #zarwana_noc #opo_bez_sensu #omnomnomnom>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

- Dyrektor! - wydarłem się zrzucając go na podłogę. Tak na prawdę nikt nie szedł, ale nie chciałem mieć odcisków po jego nogach na brzuchu, tym bardziej, że idę zrobić sobie nowe tatuaże. Nie, nie wyjdę ze szkoły; jest tu ponad trzech starszaków którzy mają przyrządy i dobrze radzą sobie z takimi rzeczami, zaufam jednemu z nich z którym się dogadałem przy stole. Okazało się, że umie również przekłuwać różne części ciała, w tym język. Może skuszę się, może nie, ale dwa tatuaże które sobie zaplanowałem zrobię na pewno. Mianowicie niedźwiedź przechodzący po moim lewym boku i duże, bardzo duże skrzydła na klacie do ramion. Czemu?
a) Niedźwiedź - na cześć Jonasza, on również jest takim małym wku*wiającym misiem który będzie na moim ciele do końca życia, chyba, że go jakoś zmażę.
b) Skrzydła - chcę pokazać, że potrafię być wolny. No i to tak chyba wszystko, jeśli chodzi o tłumaczenie ich znaczeń, pora na zdobywanie chole*nej wiedzy w nudnych godzinach nauki. Ale najpierw odprowadzę tego marudę..

~

Nadszedł ten czas. Umyłem się, wypachniłem żeby nie było iż idę śmierdzący, ubrałem coś lekkiego i wymsknąłem się jak najszybciej by nie spotkać Susła, który zapytałby gdzie idę. Dotarłem w umówione miejsce, czyli w komnatę życzeń, gdzie już czekał ten owy, czarnoskóry mężczyzna. Kazał mi usiąść i zaczął zabawiać jakimiś gadkami, bym się wyluzował, ale praktycznie nie musiał. Naniósł szkice i wyciągnął maszynkę. Samo tatuowanie nie było bolesne, dopóki nie doszedł do wrażliwej szyi. Zagryzłem wargę i wytrzymałem. Zakleił miejsca watą wcześniej spryskując dziwnym sprejem. Uśmiechnąłem się wdzięcznie i już miałem dać mu zapłatę, kiedy wyciągnął drugie narzędzia, o wiele mniejsze i wystawił język, wskazując go palcem.
- Nie pękaj, będzie ci pasował. - wyszczerzył się. Niestety bardzo szybko poddałem się jego prośbom. Znieczulił mnie, kazał wystawić język, zrobił kropeczkę i.. ciach. Nie było przyjemnie, źle też nie było. Wyjął jakąś rurkę i zastąpił ją kolczykiem.
Wróciłem do dormitorium z lekkim skrzywieniem, ponieważ ranki piekły, a język lekko spuchł. Po ciemku ruszyłem do pokoju, gdy nagle ktoś wskoczył na moje plecy i nogami tak mocno ścisnął brzuch, że zawyłem i upadłem na kolana, drgając i ściskając oczy. Osoba, zdziwiona, zapaliła świece dookoła różdżką i pomogła mi wstać.
- Jonasz, ku*wa.. - zasyczałem. Podrapał się po nadgarstku wpatrując pytająco. Miałem pokazać je dopiero za parę dni, ale przy nim to nic się nie da zrobić z opóźnieniem, bo on musi odkrywać niczym bachor. Uniosłem koszulkę, wprawiając go w stan niedowierzania, a potem wypchałem język z buzi.
- Woah. - skomentował, usiadł obok mnie i zerknął pod bandaż. Strzepnąłem jego dłonie i przełknąłem kolejną falę śliny. Kupkowaty ślinotok.

~

Ściągnąłem białe, choć teraz już nieco zabrudzone opatrunki i ściągnąłem górę oglądając się w lustrze. Okropnie podobały mi się te tatuaże i normalnie wcześniej czułem tam pustkę. Przekręciłem się, dotknąłem lewego niedźwiedzia i w tym momencie usłyszałem pukanie. Pozwoliłem wejść. Niebiesko-włosy wleciał do środka, zatrzymał się i zagwizdał, podchodząc bardzo, bardzo blisko. Palcem przejechał po skrzydle oglądając go z zaciekawieniem.
- Podoba ci się? - zapytałem podnosząc brew z głupim uśmieszkiem. Mruknął coś i teraz oglądał misia, którego miał ukazywać, przynajmniej w moich oczach. Boże, jakie on miał teraz zimne paluchy..

< x P omnomnom >

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Pomogłem Amir'owi wstać i usiąść na moim łóżku. Jak Nico śmiał go uderzyć! Jego policzek był szkarłatny, trzymał go kurczowo. Westchnąłem ciężko.
- Przepraszam za niego, jest takim zazdrośnikiem... no i trochę zbyt opiekuńczy, no ale cóż poradzisz, taki Nico... będę go pilnował- wyszeptałem ciężko. Po chwili objąłem go i dałem mu całusa, nie wyrywał się.



- Ja wiem, że ku-ku boli, ale będzie dobzie... mój mały Amirek... nie pozwolę, żeby Nico cię skrzywdził...
- A idź ty! Nie mam czterech lat!- od razu się rozpogodził i roześmiał. Dałem mu jeszcze trochę całusów w czerwony jak róże polik.
- Lepiej, mój mały, biedny, pokrzywdzony misiaczku?
- Ta...- burknął i założył ręce na piersi. Przytuliłem swój policzek do jego i zamruczałem jak kotek- Oglądamy ten film?
- Okay- sięgnąłem pod łóżko i wyjąłem stamtąd laptop kolegi- To na co masz ochotę?
- Horror?- uśmiechnął się. Dostałem paraliżu i przełknąłem głośno ślinę- To jak?
- Ddobrze...- wyszeptałem.
- Obecność? A może Anabelle?
- Może Obecność- udałem, że się nie boję... NIENAWIDZĘ horrorów... zaczęliśmy oglądać. Przez pierwsze "straszniejsze" jak dla mnie sceny, czułem się niekomfortowo, ale wytrzymywałem. W środku spanikowałem i jak małe dziecko zapiszczałem przestraszony, po czym schowałem głowę pod pachę starszego chłopaka. Zaczął się śmiać i wyłączył film.
- Boimy się szkrabie?- pogłaskał mnie po głowie śmiejąc się non-stop. Pokiwałem łebkiem i mocniej wcisnąłem się pod jego rękę- Strachliwa ciamajda...- fuknął, a ja zaskamlałem. Po chwili wdrapałem się na jego kolana i przylgnąłem do niego swoim chudym ciałkiem. Poczułem dłoń na plecach, a drugą na udzie.
- Nigdy więcej horrorów...
- Czemu?
- Sam wiesz czemu... nienawidzę horrorów...
- To mam już na ciebie haka, gdy czegoś zechcę.
- Amir, nie, proszę...
- A tak, będę cię szantażował Smerfie.
- Aruś!
- Co?
- Aruś! Mój Aruś nie będzie mnie szantażował, bo się obrażę!- odsunąłem się i założyłem łapki na piersi. Uśmiech na twarzy chłopaka był dla mnie jak miód dla serca. Od razu poczułem przyjemne ciepełko i dreszczyk. Jego śnieżnobiałe ząbki. Piegi, które dodawały mu uroku i piękne oczy. Pociągła twarz, wyglądała teraz dojrzalej niż kiedyś, a wydatne usta i kości policzkowe jak zwykle kusiły. Odpłaciłem mu się tym samym, po czym rozłożyłem rączki- Tuli- złożyłem usta w dzióbek, a Amir pokręcił głową i utulił mnie. Przewróciłem nas, tak, że oboje leżeliśmy na boku i bardzo szybko usiadłem na nim okrakiem. Przechylił głowę i podniósł wysoko brew w geście zapytania, na co wyszczerzyłem się.
- Co?
- Co mordko? Leżysz pode mną...
- Nie na długo...- nagle przeturlał nas w bok na co chrząknąłem i zrobiłem minę wkurzonego bachora.
- To nie fair...

***

- CZŁOWIEK KOALA!- krzyknąłem skacząc na Amir'a i wieszając się na nim jak wspomniany wcześniej miś na gałęzi.
- Jonasz! Jonasz k*rwa!- przechylił się w tył, ale zaraz złapał równowagę i wrócił do pozycji wyprostowanej.Nogami oplotłem jego udo, a ręce zawiesiłem na jego ramieniu- złaź pasztecie ty!- charknął.
- Nie! Idziemy na korytarz, wio!- podciągnąłem się i oplotłem go nogami w pasie (nie dotykając w tym czasie ziemi!).
- Jonasz!
- Do boju! Pokaż że jesteś facet, bo powiem wszystkim, że nosisz gacie w kaczuszki!
- Skąd...
- A przegrzebałem ci szafkę...
- Ty gnojku! Złaź!
- NIE! POWIEM O GACIACH W KACZUSZKI I SKARPETKACH W WOZY STRAŻACKIE!
- TY! NIE POWIEM JAKI!- ryknął. Po chwili dodał zrezygnowany:
- Dobra... idziemy na korytarz...
Przeczuwałem, że ma niecne zamiary. Nie myliłem się. Wyszliśmy z dormitorium, a on wtedy krzyknął na cały głos...

<Co krzyknąłeś? omnomnomnom>

niedziela, 19 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Avalone -c.d. Daniela

Chłopcy zaczęli się chichrać nie wiadomo z jakiego powodu. Założyłam ręce na piersiach i westchnęłam. Ja chyba nigdy ich nie ogarnę podobnie jak oni nas(kobiet). Spojrzałam to na Dan'a to na jego przyjaciela
- Jeśli już przestaliście się chichrać dziewczątka. To skądś się mi obiło o uszy że twój koleżka ma problemy sercowe -powiedziałam, a Vako spiorunował Daniela tak jakby to on mi to zdradził.
- A co Amy? Masz dla niego jakiś okaz? Chodź przykro mi to mówić ale on już ma jedną na oku -powiedział i spojrzał na przyjaciela który bezgłośnie mówił "Nie słuchaj go. Nie brał dziś leków".
- Ma jedną na oku a ta ma go wysoko w poważaniu?-uniosłam brew a koleżka przytaknął -Cóż i z takimi przypadkami się spotkałam. Mam tylko nadzieję że nie zachował się bądź ty go nie naprowadziłeś żeby zachowywał się jak ci piękni i młodzi z melodramatów i nie chciał wzbudzić w niej zazdrości...
Chłopcy nie odpowiedzieli. Podłamałam się i straciłam wiarę w chłopców. Chwyciłam jednego i drugiego za ucho i zaczęłam ciągnąć na dziedziniec by tam posadzić ich na ławce i zaserwować im wykład o tym jacy to są głupi i że takim sposobem to poderwie jedynie hipopotama.Oraz narzekałam im że to tak nie działa.
- No to pani psycholog -powiedział Vako nadal trzymając się za ucho. -Co proponujesz?
- Na pewno nie powinieneś umawiać się z dziewczynami myśląc tylko o tym że twoja wybranka zauważy cię i będzie ci zazdrościć -powiedziałam i zmroziłam wzrokiem Dana który zaczął mnie przedrzeźniać.-Możesz też dowiedzieć się co nieco zanim się z jakąś umówisz bo może się okazać że to psychopatka i no cóż przywiąże się do stołu po czym zacznie się skórować albo przyjdzie na randkę z siekierą.
- A ja mam pomysł! -powiedział Dan z uśmiechem od ucha do ucha. Coś czułam że to nie skończy się dobrze. -Vako to jest Amy. Amy to jest Vako. Znaczy się... Już was wam przedstawiałem. Co ty na to koleżko abyś się umówił z nią ale tylko po to żaby wzbudzić w niej zazdrość. Znam ją na wylot i wiem że jest ciupkę sadystyczna ale raczej nie wybiegnie z siekierą. Po za tym...
- Czy ty kochany przespałeś cały wykład o tym co przed chwilą ci mówiłam? -warknęłam. -Nie działajmy na zazdrość bo może powiedzieć sobie "Ojej. Jest zajęty więc po co w ogóle się nim interesować". Po za tym... Czy ty chcesz mnie SWOJĄ DZIEWCZYNĘ umówić ze SWOIM KUMPLEM tylko w celu zirytowania pewnej dziewczyny by ta poczuła się zazdrosna? To takie dziecinne!
- A co masz jakąś dla niego na oku? -spojrzał na mnie spod łba. Wiedział że obracam się najczęściej w towarzystwie tych wytapetowanych lalek. -Dziewczyny "Och jaka ja piękna i w ogóle" się nie liczą. Nie dam swojego kumpla na pożarcie tym... TYM... Blondynkom.
- Oj bo niektóre orlaczki mogą się poczuć urażone -prychnęłam. Nie lubiłam jeśli ktoś żył stereotypami.- Ale czy ja mówię że chodzi mi tylko o Luniaczki? Wiesz mi jest tyle dziewcząt które nie są wytapetowane a na pewno się zgodą pójść z tobą nawet i na spacer po błoniach a będą w siódmym niebie.
- Dobra... Dobra. Ogólnie wiesz o którą chodzi? -spytał koleżka. Przytaknęłam.-I naprawdę chcesz nam pomóc?
- Ja i pomoc? -parsknęłam śmiechem. Jestem luniakiem a nie harpiom. -Chcę was tylko naprowadzić nawet jeśli zaraz za to olewanie mnie dostanie każdy was książką po łbie. Po za tym jestem chodź może nie zauważaliście dziewczyną i chyba lepiej wiem jak wam... Ygh... Pomóc. Znaczy się jeśli nie chcecie pomocy to może... Przemycicie mnie do biblioteki? Rozumiecie inaczej złapią mnie te... Jak wy to mówicie? Plastiki. No i może akurat znajdziesz swoją wybrankę serca i NORMALNIE  z nią porozmawiasz?
- Nie znasz sprawy tak jak my-powiedział Dan po czym zerwał się z ławki. -To jak kiedy cię odprowadzić do biblioteki?W tym momencie za godzinkę? Za tydzień? Rok? Poczekam!
- Dlaczego ja nie mogę mieć takiego szczęścia? -spytał podłamany chłopak. Chciałam być naprawdę miła co samą mnie przerażało ale uprzedził mnie Dan.
- Tam na górze siedzi sobie kupidynek i strzela tymi durnymi strzałami najczęściej po pijaku. Dlatego na razie jeszcze twoja druga połówka nie wie -powiedział wyszczerzając się. -Po za tym. Wiesz jak długo musiałem się ubiegać o serce tej zimnej do szpiku kości kobiety?
- Oj bo się czerwienię kochany -machnęłam ręką. -Zasypywać kobietę tyloma ko komplementami. O! Mam coś jeszcze co powinno ci się przydać! Nie używaj tekstów na podryw typu "Gdybyś była kanapką w Mcdonald's nazywałabyś się Mcbeauty" no chyba że ma specyficzne poczucie humoru.Masz małe szanse że uzna iż jesteś uroczy możliwe że stwierdzi że nigdy takiej gadki na podryw nie słyszała albo będzie się z ciebie śmiała ale raczej nie serdecznie. Podobnie błagam tylko nie tekst "Bolało? Jak spadłaś z nieba?" to takie suche i dobijające... Bądź oryginalny... Czy któryś z was mnie w ogóle słucha?
- Oczywiście Amy -przestają bawić się w kółko i krzyżyk które narysowali na ziemi. Może to po prostu nie miało sensu. Chcesz pomóc olewają, a jak już nie masz zamiaru pomóc to przybiegają i błagają o pomoc.
- Proście minie o coś a zobaczycie -prychnęłam i zaczęłam odchodzić ale w powie drogi do krużganków złapał mnie Dan. Zrobił minkę zbitego pieska. -Co chcesz?  Moja cierpliwość się skończyła z zakończeniem waszej zabawy w kółko i krzyżyk. A ja to nie Caritas i wiecznie pomagać nie będę.
- Ale czy ja proszę o pomoc? -uśmiechnął się a jego koleżka nie śpiesząc się doszedł do nas. -Oczywiście skarbie że będziemy brać twoje rady pod uwagę. A tak w ogóle to... Bolało jak spadłaś z nieba?
- Przecież wiesz, że wyszłam z  piekła więc co za pytanie? W niebie nie chcieli takiego aniołka jak ja. -zatrzepotałam rzęsami.
[Dan? A może Vako? ^-^]

Papillonlisse: Od Jane-c.d. Petty'ego

Osoby które znałam tylko z widzenia zaczęły być dla mnie bardzo miłe kiedy usiałam po raz pierwszy od prawie roku przy stole papillonów. Czyżby to była sprawa dyrektorki? Jakaś dziewczyna zaczęła mi nadawać o tym jak niektórzy czarodzieje zabawnie reagują na mugolskie rzeczy takie jak gumowa kaczuszka. Było to miłe z jej strony jednakże czułam się za bardzo nieswojo zwłaszcza że nawet nie pamiętałam jak ma na imię. Mimowolnie spojrzałam na stół harpii przy którym siedział Petty. Serce zabiło mi szybciej jednakże kiedy on uniósł wzrok na mnie szybko odwróciłam się do dziewczyny która zaczęła gadać o mugolskich przesądach.
- Jeden nawet zwalił winę na mojego kota. No bo czarny i przed pójściem do pracy facetowi przeszedł. I wiesz co? Stracił pracę -powiedziała i wzięła kęs grzanki a ciągnący się ser opadł jej na talerz. -Ja nie wychowana. Florencee jestem, a ty Jane. To się już znamy. Opowiedzieć ci o tym jak to mały chłopiec wyrwał mi kiedyś czterolistną koniczynę bo myślał że w ten sposób zda sprawdzian poprawkowy z angielskiego? Logika mugoli. 
-Może kiedyś -uśmiechnęłam się specjalnie po czym znów spojrzałam na stół harpii.Chłopak z kimś rozmawiał. Może nawet mnie nie zauważył?  Zachowywałam się jak tchórz który boi podejść i chodź powiedzieć "Hej". -Ogólnie to coś się zmieniło? Znaczy się... Ktoś doszedł ale nie z pierwszaków?
- Parę osób -przytaknęła Flo i sięgnęła po zapiekankę. -Na przykład ten blondyn. No i  tamta dziewczyna i... No nie pamiętam wszystkich. Oczekujesz od mnie pamięci godnej orlaka.
Nie odpowiedziałam. Wszyscy zaczęli wychodzić z sali by skierować się na zajęcia. Spojrzałam na kartkę którą wyciągnęłam z kieszeni. Teraz mieliśmy mieć historię magii więc poszłam w stronę klasy tyle, że zupełnie inną drogą żeby na niego nie w paść. Wtedy zaczęłyby się te niekomfortowe pytania typu "Dlaczego?". Kiedy weszłam do klasy to prawie wszystkie ławki były zajęte. Usiadłam koło jakiejś orlaczki która studiowała książkę o magicznych stworzeniach. Nie była zbyt rozmowna. Lekcja zaczęła się od tego pewna uczennica doszła do klasy i byłam nią ja. Wsadziłam kosmyki włosów za uszy po czym podeszłam do nauczycielki, a ta zaczęła mnie odpytywać z trzech wojen, 2 magicznych i 1 mugolskiej w której udział mieli czarodzieje czy też magiczne stworzenia i mogłam wybrać dowolną którą omawialiśmy w ciągu tych lat spędzonych w akademii. Nie było źle bo po odpowiedzi dostałam parę kartek z notatkami z ostatnich lekcji żebym nie była w tyle. Wzięłam je po czym wróciłam do ławki spoglądając na chwilę w stronę Petty'ego ale tak by nie zauważył. Orlaczka z którą siedziałam przez całą lekcję zaproponowała mi nawet korki żebym nadrobiła materiał. Była miła, a nie przemądrzała jak te wszystkie orlaki i to było miłe z jej strony. Po lekcji w końcu powiedziałam sobie że podejdę. Co mi szkodzi. No właśnie... A może jednak zaszkodzi. Zobaczyłam go na jednym z korytarzy. Wzięłam głęboki wdech. Już miałam podejść zagadać kiedy... Kiedy nagle koło niego pojawiła się luniaczka, rudowłosa nie za wysoka. Nawet nie zauważyłam, a po policzkach zaczęły mi ściekać łzy. "Weź się w garść Jane. To nie koniec świata. Koniec nadejdzie jak wybuchnie super wulkan albo rąbnie kometa, albo nadlecą kosmici i pozabijają nas laserem śmierci". Spojrzałam na kartkę. Trochę czasu mi pozostało do kolejnej lekcji, a dokładnie do zaklęć. Wyszłam na błonia, a potem pod postacią setera zaczęłam biec i zatrzymałam się dopiero w jakimś zacisznym miejscu nad rzeką. Było tylko słychać jej szum co mnie uspokajało. Można się było tego domyśleć, przecież zostawiłam samego na ponad pół roku. Ale ja przynajmniej miałam coś na wyjaśnienie. Mnie jednak ciekawi co on ma jakieś sensowne alibi czy denne wyjaśnienie. Usłyszałam chichot dziewczęcy niedaleko mnie. Cisza została przerwana przez grupkę pierwszorocznych harpii. Wstałam było jeszcze jedno miejsce gdzie będę mogła spokojnie myśleć i odizolować się chodź na chwilę. I była to wieża astronomiczna ponieważ nikt w tych godzinach na nią nie wchodził. Więc ruszyłam w stronę szkoły. Przechodząc korytarzem los tak chciał abym go minęła. Dlaczego akurat patrzył na mnie wtedy kiedy na chwilę się do niego odwróciłam. Opuściłam szybko głowę. Może pomyśli że to nie ja?
[Petty? ^-^] 

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Oblizałem lekko wargi na których spoczął smak miętowej pasty do zębów, której używał każdego poranka. Ta sytuacja była dziwna i nie koniecznie odpowiednia, dla tego by nie wprowadzić go w zakłopotanie [albo przynajmniej zmniejszyć jego stan] zaśmiałem się w miarę naturalnie i poczochrałem jego włosy. Nie wiem, czy powinienem przyznawać się do tego, że to ja zrobiłem krok w przód jako pierwszy i pocałowałem go. Nie to, że zrobiłem to specjalnie, po prostu.. Ah, co się będę tłumaczył. Pochlebiało mi jego uwielbienie do moich mięśni, tym bardziej, że jeszcze przed chwilą jego wzrok mówił //boże jakie przecudowne zarysy//. Mruknął coś po tym swoim języku co bezlitośnie zignorowałem odkręcając korek by do niskiej wanny nalała się ciepła woda. Kiedy się schyliłem, wręcz czułem jak pożera wzrokiem każdą napiętą jednostkę mego ciała. Żeby nie było mu za dobrze, wyprostowałem się, zbliżyłem do niego i oparłem się o ręką o ścianę po jednej stronie jego głowy. Miałem zamiar go wypłoszyć jak najszybciej. Uniósł podbródek, bo teraz wydawał się o wiele mniejszy. Uśmiechnąłem się, wokół nas zaczęła pojawiać się para, która osiadała na mojej skórze. Woops, zbyt gorąca woda..
- To jak, spadasz czy mam ci pomóc? - spojrzałem na jego krocze które dumnie odstawało na przód. Ha! I tu mam potwierdzenie; podnieca się na mój widok tak jak dziewczyny, hehehe. Zaczerwienił się słodko i spanikowany wyszedł zamykając za sobą drzwi. Kiedyś już taka sytuacja się zdarzyła, ale było na odwrót, bo to ja wszedłem do jego pokoju w złej chwili. No, oboje wiemy, że wchodzenie bez pukania i pozwolenia źle się kończy. Chociaż, czy źle, czy nie.. Teraz może sobie zwalić.
Zamknąłem zaklęciem drzwi na wszelki wypadek i wskoczyłem do wody z błogim uśmieszkiem, który zaraz zmienił się w skrzywienie, gdy pieczenie nasiliło się na wszelkich możliwych miejscach mego ciała. Również na pośladkach. Po jakimś czasie zacząłem śpiewać piosenkę mugolskiego (choć mówią, że jest mieszanej krwi) piosenkarza Stromae, o nazwie Papaoutai. Casper mówił, że mam podobny głos.. to wręcz zaszczyt, przynajmniej dla mnie.

~

Przejechałem wzrokiem po całym pomieszczeniu. Nauczycielka opowiadała o czymś, co nawet mnie nie zainteresowało na tyle, bo wysłuchać o samym temacie. Siedziałem z blondynem pomimo wkur*u, z tą różnicą, że nie odzywałem się ani słowem nawet jak mnie tykał. Dopatrzyłem się uśmiechniętego Susła, któremu puściłem karteczkę w kształcie skaczącego królika. Złapał go i odczytał, a jego uśmiech jeszcze bardziej się powiększył. Raczyłem go jeszcze oczkiem i zacząłem słuchać.
Po zajęciach udałem się do dormitorium do jego pokoju i walnąłem na jedno z łóżek czekając. Powiedział, że przyjdzie trochę później, żebym poczekał, więc czekałem. Co mieliśmy robić? A no dogadaliśmy się, że wspólnie obejrzymy dawno oczekiwany film na laptopie przemyconym przez jednego ze starszaków. Piętnaście minut i.. ktoś wszedł. Ale nie był to ktoś kogo oczekiwałem.
- Co ty tu robisz? - zapytał wrednym tonem Nicklase, zamykając drzwi i podchodząc. Usiadłem, zrzucając nogi i wstałem, drapiąc się po karku.
- Jonasz kazał mi tu zaczekać.. - wyjaśniłem. Zmarszczył brwi, podsunął się tak blisko, że stykaliśmy się praktycznie czołami. Starał się mnie przestraszyć, co niestety; nie udało mu się, wręcz wywołało odwrotny efekt. Odepchnąłem go. - Jaki ty masz problem?
- Daj mu wreszcie spokój, co? - wysyczał. - Przez ciebie przestał jeść, płakał, mdlał..
Zakryłem twarz dłonią, nie mogąc uwierzyć, że doszedł do tego stopnia. Przecież to nie jego sprawa, czy młody zadaje się ze mną, czy nie. Uniosłem wzrok jeszcze raz, ale zaraz tego pożałowałem, gdyż dostałem jakimś zaklęciem prosto w policzek. Odrzuciło mnie tak, iż poleciałem na podłogę przed owym łóżkiem. Zaczęło kręcić mi się w głowie, a cały obiad podszedł mi pod gardło. I tu niczym bohater do środka wszedł mój mały kumpel - Suseł. Widząc co jego przyjaciel zrobił zaczął się awanturować i pomógł mi wstać. Wcześniej wspominany wyszedł z pokoju wielce obrażony. Pięć minut i udało mi się utrzymać na własnych nogach..

< khekhe omnomnom >

Papillonlisse: od Daniela do Vako



-I jak? Jak poszło?
Tutaj wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw, o których istnieniu nawet nie wiedziałem.
-Ah... czyli źle?
-Fatalnie! Z początku było nawet OK, ale potem wparował jakiś kolo i, klęcząc przed nią zaczął deklamować poematy o ich miłości, że go porzuciła albo co! Wyobrażasz sobie?
-Oj tak. I musiało to wyglądać źle.
-A żebyś wiedział!-westchnął i klapnął ciężko na kanapę-Może to znak od niebios, że powinienem się odczepić od Vi, bo ktoś inny jest jej pisany?
-Musiało być naprawdę źle, zaraz ty mi tu zaczniesz deklamować-jęknąłem i usiadłem obok kumpla-Czyli Summery nie? Pomyślmy...
-Daj już spokój, Dan! Nie widzisz, że próbuję się załamywać!?-jęknął w odpowiedzi Vako.
-Nie dam spokoju i widzę, że próbujesz, ale usiłuję tego nie dostrzegać! Może w takim razie Lilianne Lavali? Jest przyjaciółką Vinylii, a ja kumplowałem się z jej chłopakiem Zgodzi się udawać zakochaną w tobie, dla szczęścia przyjaciółki...
-Żartujesz!?-prychnął.-Ona jest niezrównoważona psychicznie. One latały pod kołdrami po korytarzu, udając, że to peleryny-niewidki!
-Latały razem z Vinylią-uzupełniłem.
-Pewnie czuła się głupio, ale nie chciała robić przykrości przyjaciółkom.-uciął rozmowę.
-Czyli nie Lilianne?
-Nie Lilianne.
-A może jednaaak...
-Nie.
-No weź, to ma sens, bodziec dla Vinylii będzie mocniejszy, jeśli zaprosisz jej przyjaciółkę...
-Nie-e.
-Nadal sądzę, że to dobry pomysł.
-Nie!
-Eej...
-NIE!!!

Vako? Sam dialog ;-;

Bellefeuille: od Lili CD Vi



Zrezygnowane skierowałyśmy się na lekcje, które ciągnęły się w nieskończoność. Nie mogłam się skupić nawet na historii magii, a Papandreu uczy świetnie. Była właśnie mowa o udziale chochlików w wojnie stuletniej i ich sabotażach na broni Brytyjczyków.
-Vinylia, Lilianne, słuchacie mnie w ogóle!?-zirytowała się nauczycielka. Rzadko się irytowała. Musiałyśmy wyglądać NAPRAWDĘ nieobecnie.
-Bianka w skrzydle szpitalnym leży, prze pani-odezwał się ktoś z końca sali. Nie wiedziałam, czy mam do niego wysłać kwiaty za usprawiedliwienie, które nam nie przeszłoby przez gardło, czy rzucić na niego urok za głębsze uświadomienie nam smutnej prawdy.
Twarz nauczycielki znacznie jednak złagodniała. Wiedziała o naszej przyjaźni, jak chyba zresztą cała szkoła. Plotka o naszej nocnej gonitwie w "pelerynach niewidkach" prędko się rozniosła i przez jakiś czas byłyśmy nazywane "Piżamowym Trio", a niektórzy chłopcy wołali "Hej, co tam kryjecie pod tymi pelerynami, dziewczyny?"
-OK. Wracając od chochlików, generał Jarelstone postanowił wytępić francuskie zjawy za pomocą środka na komary...
Dała nam spokój do końca lekcji.

Wparowałyśmy do skrzydła szpitalnego. Bianka już nie spała, ale wyglądała blado. To znaczy, bardziej niż zwykle. Na bandażach na jej przedramieniu była czerwona plama. Rana musiała być głęboka...
-BIANA!-zawołałyśmy i rzuciłyśmy się w jej stronę, przytulając.
-Auauau...-skrzywiła się.
-Ojej...przepraszam. Biana, tak się martwiłyśmy!-zawołałam.
-Wszystko z nią będzie OK, pani Petersen?-spytała Vinylia.
-A jakże! Szpony hipogryfa to i się wolniej goi, ale za parę dni zaklajstruje się na cacy!-odpowiedziała dziarsko pielęgniarka, a my odetchnęłyśmy z ulgą.
-Dobra, dajcie spokój, przecież żyję. Jeszcze, ale żyję-wyszczerzyła się Biana.
-Jeśli jeszcze raz będziesz bliska śmierci to cię zabiję-ostrzegłam, po czym razem z przyjaciółkami wybuchłam śmiechem, zdawszy sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało. Pianka się jednocześnie skrzywiła.
-Czyżbym nie powiedziała, że masz stłuczone żebra?-zdziwiła się życzliwie lekarka.

Vi? Bianka?

Ombrelune: od Volonte CD Amira



Miałam tego dnia wyjątkowo dobry humor. Nie miałam ochoty zrobić nikomu krzywdy. Co najwyżej go upokorzyć, co oznaczało, że wręcz promieniowałam radością.
Do czasu, gdy jakiś niekompetentny trzeciak podszedł do mnie na przerwie. Stałam oparta o filar, zajmując się tym, co zazwyczaj robię na przerwach, to jest posyłaniu nienawistnych spojrzeń w stronę otoczenia. Tymczasem jakiś mały chłoptaś, młodszy o rok podszedł do mnie z pewnym siebie uśmiechem i zagadnął:
-Masz szczęście!
Uniosłam brew.
-Doprawdy.-odpowiedziałam, nie akcentując pytania.
-No! Masz szczęście iść z kimś takim jak ja na Bal Bożonarodzeniowy!
Wyszczerzył się, co uznałam za świetną okazję do odpowiedzi i walnęłam go z pięści w białe, równiutkie jedynki.
-Sorry, nie umawiam się ze szczerbatymi-syknęłam, ocierając knykcie z krwi.
-Panno la Puita!-zawołał zgorszony głos za moimi plecami. De Maupassant. Super.-Co to miało oznaczać!?
-On mnie obraził, prze pani-mruknęłam, patrząc z satysfakcją na krwawiącą twarz delikwenta. Nie bardzo mnie obchodziła moja poraniona ręka.-Sprowokował mnie, to i dostał.
-Ma pani szlaban, panno la Puita! Minus dwadzieścia dla Ombrelune!
Spojrzałam na belferkę z nienawiścią. Uchwyciła moje spojrzenie i przyhamowała, ale nadal była wściekła.-O szóstej stawi się u mnie i będzie pani porządkowała kartotekę ocen. Dziesięć lat wstecz!
Odeszła prędkim krokiem. Rzuciłam za nią parę przekleństw po wężowemu (uczę się tego języka zapamiętale. Przekleństw nauczyłam się w pierwszej kolejności, bo stwierdziłam, że przydadzą mi się bardziej, niż "dzień dobry" czy "jak się masz?")
Odwróciłam się na pięcie i odmaszerowałam do Pokoju Wspólnego. Po drodze z trzaskiem zamknęłam drzwi klasy, które bezczelnie śmiały stanąć mi na drodze. Nagle za sobą usłyszałam kroki.
-Ej! Ci ci się stało!?-zawołał chłopięcy głos. Zazgrzytałam zębami, ale się nie zatrzymałam. Nie uznałam chłoptasia za godnego mojej uwagi.

Amir?

Ombrelune: od Volonte CD David'a



Zastanowiłam się chwilę, po czym odpowiedziałam.
-Jak zwykle, w wolnym czasie zajmuję się dręczeniem młodszych, czyli standard. Nie mam chłopaka i mieć go nie zamierzam. Dziewczyny też nie mam. Przyjaciół nie mam. Kolegów nie mam. Znajomych też nie. Wrogów też nie bardzo. Kurde, co ja robię ze swoim życiem?
Chłopakowi chwilę zajęło, zanim załapał i się zaśmiał.
-Czyli w porządku-domyślił się.
-No.
-To chyba dobrze?
-Jak jest w porządku to przeważnie jest to dobre. Chociaż... w moim przypadku nie dla wszystkich-uśmiechnęłam się diabolicznie.
-Zawsze byłaś przerażająca, Voli. Nie sądziłem, że aż tak.
Chciał się zaśmiać, ale chyba przeszkodziła mu różdżka wbita pod podbródek. Zbliżyłam swoją twarz do jego i syknęłam:
-Nie mów do mnie Voli.
Odsunęłam się i schowałam różdżkę do kieszeni, a David rozmasował podbródek. Nadal uśmiechał się bezczelnie.
-Zapamiętam.
Coś go to nie obeszło. Nie lubię, kiedy ludzi nie obchodzi mój gniew. Zarabiają wtedy punkty karne i trafiają na czarną listę.
-O, spokojnie. Ja też zapamiętam.-wycedziłam. Teraz dopiero się zaniepokoił.
-Eem... ale co?
-Nic, nic-uśmiechnęłam się słodko.
Coś tam mruknął, ale nie zrozumiałam.
-Dasz się zaprosić na piwo kremowe? Nie bij.-dodał szybko.
-Hm... A twoja dziewczyna nie będzie pultać?
Wzruszył ramionami i znowu coś mruknął.
-OK-zgodziłam się łaskawie.

David? Sorry:
-że tak długo nie odpisywałam
-za to "nie bij". Nie mogłam się powstrzymać default smiley xd

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

Od razu wydałem z siebie charakterystyczne dla mnie w takich sytuacjach: "Ouch..."
- Przepraszam, nie powinienem pytać- odłożyłem truskawkę, którą miałem zjeść, na talerzyk.
- Rozumiem, byłeś ciekawy- spuścił głowę i połknął owoc, tym samym odrywając od niego szypułkę. Zrobiło mi się go żal, był dobity, widocznie naprawdę go kochał. Sapnął cicho, przeczesując włosy palcami, a ja odruchowo, jakby nigdy nic, objąłem go i przytuliłem mocno. Jęk zmieszany z westchnieniem od strony Amir'a mnie zdziwił, nie zrozumiałem co miało to oznaczać, ale chłopak po chwili odwzajemnił uścisk. Lekko ścisnąłem jego kark i musnąłem nosem jego małżowinę uszną. Trudno było powiedzieć czy koniec z Cas'em go bolał, czy może zawstydzał, bo zachowywał się jakby to było sprawą wstydliwą i niepoprawną. A to nieprawda, ja też miałem zawód miłosny i co? I nie ukrywam się z tym, a on pragnie, aby ta sprawa nie ujrzała światła dziennego. No cóż taki już jest Amir, chce być idealny (no i taki jest).
- Jeżeli zechcesz to już nigdy nie poruszę tego tematu- odsunąłem się, a on kiwnął głową.

***

Końcówka książki, a ja dalej nie wiem o co w tym chodzi! Nim się zorientowałem doczytałem ostatnie zdanie. Urwało się w środku, nie było kropki, jakby pisząc to, autor umarł. Powieść była w postaci pamiętnika, czyli pisząca go dziewczyna umarła... wybuchłem nagłym, przerywanym płaczem i wstałem. Ruszyłem do łazienki, gdzie Amir miał myć zęby. Otworzyłem drzwi i wparowałem tam.
- AAAAMIR JA NNNIE RROZZUMIEM TEJ KSI...- nie dokończyłem, bo otworzyłem oczy i zobaczyłem go prawie nagiego. Był tylko w zsuniętych do połowy dupci bokserkach. Odwrócił się nagle, a moją uwagę przykuł wyrzeźbiony brzusio i gładkie, pokryte ciemnymi włoskami podbrzusze. Zaraz wciągnąłem tak nagle powietrze, piszcząc cicho- "Boże najświętszy, ukochany mój, cóż za ciało! Ukarz mnie, żem ten grzech uczynił i wtargnąłem tu bez pukania, lecz dzięki Ci, za to, żem miał prawo ujrzeć ciało jak Apolla!"- wykrzyczałem po Polsku.
- Co ty mówisz?! I MATKA CIĘ PUKAĆ NIE UCZYŁA?!
- Ha, ha! Uczyła! Ale miałeś tylko umyć zęby!- poczułem powiększające się wybrzuszenie i nadchodzącą wolno falę przyjemności.
- Ygh! Myślałem, że załapiesz, miałem zamiar umyć się cały! Zęby to tylko aluzja!
- NIE UŻYWAJ PRZY MNIE ALUZJI, BO JESTEM NIEOGARNIĘTY DO BÓLU!- zawyłem jak syrena alarmowa.
- Dobra, nie będę! Tylko czasami...- wyburczał pod nosem. Moja męskość wychylała się z każdą chwilą coraz bardziej. W końcu nie wytrzymałem, podszedłem do niego. Moja ręka powędrowała na jego ramię, po którym zjechałem w dół, by po chwili ścisnąć delikatnie biceps. Wzdrygnął się cały, a włoski na jego ciele wyprostowały się. Gęsia skórka wtargnęła na jego ręce.
- Boże kochany...- zbliżyłem się kładąc drugą dłoń na jego dobrze widocznych mięśniach brzucha. Były twarde i tak ładnie ukształtowane, aż poczułem zazdrość, że nie mam takich, ale cóż... ja jestem tylko takim kościotrupem. Nie mogę nabrać tkanki tłuszczowej, a co dopiero mięśniowej- Chcę taki brzusio- wymruczałem jakby sam do siebie.
- To trzeba pracować...
- Tyle, że u mnie to nie wypali- przejechałem po jego podbrzuszu i trafiłem na gumkę od bokserek. Zagryzłem wargę wpełzając palcem pod nią. Pociągnąłem ją i puściłem, czemu towarzyszył jęk z jego strony. Stał mi. No normalnie mi stał. Wydałem z siebie charakterystyczne, zadziorne "mrr", na co on odpowiedział głębokim, basowym, przyprawiającym mnie o dreszcz mruknięciem. Nim się zorientowałem staliśmy zwarci w nieśmiałym całusie, ja z palcem pod jego gumką, on zaś błądził swoją dużą ciepłą dłonią po moich plecach- Przepraszam- wyszeptałem, delikatnie odsuwając się od niego.

<omnomnomnom>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Nie wiem, ile wpatrywałem się w niego, próbując wydusić z siebie słowa, które określiły by co dzieje się w moim życiu. Poddałem się po paru próbach, ściskając powieki i unosząc twarz w górę do nieba, jakbym chciał pokazać bogu jak wyglądam przez jego wynalazek nazywany losem. Przełknąłem ślinę, ściąłem brwi i po tym niczym w depresji upadłem lekko na kolana tuż przed niebiesko-włosym. Nic nie mówił, jedynie przyglądał się, tak jak wczoraj. Palcami złapałem się jego dłoni, przyciągając do swoich ust i policzka, przytulając ją jak ostatnią deskę ratunku.
- Zacząłem go kochać. - wyplułem to słowo tak, jakby było jadem. Ogarnęła mnie złość na samego siebie. Jak mogłem być taki głupi, żeby w ogóle myśleć o czymś takim jak związek z nim? Przecież widać było po jego oczach; lubię cię, to nie jest jednak nic więcej. Zapłakałem brzydko, bo według mnie płacz faceta nigdy nie mógłby być piękny, dalej opierając się na jego ręce. Uklęknął i przytulił mnie mocno, pozwalając wylać resztkę negatywnych emocji. Zadrżałem, gdy jego ciepłe ciało mnie dotknęło. Zapomniałem o tym, że jeszcze wcześniej miałem go dość, że był dla mnie irytującym bachorem, teraz i tu dawał mi coś czego szukałem od dawna. Powoli zacząłem się uspokajać, jednak serce dalej biło szybko z żalu. Wziąłem głęboki wdech, i wydmuchałem przez nos, oznajmiając, iż jestem gotowy by powstać. - Przepraszam..
- Za co? - zapytał, kiedy już staliśmy, jednak nie odsunąłem się od niego ani o centymetr, po prostu nie chciałem, jeszcze chwilę ~ powtarzałem. Położyłem czoło na jego ramieniu, wzdychając. No tak, dla czego właściwie go przepraszam? Bo zajmuje jego czas, wykorzystując go na własne żałosne potrzeby wypłakania się. Ale nie powiem mu tego w ten sposób, bo do końca nie jest to prawdą. Gdyby nie chciał, mógłby przecież odejść.
- Za to, że nie byłem przy tobie tak jak ty przy mnie. - cudem przeszło mi to przez gardło. Obwiniałem się za swoje wcześniejsze egoistyczne myśli i kroki w stronę naszej relacji. Byłem dupkiem, ale teraz postaram się to naprawić, byleby już więcej nie doprowadzić do takiej sytuacji jak ta. Zabawne, oboje zranieni pocieszają się nawzajem. Niczym scenariusz z dramaty, a jednak prawdziwego. Nie skomentował, tylko uśmiechnął się tak, jak rodzice widząc swoją pociechę gadającą głupoty. Być może to się zgadzało, sam nie wiem co myślę, jestem daleko od tego świata głową. Na ziemię przywróciło mnie kichnięcie, po którym oboje odsunęliśmy się od siebie. - Chyba powinieneś już wrócić.
- Ty tak samo. - pokiwałem potwierdzając i tak ruszyliśmy do zamku. Będąc w salonie dormitorium nie puściłem jego ręki, którą cały czas trzymałem bojąc się, że gdy tylko ją puszczę wszystko przyjdzie z podwojoną siłą i uderzy we mnie niczym złe wspomnienie dawno uważane za zapomniane. Jakoś klapnęliśmy na kanapę, rozmawiając już o pierdołach, raczej mało ważnych. Pochwalił się iż przeczytał połowę mojej książki, na co zrobiłem zdziwioną minę. Jonasz czytał książkę, nie do wiary..

~

Na następny dzień wstałem bardzo wcześnie, ubierając się i wychodząc z pokoju byle by tylko nie patrzeć na blondyna. Poniekąd chciałem też zobaczyć się z Susłem, który obiecał mi coś pokazać rano. Od Heleny dostałem również dzień wolnego, więc mogliśmy spędzić czas w spokoju nie denerwując się lekcjami czy też urywanymi w połowie zdaniami przed nauczycieli. Zapukałem do ich drzwi, lecz odpowiedziała mi cisza. Zapukałem drugi raz i wtedy Nicklase otworzył je, patrząc na mnie zaspanym i zdenerwowanym wzrokiem.
- Zawołaj Jonasza. - poleciłem mu, opierając się o framugę dzięki czemu nie mógł zatrzasnąć ich tuż przed moim nosem. Dodatkowo podtrzymywałem je stopą. Prychnął coś cicho tak, że nie usłyszałem i odepchnął się znikając za ścianą. Chwilę potem ujrzałem szurającego nogami i przecierającego oczy dłonią niższego chłopaka. Chyba nie wiedział, że to akurat ja po niego przyszedłem, bo stanął jakby nagle go zamroziło i drgnął, znowu odchodząc. Uniosłem brwi do góry. Minuta, dwie, trzy, wreszcie przybiegł z wielkim, opakowanym w papier pudełkiem. Wypchał mnie na zewnątrz, sam też wyszedł i zamknął za sobą drzwi, kierując się na fotel. Usiadł i zaczął wypakowywać. A co było w środku; dwie koszulki z dziwnym napisem nie po naszym języku. To znaczy, nie był to francuski, ani angielski. Pisało tam ,,Piwodajnia" z rysunkiem kufla, a na drugiej napisane było ,,Peszekmista", tutaj obrazek przedstawiał czarne pixelowe okulary na białym tle. Obie w ogóle były białe. - Co to znaczy?
- A takie tam powiedzonka. - odparł śmiejąc się. Założył tą drugą i z dziwnym skrzywieniem stwierdził, że jest za duża i wybrał kuflową. Wepchnął mi na siłę przez głowę i teraz oboje staliśmy w tych koszuleczkach. - ,,Bosko!".
- Co? - stałem zdezorientowany. Wybuchł jeszcze większym śmiechem. Usiadłem krzyżując ręce na piersi i odwracając głowę w stylu ,,foch". Udało mi się przywrócić go do pionu; podszedł, siadł obok i tyknął mnie w policzek, ale nie przyznałem się, że trochę to zabolało. Ma kościste paluchy.
- To znaczy très bien po języku na którym się chowałem. - wyjaśnił. Łaskawie odwróciłem się, ale usta w kształcie dzióbka dalej mi zostały. Żeby się ich pozbyć wystawił mi język i uciekł na drugi koniec pokoju.
- Ty mały.. - wycharczałem i tak rozpoczęła się gonitwa. Wygraliśmy remisem, ale i tak na mocy prawa starszej osoby uznałem siebie za zwycięzcę. Dzięki niemu zapomniałem na cały dzień co to znaczy być smutnym. Ale jego ciekawość wygrała, około godziny siedemnastej, gdy wcinaliśmy truskawki leżąc w planetarium [bo akurat miałem się pouczyć o gwiazdozbiorach i innych pierdołach] zapytał mnie o powód całego tego zamieszania.
- Casper.. - zaciąłem się na sekundę. - Zakończył to.. co było.

< DOBIEGŁEM, OMNOMNOMN. >

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

Zamruczałem cicho gdy poczułem ciepłą dłoń na linii szczęki. Myśląc, że to Amir, sam położyłem palce na nadgarstku tej osoby.
Wyżej wspomniany przyszedł do mnie po południu, smutny, nie wiem co się stało, ale wiem, że był naprawdę dobity. Pozwoliłem mu położyć się przy mnie i zasnąć, a gdy powiedział, żebym nic nie mówił, zaśmiałem się w duchu, bo nawet nie miałem takiego zamiaru. Nie jestem osobą, która się mści, a że jest ze mnie taka ciepła kluseczka, to nie zareagowałem, tylko przesunąłem się nieco, myśląc, że chłopak dosunie się, byle tylko nie leżeć na skraju łóżka. Poczułem, że Amir potrzebuje nieco ciepła, że stało się coś, co naprawdę go dobiło. Miałem przeczucie, że chodzi o niego i Cas'a, ale nie będę tego drążył i się dopytywał. Jeśli zechce mi o tym powiedzieć to powie...
Chciałem mu dać ciepło, żeby nie czuł się samotny...
Nie chciałem, żeby stało się z nim to co ze mną...
Widząc jak na jego zmęczoną twarz, opadają mokre kosmyki włosów, odgarnąłem je. Mimo, iż jego ciało było lodowate, to głowa rozpalona. Zrobiło mi się wtedy go żal. Co się stało, że przyszedł tutaj z zaszklonymi oczami.
Osoba, która głaskała mnie po policzku, okazała się Nicklasem. Nieco zmieszany odsunąłem jego rękę. Okazało się, że zanieśli mnie do dormitorium gdy spałem. A Amir?
- Gdzie jest Amir?- wymruczałem podnosząc się lekko na łokciach.
- Pewnie w swoim dormitorium...- chłopak był widocznie oburzony, że o niego zapytałem. Jakby to on był dla mnie najważniejszy, co jest całkowitą bujdą. Zerwałem się z łóżka, ale zaraz poczułem falę bólu i zmęczenia ogarniającą moje ciało. Czarnowłosy w ostatniej chwili mnie złapał, uchraniając mnie przed nieprzyjemnym zetknięciem z podłogą. Syknąłem cicho, a on jak na zawołanie, podniósł mnie, jak księżniczkę i bardzo delikatnie położył na łóżku. Co prawda czułem się o niebo lepiej niż wczoraj, ale jednak głód rozrywał mój żołądek, a policzki dalej piekły od trzydniowych łez.

***

Z pomocą Nico, udało mi się dotrzeć do wielkiej sali na śniadanie. Skromne dwie kromki z masełkiem i szynką, a także jedna z nutellą, popite ciepłą, owocową herbatą dodały mi dużo energii i już po tym posiłku czułem się o niebo lepiej. Udało mi się wyjść bez podparcia w postaci Nicklasa, czy innego ucznia. Dzisiejszy i następny dzień miałem spędzić na odpoczywaniu i nabieraniu sił, bo według pielęgniarki, jestem zbyt wycieńczony na przyjmowanie jakiejkolwiek wiedzy i większość po prostu wyparowałaby z mojej głowy.
Niestety nawet poprawiony humor, najedzenie i nagły przypływ energii, znikły gdy zobaczyłem smutną mordkę Amir'a. Nie miałem czasu podejść do niego i spytać co jest, bo zmył się na lekcje. No i teraz cały dzień będę miał spi*przony, bo widok dobitego chłopaka, będzie wiercił mi dziurę w głowie i budził potrzebę pocieszenia go. Poszedłem do skrzydła szpitalnego, na krótkie badanie, po czym wróciłem do salonu Orlaków. Postanowiłem robić coś pożytecznego (dla mnie) i przy okazji kształcącego, a mianowicie... podkradłem Amir'owi jakąś książkę i zacząłem czytać... usiadłem na kanapie, otuliłem się trzema kocami i wścibiłem nos między kartki.
~ Oo panie, co tu się dzieje?! Atak liter, S.O.S Jonasz oszalał, on czyta!
~ A zamknij się Stefan... głupi głos wewnętrzny budzi się tylko w jakiś idiotycznych i mało istotnych sprawach. Gdzie byłeś gdy załamywałem się patrząc jak Amir ucieka z Cas'em?!
~ W dupiu! Nie dawałeś mi dojść do słowa, to miałeś! Czułem się jak przygnieciony przez jakieś gruzowisko.
~ Teraz się zamknij, ja tu czytam!
~ Nie zamknę się, nie dawałeś mi się wypowiedzieć przez tak długi okres czasu, że teraz muszę się wygadać.
~ Stefan, błagam, tutaj cud się zdarzył, bo zacząłem czytać, a ty co? A ty mi tu przeszkadzasz.
~ Musisz nauczyć się mnie włączać i wyłączać w odpowiednich momentach.
~ No to teraz zjeżdżaj mi stąd!
~ Nie.
~ Stefan proszę!
~ Dobra, dobra, tylko potem nie płacz gdy nie będę do ciebie mówił przez dwa tygodnie...
~ Dziękuję...
Także wróciłem do czytania książki która była o... o... eeee... dobra, nie wiem o czym, ale czas szybko mi przy niej zlatywał. Nim się obejrzałem do środka wszedł Nico, Cas, za nim jakaś dziewczyna... no ogólnie cała cisza została zlikwidowana, bo skończyły się lekcje i wszyscy uczniowie wrócili do swoich salonów.
Ale jego nie było...
Zdziwiony i zaniepokojony zsunąłem z siebie koce i dotknąłem, ubranymi w skarpetki, stopami podłogi. Szybko założyłem te durne szkolne mokasyny i okrywając się jakąś kurtką, czy tam sweterkiem wyszedłem. Obiegłem całą szkołę, co było niezłym wyczynem, patrząc na mój stan zdrowia. Nigdzie go nie było, więc ostatnim miejscem były błonie. I był tam. Widząc w oddali jego sylwetkę, jego szerokie ramiona i ciemne włosy, zerwałem się i ciapciając butkami o błoto z wczoraj, dotarłem do niego. Stał tak z rękami w kieszeniach i spuszczoną głową. Był smutny. Nawet bardzo.
- Ar?- pierwszy raz go tak nazwałem. Pociągnął nosem i spojrzał na mnie- Ar, co jest?
- Nie powinieneś odpoczywać w szkole? Jeszcze się rozchorujesz...
- Dla niektórych warto zachorować- mruknąłem cicho, sam do siebie, aby nie usłyszał- Ami, co jest? Od wczoraj jesteś jakiś taki niemrawy, taki smutny, dobity... co się stało?- stanąłem przed nim. Złapałem go za podbródek i uniosłem nieco, ten zmartwiony pyszczek, tak żeby patrzył tymi czarnymi węgielkami, zwanymi źrenicami- choć mogę je też pomylić z tęczówkami, bo też są tak ciemne- w moje oczy.
Patrzyliśmy tak na siebie. Nie odzywaliśmy się, tylko patrzyliśmy i trwaliśmy. Co jakiś czas otwierał usta z zamiarem powiedzenia czegoś, lecz zaraz je zamykał, jakby tracił wątek. A ja czekałem, aż się zbierze i wydusi to siebie. Nie poganiałem go, byłem cierpliwy.

<Tak to sie kończy kiedy zabiera się mnie na dwie godziny do sklepu Skody, a potem na zakupy... magia siedzenia w samochodzie .-. Omnomnomnom>

sobota, 18 kwietnia 2015

Papillonlisse: Od Aidena -c.d. Davida

- Smacznego drogi kumplu. Dobre wychowanie zawsze na pierwszym miejscu -uśmiechnąłem się. -Może serwetki? Albo od razu śliniaczek? Mama mi mówiła zawsze. Pytaj się o takie rzeczy bo to cecha dobrego wychowania. Tak więc? Różowy śliniaczek?
- Taa, Dzięki un.. Ale podziękuję - Powiedział uśmiechając się lekko. Lecz po chwili zapadła cisza, którą przerywało jedynie brzdęk odkładanego talerza. Siedzieliśmy tak jeszcze jakiś czas, nim odwarzyłem się odezwać. - Ai...
-Hym? -mruknąłem pon nosem.
- Podobasz mi się.
Nie odpowiedziałem kiedy nagle do pokoju wpadli ciut upici współlokatorzy. Mówiłem im że następnym razem jak tak przyjdą to się wynoszę. Jednakże teraz nie był odpowiedni moment na te słowa. Stanęli na przeciw mnie. Stanley zmierzył wzrokiem blondyna.
- Ej patrz! Lalunia znalazła sobie chłoptasia! -wyszczerzył się. Chyba nawet nie zauważył kolorów luniaków w jego szacie. Zmarszczył brwi jakby próbował się skupić. -Coś mi tu śmierdzi panowie...
- Ja wiem co ci śmierdzi. -powiedział Ludwik. -To jest luniak. Jeszcze aż taki pijany nie jestem żeby tego nie zauważyć. Precelku czemu ściągnąłeś tutaj wroga! To zdrada stanu! A za zdradę traci się głowy.
- Zwołać posiłki! -ryknął Olivier do Stana i Ludwiczka. -Ludwi ty już żyjesz tylko rewolucją. Może się jeszcze poprawi. Coś się utnie coś przyszyje i Ai powróci jak nowy! Precelku! Dlaczego?! -Oliver spojrzał na mnie. Do naszego pokoju wtargnęły te osiłki które bez problemu jednym uderzeniem złamałyby nos no i parę żeber. -Vincent ty bierz blondyna!
- Którego? -kupa mięśni spojrzał to na mnie to na Davida. Olivier wskazał na Davida a ten podszedł do niego. -Idziesz z nami! Znaczy się... Gdzie mam go zabrać?
- Zostawcie go! -warknąłem. Wiedziałem dokładnie że wyżyją się na nim zanim go puszczą. Skopią i pobiją co podobnie zrobią ze mną by odświeżyć pamięć iż luniaki nie są naszymi sprzymierzeńcami tak samo i my ich nie jesteśmy. -Nie powinniśmy temu zaprzestać?!
-Gada jak potłuczony! Omamił go! Vincent wynieś tego luniaka. Ja się rozprawię z młodym -powiedział i zaczął kierować się w moim kierunku. Odruchowo sięgnąłem po różdżkę. -Ej ,ej. Nie chcemy się bić. Przecież wiesz.
-Wiem tylko tyle że gdybyś chciał od razu byś mnie walnął. Co cię powstrzymuje Oli? Hm? Może mam ci przypomnieć z jakiego domu jest twoja dziewczyna! -warknąłem po czym wycelowałem w niego. To on dowodził całą tą akcją. I do tego był najbardziej trzeźwy. To co zrobiłem było głupie bo po chwili ponad 8 różdżek celowało we mnie i Davida. Mieli przewagę liczebną.
- STOP! Opuście różdżki! -Krzyknął David a wszystkie wzroki spoczęły na nim - Nie chcemy kłopotów.. - Próbował jakoś dyplomatycznie dotrzeć do upitych współlokatorów którzy zaśmiali się kpiąco. - Jestem Prefektem!
-Wiecie co? -wyszczerzył się Oliver -Chyba już wiem o co mu chodzi. I że tego nie zauważyłem. Oj precelku masz od nas podwójną nauczkę. Mamy tu dwóch pedziów. Wiesz co robić Sandor?   -Coś ty powiedział? -warknął David i już wiedziałem że to się źle skończy. Miałem tylko nadzieje że nie poniesie się emocjom i nie strzeli w tego debila Avadą. Sandor podszedł do niego był barczysty i ogólnie przypominał młodego Ogara z gry o tron a przynajmniej tak go sobie wyobrażałem. Chłopak jednym zaklęciem sparaliżował Sandora i szedł z w stronę Oliviera który nagle poczuł się osaczony.  -Pół główki! Może jakoś zaatakujecie czy będziecie tak stali i pachnieli! -krzyknął a reszta mięśniaków ruszyła na niego. Rozpętała się niezła bijatyka i słychać było co chwila albo zaklęcie rozbrajające albo do obrony oraz te bardziej w celu ataku. W jednym momencie   dwóch mięśniaków lekko ogłuszonych trzymało Davida który chodź się nadal rwał to jednak kupa mięsa trzymała go w stalowych objęciach. Ja miałem trochę gorzej bo jeden z tych bardziej inteligentnych powiesił mnie za kostkę i teraz dyndałem nie mogąc się uwolnić z zaklęcia ponieważ moja różdżka leżała za daleko a po za tym nie pamiętałem nawet przeciw zaklęcia. Wyprowadzili go chodź ten nadal się wyrywał. Olivier podszedł do mnie po czym kucnął tak by jego twarz była na przeciwko mojej bym czuł lekko odór alkoholu. Splunął na mnie po czym gwizdnął a koło niego pojawił się Ludwik i Stanley. Chłopaki mieli założone ręce na piersiach.  -I co my teraz mamy z tobą zrobić koleżko? -spytał Oli wycierając krew która ciekła mu z nosa. Sam do tego doprowadziłem i byłem dumny.  -Powiesić! -powiedział Ludwik. Zawsze miał takie pomysły. Wszystko chciał albo powiesić albo obciąć głowę. -Albo też dajmy mu popalić. Co nie Stan? Co nie Oli? -Trza tylko go upuścić czyż nie? -Stan rzucił anty zaklęcie a ja poleciałem na ziemię. -Kto by się spodziewał że nasz radosny precelek jest przekleństwem naszego domu. -Oj bo się czerwienię -powiedziałem i próbowałem wstać ale do ziemi przygwoździł mnie Ludwi swoim ciężkim buciorem. -Nie przesadzacie? Idźcie wytrzeźwieć i wrócicie za pół godziny.  -Nie trzeba było nas atakować Aiden! Ludwik niech nasz precelek wstanie. Teraz dostanie lekcję którą miejmy nadzieje zapamięta na długi okres czasu -powiedział po czym zaczął strzelać kosteczkami u rąk. Jednakże mnie ciekawiło co teraz dzieje się z Davidem. Czy dołożyli mu coś od siebie czy wyrzucili z dormitorium na korytarz? Mam nadzieje że tylko wyrzucili i mam nadzieje że chodź wybaczy mi za tych ciołków.Wiedziałem że broniąc się i tak dostałbym większe bencki niż zarobiłem. Ludwik i Stan wzięli mnie za ramiona tak aby Oli miał łatwy cel. Przymierzył się po czym wycelował mi w brzuch pięści i pewnie by mu się udało gdyby nie odruch przez który dostał w klatkę piersiową z kolana. Zaklną pod nosem po czym przywalił mnie w żebra tak mocno że na chwilę straciłem dech w piersiach i świadomość. Straciłem jakby grunt pod nogami i teraz to ci którzy przed chwilą trzymali mnie tylko po to bym nie uciekł trzymali mnie po to bym nie upadł i nie stracił przytomności. Oli uśmiechnął się po czym przywalił mi w nos a ja na chwilę straciłem przytomność. Obudziłem się parę minut później. Chłopaków nie było a ocierając nos poczułem że krew pomału już zasychała. Jeśli miałbym dziś spać z tymi psycholami to wolałbym już spać w Azkabanie przynajmniej dementorzy nie biją. Poszedłem do łazienki zataczając się ale to tylko dlatego że za szybko się podniosłem. Opłukałem twarz i dopiero wtedy poczułem przeszywający ból w klatce piersiowej. Wyszedłem z naszego dromitorium do pokoju wspólnego jakaś dziewczyna podeszła do mnie ale powiedziała mi tylko że  trochę krwi z nosa znalazło się na uszach. Nie wiedziałem czy powiedzieć dziękuję bo raczej chyba tak to nie działa. Wyszedłem z PW do SS bo żebra bolały mnie na tyle mocno że każdy oddech sprawiał mi ból. Pielęgniarka jakby nie zdziwiona podeszła do mnie.   -Co tym razem? -spytała a ja odpowiedziałem tylko że ze schodów spadłem. Kobieta zmarszczyła brwi. -Tak a ja to założycielka Akademii. Nos złamany i 2 pęknięta żebra. Powiedz  mi ile ty tych schodów przeleciałeś? -Wpadłem na... Obraz! -powiedziałem a kobieta zacmokała niezadowolona i tylko podała mi eliksir który miał poskładać popękane żebra. Nie smakował zbyt dobrze. -Oj kochanieńki to nie kakałko a leczący lek.   Podziękowałem i wyszedłem. I właściwie to gdzie teraz miałem iść. Jednakże ciekawiło mnie jak tam z Davidem. Czy w ogóle żyje. Ruszyłem więc w stronę domritorium luniaków. Już w lochach napotkałem te krzywe spojrzenia. Zaczepiłem jakiegoś chłopca który powiedział że pomoże. I nie czekając długo zobaczyłem na szczęście żyjącego Davida.  -Hej. Żyjesz? -chodź chciałem powiedzieć to jako normalne a wyszło jak wyszło. -Mogę wejść? Czy mam uprowadzić luniaka, sparaliżować go i zabrać jego szaty?
[David?]

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

- Amir.. - westchnął blondyn odkrywając pasemko za ucho, które zaraz znowu spłynęło na jego bok i czoło uderzane przez krople deszczu. Oddychałem szybko, patrząc na niego z niedowierzaniem pomieszanym z bólem i zrezygnowaniem, oraz dozą smutku. Nic więcej nie powiedział; odwrócił się, zrobił krok, a potem serię następnych, chowając się przed ulewą. Stałem tak jeszcze chwilę, wpatrując się w miejsce w którym przed chwilą stał. Powiedział, że on nie będzie tego ciągnął, że chce być tylko przyjaciółmi. Zabolało jak chole*a, tym bardziej, że nie jestem przyzwyczajony do tracenia bliskich sobie osób. Doszedłem do wniosku, że moczenie się pod naturalnym prysznicem wcale nie jest dobrym pomysłem i wykonałem te same kroki, idąc tą samą drogą w górę. Po całym ciele ściekała ze mnie woda, a buty przemoknięte wydawały klapiący odgłos. Nie chciałem wracać do dormitorium, chciałem ochłonąć zanim znowu zobaczę jego twarz. Twarz, którą bez opamiętania całowałem jeszcze wczoraj. Pierwszą rzeczą jaka przyszła mi na myśl, było skrzydło szpitalne, w którym leżał nic nie świadom moich właśnie zrujnowanych uczuć chłopak z niebieskimi oczyma. Parę minut wystarczyło, bym stanął przed drzwiami. Otworzyłem je, powoli wszedłem i zamknąłem za sobą, opierając się o nie. Był tu jeszcze inny osobnik, ale nie zwróciłem na niego uwagi. Jonasz odwrócił się w moją stronę, patrząc jak szybko zbliżam się i siadam na łóżku, zaciskając na nim pięści. Nic nie pytał, tylko przyglądał się mi ze zdziwieniem. Odwróciłem się w lewo, unosząc czerwone od paru samotnych łez oczy. Zanim zdążył jakoś zareagować, zasłoniłem zasłonkę między jego łóżkiem i stoliczkiem, a innymi, ściągnąłem przemoczoną koszulkę i okryłem się jego kołdrą, siadając blisko niego. Stykałem się z nim ramieniem, przez co przy pierwszym dotknięciu syknął. Był ciepły, gdyż przez ten cały czas się wygrzewał, ja natomiast oziębiałem..
- Nic nie mów. - rozkazałem mu odwracając się plecami w jego stronę i przytulając poduszkę. Schowałem w nią nos i przymknąłem oczy, chcąc się jakoś zdrzemnąć. Sen leczy każdą ranę, nawet najgłębszą skrytą w sercu. Bo za każdym razem jak odlatujesz, twoje myśli na chwilę, ulotną chwilę stopują. Leżałem na krawędzi, więc miał dla siebie dużo miejsca, co też wykorzystał przesuwając się dalej ode mnie. Nie skomentowałem tego; chciałem jedynie poczuć ciepło czyjejś osoby. Ja również go zraniłem, wcześniej, radził sobie sam, ale.. Ja nie potrafię. Cud, że nie kazał mi stąd spadać, ani nie zrzucił mnie na podłogę robiąc zdegustowaną minę. Chwała ci za to.
Pociągnąłem nosem i powoli wchodziłem na drogę do krainy snu oraz wyobraźni, kiedy ktoś przesunął dłonią po moim czole odgarniając włosy smętnie zwisające tam gdzie im się chce. Wydałem z siebie dziwny odgłos pomiędzy jękiem, a westchnieniem mocno ściskając zęby i usta. Usnąłem.

~

- Paniczu Tuasion? - kobieta w średnim wieku szturchnęła mnie, bym się wybudził. Powoli otwierałem zaspane oczy, a pierwsze co do mnie dotarło to chłód który czułem za plecami. Już tu nie leżał i to na pewno od dłuższego czasu. Gdzie poszedł, może się obraził~ myślałem. - Już chyba czas, by poszedł Pan do swojego dormitorium. Zaraz będzie cisza nocna.
Uniosłem się, pokiwałem i odesłałem ją. Zaraz ubrałem na siebie już wysuszoną górę, pościeliłem łóżko i szurając nogami wyszedłem, wracając do wieży. Zapukałem kołatką, odpowiedziałem, po czym po cichu wkroczyłem do środka, wracając do pokoju. Casper spał, nie zrażony moją nieobecnością. Nabrałem wdechu, rozebrałem się i położyłem, ponownie zasypiając.

< gdzie się Janusz podział.. omnom? >

piątek, 17 kwietnia 2015

Papillonlisse: Od Cisy cd. Amir

Wyrwałam swoją dłoń z jego uścisku, złapałam go za nogę i zaczęłam gilgotać jego kolano, co sprawiło że przewróciliśmy się oboje i poturlaliśmy się do lasu. Turlaliśmy się godzinami.
W końcu uderzyliśmy w jakieś drzewo. Pomogłam Gapciowi wstać i nagle oślepiło mnie zachodzące słońce. Dobiegłam po omacku przed siebie, depcząc kwiatuszki i strasząc nietoperze, aż uderzyłam twarzą w dąb tak mocno, aż się posypały z niego pomarańcze. Zezłoszczone drzewo przemówiło głosem Władimira Putina:
- Jestem Ziomuś Kasztanowiec. Z chęcią rozkminię wszystkie twoje problemy, które są związane z życiem pozagrobowym wiewiórek na melanżu u kasztanowca.
Nie zaczaiłam pistacjowej zajawki melanżowego kasztanowca, więc Gapcio postanowił zaczaić go po psiemu oblewając go moczem jednorożca.

<<Gapciu?>>

Bellefeuille: od Jonasza cd Amir'a

Wytrzeszczyłem oczy i spojrzałem na czubek jego głowy. Nie byli razem? Co to ma znaczyć...
- Nie był prawdziwy?
- Nnie...
- Okłamałeś mnie... znowu...
- Jonasz...
- Nie, dobra, nieważne- złapałem go za podbródek i skierowałem jego twarz ku mnie- ale przecież całowaliście się, przytulaliście, nawet robiliście TO- mruknąłem z naciskiem na "to".
- Nie robiliśmy...
- A trzy dni temu?
- To nie tak. To skoplikowane, jesteś teraz wycieńczony... nic nie zrozumiesz, musisz odpocząć.
- Yhm...- odwróciłem głowę. Nic nie załapałem, ma rację, jestem na to zbyt zmęczony.
Moje pokruszone serce chciało przy nim trochę zatrzepotać jak spłoszony ptak, poskakać, wyrwać się, ale nie mogło. Nie mogło się skleić i rzucić ku niemu. Jedyne na co było mnie w tym momencie stać to delikatne chwycenie go za rękę. Jego mina... bezcenna. Uśmiechnąłem się nieśmiało i lekko poluzowałem uścisk, po czym odwróciłem głowę z poczuciem bezpieczeństwa i błogiego spokoju, zasnąłem.

***

Obudził mnie zapach pieczonej kaczki w pomarańczach. Otworzyłem leniwie oko i zobaczyłem pielęgniarkę z porcją jedzenia. Położyła ją na stoliku, pogłaskała mnie po głowie, przy okazji sprawdzając temperaturę mojego ciała z uśmiechem wymalowanym na twarzy.
- Powolutku zdrowiejemy, zjedz sobie dochodzi już siedemnasta, a ty o pustym żołądku- jej białe zęby, aż raziły w oczy. Kiwnąłem delikatnie głową i podniosłem się do pozycji siedzącej. Poczułem nagły ból tyłka i kręgosłupa. Nie przywiązując do tego zbyt dużej uwagi, wziąłem talerz z porcją kaczuszki i metalowe sztućce. Rozpływała się w ustach, a jej smak sprawiał, że chciało się więcej i więcej i więcej... nim się zorientowałem, z pysznego mięska został tylko soki, które z niego wypłynęły. Kobieta odebrała ode mnie naczynie i wyniosła, a ja zostałem sam... to znaczy nie dokońca, bo na łóżku obok leżał sobie ten sam co zwykle, wkurzający mnie chłopaczek w pinglach. A czemu tam był? Złamał nogę, a teraz wypijał ten obrzydliwy eliksir, który szybko je regeneruje. Nie patrzyłem na niego, bo znów zacząłby się wypytywać o karty.
Padało. Wielkie krople z hukiem waliły o szybę, z każdą chwilą przyprawiając mnie o dreszczyk. Lubiłem deszcz.

"Ciągle pada,
Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby(...)"

Ta mugolska piosenka wpadała w ucho, człowiek chciał ją nucić. Patrzyłem tak w szare niebo i chmury na nieboskłonie gdy nagle pewien głos rozbrzmiał koło mnie:
- Mokro dziś, prawda?
- Tak... na przyszłość, nie musisz zmuszać Amir'a do przychodzenia tu... jeśli będę tego potrzebował to sam go poproszę na słówko.
- Jasne, jasne...
- Nie mam trzech lat, żebyś tak się mną opiekował. Poradzę sobie sam.
- Od razu, już nie raz widziałem jak samodzielny jesteś.
- Yhh... ale błagam, naprawdę nie wtrącaj się do tych spraw. Proszę...

<omnom>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Po ostatnim incydencie Jonasz widocznie potrzebował wakacji, bo nie zjawiał się na posiłkach i ogólnie nie widziałem, by wychodził z wieży. Tylko raz usłyszałem jak jego kumpel prosił, by wstał z podłogi i poszedł na kolacje. Nie zrobił tego. Interesowałem się tym, ponieważ wcześniej się lubiliśmy, byliśmy przyjaciółmi i było nam w tym układzie dobrze. Gdyby mu nie odbiło, gdyby nie próbował tych swoich sztuczek - może coś by wyszło. Nie umiem nie reagować, kiedy ktoś jawnie pokazuje mi, że chce się ze mną przespać, a potem zaczyna ryczeć, że jednak nie. Nie jestem testerem.
Pokłóciłem się z Casper'em. Według niego zacząłem znowu kręcić na boku, co oczywiście nie jest prawdą, ale nie da się mu tego wytłumaczyć. Jest jak słup, gadaj i gadaj i tak nie słucham. Próbowałem wszystkiego; całusów, przytulanek, przepraszania, nawet prezent mu dałem, a ten jak fochnął tak fochał dalej. W końcu dałem sobie spokój, jak wybaczy tak wybaczy, pewnie chce mi zrobić przymusowy celibat i karę. A niech robi co chce. Tak myśląc skierowałem się na śniadanie, sam i nie sam, bo ktoś niby do mnie coś mówił, ale wiadomo, że jak błądzisz myślami po innych torach to nie przykładasz wagi do czyichś słów. Usiadłem przy stole, dziabnąłem trzy parówki i kromkę z sałatą. O tak, moje śniadanie, które zawsze będę kochał. Nagle od strony młodziaków usłyszałem mocne brzdęknięcie, a potem upadek, na który wstałem jak inny by obejrzeć kto się wy*ebał. Był to ten sam osobnik, co wcześniej - Suseł. Podszedłem do niego, obejrzałem jego twarz wraz z innymi osobami i pokręciłem głową. Był cały blady, policzki mu się zapadły a pod oczami i na ustach miał sine ślady. Zaczął marudzić, że nie chce do skrzydła szpitalnego, ale odparłem mu, że nie ma ,,nie chce". Podniosłem go, chcąc prowadzić pod rękę, kiedy ten zemdlał prawie upadając. Na szczęście Nicklase był w pogotowiu i wziął go na ręce, szybkimi krokami idąc z nim tam, gdzie powinno się zabrać chorych.

~

- Posłuchaj mnie! - warknął Nicklase popychając mnie na szkolną ścianę i otaczając z dwóch stron opartymi rękoma. Zmarszczyłem brwi, wpatrując się w jego twarz z wku*wem. Od przerwy zawraca mi głowę mówiąc, żebym poszedł odwiedzić Jonasza, żebym z nim pogadał i wyjaśnił niektóre sprawy.. zachowuje się jak jego osobisty ochroniarz, jeśli chłopakowi leży coś na sercu, niech sam ze mną porozmawia. Pogratulował mi przecież związku, przeprosił, więc po co znowu rozpoczynać od nowa tą dyskusję?
- Ależ ja cie słucham. Od dobrych piętnastu minut. - wysyczałem. Zacisnął pięści znajdujące się niedaleko moich uszu, przez co usłyszałem charakterystyczne strzyknięcia. - Pójdę.
Odepchnął się od ściany i cofnął, a ja od razu wyminąłem go bez słowa. Niech będzie, pójdę i posłucham, ale nie obiecuję, że cokolwiek się zmieni. Poproszę go, żeby przestał się głodzić i zachowywać jak baba. Tylko dla dobra jego i szkolnej reputacji, bo jak nam padnie gdzieś w łazience, a nikt nie zauważy na czas.. Szkoda nawet tłumaczyć.
Wolnymi krokami doszedłem pod drzwi Skrzydła Szpitalnego. Podrapałem się po karku zanim je otworzyłem, ubierając myśli w słowa. W końcu pchnąłem je, wchodząc do środka. Leżał na łóżku pod oknem na samym końcu, patrząc w przeciwną stronę. Chwila potem usiadłem na krześle dla odwiedzających. Odwrócił się i zrobił nieodgadniony wyraz twarzy. Zaraz przeniósł wzrok na ścianę.
- Powiesz mi, co ty odpier*alasz? - wysyczałem w jego stronę. Wzruszył ramionami, po czym odparł ,,nic" jak gdyby wmawiał to sobie od samego początku tej dziecinady. Złapałem go za ramiona, potrząsając mocno. - Cokolwiek robisz, masz przestać. Robieniem sobie krzywdy nie zmienisz faktu, że..
- Że jesteś z Cas'em? - mruknął. Zjechałem dłońmi po jego ramionach w dół, spuszczając głowę. Więc to go cały czas bolało. Westchnąłem cicho.
- To nie jest prawdziwy związek.

< omnomnomn >