Statystyka

Październik! ~~~

Październik
Nauka, nauka i nauka!
Powoli Robi Się Coraz chłodniej. Weekendy uczniowie spędzają w miasteczku.


Punkty przyznawane SĄ dopiero od roku szkolnego AŻ zrobić Początku wakacji - wtedy na Początku piszecie nazwę domu :. Od ... do / CD ...]
W WAKACJE Piszcie TYLKO od kogo ma kogo! Bez domu ponieważ nie nie SA przyznawane wtedy Punkty! :)

Opowiadania DO DOKOŃCZENIA!


Od Ell cd Rosalie - Czy Rosalie


Od Jonasza zrobić ... - Trzecioroczniaka Z Belle.
Od Lili cd. Jonasza - Do Jonasza
, Od Vinyli cd Lili - Czy Bianki i Lili



Od Avalone cd Daniela - CZY Daniela & Vako

środa, 8 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Zaśmiałem się kolejny raz słysząc żart. Staliśmy z paroma osobami przy ścianie czekając aż moja ulubiona lekcja się zacznie, a szkolny przystojniak aka nauczyciel przyjdzie i ze swoją gracją otworzy drzwi. Jestem głupi myśląc w ten sposób, wiem, ale co poradzić, tylko jego głos mnie przyciąga, a to jest cud.
- Ar, czemu nie przedstawisz mnie Czyśce? - zapytał ktoś z czwartego roku. Jak rażony wyprostowałem się i zmarszczyłem brwi, robiąc krok na przód. Nie cofnął się, ale patrzył ciekawy jak próbuję siłować się na wzrok.
- ,,Czyśka" mów do swojej matki, a nie do Summer. - warknąłem. Uniósł ręce w geście poddania powtarzając okej, okej. Nabrałem oddechu, a cała reszta odetchnęła. Dobrze wiedzieli, że ze mną się nie zadziera jeśli chodzi o tą dziewczynę; jest moją przyjaciółką, moją rodziną, moim życiem i cokolwiek się stanie, postaram się doprowadzić ją do dobrego zakończenia, nie pozwolę by coś jej się stało, a na pewno nie dam jej pod nos żadnego chłopaka który trudzi się tyle, co nic.
Nauczyciel przyszedł, jak zwykle wpuścił do środka dziewczyny, a gdy doszło do mnie, serdecznie się uśmiechnął. Byłem jednym z najlepszych uczniów i nawet on mnie lubił.
- Dobrze, siadajcie. Dzisiaj porozmawiamy o.. - zacząłem przysłuchiwać się i oglądać zabawną gestykulację. Niestety, wszystko co miłe, szybko się kończy. Chwila, moment a ja już musiałem wychodzić. Niechętnie pożegnałem się z mężczyzną skinieniem głowy.
Ostatnia lekcja, czyli teraz spokojnie mogłem iść do siebie. Gdzieś w między-czasie dołączył do mnie Cas.

~

- ..F*ck the system, I.. - nuciłem pod nosem leżąc na trawie na błoniach. Dawno powinienem być w zamku. Ta, kiedy niebo ma na sobie tyle pięknych gwiazd, nie ma mowy, bym kisił się w wieży.- ..like u a..

<muszę się uczyć, dla tego takie krótkie ;/>

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Chłopak zrezygnowany opadł na kanapę.
- A niby czemu mieliby cię wpuścić i przede wszystkim, gdzie?
- Musiałem iść do innego dormitorium, do pewnej osoby, ale jakiś Smerf musiał mi przeszkodzić.
- Smerf?!- uniosłem nieco głos.
- Tak, Smerf! A po chol.erę ty wyłazisz w środku nocy?!
- Z obrazami byłem na kawce, wiesz?- prychnąłem- Byłem po leki uspokajające, przed wczoraj mieliśmy lekcję z Boginami, dalej nie mogę się ogarnąć.
- Cykor...
- Pff... nie moja wina, że jestem wrażliwy i strachliwy... przynajmniej umiem się utrzymać na miotle, nie to co niektórzy.
- Ej, a kto cię dziś ocalił przed tłuczkiem?
- Jakiś tłuk!
- O ty!- skoczył na mnie i zaczął mnie tarmosić po głowie. Puścił mnie. Poprawiłem rozmierzwioną fryzurę i chrząknąłem poprawiając krawat. Interesowało mnie po co tak bardzo chciał iść do drugiego dormitorium- Jonasz?
- Hmm?
- Czemu leki? Nie lepiej użyć zaklęcia?
- Jakoś już na mnie nie działa. To znaczy tylko to zaklęcie, reszta jest normalna- wyjąłem różdżkę i machnąłem nią gładko w stronę świeczki, wypowiadając słowo "Inferno". Zapaliła się- A tak przy okazji, dzięki za ocalenie życia, tam, na błoniach.
- Proszę... a ja dziękuję za wyrwanie połowy włosów, tam, na schodach.
- Nie ma za co- wyszczerzyłem się. Po chwili wyrwało mi się ziewnięcie- stąd moja ksywka Suseł... lubię spać- przymnąłem powieki i usiadłem na kanapie. Obok mnie Amir- Skąd jesteś?
- Mam korzenie brytyjsko-francuskie...
- Stąd ten akcent...
- A ty? Skąd jesteś Smerfie?
- A takie zad.upie zwane Polską- mruknąłem powoli odlatując. Sam nie wiem kiedy położyłem głowę na jego kolanach i zasnąłem. Ostatnie co poczułem to głaskanie po głowie (Oooch...). Później jakieś urywki, to jak niesie mnie do pokoju, kładzie na łóżku, idzie sobie...

***

- Jonasz, idziemy na śniadanie- trącenie w ramię i ciepły głos chłopaka lekko mnie wybudziły.
- Jeszcze pięć minut, mamo...- wymruczałem zakrywając się po uszy kołdrą.
- Amir, Amir!- jakiś blondasek przybiegł ubierając spodnie.
- Co tam?
- Idziemy?
- Zaraz, tylko niech ten śpioch wstanie.
- A kto to?
- Smerf Jonasz...
- JONASZ?!- wybuchł śmiechem godnym mojego nauczyciela od matematyki z dawnej szkoły, który mówiąc coś, czy śmiejąc się wypluwał wodospad śliny. Mówiliśmy na niego Ślinotok, lub Niagara. Słodko, nieprawdaż.
- Tak... masz coś do imienia Jonasz?- wyburczałem w podusię.
- I TEN AKCENT- dodał.
- Tak, nabijaj się, nabijaj- fuknąłem i przewróciłem się na drugi bok. Poczułem jak ktoś mnie podnosi. Na moje nieszczęście byłem już w mundurku, bo wczoraj się nie przebrałem. Amir wyszedł ze mną, przerzuconym przez ramię z dormitorium i ruszył do sali, gdzie na stołach podane było śniadanie. Oni usiedli z trzeciakami, ja poszedłem do kolegów z drużyny. Na stole pojawiła się uczta, w tym gorąca czekolada do picia...
Po śniadaniu zacząłem zmierzać do wyjścia, ale wcześniej usłyszałem, jak ktoś woła: "Szlama!". Dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że jestem jedyną osobą, która wychodzi, a zieloni patrzą w moim kierunku. Po chwili dodali: "Dodatkowo głuchy!". Wszyscy z ich grupki wybuchli gardłowym śmiechem. Próbowałem nie okazywać, że bolało i czym prędzej poszedłem do łaźni. Zamknąłem się w toalecie i zacząłem chlipać, kuląc się na podłodze, przy ściance odzielającej jeden kibel od drugiego. Nim spostrzegłem, a drzwiczki się otworzyły i stanął nade mną Amir. Zasłoniłem twarz dłońmi, a on jak gdyby nigdy nic, wytachał mnie stamtąd.
- Jonasz? Co się stało?- jego oczy były pełne... zaniepokojenia i żalu?
- Nnic...
- To czemu wybiegłeś jak oparzony?
- Bbo tak...
- Jonasz- trącił mnie w ramię- coś o tobie mówili?
- Nic... tylko nazwali mnie Szlamą- wyszeptałem spuszczając głowę i bawiąc się koszulą. Chłopak nic nie powiedział- Nie moja wina, że jestem Mugolakiem...- podniosłem wzrok na jego usta, potem policzki, a następnie oczy, które zasłonięte były długimi, czarnymi, wyglądającymi jakby je machnął tuszem, rzęsami. Wytarłem łzy zewnętrzą częścią łapki i poprawiłem fryzurę. On dalej nic nie mówił- Ja idę... mam zaraz Opiekę Nad Magicznymi Zwierzakami... dziś Hipogryfy!- rozpogodziłem się nieco i wyszedłem z łaźni, uwcześniej muskając wewnętrzną część jego dłoni, palcami i uśmiechając się do niego nieśmiało. Ledwo wyszedłem zacząłem biec przed siebie. Znów zieloni...
- Szlaaamaaa!
- Brudny!
- Skażoony!- usłyszałem za sobą jeszcze kilka przezwisk, a potem wybiegłem na dziedziniec i do lasu. Gajowy już czekał z kilkoma uczniami. Widocznie nasza klasa nie spieszyła się za bardzo na te cudowne lekcje. Potem zielarstwo... yghh...

***

- Dobrze Jonasz, nie denerwuj się, trzymaj się mocno piór i próbuj nim sterować. Tylko nam na drzewo nie wpadnij- gajowy uśmiechnął się. Większości uczniów udało okiełznać się, tą dziką bestię. Nie byłem pewny czy mi się to uda.
- A to bezpieczne?
- Jasne! No! Leć młody!- niemrawo ruszyłem przed siebie schylając się do grzbietu magicznego stworzenia- Nie bój się!- usłyszałem z tyłu, a potem gryf jak rakieta wystrzelił w górę.
- Niżej... niżej, niżej, niżeeeej- wyszeptałem do niego, a on jak zaczarowany wykonał moje polecenie- dobra! Mamy zrobić beczkę i wrócić, okay?- spytałem, a on zaskrzeczał doniośle- No to git!
Po wykonaniu akrobacji i wróceniu do grupki czułem się lepiej niż gdy latam na miotle. Lekcja zakończyła się sukcesem wszystkich, żadnego złamania, czy pokaleczenia. Następna lekcja... zielarstwo... błagam, nie...

(Amir? Chyba się rozpisałam?)

Bellefeuille: Od Amir'a cd Jonasza

Widząc jak głowi się nad zagadką na którą odpowiada za każdym razem kiedy tu przychodzi zrobiło mi się go żal i od razu sam odpowiedziałem. Weszliśmy do środka, a po tym każdy rozszedł się do swoich pomieszczeń. Plus mieszkania w wieży? Zdecydowanie widoki. Najbardziej podoba mi się wielkie okno po środku ,,salonu" z którego mamy zrzut na zamek i jego inne części. Zatrzymałem się przy nim, na prawdę lubię to miejsce. Cas pewnie dawno wyszedł, a ja znów opuszczam lekcję. Chociaż.. dopóki Sumka nie wie, to jest dobrze. Jeszcze by coś palnęła przy rodzinnym stole, że się leniłem w dormitorium.
- Widzisz coś ciekawego? - zapytał Jonasz ściągając koszulkę i zarzucając sobie mały ręcznik na szyję. Odwróciłem się do niego, oparłem o parapet. Chwilę przypatrywałem się jego oczom, które jako jedyne tak na prawdę przykuwały moją uwagę.
- Teraz na pewno. - odparłem. Chyba źle mnie zrozumiał, bo się speszył. Próbował to ukryć chamskim uśmieszkiem, ale trochę mu się nie udało. - Byłem pewien, że jesteś bardziej pewny siebie.
- Obserwujesz mnie? - mimo wszystko dalej przyglądałem się błękicie tęczówek. Miałem odpowiedzieć na to pytanie, lecz jeden z jego kumpli krzyknął, że zajmie mu łazienkę. Rzucił się do drzwi, zatrzymał na chwilę, puścił mi oczko i zamknął je za sobą.
,,Niech będzie"~pomyślałem idąc do siebie. Co zyskałem trenując z nimi? Praktycznie opanowałem już odbicie pałką, a balans ciałem jakby powoli kiełkuje w moim umyśle.

~

- Cas, wychodzę. - mruknąłem do blondyna i wymknąłem się. Opuściłem dormitorium i cicho, na paluszkach kroczyłem w dół po schodach, chcąc odwiedzić Cisę, która jak na złość postanowiła dzisiaj mnie nieco olać. A ja muszę widzieć ją przynajmniej dwadzieścia minut dziennie, inaczej zbzikuję.
Plan był prosty; wychodzisz, idziesz po cichu, nic nie mówisz. Wkradasz się pod ich dormitorium i czekasz, aż ci otworzą. Spie*dolisz: odejmują ci punkty. Gdybym był szczęściarzem udało by się, ale ktoś jeszcze pomyślał o spacerkach po nocy i chyba nie zauważył mnie przed sobą, bo jakby zbiegł i oboje się zachwialiśmy. Ja ustałem, on za to wpadł na mnie i chwycił czegokolwiek, w tym wypadku moich włosów. Zasyczałem wkurzony, pociągnąłem go w górę i poświeciłem różdżką.
- Co ty ku*wa odpie*dalasz? - wiedziałem kto to jest z momentem ujrzenia niebieskich włosów. - Spacerków się po nocach zachciało?
- A ty co? - burknął. Wspólnie doszliśmy [hehe] do wniosku, że powinniśmy wejść na górę zanim ktoś nas zobaczy. Tak wylądowaliśmy w salonie sprzeczając się.
- Przez ciebie już mnie nie wpuszczą. - warknąłem i usiadłem na kanapie. - Za późno..

<Doszli razem, heheheheh>

Bellefeuille: Od Amir'a cd Adama

Otworzyłem szeroko oczy znowóż zataczając się. Jego dłoń na mojej buzi wcale nie była taka przyjemna, toteż złapałem go za nadgarstek i zacząłem odciągać. Kary się unika, co?
Odepchał mnie na parę metrów zdala od drzwi mordoru z poważną i wkurwioną miną. Skorzystałem z chwilowej nieuwagi chłopaka, ciągnąc ten sam nadgarstek nieco dalej. Rzucał się chwilę, dopóki nie wyszliśmy zza róg, gdzie nie był widziany w ogóle i mógł poczuć się ,,bezpiecznie".
- Powinienem cię skosić i ją zawołać. - powiedziałem szczerząc zęby. Odpowiedział przeciąkłym warknięciem w stylu pierdol się, albo wpierdol.
- Puść mnie już. - wykonałem jego polecenie z nie małą satysfakcją, a wtedy się zaczęło. Dosyć nie miło zarzucił mi, że jestem niedorajdą i tym podobne, klnąc co jakiś czas. Przytoczyłbym tą rozmowę, ale chyba nie wypada. To nie tak, że stałem cicho i słuchałem; odpowiedziałem tym samym i gdy prawie zdecydował się na zniekształcenie mojej szczęki, ktoś zawołał go po imieniu z drugiego korytarza. Zmarszczył brwi jeszcze bardziej, prychnął i odwrócił się.
- Jestem francuzem, ocipiały idioto. - rzuciłem zdecydowanie nie potrzebnie. Wrócił się i przywalił mi z całej siły. Uwaga, to mój pierwszy raz. Moje myśli się pomieszały i nie ważne, że leżałem na tyłku podpierając kafelki, jedną ręką zasłaniając krwawiący nos; najbardziej stresowałem się faktem, że teraz nie będę wiedział, czy w końcu jestem czegoś warty, że należy mi się, a nie, że stoję obok społeczności.
- Kto jest teraz ocipiały? - po tym zdaniu zostawił mnie zdezorientowanego. W końcu jakaś dziewczyna z mojego rogu przyszła i jakbym umierał, zaczęła mnie podnosić na siłę i rozglądać się za nauczycielem. Zbeształem ją za ten pomysł, wstałem i przyjąłem chusteczkę.
-Boże, może jednak pójdziesz do skrzy..
- A ty co? - odezwał się trzeci głos, należący do Sumki. Popatrzyłem na nią nieco pustym wzrokiem. Odesłała, bodajże Dannę i sama zajęła się mną prowadząc do wieży. Zauważyła, że coś jest nie tak.
- Chyba zdenerwowałem szkolnego podrywakę. - przyznałem się. Doszliśmy do drzwi, powiedziałem odpowiedź na zagadkę i wpuściłem nas obu. Mojego współlokatora na szczęście nie było.
- I on ci dał w mordę? - chyba to ją rozśmieszyło, nie wiem, nie patrzyłem. Zabrałem się za zmywanie krwi i sprawdzanie, czy coś mi połamał, ale chyba nie ma tyle siły.

<EGHEGHEHEHE, pierwszy raz, he>

Bellefeuille: Od Jonasza cd Amir'a

Chłopak się trochę pysznił. Nie lubię takich osób, no ale co począć, nasz "genialny" kapitan szukał nowego pałkarza i chcą go sprawdzić. Pałkarz. He he. Ma wątłe ciałko, jak ja i jest niski, jak ja. Jedyne co w nim widzę takiego "wyjątkowego" to kości policzkowe. I rzęsy. No i jeszcze usteczka... no w ostateczności oczka też. Nie można zapo... dobra Jonasz! Stop! Ładny i tyle. Chociaż podobno jest też dość inteligentny... i przystojny... tylko trochę jak baba... jak ja!
- Te, Suseł! Na miejsce!
- Yup!- wskoczyłem na miejsce. Nie ma to jak być niskim i chudym, tak, tak, szukający, to znaczy rezerwa, ale jednak szukający. Moja miotła była... jak z jakiegoś kantorka woźnego, ale ją lubiłem, nie był to Nimbus 2002, ale fajnie się nią sterowało i dość szybko latała. Wzleciałem ciesząc się chłodnym powietrzem, które smaga mnie po twarzy i wolnością, którą czułem za każdym razem gdy miałem okazję polatać. Skupiałem się na Amirze, chłopak nieśmiało wszedł na miotłę i kurczowo się jej trzymając podleciał do góry. Dostałem głupawki patrząc jak chłopak próbuje z niej nie spaść.
Nagle, ledwo usłyszałem jakieś jęki z lewej strony. Kocham być głuchy! Zobaczyłem jak Amir się spręża i zaczyna szybko lecieć w moją stronę z pałką (taką do Quidditcha, bez skojarzeń proszę). Zdziwiłem się gdy chłopak nieoczekiwanie odepchnął mnie i walnął nią w tłuczek lecący w moją stronę.
- Głuchy?! Wołamy żebyś wiał, a ty co?!
- Przepraszam!
- Pilnuj się.
- Nie moja wina, że wołaliście z lewej strony- fuknąłem- Złoty znicz!- pisnąłem i zacząłem lecieć za cudeńkiem ze skrzydłami. Stanąłem na miotle i zacząłem lecieć jakbym jechał na deskorolce, co robiłem kiedy byłem w domu. Podniosłem łapki do góry i zacząłem się drzeć, by po chwili jak kotek skoczyć na znicz- Mam! MAM!- w ostatniej chwili złapałem się miotły i wisiałem tak w jednej ręce trzymając metalową kulkę, a drugą kurczowo zaciskając na drewnianej rączce. Nie spadnę, nie spadnę, nie spadnę... SPADAM! Zacząłem wrzeszczeć, bo dopiero teraz się zorientowałem, że jestem jakieś 15 metrów nad ziemią. Niestety odległość między mną, a podłożem się zmniejszała.
- Levicorpus!- usłyszałem końcówkę zaklęcia i chwilę po tym wisiałem w powietrzu (głową w dół, ale mniejsza o to), trzymany przez magię Amir'a.
- Na ziemię! Błagam!- zajęczałem, a on zniżył mnie na jakieś pół metra nad ziemię i puścił mnie. Walnąłem plecami o jakiś kamień- AU!- ryknąłem i podniosłem się. Dalej trzymałem znicz. Zawołałem miotłę i spojrzałem na śmiejących się kolegów. Otrzepałem się z pyłu i żwiru- Ale śmieszne, ha, ha...
Po "treningu", czyli bezsensownym lataniem za motylkiem (tak było w moim przypadku), ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście na miotłach. A jako iż ja byłem najlżejszy, to ja musiałem wieść Amir'a. Położyłem się na brzuchu, na miotle. Wyglądało to niefortunnie, bo przylegałem du.pą do jego krocza. Lecz kiedy poczułem jego palce na biodrze, zerwałem się i walnąłem go łokciem w brzuch. Kaszlnął i od razu zabrał paluszki. Resztę drogi przelecieliśmy (HEHE) normalnie. Kiedy dotarliśmy na dziedziniec, wręcz go zrzuciłem i sam zszedłem z miotły. Zacząłem iść do dormitorium.
- Jonasz?- usłyszałem z tyłu zaakcentowany głos tego, którego przewoziłem.
- Co?- chłopak mnie dogonił i stanął po mojej lewej stronie. Szybko go okrążyłem i teraz szedł po mojej prawej.
- Czemu... zaraz... lewa... czy ty nie słyszysz na lewe ucho?
- Bystry jesteś- uśmiechnąłem się- a myślałem, że słyniesz tylko z ładnej buźki- dotarliśmy przed drzwi z kołatką w kształcie orła. Nienawidzę tej zagadki...

(Ładna buźko?)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Adama cd. Amira

-  Biorąc pod uwagę, że jesteśmy we Francji... - mruknąłem beznamiętnie.
Zmierzyłem chłopaka znudzonym wzrokiem. Najwyraźniej mnie znał - cóż, nie dziwota. W końcu to... ja. Ja jednak go nie znałem. Nie powiem, żeby mi zależało, ale należało to jednak podkreślić jako niezbity dowód nieśmiertelnej sławy mojej oraz Martinesa w tej szkole.
- Anglik? - spytałem od niechcenia. Właściwie nie mam pojęcia czemu. Nie chciało mi się gadać z tym chłoptasiem.
- Co cię to obchodzi? - Spojrzał na mnie spod byka. Biedny, mały Orlaczek.
- Właściwie to masz rację. Nic, a nic mnie to nie obchodzi. - Przyznałem i wyminąłem go, zbierając się do odejścia. Za plecami usłyszałem głos:
- Po części. Jestem w iluśtam procentach Brytyjczykiem.
Zwolniłem kroku. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ta siła perswazji. Och, ach - ja zajebisty. Szybko jednak ponownie przyspieszyłem.
- To do zobaczenia na lekcji, BRYTYJCZYKU - rzuciłem, nie odwracając się za siebie.
Po chwili znalazłem się już pod salą do zaklęć. Rzeczywiście stało tutaj od groma i jeszcze trochę trzecioklasistów. Dziwne praktyki panują w tej szkole, powiadam. Zauważyłem grupkę przyjaciół gawędzących wesoło w kółeczku wzajemnej adoracji czy coś. Szczęśliwym trafem Elliezabeth była tyłem do mnie. Pokazałem na migi stojącemu naprzeciw mnie Percy'emu, by nie zdradził mej obecności. Cichcem podkradłem się do różowowłosej i zasłoniłem jej oczy.
- Debil? - mruknęła, zdejmując moje dłonie ze swojej twarzy. Obróciła się na pięcie. - A nie, to tylko ty.
- Czyli bardzo trafnie to odgadłaś - zaśmiał się David.
- Niee... On jest poziom niżej niż "debil" - sprostowała.
- Nie powinieneś być teraz ze swoją Leslie, cmok-cmok? - zapytałem rozeźlony.
- O, fakt, masz rację! Już do niej biegnę! Ale nie, czekaj... Ani mi się śni!
- A co się stało? - zapytała Ell z zaciekawieniem.
- Nic. Uroki Brooksów - warknął.
- Chcesz w zęby?! - Efektownie podciągnąłem rękawy koszuli.
- Och, nie! Nie, Adam, proszę! Nie bij mnie! - Blondyn momentalnie się skulił. Zrobił minę udręczonej ofiary. Wyprostowałem się w osłupieniu. Parę sekund później objawiło mi się wytłumaczenie jego perfekcyjnej gry aktorskiej.
- Brooks! Proszę natychmiast przestać! Zostaniesz u mnie na chwilę po lekcji. A teraz proszę, wchodzimy do klasy. - Za sobą usłyszałem głos ukochanej profesor De Maupssant.
- Dzięki, frajerze - syknąłem do Dave'a, kiedy mijałem go w drzwiach.
- Nie ma za co, kochanie - odpowiedział słodkim głosem i posłał mi buziaczka. Wzdrygnąłem się i pobieżyłem na tyły, gdzie błyskawicznie zająłem wolne miejsce obok Ellie.
- O nie, o nie, o nie. Ja cię tu nie chcę! - W bardzo brutalny sposób zaczęła wypychać mnie z ławki.
- Tak? Niby dlaczego?
- Znowu mi się przez ciebie oberwie!
- Panno Heap, proszę o spokój! Panie Brooks, niech pan zajmie już miejsce! Dziś gościmy uczniów z klasy niższej, jest małe zamieszanie, więc proszę o współpracę - odezwała się nauczycielka, spoglądając na nas groźnie. Od pierwszej lekcji po rozpoczęciu roku zauważała tylko nas, nie ważne, jak bardzo nieznośna byłaby reszta klasy.
- No, już ci się oberwało! To mogę?
Dziewczyna machnęła na mnie ręką i, udając pełne skupienie, zaczęła zapisywać temat na skrawku pergaminu. Wzruszyłem ramionami i rozłożyłem się jak szef. Nie miałem dziś ochoty na pisanie. Teoria w zaklęciach jest przecież zbędna.
Gdy rozbrzmiał dzwonek, przypomniałem sobie o powinności pozostania u Maupssant i wysłuchania wykładu na temat nieznęcania się nad słabszymi (On słabszy, ta? Dobre sobie.), może połączonego z jakimś nie do końca przyjemnym szlabanem - po sprzątaniu jej zbierającej kurz biblioteczki jeszcze po dziś dzień czuję, że w nosie kręci mnie kurz. Jako że niezbyt było mi to na rękę, chwyciłem torbę i kilkoma susami pokonałem drogę do drzwi. Życie to nie bajka i niezbyt często jest szczęśliwe, wobec czego oczywiście zderzyłem się z kimś, będąc już prawie na wolności. Zakląłem niepokornie, obdarzając spojrzeniem tego nieroztropnego osobnika, dla którego ten dzień również nie miał być taki miły.
- Matko, znowu ty?! - krzyknąłem, widząc twarz uroczego Brytyjczyka. Wypchnąłem go za drzwi prawie już opustoszałej sali i zasłoniłem usta, nim zdradził moją obecność rozglądającej się nauczycielce.

Ar? To nie były dwa lata xD
Krótkie, krótkie, krótkieee ;(

Bellefeuille: Od Amir'a do Jonasza

-A teraz napnij się nieco i użyj przepony!-powtórzyła Gawryłowa klepiąc brzuch jednej z uczennic naszego domu. Po chwili z gardła dziewczyny wydobył się krzywy dźwięk, jakby kogoś zaklinali, ale mimo to większość wpatrywała się w nią z uwielbieniem. Zatkałem uszy tak, by nikt tego nie zauważył. Jak można mówić ludziom, żeby niszczyli swoje gardło i czyjeś wrażliwe punkty jak ucho?-Bardziej na e..
Lekcja trwała, każdy po kolei prezentował ile nauczył się przeciągu ostatnich tygodni, doszło do mnie i złapałem się pierwszej lepszej rzeczy na myśli, kłamiąc, że boli mnie gardło. Oczywiście jeden czy dwóch osobników chciało zaprzeczyć [bo dzisiaj rano zauważając na boisku drużynę quidditcha darłem ryja jak szalony]. Upiekło mi się, ale następnym razem tak łatwo nie pójdzie.
Wyszliśmy z sali wraz z zakończeniem wykładu na temat dobrej opieki nad swoim gardłem. Teraz zaczynała się przerwa obiadowa ale, że rano zjadłem dużo budyniu dalej czułem go w przełyku i nie miałem zamiaru dalej się zapychać. Chociaż, fajnie byłoby pogadać z Sumką..
-Ej, Ar!-jakiś chłopak zawołał mnie po imieniu i podbiegł. Od razu wiedziałem, że jest młodszy o rok, na jego szacie widniał znaczek drugiego roku.
-Znamy się?-mruknąłem dosyć przyjemnie jak na siebie. Podrapał się po tyle głowy jakby dobierając słowa, w międzyczasie wznowiłem podróż.
-Tak, to znaczy nie, ja cię znam.-podniosłem brew nie zwalniając. Doszliśmy do wielkich drzwi, przeszliśmy przez nie wkraczając do środka.-Mieliśmy raz razem lekcje rok temu, siedzieliśmy razem.
Błękitne oczy przyjaciółki zwróciły się ku mnie, a usta przybrały lekki uśmiech. Odwzajemniłem się tym samym i zwalniając kroczyłem ku jej stołu. Nagle młodszy złapał mnie za rękaw zatrzymując.
-Czego?-teraz nie brzmiałem tak miło.
-Moi znajomi mówią, że chcą byś z nami ćwiczył.-odważnie napiął pierś.-Lubisz Quidditcha, a my dobrze gramy.
-To wszystko?-coś we mnie drgnęło, uwielbiam ten sport. I to może być w miarę dobra okazja do poćwiczenia i nauczenia się siedzenia na miotle..
-Chodź z nami na błonia, tam wszyscy czekają.-puścił moją szatą i odbiegł podekscytowany. Wreszcie dotarłem do niej, szczypiąc ją w szyję. Najbliżsi osobnicy również się ze mną przywitali, bo jak to na mnie przystoi, roztaczam aurę przyjaźni i chęci rozmowy.

~

Ciekawość zwyciężyła i po paru minutach pobiegłem na błonia. Zmieniłem się w kota, bo w ten sposób mniej się męczyłem szukając ich.
Nareszcie! Niektórzy dawno siedzieli na lewitujących miotłach, a inni stali i rozmawiali pokazując sobie kartki. Podszedłem do nich [wcześniej wracając do ludzkiej formy].
-Przyszedłeś.-powiedział ten sam chłopak. Nagłe poruszenie mile połechtało me ego. Zaczęli się przedstawiać i mówić o sobie parę rzeczy, aż doszło do niebiesko-włosego, niskiego chłopaczka którego oczy były takie same jak Sumki. Pomyślałem sobie, że już mnie zaciekawił, kiedy pierwsze zdanie wydobyło się z jego gardła.
-Siemka, jestem Jonasz, ale mów mi Suseł, bardziej do mnie pasuje.-chwilę trwałem w osłupieniu, by nagle wybuchnąć śmiechem do łez. Okej, mój akcent mnie dobija, jest okropny w połączeniu z angielskim językiem, ale to?-Czego się..
-Twój głos!-dalej rżałem jak po*ebany, chyba nieco go tym irytując. Opanowałem się, wytarłem oczy i poklepałem go po ramieniu. Stanąłem w środku ,,kółka zainteresowania" chcąc też się przedstawić.-Witam, jestem Amir, dla znajomych Ar. Jak wiecie jestem na trzecim roku. Nie muszę za dużo o sobie mówić, bo większość z was wie o mnie podstawy, w końcu jestem tak popularny.~
Każdy z nich zaśmiał się w reakcji na koniec mojej wypowiedzi, czego oczekiwałem.

<ohohoh Suseł>

Uczeń Domu Bellefeuille: Jonasz Milar

Jonasz Milar


Imię:  Jonasz
Pseudonim/Ksywka: Suseł
Nazwisko: Milar
Krew: Mugolak 
Rok: Drugi
Data Urodzenia: 28 kwietnia
Dom:  Bellefeuille
Drużyna Quidditch'a: 
Dziewczyna/Chłopak: Amir Tuasion
Rodzina:  Mama- Maria, Ojciec- Ray


Sowa: Dezy, Płomykówka

Towarzysz: --

Różdżka:  
Orzech włoski
12 i ćwierć cala
Szpon Hipogryfa
Idealna dla tego tego odkrywającego jeszcze swoje umiejętności chłopaka.
Ciekawostki:
~ Bogin - Zakapturzony nieznajomy z kosą (Śmierć)
~ Patronus -   Rajski Ptak
~ Genetyka - -
~Zdolności -  -
~ Inne - 
- Mimo swojego wieku jest uzależniony od seksu.
- Kocha czekoladę.
- Non-stop śpi, od tego powstała jego ksywka, Suseł
- Nie słyszy na lewe ucho.
- Bardzo często zmienia kolor włosów.

Ulubiony Przedmiot: Ochrona przed czarną magią, wróżbiarstwo.
Znienawidzony Przedmiot:  Zielarstwo.
*~ Stajnia - -
Właściciel - Sweet Horse


Zainteresowania: 
- Spanie się liczy?
- A jedzenie czekolady?
- Śpiewa *.*
- Umie grać na skrzypcach

Aparycja: Jonasz to niski (168cm) chłopak, niezwykle chudy (55kg) i nie ma u niego 
ani grama mięśni. Wąskie ramiona, pociągła, kobieca twarz u rzucające się w oczy 
włosy, których kolor zmienia bardzo często. Ma długie palce i duże stopy (rozmiar 41 ;-; ). 
Jeśli chodzi o jego sposób poruszania się, stawia krótkie, sprężyste kroki, gdy biegnie 
wygląda jak sarna. Ma pełno kolczyków i tatuaży. Ubiera się albo rockowo, glany te sprawy,
albo na luzie (spodnie w których wyglądasz jakbyś się zesrał *.*)

Charakter: Jonasz jest niezwykle przyjacielski i miły. Wesoły, uwielbia się śmiać 
i rozśmieszać, aura radości bije od niego na kilometr. Uparty, nie zna słowa "porażka". 
Zawsze stawia na swoim. Narwany, zwariowany i porządnie kopnięty. Potworny optymista. 
Po prostu wesolutki, milutki chłopczyk. Wrażliwy, bardzo. Empatyczny, nie umie 
patrzyć na nieszczęścia, które spotykają innych. Jak na swój wiek i "rozbrajający" 
charakterek jest bardzo inteligenty i bystry. Nie lubi napuszonych osób, czy takich 
zgorzkniałych, które nigdy się nie śmieją, są oschłe i chamskie. Sam czasem arogancki
i egoistyczny. Jest niezwykle leniwy, najchętniej spałby cały dzień. 


Historia: Urodzony w Polsce, w rodzinie "mugolskiej". Wychowany przez stanowczego,
aczkolwiek wrażliwego ojca i matkę z anielską cierpliwością. W wieku około 
dwunastu lat zorientował się, że jest z nim coś nie tak, wiedział, że jest inny. Rodzice po 
kilku latach dowiedzieli się, że jest czarodziejem zaakceptowali to i jak najszybciej 
wysłali go do tej szkoły.

Bellefeuille: Od Amir'a do Casper'a

Opadłem bezradnie na ławkę w korytarzu. Powinienem być teraz na lekcji, ale ktoś dał mi karteczkę, że chce się spotkać w tym miejscu, a gdy przyszedłem znalazłem drugą z napisem ,,Frajer". Na prawdę, nudzi im się, albo tak mocno mnie nienawidzą, choć nawet nie wiem kto. Wszyscy których znam czerpią przyjemność z towarzyszenia mi. Jakiś zazdrosny chłopak?
Przymknąłem oczy wzdychając. Za nic nie wróciłbym się gdy drzwi klasy zostały zamknięte, zbyt duże ryzyko na niechybną śmierć poprzez katusze u nauczyciela. Toteż zagłębiłem się nieco w świat drzemki, uchem nasłuchując czy przypadkiem jakiś randomowy człowiek postanowił przejść się akurat tym przejściem. Minuta, dwie, nawet udało mi się odlecieć myślami, lecz wtem odgłos tupania przedarł się przez powietrze i odbił echem. Widocznie ktoś biegł i to dosyć szybko, bo zbliżał się z niemożliwie szybkim tempem. Spanikowany takim obrotem spraw zmieniłem się w kota i usiadłem koło ławki, zaglądając zza rogu. Sekundy; blond włosy chłopak, widocznie zasapany zwolnił i oparł dłoń o kolano, drugą trzymając książkę. Wyszedłem na przód, chcąc go po prostu wyminąć, ale wyprostował się i uśmiechnął pod nosem.
-Kici kici..-rzucił. Nastroszyłem się, nie jestem jakimś zwykłym tępym kotem, żeby tak do mnie mówić. Ciesz się, że jeszcze się nie wkurzyłem i z grzeczności podejdę, ale to tylko z grzeczności, nie po to, byś mnie podrapał.-No choć, kici..
Potruchtałem pod jego nogi. Podniósł mnie na ręce, czego dosyć nie trawię i poruszył mną w prawo i lewo, a po tym położył na klatce piersiowej i pogłaskał. Rozejrzałem się za książką, wsadził ją za pasek spodni. No cóż, była mała.
Podrapał mnie za uchem (wcale nie zamruczałem), potem po głowie i po pyszczku, aż jedno ze świateł zgasło a on jak poparzony odskoczył w bok puszczając mnie. Upadłem na łapy i zasyczałem głośno, prychając na boki. Mógł chociaż odłożyć normalnie.
-Sorki kotku, ciemno się robi.-w jego głosie wyczułem strach. Boi się ciemności? W tym wieku, pewnie nie wyszedłby ze swojego pokoju, gdyby mógł. Tchórz. Zmieniłem się w człowieka, nie za bardzo interesując się tym, że stoi tam i patrzy na maksa zdziwiony. Wyprostowałem się, poprawiłem rozczochrane włosy a on spalił buraka.-Ty..
-Mogłeś chociaż uprzedzić.-westchnąłem.

< : O >

Uczeń Domu Bellefeuille: Casper Terence

Casper Terence


Imię: Casper
Pseudonim/Ksywka: Cas
Nazwisko:  Terence
Krew: Czysta
Rok: Trzeci
Data Urodzenia: 18 październik
Dom:   Bellefeuille
Drużyna Quidditch'a: 
Dziewczyna/Chłopak:  "Raz pedał to nie w dupę" Ja, aj em bi 8)
Rodzina:  mamusia i tatuś nie żyją, ale byli bardzo dobrzy
kuzynka aka jego kochanka Veronica 



Sowa: Sówcia [oryginalne imię] Płomykówka

Towarzysz: 

Różdżka:  Dziki Bez, Włosy Dendrofa Skrzydlatego, 13 cali, sztywna
Ciekawostki:
~ Bogin - Gasnąca lampa, wokół ciemna poświata symbolizująca strach przed ciemnością
~ Patronus -  Pająk
~ Genetyka - 
~Zdolności -  
~ Inne - 
W związkach boyxboy robi za uke 8)

Ulubiony Przedmiot:  brak
Znienawidzony Przedmiot:  brak
*~ Stajnia - 
Właściciel - animelove


Zainteresowania:  Leżenie w łóżku i spanie

Aparycja: Patrzysz na zdjęcie, wszystko widzisz i tyle powinno wystarczyć.

Charakter: Widzisz Cas'a .. co robisz? Podchodzisz czy czekasz, aż on podejdzie? 
Jeśli masz zamiar czekać, to poczekasz sobie ze sto lat. Z pozoru nieśmiały, ale gdy
go lepiej poznasz będziesz mógł z nim odwalać wszelkie rzeczy jakie ci same wpadną 
do głowy. Nie może usiedzieć chłopaczek w miejscu, więc raz jest tu i raz tam. 
Trochę roztrzepany, zapamiętuje tylko to co zechce. Jest bardzo i to bardzo kochaniutki, 
jak pies normalnie. Każesz mu czekać to ten będzie czekał, ale będzie się kręcił 
w miejscu bo się zanudzi na śmierć. Niby taki nie rozgarnięty, wesoły zawsze. 
Czerpie wiedzę ze wszystkich źródeł, jeśli chce wypowiedzieć się na jakiś temat, 
a jego wypowiedź różni się od innych od zawsze pozostanie przy swojej.
Taki kochany jest.

Historia:  Urodził się, przez rok mieszkał ze swoimi rodzicami, ale oni umarli i jego 
prawnym opiekunem była ciotka. Gdy wstąpił w szkolny wiek zaczął uczęszczać do 
Akademi Magii, jednak miał z tego powodu wielki bul dupki, bo był zakochany 
w swojej kuzynce i zostali rozdzieleni. Ale może kogoś fajnego spotka w Akademii?

Bellefeuille: Od Amir'a cd Cisy

Podskoczyłem jak piłeczka odbita pałą i odwróciłem się z miną godną polityka
głodzonego przez żonę masochistkę.

Zabrałem z jej ręki kleksa, który miał być prawdopodobnie maską przedstawiającą
Obamę-angielskiego mugola za którym przepadają rzesze fanek i fanów wieku dorastania płciowego.
-Cześć.. nie ładnie tak jędzo.-rzuciłem w nią szyszką, na co zareagowała skrzywieniem
kościa policzkowego lewego.-Miałaś być w dormitorium przed dwudziestą trzecią.
-A która jest?-spojrzała na moją rękę z zegarkiem. Pokazałem jej go, bo sam wiedziałem
 już jaka jest godzina. Dobre dwadzieścia po drugiej.-Ups..
-Nie ups, tylko wracamy.-mruknąłem. Że to na mnie przypada martwienie się czy ten
kobiecy kawałek magicznego człowieka przeżyje następny dzień, czy też wyrzucą go
na zbity pysk za chodzenie po nocy.
-No alee..~
-Ale to w przedszkolu zwałem.-przerwałem, szczerząc się i ciągnąc ją za rękę ku zamku.
Ciągała nogami ale jakoś szła, niechętnie. Udało jej się wyciągnąć jej jeża Jerzego
z kieszeni i pogłaskać go, wyrywając swoją dłoń.-Pewnie go zgniotłaś.
-Nie.-zaprzeczyła otulając zwierze małym kocyczkiem. Dałem jej jeszcze swoją czapkę
by malucha przykryła.-Ty masz gorzej.
-Nie moja wina, że Lucyfereest* zapomniał wyhodować sierści.

<Sumko?>
*-czy. Lusifere z akcentem na gardłowe ,,r" i ostatnie ,,e" miękko na literę ,,y"

Papillonlisse: Od Cisy do Amir'a [Gapcia]

Obudził mnie chłód i smród. Otworzyłam oczy, starłam ptasią kupkę z policzka i usiadłam. Całą dzisiejszą noc spędziłam w jakimś leśnym rowie. Wstałam szybko na nogi, otrzepałam mokry tyłek, aż poczułam w nim dziwne mrowienie. To był mój Jeż Jerzy, któremu najwyraźniej było zimno. Biedaczek. Obejrzałam się wokół i zobaczyłam w krzakach niedaleko jakieś zdjęcie i miotłę. Fotografia przedstawiała Czarną twarz. Zrobiłam w papierze dwie dziurki na oczy, przylepiłam go do twarzy i zaczęłam biec razem z miotłą przez las, aż do Akademii. W końcu zobaczyłam twarzyczkę mojego najdroższego przyjaciela Gapcia, który stał sobie przy pewnej pięknej sośnie. Wyglądał jakby stał na czatach, wypatrywał czegoś.
Zaszłam go od tylca i wystraszyłam go swoim "BU"


Wtedy zdjęłam moją maskę i przywitałam się z nim jak należy.
- Hej!

<<Gapciu?>>

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Leslie cd. Davida

Spojrzałam na tego czubka, który ubrał się w koszulę jak na imieniny ciotki Hermenegildy i stał na środku sali wejściowej z bukietem jak jakiś łom, i parsknęłam śmiechem. Co prawda zgodnie z jego życzeniem i ja ubrałam się ładnie, kolejny raz korzystając z dobrodziejstw szafy Clarisse, jednak nie sądziłam, że jego wejście będzie aż tak pompatyczne i do obrzygania oficjalne. Wzięłam od niego fioletowe kwiaty i wycharczałam jakieś "Dźkuję".
- Chodźmy. - David podsunął mi swoje ramię, sugerując, bym go złapała.
- Nie przesadzasz? - uniosłam brew, w tej sekundzie przypominając sobie, że powinnam być na niego śmiertelnie obrażona za traktowanie mnie jak piąte koło u wozu.
- Oczywiście, że nie! Ten wieczór jest tylko dla ciebie, kochanie.
Poruszył brwiami w górę i w dół, a ja wyobraziłam sobie miny stojących wokół mnie przyjaciółeczek, które nie wiedzieć czemu nie ruszyły swoich ciężkich zadków do lochów, tylko stały i przysłuchiwały się rozmowie. Uśmiechnęłam się pod nosem zuchwale.
- Nie pójdzie ci ze mną tak łatwo - powiedziałam i ruszyłam przed siebie, zupełnie nie zwracając na niego uwagi.
- Ej, laleczko! - zawołał za mną. - Wiesz aby, gdzie masz iść?
- Oczywiście - prychnęłam. Zaraz jednak odwróciłam się do niego. - ...to gdzie?
- Wieża - uśmiechnął się szeroko, wskazując palcem na sufit.
Po kilkunastu minutach wspinaczki znaleźliśmy się na najwyższych kondygnacjach akademii. Z dumnym uśmiechem David zaprezentował mi udekorowaną salę. Stolik, dwa krzesełka, świece... W powietrzu unosiły się zaczarowane skrzypce wygrywające smętną melodię, która zapewne miała rozkochać mnie w nim i jego randkach za dychę do szaleństwa.
- To tyle? - spytałam z pretensją. - A gdzie szampan, fajerwerki, szwedzki stół i fontanna z czekoladą?
- Mamy winko - odparł z uśmiechem, prowadząc mnie do stolika. Po dżentelmeńsku odsunął krzesło.
- Co dobrego jemy? - dopytywałam się, odkładając bukiet do przygotowanego wcześniej wazonu.
- Aaa... Same smakołyki. - Po jego twarzy błąkał się tajemniczy uśmieszek. - Co powiesz na spaghetti bolognese?
- Ewentualnie zjem - prychnęłam, czułam jednak, że długo nie wytrzymam udając nadąsaną. Chłopak się postarał, a dla kogoś, kto zwykle wysługuje się służbą, musiało być to niemałe wyzwanie.
W ciszy nawijaliśmy nitki na widelce. To znaczy - nie całkowitej ciszy. Akompaniowało nam rzępolenie skrzypiec. Z rozmachem wciągnęłam kluskę i rzuciłam widelec na stół.
- To ma być romantyczne, tak?! - spytałam zniecierpliwiona.
- Nie podoba ci się? - W jego spojrzeniu dostrzegłam cień rozczarowania, maskowany przez zwykłą, codzienną obojętność.
- Irytuje mnie - odparłam szczerze. - Ale... To naprawdę... miłe z twojej strony.
Spuściłam głowę i z najwyższym zainteresowaniem zajęłam się swoim talerzem pełnym makaronu. Usłyszałam, jak odsuwa krzesło. Instrument zamilkł, a ja poczułam jego zapach tuż przy mojej szyi. Ten zapach, który od prawie roku doprowadza me zmysły do szaleństwa. Chłopak objął mnie od tyłu i pocałował w szyję.
- To wszystko dla ciebie, kochanie. Moja gwiazdeczko.
Odkorkował butelkę wina z uśmiechem ukazującym dumę ze zdobycia alkoholu. Mój chłopak jest młodocianym alkoholikiem, tak samo jak mój wątpliwie obdarzony miłością moją oraz rodzicielską brat, a jego kumpel. Świetnie.
Napełnił do połowy dwa kieliszki do wina i nie owijając w bawełnę wypił swój jednym łykiem. Spojrzałam na niego krytycznie. Nalał sobie znowu i czynność powtórzył. No proszę. Widzę, że po dżentelmeńsku. Wzięłam w dłoń szkło i upiłam łyczek. Ohyda. W sumie pierwszy raz sięgnęłam po alkohol. I już wiem, że go nie lubię.
- Nie pijesz? - zapytał, napełniając sobie trzeci raz. Chyba w jego orzeszkowym móżdżku zaczynało świtać, że niezbyt grzecznie jest podle alkoholizować się w obecności damy. Odchrząknął, bawiąc się czerwoną substancją.
- Nie krępuj się - westchnęłam. - Nie lubię.
- Ale to wszystko dla ciebie!
Dla ciebie, dla ciebie... Rzygałam tym tekstem tego wieczoru. Czułam, jakby to wszystko było dla szpanu. A pfe! Leslie Brooks nie daje się wziąć na byle bajer.
Zobaczyłam kieliszek tuż pod moim nosem.
- Pij - nakazał, podsuwając go jeszcze bliżej.
- Nie chcę...
- Pij!
- Nie rozkazuj mi - warknęłam. Odepchnęłam jego rękę zdecydowanym gestem. Zawartość szkła polała się prosto na jego koszulę. - Sorry - burknęłam. Miałam gdzieś, czy zepsuję mu wieczór. Irytował mnie. Irytowało mnie to jego uszczęśliwianie mnie na siłę. Miało być miło. Trudno.
- Wybacz, moja jedyna. - David odstawił kieliszek i przede mną klęknął. Nie mogłam powstrzymać grymasu, który wykwitł mi na twarzy. - Uwielbiam cię. Nie złość się, bo więcej tego nie zniosę.
Wstał, pociągnął mnie za rękę do pozycji stojącej i schylił się ku moim ustom. Długi, cukierkowy pocałunek sprawił, że zmiękły mi kolana. Czasami nie mogę się mu oprzeć, chociaż jest draniem i najlepszym kumplem mojego brata, co mówi samo za siebie.
- To co, deserek? - zaproponował, ukazując białe ząbki w perlistym uśmiechu.
- A co masz?
- Tort czekoladowy i creme brulée.
- To deserek - przytaknęłam i ponownie usiadłam na swoim miejscu. Szmaciarz. Miał jednak sposoby, żeby mnie udobruchać.

- Kurwa mać!
- Dziękuję - burknęłam.
- Jesteś popierdolona i tyle. No pojebana. Masz mózg w ogóle? Używasz takiego organu?
- Co się dzieje? - Do dormitorium chłopaków wszedł nie kto inny tylko mój kochany braciszek.
- Nie twój interes - warknęłam i cisnęłam w niego pierwszym, co miałam pod ręką - jego własną poduszką. Odbiła mu się od twarzy - obrońca od siedmiu boleści - i upadła na podłogę z cichym pacnięciem.
- A właśnie, że jego! Może przyzna mi rację! - pieklił się David.
- Jeżeli już chcesz mediatora, to proponuję bezstronnego. I takiego z rozumem.
- O, jednak co w rodzinie to nie zgninie - syknął.
- Można wiedzieć, o co wam poszło?
- NIE! - wrzasnęłam.
- Owszem, można - David rzucił mi spojrzenie spode łba. - Twoja siostrunia twierdzi, że mam ją gdzieś i ją paskudnie zlewam. Robi paskudny problem z tego, że czasem chcę spędzić czas z kumplami.
Prychnęłam i przysiadłam na łóżku Adama z rękami skrzyżowanymi na piersi. Byłam zła jak diabeł. Nie smutna, nie. Nie Brooksówna, proszę państwa. Ale świadomość, że po durnej kolacji, która miała wszystko zmienić, i miesiącu drobnych sprzeczek przyszedł kolejny wielki konflikt, nie dawała zbyt dobrych rokowań co do przyszłości tego związku.

Dejw?
Skończyłam! xD

Papillonlisse: od Daniela do Vako

-Uśmiechnęła się do mnie! I zarumieniła, kiedy się odwzajemniłem! Coś powiedziała do przyjaciółek! Kurde, ona jest SUPER!
Mój kumpel opadł na pościel i westchnął głęboko. Jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie, jednak dobrze go rozumiałem. Zakochał się chłopak.
-Skoro jest taka super, to z łaski swojej weź jej to powiedz, a mnie oszczędź tych wyznań.
-Co ty!?
Vako się poderwał, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierzył, że powiedziałem to, co powiedziałem.
-Da mi prztyczka i każe spadać! Ty jej nie znasz! Dałaby mi kosza, a ja bym się już nie pozbierał. Nie znasz kobiecej okrutności! Ona jest super...
Ponownie opadł. Wywróciłem oczami i podszedłem do kumpla.
-Zapewniam, że znam kobiecą okrutność. Dziewczyna mnie na praktycznie rok zostawiła. A co do ciebie, jeśli się wstydzisz Vinylii, to odpuść. W naszym domu też jest dużo fajnych dziewczyn. Taka Amanda...
-Krzywe zęby.-przerwał mi.
-No... tak, ale uśmiecha się urzekająco. OK, nie Amanda to nie Amanda. Dajmy na to... Chelsea z Hero?
-Chelsea mówi z amerykańskim akcentem i ciągle gada o USA-wywrócił oczami.-Poza tym nie chcę żadnej innej dziewczyny. Może się kiedyś zbiorę na odwagę, ale jeszcze nie dziś. Może w przyszłym roku.
Aż mnie zatkało. Podszedłem do kumpla i potrząsnąłem nim za ramiona.
-Facet! Ty jesteś Orlakiem czy Papilonem!? Zamierzasz się schować w bibliotece i popaść w zgłębianie wiedzy wszelakiej! Baczność! Dziewczynę masz do zdobycia i nie pozwalam, żebyś mi się czaił do przyszłego roku. Zrozumiano?
-Tajes-odpowiedział instynktownie.
-Spocznij-kiwnąłem głową.
-To co robimy?-spytał Vako. Z zadowoleniem zauważyłem, że wziął sobie moją mowę do serca i naprawdę postanowił zawalczyć o Vinylię.
-Wypadałoby wzbudzić jej zazdrość. Znasz jakąś dziewczynę, którą można by wtajemniczyć, żeby udawała zakochaną w tobie?

Vako? Krótkie, ale na początek myślę może być :D

niedziela, 5 kwietnia 2015

Bellefeuille: Od Amir'a do Adama

Pięć, cztery, trzy, dwa.. jeden!
Lekcja Wróżbiarstwa prowadzona razem z domem Papillonlisse dobiegła końca, co wielu przyjęło z ulgą wymalowaną na twarzy. Podzielałem ich zdanie; nie patrząc za siebie, w stronę czarnej puszki, wstałem i pośpiesznie opuściłem pomieszczenie. Tuż za drzwiami nabrałem oddechu czując świeży powiew-świeżego powietrza. Tak, zdecydowanie ta sala powinna być wywietrzona.
Poprawiłem swoją idealnie wyprasowaną kamizelkę która jak na złość naciągnęła się zbytnio w górę. Nie to, że specjalnie się tym przejąłem, ale chciałem jakoś dzisiaj wyglądać, tym bardziej, że Cisa ma imieniny. Zgani mnie za jakąkolwiek próbę niespodzianki, ale należy jej się-dostałem od niej swoją pierwszą, własną miotłę. A i o wilku mowa. Stanęła przy mnie, robiąc miejsce dla ostatnich wychodzących i uniosła brodę rozglądając się.
- Czekasz na coś, czy tylko udajesz? - rzuciła, a w kąciku jej ust pojawiła się drobna zmarszczka niewiadomego pochodzenia. Uniosłem momentalnie brew i ruszyłem w kierunku w którym podążali inni, czyli ku schodom. Miałem zamiar wrócić do dormitorium, zanim pójdę na lekcję Muzykologii gdzie me uszy usłyszą kolejny fałsz głosu, czyli śpiew. - Zdołowany?
- Nie, czego miałbym? - odparłem zwracając głowę ku niej. Wzruszyła ramionami lekko, a kokardka na jej szyi poluzowała się. Zatrzymałem ją i zabrałem się za zawiązywanie od nowa.
- Zostaw, bo zepsujesz. - mruknęła i strzepała moje dłonie. Miałem ochotę poczochrać ją po włosach, ale zrezygnowałem widząc jej wzrok, który mówił: nawet się nie waż.
Wspólnie ,,zeskoczyliśmy" ze schodów i rozeszliśmy się żegnając krótkim do potem. W końcu po odpowiedzi na zagadkę znalazłem się w środku, gnając do swego łóżka i rzucając na niego. O tak, chwila relaksu..
Może i by była, gdybym nie przypomniał sobie o prezencie, który chciałem jej dać, a był on pod kołdrą. Szybko odkryłem narzutę odkrywając całkiem pokruszone ciastka.
- Ku*wa! - przekląłem na głos. Zebrałem jedno nie pogniecione, położyłem na chusteczce i zawinąłem, po czym wyszedłem szybkim krokiem chcąc dogonić Sumkę. Nie podejrzewałem nikogo o nagłe wyjście zza rogu; zaryłem w kogoś dosyć mocno, zatoczyłem się do tyłu i łapiąc równowagę przetarłem bolący nos. Osoba przede mną skomentowała zderzenie syknięciem.
- Rany, uważaj jak chodzisz. - zwrócił mi uwagę chamskim tonem. Od razu rozpoznałem w nim Adam'a Brooks'a, o którym opowiadało mi parę dziewczyn, niby podrywacz. Wyprostowałem się i odrzuciłem włosy które niesfornie opadły po obu polikach.
- Oh, miałem przeprosić, ale to tylko ty, wielki romeo. - wielki mogłoby się zgadzać, w końcu był o osiem centymetrów wyższy. Zrobił poirytowaną minę i otworzył buzię chcąc coś powiedzieć, ale mu przerwałem. - Zanim coś powiesz, może lepiej idź pod klasę, mamy razem lekcje, wymiana i te sprawy..
- Doprawdy, nie wiedziałem, kujonku. Co ty masz z tym akcentem? - warknął. Pomyślałem, że nie zrobił mi problemu ze względu na jawną obrazę, tylko złapał się pierwszej głupszej rzeczy jaka wpadła mu na myśl.
- Francuza nie słyszałeś? - mimo wszystko trafił w czuły punkt; nie cierpię tego akcentu. Poczułem, jak moje uszy zaczynają mnie piec i zacisnąłem usta w wąską linijkę. Ręce założyłem na klatkę piersiową, żeby podkreślić swoje niezadowolenie.

<Porozmawiasz z wrednym poł-krwistym człekiem, Adamie?>

Uczennica Domu Papillonlisse:Cisa Summer

Cisa Summer


Imię: Cisa
Pseudonim/Ksywka: -
Nazwisko:  Summer
Krew: Pół Krwi
Rok: Trzeci
Data Urodzenia:  4 maja
Dom:  Papillonlisse
Drużyna Quidditch'a: 
Dziewczyna/Chłopak:  Brak
Rodzina:  Zginęli


Sowa: Włochatka

Towarzysz: Jeż Jerzy z rasy Spiczak - 

Różdżka:  Wierzba
Wąsy trolla 
10 i ćwierć cala
Przydatna najbardziej do rzucania uroków
Ciekawostki:
~ Bogin - Kruk
~ Patronus -  Zając 
~ Genetyka - Brak
~Zdolności -  Język Trytoński
~ Inne - 
- Nie lubi hałasu.
- Nie umię długo się gniewać.

Ulubiony Przedmiot: transmutacja
Znienawidzony Przedmiot:  Eliksiry
*~ Stajnia - Termos
Właściciel - Krovva


Zainteresowania:  Pomaganie innym, sztuka, gra na fortepianie

Aparycja: -

Charakter: Choć na początku zawsze jest skryta i chamska, to tak na prawdę 
wrażliwa i miła istota o wybujałej wyobraźni. Uwielbia przybywać w towarzystwie 
swojego jedynego przyjaciela Gapcia. Cisa jest czuła i opiekuńcza, nie kiedy potrafi 
być opryskliwa i szczera w momentach gdy powinna skłamać. Nie trawi osób, które 
się wywyższając i myślą że są lepsze od innych. Nie przepada też za tymi, którzy udają 
kogoś kim nie są.

Historia: Chce jak najszybciej zapomnieć o swojej okrutnej przeszłości.

Uczeń Domu Bellefeuille: Amir Tuasion

Amir Gappelio Tuasion



Imię: Amir Gappelio
Pseudonim/Ksywka: Ar, Gapcio <- Dla bliskich
Nazwisko: Tuasion
Krew: Pół Krwi
Rok: Trzeci
Data Urodzenia: 4 Luty
Dom: Bellefeuille
Drużyna Quidditch'a: -
Dziewczyna/Chłopak:  Jonasz Milar
Rodzina:  
~ Ojciec - Eryk Tuasion 
~ Matka - Dionell Tuasion 
~ Babka - Weronie Olyenne Gever
~ Kuzynostwo
Kuzyni - Kave Xyks, Julien i Fertys Ankor
Kuzynki - Trisha i Marta Samsan
~ Siostra - Emilie Tuasion
~ Bracia - Michelle i Victor Tuasion
~ Wujostwo
Ciotki - Eliza Samsan, Daria Ankor, Cecilia Xyks [od strony matki]
Wujkowie - Ksavien Samsan, Pablo Ankor


Sowa: Uszatka

Towarzysz:  Kot rasy Sfinks - Lucyfereest [w skrócie Lucyfer, Lucek]


Różdżka:  Klon, Pazur Wężołapa, 14 cala, najlepiej sprawuje się w przeciw-zaklęciac
Ciekawostki:
~ Bogin - Wilk
~ Patronus -  bliżej nieokreślony członek rodziny kotowatych; pantera, gepard
~ Genetyka - Animag - Rudy, pięknie podpalany na łapach i pyszczku kot syberyjski
~Zdolności - /
~ Inne - ,,Bo jak to się stało.."
 Panicznie boi się wilków | ~ był źle traktowany w dzieciństwie przez dziadka 
który pod postacią animagiczną szczerzył do niego kły
| Jest psychicznie urażony | ~ nikt mu nigdy nie dał w pysk, co do tej pory uważa 
za dowód na to, że nie jest tego wart
| Ma towarzysza kota | ~ a to ciekawa historia, bo zobaczył go w sklepie 
i powiedział - Ładny orzeszek [gdy był mały], siostra zrobiła mu niespodziankę
 i podarowała mu go.

1 ~ Ma lekkie problemy psychiczne [o czym nikt nie wie]
2 ~ Słowo ,,kocham" ciężko przechodzi mu przez gardło
3 ~ Bardzo szybko przywiązuje się do zwierząt
4 ~ Zazwyczaj ludzie sami do niego lgną
5 ~ bywa chamski i nerwowy, ale wtedy z pomocą przychodzi kocia natura
6 ~ Jego religia jest skomplikowana
7 ~ Ma wieczne problemy z fryzurą
8 ~ Podczas wakacji zawsze znajdzie sobie ,,tymczasowego partnera"
9 ~ Posiada nawyk strzelania palcami
10 ~ Maniak obserwowania ludzi


Ulubiony Przedmiot: Starożytne Runy, Latanie na miotle [a raczej próba nie zlecenia z niej]
Znienawidzony Przedmiot: Zielarstwo
*~ Stajnia - Filix
Właściciel - Jedyny


Zainteresowania: Wysoko ceni sobie muzykę, jednak sam nie komponuje. Uwielbia 
słuchać gdy ktoś gra na pianinie, śpiew toleruje, jednak uważa to za zbędny element. 
Wielbi historię i wszystko co z przeszłością związane, choć można by powiedzieć, 
że to tylko hobby, bo nie przykłada staranności w zapamiętywaniu. Okazjonalnie 
przygląda się Quidditch'u, sam nawet próbował się w sporcie ale jest ciamajdą 
i nie-wytrenowanym zielonkiem. Jego pasja? Jedyna i możliwa sztuka artystyczna~


Aparycja: Metr siedemdziesiąt dwa chodzącego angielsko-francuskiego 
pochodzenia chłopaka o czarnej, zawsze pokręconej grzywie, wielu piegach na twarzy
i niebieskich jak niebo w letni dzień oczach. Poznać go można po uwydatnionych 
policzkach, długich rzęsach i nieskazitelnie czystych zębach, a gdy ktoś przyjrzy 
się bliżej, dostrzeże czarny tatuaż w kształcie gałęzi na jego karku, oraz 
również czarnego niedźwiedzia na lewym boku i skrzydła na piersi, czy też kolczyki 
w pępku i na języku. Ubiera się głównie w koszule z kołnierzem, swetry i jeansy rurki, 
które koniecznie muszą być czarne albo granatowe. Lubi materiały w kratkę, dobrał 
sobie nawet dwie pary butów z takim wzorem..

Charakter: Amir zawsze ukazywał wszystkim jaki z niego zabawiacz. Wiecznie prowadził 
grupę, zbierał znajomych, a potem ich ustawiał do pionu. Mimo wszystko każdy 
ulegał jego niewinności, zapału do życia i czemuś, czego nazwać się nie da, bo on po 
prostu ma to w sobie, jedyne w swoim rodzaju, coś jak linie papilarne; nie stworzysz 
drugich takich samych. Pewną cechą jest gadatliwość, którą objawia gdy tylko znajdzie
 się w centrum uwagi-co bezgranicznie kocha, a kocha też pieszczoty wszelkiego rodzaju. 
Wystarczy, byś spędził z nim jedynie godzinę, a już wiesz, że słabym punktem tego 
chłopaka jest szyja, linie szczęki, oraz kark. 
Bardzo szybko awansuje znajomych na przyjaciół, przez co jest raniony bardziej niż by 
chciał. Łatwo wyrobić u niego zaufanie, a gdy już się je zdobędzie, z pewnością pokaże 
ci stronę smutniejszą, cichszą i poważniejszą. Nie jest rozrzutny, moda też go nie interesuje
 w dużym stopniu, słabo żyje z naturą. Trawka, drzewa, kwiatuszki-przejdą, lecz gdy 
dochodzi do poznawania jej szczegółów, ma ochotę wiać gdzie pieprz rośnie. 
Ale zapoznając ze stroną złą, choć może nie tak bardzo; jest przebiegły. Potrafi knuć 
intrygi, czy też mieszać ludziom w głowach, wykorzystuje maksymalnie inteligencję 
oraz zdolność szybkiego analizowania sytuacji.
Dusza artysty wręcz się z niego wylewa, gdy nie może szybko czegoś naszkicować. 
Tym też irytuje co głupszych baranów szukających jedynie rozrywki wokół niego. 
Nie martwi się, że ktoś go nie polubi; natomiast źle znosi towarzystwo osób które 
mu się podobają sam-na-sam. Staje się zagubionym dzieckiem, wystraszoną myszą 
oraz kotem, który w każdym momencie może podrapać.

Historia: Odkąd pamięta jego życie opierało się na ciągłych przeprowadzkach. Ale nie, 
nie takich zwykłych, bo te przeprowadzki dzieliły kraje, a nie tak jak w u innych - miasta. 
Jego matka i ojciec poznali się przez dziadków; był to tylko eksperyment, coś jak bunt 
i chęci szerzenia zamiłowania do par mieszanych, bo to właśnie matka ,,psuła" czystą krew 
rodziny Tuasion. W ten sposób doczekali się pierworodnego dziecka, czyli jego siostry. 
On spłodzony był trzy lata później, a jego bracia bliźniacy-pięć lat po nim. Wychowywani 
byli w rodzinnej atmosferze, choć czuć było zimno spod maski ojca jak i dziada. A on wiedział, 
że Amir ma w sobie magię, co potem stało się obiektem drwin. Cały plan starszych legł 
w gruzach, rodzina nie została przyjęta mile.. W między czasie zdążyli opuścić Londyn, 
zamieszkać we Francji i znów wrócić do Londynu dwa razy. Nigdy nie pytał o dokładne powody, 
ale odbiło mu się to na psychice, wraz z wspomnieniami zastraszania przez dziadka. 
W pewnym stopniu pomagała mu jego przyjaciółka, ona mimo odległości zawsze miała 
czas, by pogadać przez telefon, czy dać radę. I tak oboje dostali list ze szkoły Beauxbatons, 
co było wielkim szokiem i dla jednej i dla drugiej rodziny, a najbardziej dla samego Gapcia. 
Razem pomyślnie kończyli kolejne lata w akademii i tak jest do dzisiaj..

sobota, 4 kwietnia 2015

Ombrelune: Od Ell cd Adama

Stałam na środku korytarza lekko skołowana, ale po chwili ruszyłam za Adamem starając się odgonić wszystkie złośliwe myśli napływające do mojej głowy. Dotarliśmy pod drzwi biblioteki. Chłopak otworzył przede mną drzwi uśmiechając się szeroko.
- Mm... Dzięki - wymamrotałam starając nie patrzeć mu się w oczy.
Usiadłam przy stoliku rozkładając pergaminy i pióra.
- Ty... Szukasz mi fragmentów... Em... Na wypracowanie - wydukałam pokazując palcem na niewielki stos książek. Starałam się również ignorować fakt, że Adam siedzi tutaj bez koszulki...
- Jasne - wyszczerzył się jak głupi i zaczął przeglądać książki dość przekonująco udając, że rozumie co jest w nich napisane.
Ja natomiast pochyliłam się nad papierem i zaczęłam kreślić słowa, które po przeczytaniu okazały się zupełnie pozbawione sensu... No cóż. To wypracowanie było z góry skazane na porażkę. Wstałam od stolika i nie oglądając się za siebie wyszłam z biblioteki.
- Ej! Czekaj! - uśmiechnęłam się słysząc, że Adam za mną biegnie.
- Co? Musisz się umyć bo śmierdzisz na kilometr i... - przełknęłam ślinę - ...Ubrać się. Wiesz rozpraszasz ludzi.
- OCH ADAM! - usłyszałam głos Paige, blondynki, która od pierwszej klasy była zadurzona w Adamie i nie starała się tego ukrywać - Och Adam. Widzę nowa stylówa? Podoba mi się.
Mimowolnie się skrzywiłam.
- Och Adam! Wiesz dziś organizuję małą imprezę może wpadniesz?
- Yy... A kto będzie? - zapytał Adam puszczając jej oczko. Swoją drogą myślałam, że za chwilę zemdleje. Albo tu dojdzie.
- Och Adam... No wiesz... To kameralna impreza - chłopak uniósł jedną brew - Konkretnie dwie osoby. No ty i ja. Och Adam...
Nachyliłam się i szepnęłam Adamowi na ucho.
- Jeśli ona jeszcze raz powie "och Adam" to nie wiem czy wytrzymam.
Chłopak popatrzył na mnie wyraźnie rozbawiony. Spojrzałam na Paige, która nie darzyła mnie sympatią. Rzekłabym nawet - nienawiścią. Przynajmniej tak na mnie patrzyła.
- Och Adam... - zaczęła, ale tutaj oboje wysiedliśmy (mam na myśli Adama i mnie). Wybuchnęliśmy tak głośnym śmiechem, że cały korytarz momentalnie odwrócił się w naszą stronę.
- Och Adam! - wychrypiałam między niekontrolowanymi wybuchami śmiechu.
- Nie no, uwielbiam ją. Ell, przygarnijmy ją. Będzie nam poprawiała humor - zaproponował. Nie wiedziałam jak do końca jak mam to rozumieć, ale wolałam nie próbować dociekać o co chodziło Adamowi.
- Adam, nie traktuj ludzi jak przedmioty - pouczyłam go. Moja wypowiedź również miała dwie strony. Chłopak na chwilę spoważniał.
- Okej, okej...
W tym momencie dotarliśmy pod pokój wspólny Ombrelune.



Adam? Długie jak chole*a *howrse nie toleruje tego słowa lol. lewiatan twój dobry sąsiad, man* no nie? xd